Marah Woolf - Siostra gwiazd

Niedługo wygaśnie traktat, który Merlin podpisał z demonami tysiąc pięćset lat temu. Jedynie on przez te wszystkie lata trzymał potwory w ryzach i uniemożliwiał im zaatakowanie naszego świata. Jeśli Loży, organizacji magów, spuściźnie króla Artura, nie uda się przedłużyć paktu, skutki dla ludzi i magicznych będą katastrofalne, ale nowy król demonów nie jest skory do pertraktacji.

Vianne stała się jedną z ofiar demonów - cztery lata temu została ugryziona przez sylfidę i nabawiła się demonicznej gorączki. Niewielu chorym udaje się przeżyć, jednak czarodzieje Kongregacji (innej magicznej organizacji) pomogli jej wyzdrowieć. Teraz powraca wraz z siostrami do rodzinnej wioski we Francji, by przekonać nowego Wielkiego Mistrza Loży do współpracy z Kongregacją. Został nim Ezra, największa miłość jej życia. Niestety ich ostatnie spotkanie nie należało do najbardziej udanych. 

Zacznę może od tego, że naprawdę chciałam pokochać tę historię. W końcu jest oparta na legendach arturiańskich, a Merlin i celtyckie wierzenia to temat, który prawdopodobnie nigdy mi się nie znudzi. Świat został ciekawie skonstruowany, można tu znaleźć mnóstwo świetnych pomysłów i fantastycznych motywów - dom czarownic, duchy przodków, boginie, demony, smoki, magiczne ziółka, czytanie z kuli - po prostu przecudowne combo, które tworzy niesamowicie przyjemny klimacik.

W dodatku pomysł na fabułę jest naprawdę ciekawy i mogłaby z tego powstać świetna historia... gdyby nie to, że wszystko przesłania irytujący wątek romantyczny. Nie dość, że jest autentycznie trudny do zniesienia, to jeszcze w całej książce nie ma strony, na której nie byłoby do niego przynajmniej jednego odniesienia. Po prostu wylewa się na nas z kartek tej książki, pochłania wszystkie inne, zdecydowanie ciekawsze sprawy, mieli je na papkę i wypluwa jakieś ubogie resztki.

Kolejnym trudnym do zniesienia aspektem jest kreacja głównych bohaterów, szczególnie Vi. Ta postać jest tak płaska i bez wyrazu, że aż robi się smutno - dziewczyna ma zero osobowości, ani jednej cechy szczególnej, a jedyne, co ją definiuje, to fakt, że jest zakochana (później oczywiście dowiadujemy się o niej więcej, ale żadna z tych rzeczy nijak nie wpływa na jej charakter, a raczej jego brak). Jej relacje z niektórymi bohaterami są tak abstrakcyjne, a pewne myśli i reakcje tak nielogiczne, że momentami miałam ochotę krzyczeć z bezsilności i przez większość czasu myślałam tylko "weź ty się ogarnij, dziewczyno"... Sprawę pogarsza fakt, że Vi jest równocześnie narratorką, bo jedyne, co robi przez większość czasu, to rozwodzenie się w kółko nad tą samą rzeczą - Ezrą.

Na szczęście nie jest tak źle, jak mogłoby się wydawać. Woolf udało się stworzyć naprawdę interesujące postaci drugoplanowe. Prawdopodobnie cały charakter, którego nie otrzymała główna bohaterka, spłynął na jej urocze, zabawne siostry oraz na Caleba. Caleb to cudo i przewrotnie (dlaczego - dowiecie się podczas czytania) najprzyjemniejszy bohater w całej powieści. Ale z drugiej strony są tu też postaci, które autorka pozbawiła charakteru w jeszcze większym stopniu niż Vianne (chociaż wydaje się to niemożliwe). 

Niestety nie porywa także akcja powieści, czy po raz kolejny - jej brak. Przez pierwsze 150 stron bohaterowie przez większość czasu tylko jedzą, sprzątają i rozmawiają. W sumie rozmawiają tak przez całe 450 stron. Ta książka jest po prostu okrutnie przegadana i aż prosi się o trochę więcej czegokolwiek poza gadaniem (lub wzdychaniem do Ezry).

A jednak Woolf miała swoje dobre momenty. Czasami budowała napięcie i wciągała czytelnika tak, że aż nie mógł odłożyć książki, ale był to raczej efekt długofalowy (kiedy nie wiecie, jak coś się rozwiąże i po prostu MUSICIE się dowiedzieć). Na krótką metę, sceny, które w zamyśle miały kipieć akcją, raczej jej nie wychodziły i nie angażowały czytelnika. A zakończenie, które powinno być najbardziej spektakularnym momentem książki... zostało przerwane zanim miało jakąkolwiek szansę się rozwinąć. 

Oczywiście przy takim finale po prostu muszę sięgnąć po kolejną część! Liczę na to, że okaże się znacznie lepsza, a główna bohaterka jeszcze pozytywnie mnie zaskoczy. Pomimo swoich frustrujących cech, Siostra gwiazd oferuje nam też wiele dobrych momentów, czyta się ją niesamowicie szybko, a magiczny klimat i połączenie nowoczesności ze średniowiecznymi, arturiańskimi motywami daje bardzo ciekawy efekt. No i jest tu Caleb - dla Caleba mogłabym przeżyć to wszystko jeszcze raz!

Przeczytaj też

0 komentarze:

Publikowanie komentarza