Paul Dye - Houston, lecimy!

Pierwsze, co przychodzi nam do głowy, gdy myślimy o NASA, to prawdopodobnie astronauci siedzący w fotelach na górnym pokładzie statku kosmicznego i ogon płonącego paliwa, ciągnący się za rakietą podczas startu (ewentualnie bluzy z tym fikuśnym logo albo teorie spiskowe płaskoziemców... ale o tym nie będziemy tutaj rozmawiać!). Przyzwyczailiśmy się już do myśli, że możemy wysłać człowieka w kosmos, prawda? Dlatego zazwyczaj w ogóle nie zastanawiamy się, jak wiele osób stało za tym, by tych kilku astronautów mogło wyruszyć w swoją kosmiczną misję.

Paul Dye przez czterdzieści lat pracował w NASA, z czego przez trzydzieści piastował stanowisko dyrektora lotów i to na nim spoczywała odpowiedzialność za cały zespół techników, inżynierów i kontrolerów, którzy planowali misje, nadzorowali każdy krok astronautów i pilnowali, by wrócili oni bezpiecznie do domu. Swoje doświadczenia z tej "drugiej", tylko teoretycznie mniej spektakularnej strony lotów kosmicznych opisał w Houston, lecimy!

Pierwsza myśl, która przyjdzie Wam do głowy, podczas czytania tej książki? Jak ci ludzie muszą być niesamowicie ogarnięci i inteligentni! Niby zdawałam sobie z tego sprawę, ale dopiero czytanie o ich pracy z pierwszej ręki otwiera oczy na to, jak ogromna odpowiedzialność spoczywa na pracownikach kontroli lotu, jak wiele zaangażowania się od nich wymaga i na ilu rzeczach muszą się znać! Dye przybliża nam zakres pracy wszystkich zespół i istotnych ludzi, ale raczy nas nie tylko suchymi faktami - pokazuje, jak wyglądała ich rutyna, jak się do siebie zwracali w "nasowskim" slangu i jakie mieli zwyczaje. 

Kolejnym niesamowitym aspektem tej książki, jest jej wartość historyczna. Dye zaczął pracować dla NASA w czasach, gdy używano jeszcze poczty pneumatycznej, a komputery dopiero raczkowały.  Kiedy pojawił się tam w latach 80., większość dostępnego sprzętu pochodziła z lat 60. i 70. (z programu Apollo) i to wtedy był szczyt techniki (co dzisiaj wydaje się absurdalne)! Dzięki tej książce będziemy w stanie prześledzić, jak rozwijała się technologa kosmiczna. Swoją drogą, trochę to przerażające, że wahadłowce zaprojektowano w latach 70., a latano nimi do 2011 roku, kiedy większość samolotów była już dużo bardziej rozwinięta od maszyn, które wynosiły ludzi w kosmos!

Mimo że książce nie można oczywiście odmówić walorów naukowych i merytorycznych, ton autora pozostaje lekki, poprzetykany drobnymi żartami ("Spalanie jest dobre, gdy chcemy zapobiec temu, by kosmiczne kamienie spadały ludziom na głowy. Nieco gorsze, kiedy próbujemy w jednym kawałku sprowadzić na ziemię pojazd z załogą.") i anegdotkami z pracy. Na śmieszne anegdotki Dye poświecił zresztą cały rozdział i był to jeden z najprzyjemniejszych momentów tej książki!

Z drugiej strony momentami pozycja sprawia wrażenie przegadanej, często powtarzają się też te same informacje, co na dłuższą metę może być trochę irytujące. W dodatku ilość informacji, które trzeba przyswoić, "nasowego" slangu i skrótów, sprawia, że książkę czyta się po prostu wolno. Ale niech Was to nie zniechęca, bo sama treść jest niesamowicie interesująca! Na szczęście nie trzeba też być znawcą tematu, żeby czerpać z tej lektury przyjemność i zrozumieć kosmiczne oraz naziemne zawiłości pracy w NASA - Dye rzetelnie tłumaczy wszystko, od nazw stanowisk w centrum kontroli, przez teorię związaną z mechaniką orbitalną, na budowie schowków w wahadłowcu kończąc. Autor kreuje też przed nami zapierającą dech w piersiach wizję przyszłości, w której prywatni przewoźnicy organizują komercjalne loty w kosmos - na co czekam!

Czytanie o doświadczeniach i wspomnieniach człowieka, który brał udział w jednym z najbardziej niesamowitych momentów w rozwoju technologii i historii ludzkości jest naprawdę świetnym doświadczeniem! Jeśli choć trochę interesujecie się tematem, nie możecie przejść obojętnie obok tej książki! 

Przeczytaj też

0 komentarze:

Publikowanie komentarza