Nam-Joo Cho - Kim Jiyoung. Urodzona w 1982

"Jiyoung dorastała, słysząc, że musi uważać, ubierać się skromnie, postępować 'jak dama'. Że to ona ma obowiązek unikać niebezpiecznych miejsc, pór dnia i osób. Że jeśli nie jest uważna i czujna, to jest winna".

Jeżeli już te kilka zdań podnosi Wam ciśnienie, to ostrzegam - w książce Nam-Joo Cho znajdziecie takich dużo, dużo więcej. Kim Jiyoung. Urodzona w 1982 przedstawia życie młodej Koreanki, już od najmłodszych lat spotykającej się z najróżniejszymi przejawami seksizmu, nierówności płci i molestowania, które w społeczeństwie koreańskim są... jak najbardziej normalne. Panuje na nie wręcz jawne przyzwolenie.

W końcu tak to już jest. Żadna kobieta nie powinna mieć złudzeń - zawsze będzie gorsza od swojego brata, bo urodziła się dziewczynką, gorsza od uczniów-chłopaków, studentów-chłopaków i pracowników-chłopaków. Nieważne, co w swoim życiu zrobi, do czego dojdzie i co osiągnie, jej nadrzędną rolą pozostanie rodzenie synów, wychowywanie dzieci i opiekowanie się domem oraz mężem. A nie daj Boże, żeby okazała się mądra - wiadomo w końcu, że mądre kobiety są roszczeniowe i tylko same kłopoty z nimi!

Kim Jiyoung... nie jest literaturą najwyższych lotów, nie odnajdziemy w niej poetyckiego języka, przepięknej formy czy obrazowych metafor. Książka została napisana prosto, konkretnie, między fragmenty fabularne autorka często wplata również dane statystyczne, porównujące warunki, w jakich żyją i funkcjonują w Korei Południowej przedstawiciele obu płci (np. średnie płace). A mimo to, albo właśnie dzięki temu, pozycja ta jest niesamowicie mocna, dosadna, otwierająca oczy, rozdzierająca i pełna zdań, które wywołują w czytelniku ogrom emocji!

Śledząc losy Jiyoung, patrząc, jak powoli wchodzi w dorosłość i próbuje odnaleźć swoje miejsce w niesprzyjającym kobietom świecie, obserwując wszystko, co musi znosić i z czego musi zrezygnować będziecie odczuwać niepokój, jawną niesprawiedliwość, niedowierzanie, zniechęcenie, frustrację, ale przede wszystkim złość. Co drugi akapit wzbudzi w Was słuszny gniew, a równocześnie ogromny smutek.

Z tej historii wyłania się obraz Korei Południowej jako miejsca, w którym rodzice zrobią wszystko, by mieć syna, a kobiety są traktowane jak obywatele drugiej kategorii. Może nie wygląda to aż tak drastycznie jak w Chinach, gdzie jeszcze do niedawna panowała polityka jednego dziecka, ale wciąż kojarzy nam się z czymś ekstremalnym, co u nas nigdy by się nie zdarzyło, z aspektem kulturowym, który w Europie nie ma miejsca bytu. Nic bardziej mylnego! Prawda, którą Nam-Joo Cho przedstawia w swojej książce, jest uniwersalna i to chyba najbardziej mnie w niej poruszyło - uświadomiłam sobie, że realia w Polsce wcale nie są tak bardzo odległe od przedstawionego przez nią obrazu. Może nie na aż tak dużą skalę, może poszczególne aspekty różnią się o kilka punktów procentowych, ale faktem jest, że nierówność płci jest obecna na całym świecie. 

Na pewno w większości opinii przeczytacie, że to ważna książka i porusza temat, o którym mówić trzeba. Oczywiście jak najbardziej się z tym zgadzam, jednak nie mogę przestać zadawać sobie pytania: jak długo i jak często trzeba będzie jeszcze poruszać ten temat, jak gęsto okraszać go danymi statystycznymi, jak usilnie walczyć o oddanie głosu kobietom, które mogą same opowiedzieć o swoich doświadczeniach (zamiast pozwalać panom, którym wydaje się, że wiedzą lepiej, odpowiadać za nie), zanim w końcu te głosy zaczną coś znaczyć i faktycznie na cokolwiek wpływać?

W blurbie możemy przeczytać, że Kim Jiyoung... "wywołała międzynarodową dyskusję o prawach kobiet na całym świecie". A także wielkie poruszenie w Korei Południowej. Najsmutniejsze w tym wszystkim jest to, że książka w oryginale miała premierę rok temu. Nie pięćdziesiąt lat temu. Wydawałoby się, że obecnie wszyscy powinni już zdawać sobie sprawę z tego, jak wygląda życie kobiet w społeczeństwie i z jakimi nierównościami WCIĄŻ musimy się mierzyć... Natomiast niektórzy ze zdziwieniem twierdzą, że czasy dyskryminacji płciowej już dawno minęły. Książka Nam-Joo Cho dobitnie pokazuje, że przed nami jeszcze daleka droga, nim dotrzemy do momentu, w którym to stwierdzenie stanie się prawdziwe.

Tomasz Szymon Markiewka - Zmienić świat raz jeszcze. Jak wygrać walkę o klimat

Globalne ocieplenie to fakt, nawet jeśli wciąż znajdują się naukowcy, czy "ociepleniosceptycy", którzy próbują je negować lub umniejszać jego wagę. Prawda jest taka, że stoimy jedną stopą na samej krawędzi równi pochyłej, a gdy się za nią przechylimy, będzie za późno na jakiekolwiek działanie.

Już w 1979 roku wiadomo było, że ogromne ilości gazów cieplarnianych emitowane do atmosfery mają wpływ na klimat Ziemi. A jednak od tego czasu niewiele udało nam się w tej sprawie zmienić. Wręcz przeciwnie - proces ocieplania globu ciągle przyspiesza, kolejne lodowce przestają istnieć, nękają nas coraz bardziej ekstremalne anomalie pogodowe, grozi głód i wielkie fale migracji. 

Zazwyczaj podczas rozmowy na temat globalnego ocieplenia duży nacisk kładzie się na to, co Ty jako jednostka możesz zrobić, by mu zapobiec - to Ty powinieneś przestać jeść mięso, Ty powinieneś ograniczyć korzystanie z samochodu, zmniejszyć zużycie wody, pozbyć się plastiku. A tu nagle przychodzi Markiewka i zwraca uwagę na pewien ważny aspekt - jednostka nie jest w stanie sama uratować świata. Próby zapobiegania kolejnym katastrofalnym skutkom globalnego ocieplenia trzeba podjąć na poziomie wyższym, społecznym, światowym i uwaga... politycznym! Szokujące? Nie bardzo, a jednak...

Zmienić świat raz jeszcze otwiera nasze oczy na fakty, argumenty i przemyślenia, które wydają się oczywiste, gdy już o nich przeczytamy, ale nie mówi się o nich zbyt często. Przedstawia ciekawe spojrzenie zarówno na zmiany klimatyczne, jak i stan współczesnego społeczeństwa, a także wnikliwy obraz tego, jak popkultura i konsumpcjonizm wpływają na nasze działania i pojmowanie świata. Markiewka porównuje czekającą nas walkę o Ziemię do wielu istotnych wydarzeń z historii ludzkości, w tym tego najbardziej aktualnego - jedną z wykorzystanych przez autora analogii jest pandemia koronawirusa, która zamroziła gospodarkę i funkcjonowanie państw na całym świecie, bo wszyscy bagatelizowali taką możliwość i nikt nie był na nią przygotowany. 

Książka została napisana lekko, ale równocześnie konkretnie. Nie ukrywam, że jest to lektura, przy której trzeba się skupić, choć na szczęście autor dzieli się swoimi spostrzeżeniami w klarowny i zrozumiały sposób. A przy okazji często i bardzo naturalnie korzysta z feminatywów (polityczki, ekolożki), co jest dużym plusem.

Jeśli spodziewasz się niekończących się ciągów danych albo listy skutków pogłębiającego się globalnego ocieplenia, to w tej pozycji ich nie znajdziesz. Natomiast jeżeli zastanawiasz się, czy mamy przed sobą jeszcze jakąś niekatastroficzną przyszłość i jak można do niej dążyć, to słowa Markiewki mogą dać Ci nadzieję oraz pomóc wytyczyć kierunek. Oczywiście nie musisz zgadzać się całkowicie z każdym jego stwierdzeniem i zdaniem! Zmienić świat raz jeszcze zmusza do przemyśleń, dyskusji, zwiększania świadomości (swojej i swojego otoczenia) - i do tego Was zachęcam. 

Marah Woolf - Siostra gwiazd

Niedługo wygaśnie traktat, który Merlin podpisał z demonami tysiąc pięćset lat temu. Jedynie on przez te wszystkie lata trzymał potwory w ryzach i uniemożliwiał im zaatakowanie naszego świata. Jeśli Loży, organizacji magów, spuściźnie króla Artura, nie uda się przedłużyć paktu, skutki dla ludzi i magicznych będą katastrofalne, ale nowy król demonów nie jest skory do pertraktacji.

Vianne stała się jedną z ofiar demonów - cztery lata temu została ugryziona przez sylfidę i nabawiła się demonicznej gorączki. Niewielu chorym udaje się przeżyć, jednak czarodzieje Kongregacji (innej magicznej organizacji) pomogli jej wyzdrowieć. Teraz powraca wraz z siostrami do rodzinnej wioski we Francji, by przekonać nowego Wielkiego Mistrza Loży do współpracy z Kongregacją. Został nim Ezra, największa miłość jej życia. Niestety ich ostatnie spotkanie nie należało do najbardziej udanych. 

Zacznę może od tego, że naprawdę chciałam pokochać tę historię. W końcu jest oparta na legendach arturiańskich, a Merlin i celtyckie wierzenia to temat, który prawdopodobnie nigdy mi się nie znudzi. Świat został ciekawie skonstruowany, można tu znaleźć mnóstwo świetnych pomysłów i fantastycznych motywów - dom czarownic, duchy przodków, boginie, demony, smoki, magiczne ziółka, czytanie z kuli - po prostu przecudowne combo, które tworzy niesamowicie przyjemny klimacik.

W dodatku pomysł na fabułę jest naprawdę ciekawy i mogłaby z tego powstać świetna historia... gdyby nie to, że wszystko przesłania irytujący wątek romantyczny. Nie dość, że jest autentycznie trudny do zniesienia, to jeszcze w całej książce nie ma strony, na której nie byłoby do niego przynajmniej jednego odniesienia. Po prostu wylewa się na nas z kartek tej książki, pochłania wszystkie inne, zdecydowanie ciekawsze sprawy, mieli je na papkę i wypluwa jakieś ubogie resztki.

Kolejnym trudnym do zniesienia aspektem jest kreacja głównych bohaterów, szczególnie Vi. Ta postać jest tak płaska i bez wyrazu, że aż robi się smutno - dziewczyna ma zero osobowości, ani jednej cechy szczególnej, a jedyne, co ją definiuje, to fakt, że jest zakochana (później oczywiście dowiadujemy się o niej więcej, ale żadna z tych rzeczy nijak nie wpływa na jej charakter, a raczej jego brak). Jej relacje z niektórymi bohaterami są tak abstrakcyjne, a pewne myśli i reakcje tak nielogiczne, że momentami miałam ochotę krzyczeć z bezsilności i przez większość czasu myślałam tylko "weź ty się ogarnij, dziewczyno"... Sprawę pogarsza fakt, że Vi jest równocześnie narratorką, bo jedyne, co robi przez większość czasu, to rozwodzenie się w kółko nad tą samą rzeczą - Ezrą.

Na szczęście nie jest tak źle, jak mogłoby się wydawać. Woolf udało się stworzyć naprawdę interesujące postaci drugoplanowe. Prawdopodobnie cały charakter, którego nie otrzymała główna bohaterka, spłynął na jej urocze, zabawne siostry oraz na Caleba. Caleb to cudo i przewrotnie (dlaczego - dowiecie się podczas czytania) najprzyjemniejszy bohater w całej powieści. Ale z drugiej strony są tu też postaci, które autorka pozbawiła charakteru w jeszcze większym stopniu niż Vianne (chociaż wydaje się to niemożliwe). 

Niestety nie porywa także akcja powieści, czy po raz kolejny - jej brak. Przez pierwsze 150 stron bohaterowie przez większość czasu tylko jedzą, sprzątają i rozmawiają. W sumie rozmawiają tak przez całe 450 stron. Ta książka jest po prostu okrutnie przegadana i aż prosi się o trochę więcej czegokolwiek poza gadaniem (lub wzdychaniem do Ezry).

A jednak Woolf miała swoje dobre momenty. Czasami budowała napięcie i wciągała czytelnika tak, że aż nie mógł odłożyć książki, ale był to raczej efekt długofalowy (kiedy nie wiecie, jak coś się rozwiąże i po prostu MUSICIE się dowiedzieć). Na krótką metę, sceny, które w zamyśle miały kipieć akcją, raczej jej nie wychodziły i nie angażowały czytelnika. A zakończenie, które powinno być najbardziej spektakularnym momentem książki... zostało przerwane zanim miało jakąkolwiek szansę się rozwinąć. 

Oczywiście przy takim finale po prostu muszę sięgnąć po kolejną część! Liczę na to, że okaże się znacznie lepsza, a główna bohaterka jeszcze pozytywnie mnie zaskoczy. Pomimo swoich frustrujących cech, Siostra gwiazd oferuje nam też wiele dobrych momentów, czyta się ją niesamowicie szybko, a magiczny klimat i połączenie nowoczesności ze średniowiecznymi, arturiańskimi motywami daje bardzo ciekawy efekt. No i jest tu Caleb - dla Caleba mogłabym przeżyć to wszystko jeszcze raz!

Naomi Novik - Mroczna wiedza. Scholomance. Lekcja pierwsza

Witaj w szkole magii innej niż wszystkie. Jeśli spodziewasz się kolejnego Hogwartu, muszę szybko wyprowadzić Cię z błędu - w Scholomance nie ma miejsca na sentymenty, przyjaźnie, czy jakiekolwiek przejawy słabości. Nie ma w niej też nauczycieli ani wakacji, jest za to mnóstwo potworów, czających się w każdym zakamarku, które prawdopodobnie będą próbowały zabić Cię przynajmniej raz w tygodniu. To szkoła, z której można wydostać się tylko na dwa sposoby - zakończyć ostatnią klasę i przedrzeć się na wolność albo umrzeć, próbując to osiągnąć.

Nowa powieść Novik pod pewnymi względami jest po prostu niesamowita! Z innych, równie adekwatnych określeń, mogę pokusić się o użycie słów takich jak klimatyczna, świeża czy pomysłowa. Zapadłam się w niej już od pierwszych stron i nie byłam w stanie się oderwać, dopóki nie dotarłam do końca. Cały świat przestał istnieć, gdy znalazłam się w murach Scholomance i czułam się prawie tak, jak jej uczniowie - po prostu nie mogłam opuścić tej szkoły (tylko, w przeciwieństwie do nich, mnie nic nie próbowało zabić, uff)!

Mroczny klimat to rzecz, którą uwielbiam, nic więc dziwnego, że książka oczarowała mnie bez reszty. Jestem zachwycona pomysłem na kreację magicznej szkoły, nieszablonowe zasady jej funkcjonowania, na to, jak w każdym momencie jej uczniom grozi niebezpieczeństwo i jak fikuśne formy przybiera. Podczas czytania towarzyszy nam mnóstwo emocji (zwłaszcza pod koniec), ale tak naprawdę przez większość czasu odczuwamy niepokój, który nie opuszcza też głównej bohaterki, bo w końcu z każdego ciemnego kąta, nawet z własnej szafy, w każdej chwili może wyskoczyć złowróg i zakończyć jej życie. 

Wiem, że niektórym początek książki wydawał się nieco chaotyczny, jednak ja zupełnie tego nie odczułam! Narracja pierwszoosobowa poprowadzona została tak, by naśladować sposób myślenia głównej bohaterki, jej myśli płynnie przechodzące z jednego tematu w drugi, i uważam, że ten efekt został dobrze odwzorowany. Dzięki temu poznajemy zarys historii świata, szkoły oraz jej samej.

El, nasza główna bohaterka, zdobyła moje serduszko - jej postać idealnie wpasowuje się w ten mroczny klimat, a nad jej głową wisi wizja nieszczęścia, któremu nie chce się podporządkować. Jest też charyzmatyczna i błyskotliwa, co przekłada się na świetne dialogi, cięte riposty i w końcu - na całą narrację.

Ale powiedziałam, że Mroczna wiedza jest niesamowita pod pewnymi względami, prawda? W takim razie, co mnie nie zachwyciło? 

Akcja pierwszych stu stron (pi razy drzwi) opiera się w dużej mierze na utarczkach między uczniami, które są na poziomie liceum z amerykańskiego filmu i dotyczą głównie tego, kto z kim siedzi podczas lunchu i jak fajny się dzięki temu staje. Jasne, że tutaj podszyte jest to bardziej mrocznymi i okrutnymi motywami, co nie zmienia faktu, że to po prostu roszady na stołówce. Na szczęście fabuła poprzetykana jest również dużo ciekawszymi elementami, a dalsza część książki zmierza w zdecydowanie lepszym kierunku. 

Warto też pamiętać, że to jednak młodzieżówka i, mimo że jest całkiem mroczna i brutalna, główni bohaterowie mają jakieś szesnaście lat, więc ich relacje są czasem trochę... nieporadne. W dodatku, w porównaniu do El, która została świetnie wykreowana, pozostałe postaci nie dostały zbyt dużo czasu antenowego i są zdecydowanie mniej rozwinięte. Ale też w tej części dopiero poznajemy większość bohaterów, więc może ich czas nadejdzie w kolejnych książkach, na które już niecierpliwie czekam! 

Scholomance na pewno jest (i mam nadzieję, że pozostanie) cyklem wartym uwagi. Mroczną wiedzę czyta się w mgnieniu oka, jej ciężka atmosfera otacza nas już od pierwszych stron, ale odnajdziemy tu również wiele humorystycznych akcentów. Świetny klimat oraz ciekawe pomysły autorki rekompensują mi pewne niedociągnięcia i śmiało mogę powiedzieć, że, pod względem fantastycznym, to jedna z lepszych młodzieżówek, jakie miałam okazję czytać!  

Mariana Leky - Sen o okapi

Ostatnio jestem raczej sceptycznie nastawiona do książek, którymi zachwyca się cały internet, ale Sen o okapi wpadł mi w oko już dawno temu i od razu wiedziałam, że po prostu muszę przeczytać tę książkę! Dlaczego? Czy to przez przepiękną okładkę? Oczywiście, że tak, ale to nie wszystko - tak naprawdę przekonały mnie te słowa:

"Za każdym razem gdy Selmie śni się okapi, na mieszkańców jej wioski pada blady strach. Sen ten oznacza bowiem, że w ciągu 24 godzin ktoś z nich umrze."

Eliza ma dziesięć lat, gdy jej babci znów śni się okapi. Wieść rozprzestrzenia się po wiosce w mgnieniu oka i wzbudza wielkie poruszenie wśród jej mieszkańców. Niektórzy twierdzą, że nie wierzą w prorocze właściwości snu Selmy, ale w obliczu możliwej śmierci nawet największy sceptyk zaczyna odczuwać niepokój i każdy zachowuje się tak, jakby to na niego miało paść tym razem. Jakby to miał być jego ostatni dzień.  

A to dopiero wstęp do historii! Przyznaję, że zupełnie nie się spodziewałam tego, w którą stronę potoczy się fabuła książki. Nie spodziewałam się również, że tak łatwo uda mi się zżyć z jej bohaterami i pokochać ten ich mały, uroczy zakątek świata. W niewielkiej wiosce mnóstwo jest indywiduów, każda postać ma swoje znaki szczególne, typowe zachowania, dziwactwa, tutaj nawet pies jest wyjątkowy i inny niż wszystkie. A my powoli zagłębiamy się w niepowtarzalny klimat tej społeczności, w której każdy zna każdego i... każdy się o każdego troszczy. Naprawdę, relacje między bohaterami (a przynajmniej większością z nich) są tak ciepłe i pełne miłości, że samo ich obserwowanie grzeje nasze serduszka.

Powieść usiana jest mnóstwem drobnych, pięknych elementów, zdań, określeń i obrazów, które tworzą wyjątkową całość. Mimo że język Leky jest prosty, pozbawiony przesadnych ozdobników i patetyzmu,  autorka za pomocą tych niewyszukanych słów przedstawia ogrom emocji, tworzy wyrazisty, barwny świat i przejmujące dialogi.  

To historia pod wieloma względami smutna i pełna równie smutnych ludzi. A jednak można w niej co chwila dostrzec kolejny promyk szczęścia, który przebija się przez chmury przygnębienia i zwykłego, szarego życia. Koniec końców, mimo że Sen o okapi ma momentami baśniowy charakter, mimo że dostrzegamy w nim ten subtelny realizm magiczny, który nadaje mu tak przyjemny klimat, to jednak przedstawione przez Leky wydarzenia mogą przydarzyć się każdemu. 

Uzbrójcie się w paczkę chusteczek i przygotujcie na niezwykłą historię o zwykłych ludziach, która momentami będzie rozdzierająco smutna, ale równocześnie ukoi Was, przytuli i pochłonie bez reszty. Prawdopodobnie każdą i każdego z Was inne zdanie urzeknie najbardziej, inne wydarzenie najmocniej przejmie i najdłużej zapadnie w pamięć, inna postać najszybciej zdobędzie Wasze serduszko, ale ostatecznie Sen o okapi na pewno na każdym z Was zrobi wrażenie. 

Arkady Saulski - Czerwony Lotos


Kentaro nauczył się wielu umiejętności podczas swojego szkolenia na Ducha. Potrafi walczyć lepiej, niż jakikolwiek samuraj, może mierzyć się z wieloma przeciwnikami na raz, poruszać niezauważenie jak cień, słyszeć najcichsze nawet odgłosy. Jednak najważniejsza lekcja, jaką wyniósł, brzmi następująco: Duchy nie są ludźmi. Są beznamiętnymi, bezwzględnymi narzędziami, od najmłodszych lat szkolonymi w jednym tylko celu - by chronić swego Pana... lub Panią. A on zawiódł. Nagle stracił sens życia, swoje jedynie powołanie i pozostało mu już tylko jedno. Zemsta.

Tym, co oczarowało mnie w tej powieści już od pierwszych stron, jest jej cudowny klimat. Nie będę wnikać w to, które motywy i pomysły Saulski zaczerpnął z kultury japońskiej, a które dodał od siebie, natomiast końcowy efekt jest zdecydowanie fantastyczny! 

Autorowi udało się stworzyć bardzo obrazowy i wyrazisty świat, w którym raczy nas wszystkimi najważniejszymi aspektami: mitologią, bogami i legendami, świetnymi motywami (powiem tylko jedno: ludzie-kruki) i dobrze wykreowanymi postaciami. A we wszystkich miastach czy wioskach, w każdym przedmiocie, zachowaniu bohaterów, w ich zwyczajach i rozmowach czuć ten wyjątkowy, orientalny klimat i widać, z jaką uwagą zostały stworzone tak, by w pełni oddać wizję Saulskiego. 

W powieści wykorzystany został raczej nieczęsto stosowany schemat, w którym bohater nie kieruje się dobrem całego świata, tylko działa z własnych pobudek (niekoniecznie właściwych). I muszę przyznać, że to bardzo miła i ciekawa odmiana! W końcu ile można czytać o bezinteresownych herosach, którzy pragną uratować świat od wszelkiego zła? Kentaro bywa co prawda irytujący i egoistyczny, a jego zachowanie czasami wydawać się może nieco nielogiczne, jednak ja tam chłopaka rozumiem. Uważam wręcz, że świetnie pasuje ono do tego, w jaki sposób Duch został wychowany i jak toczy się historia. 

Nie ma w tej powieści za dużo polityki czy strategii - są za to świetne sceny walki! Jeśli jeszcze nie wiecie, to wspomnę tylko, że uwielbiam dobrze opisane bijatyki - to jedna z rzeczy, na które zwracam uwagę w pierwszej kolejności. Nie znaczy to oczywiście, że w każdej powieści muszą się znaleźć sceny walki, ale jeśli już autor/ka się na nie decyduje, to powinny być dobre! A w Czerwonym lotosie zdecydowanie takich uświadczymy - będzie obrazowo i brutalnie, w powietrzu zaświszczą katany, krew popłynie potokami, a pod ścianami piętrzyć się będą stosy obciętych głów - wiecie, tego typu atrakcje. Z drugiej strony czeka nas też niejedno wzruszonko i łezka w oku. W końcu bohaterowie powieści są tak przyjemni i wyraziści, że bardzo szybko się do nich przywiązujemy i chcemy dla nich jak najlepiej.

Moim jedynym zarzutem wobec tej książki jest jej finał. Uważam, że wydarzenia rozegrały się za szybko, a jeden z najważniejszych momentów mógł być jednak trochę bardziej rozbudowany. Po pierwsze dlatego, że nie narzekałabym na kilkadziesiąt stron więcej (to naprawdę przyjemna książka jest!), a po drugie - wydaje mi się, że cała historia byłaby wtedy po prostu jeszcze lepsza.

Książka Saulskiego jest kolejną pozycją, która utwierdza mnie w przekonaniu, że polskie fantasy ma się bardzo dobrze. Czerwony lotos to niesamowicie klimatyczna powieść, która wciąga i dostarcza mnóstwa emocji, a obrazy, jakie rysuje przed nami autor, są idealną pożywką dla naszej wyobraźni. Właśnie dla takich książek zaczęłam czytać fantastykę i właśnie dzięki takim ją pokochałam! 

J.C. Cervantes - Wędrowiec Cienia

Przed Wami recenzja trzeciej części przygód Zane'a Obispo. Jeśli nie mieliście jeszcze okazji czytać dwóch poprzednich - nie zaglądajcie niżej. Zamiast tego mogę skierować Was odpowiednio do opinii o części pierwszej (Posłaniec burzy), jeśli chcecie dopiero poznać świat majańskich bogów, lub drugiej (Strażnik ognia), jeśli już mieliście okazję spędzić z Zanem trochę czasu. I w każdym przypadku usilnie namawiam do sięgnięcia po kolejne części - naprawdę warto! 


Ostatnie trzy miesiące Zane spędził w towarzystwie Iktan, demona o niezbyt przyjemnym usposobieniu (i jeszcze gorszym oddechu). Wspólnie poszukiwali pozostałych bogurodzonych, żeby chłopak mógł przedstawić im niewiarygodną historię ich majańskiego dziedzictwa. Gdy tylko Obispo odnajdzie i przekabaci ostatnie boskie dziecko, rozpoczną się zajęcia w Szamańskim Instytucie Wyższej Magii (w skrócie SZIWM), których chłopak nie może się już doczekać!

Jednak nie wszystko idzie po jego myśli. Po pierwsze okazuje się, że ostatni bogurodzony tak naprawdę jest... bliźniakami (ale nie, nie tymi złymi Bliźniakami), które nie są zbyt skore do współpracy, a w dodatku ukrywają pewien tajemniczy artefakt. Po drugie Zane zostaje zdradzony w najmniej oczekiwanym momencie. A po trzecie Kamazotz i Krwawy Księżyc nie zamierzają ułatwiać naszym bohaterom życia i uroczyście knują coś bardzo niedobrego.

Nawet nie wiecie, jak przyjemnie było znów wrócić do magicznego świata majańskich mitów! Nie miałam pojęcia, że tak bardzo zdążyłam się już stęsknić za Zanem, jego rodziną, przyjaciółmi, Rosie, wszystkimi bogami i sobrenaturales (kocham to słowo)! I równocześnie jest mi niesamowicie przykro, że to już ostatnia część z cyklu Posłaniec burzy...

Wędrowiec Cienia (w tym miejscu muszę wspomnieć, że książki Cervantes mają cudowne tytuły, a Marta Duda-Gryc, która zajmowała się tłumaczeniem, wykonała świetną robotę) już od pierwszych stron porywa nas lekkim, zabawnym tonem, którym Zane zwykł prowadzić swoją opowieść. Spostrzeżenia chłopaka są niezmiennie przezabawne i od razu poprawiają nam humor. Znowu możemy spędzić też czas w towarzystwie naszych ulubionych, barwnych bohaterów, pośmiać się z ich żartów, posłuchać, jak Ixtab grozi komuś, że wyprawi go w niezapomnianą podróż na dno Rzeki Ropnej Wydzieliny albo jak Ah-Puch... po prostu jest Ah-Puchem! 

Akcja rozpoczyna się natychmiast, bo, nie ukrywajmy, kłopoty nie potrafią się trzymać z daleka od Zane'a (nawet jeśli on stara się trzymać jak najdalej od nich!). Książkę czyta się w mgnieniu oka - Cervantes przeszła samą siebie, jeśli chodzi o tempo, w jakim bohaterowie przenoszą się w kolejne miejsca i mierzą z coraz poważniejszymi problemami. 

Mam jednak wrażenie, że przez tak ogromne natężenie akcji niektóre postaci zostały zepchnięte na dalszy tor i nie miały okazji być naprawdę sobą. Ze względów fabularnych zabrakło też moich ulubionych bogów, co bardzo mnie boli. Ale najgorszy ze wszystkich jest fakt, że w tej części pojawiło się zdecydowanie za mało Xibalby (Xibalba jest super, serio, to moje najulubieńsze miejsce ze wszystkich w całej majańskiej historii)! 

Dalej nie mogę wyjść z zachwytu nad sposobem, w jaki autorka łączy stare, zakurzone i całkiem mroczne podania z realiami dzisiejszego nowoczesnego świata. Udało jej się stworzyć tak cudowne i przezabawne combo, że to po prostu mistrzostwo! W Wędrowcu Cervantes wprowadza kolejne niezmiernie ciekawe (i trochę podrasowane) elementy majańskich wierzeń, chociaż przyznaję, że odczuwam pewien niedosyt - mogłoby być ich jeszcze więcej (w końcu dobrej mitologii nigdy za wiele)! 

Wędrowiec cienia jest świetnym zakończeniem trylogii i po raz kolejny - cudowną rozrywką. Mimo że ta seria jest teoretycznie skierowana do młodszych odbiorców, bez wahania mogę stwierdzić, że sprawi ogromną przyjemność czytelnikom w każdym wieku. A kolejne książki (tym razem nie z perspektywy Zane'a) są już zaplanowane, co ogromnie mnie cieszy! 

Holly Black - Serce trolla

Kiedy Val dowiaduje się, że została zdradzona przez najbliższe osoby, cały jej świat lega w gruzach. Nastolatka ucieka z domu i po raz pierwszy wyrusza w samotną podróż do Nowego Jorku, gdzie dotychczas zawsze udawała się jedynie w towarzystwie mamy, która nie spuszczała z niej oka. Na swojej drodze dziewczyna spotyka dwójkę niecodziennych nastolatków, przy których czuje się, jakby trafiła do zupełnie nowej, nieznanej sobie wcześniej rzeczywistości. I ma rację, bo ogromne miasto skrywa wiele... nadnaturalnych tajemnic. 

Na szczęście Val jest dużo ciekawszą i przyjemniejszą główną bohaterką od Kaye ze Złej królowej, czyli pierwszej części cyklu Elfy ziemi i powietrza (link do recenzji tutaj). Nie jest taką okropną egoistką, ma charakter, bardziej złożoną osobowość i, w przeciwieństwie do Kaye, naprawdę można ją polubić, dzięki czemu całą książkę czyta się dużo przyjemniej!

Zresztą to nie jedyny aspekt, który odróżnia tę powieść od pierwszej części. Widać progres autorki - Serce trolla zostało pod pewnymi względami dużo lepiej napisane i skonstruowane, jest pozycją zdecydowanie bardziej dopracowaną, przejrzystą i zrozumiałą. A przy okazji dalej pożera się ją w mgnieniu oka! 

Mimo że nie jestem fanką urban fantasy, przyznaję, że świat, który Black kreuje w swojej powieści, zrobił na mnie duże wrażenie. Połączenie mrocznych zakamarków Nowego Jorku z brutalnymi realiami życia magicznego Ludku nadaje powieści ten niesamowity, tajemniczy klimacik, który tak u niej kocham.

W tym miejscu muszę zwrócić uwagę na fakt, że nie mam pojęcia, czemu autorkę tak bardzo fascynuje wszystko, co brudne, brzydkie i śmierdzące. Zauważyłam to już podczas czytania Złej królowej. Główna bohaterka była obszarpanym brudaskiem i rzadko kiedy korzystała z prysznica, a jej utrzymywanie higieny opierało się głównie na zmianie ubrania na któryś z walających się po podłodze, w miarę czystych t-shirtów (czy tylko ja zwróciłam na to uwagę?). Ale tutaj Black przeszła samą siebie, a jej opisy sprawiały, że momentami czułam się wręcz niekomfortowo! Czy to plus, czy minus tej historii - będziecie musieli ocenić już sami.

Jedną z rzeczy, za które najbardziej lubię ten cykl jest fakt, że bohaterowie, między którymi nawiązuje się romantyczna relacja, są tacy inni - zdecydowanie nie wpasowują się w kanony piękna, nie oczarowują nas swoim niesamowitym wyglądem, czasami mają naprawdę okropne cechy i swoje za uszami. Zgódźmy się - to niecodzienny zabieg, a sprawia, że historia jakoś tak mocniej do nas przemawia.

Bardzo podoba mi się też motyw krachu - ciekawe, czemu autorka nie wspomniała o nim nigdy w swoich późniejszych książkach?

A ostatnie trzy zdania tej powieści - KOCHAM!

Dalej są tu jednak pewne niedociągnięcia. Mam wobec Serca trolla podobny zarzut, co w przypadku Złej królowej - ciągle czegoś mi brakuje! Niektóre fragmenty są opisane zbyt szybko, zbyt pobieżnie i tak jakoś "po łebkach", przez co książka dużo traci. Nie zawsze czuć emocje, które prawdopodobnie powinny nam w danym momencie towarzyszyć, napięcie gdzieś się gubi, relacje między bohaterami wydają się czasem bezosobowe. A wątek miłosny rozwija się zdecydowanie zbyt szybko. Nie jest on zupełnie niespodziewany, a jednak sprawia mało przekonujące wrażenie. 

Niemniej jednak zauważam tendencję wzrostową, jeśli chodzi o poziom książek w cyklu Elfy ziemi i powietrza i mój stosunek do nich. Dalej nie dorastają do Okrutnego księcia (w końcu zostały napisane dużo wcześniej), ale całość idzie w dobrym kierunku. W związku z tym mam nadzieję, że ostatnia część, Żelazna kraina, będzie jeszcze lepsza i już nie mogę się jej doczekać - choć trochę boli mnie, że znów wracamy do historii Kaye...

A. C. Cobble - Beniamin Ashwood

Beniamin Ashwood mieszka w Widokach, małej górskiej osadzie na końcu świata. Toczy spokojne, nieskomplikowane życie, którego większą część spędza na warzeniu piwa i szwendaniu się po lesie ze swoim najlepszym przyjacielem, a o przygodach godnych bohaterów może co najwyżej posłuchać z wypiekami na twarzy w wiejskiej karczmie. Przynajmniej do momentu, gdy Widoki zaczyna atakować demon, a do wioski przybywa tajemnicza drużyna, w której skład wchodzi Mistrz Miecza, dwie wysoko urodzone panny, jeden szemrany typ oraz... najprawdziwsza czarodziejka! Ben w końcu będzie miał szansę wyruszyć dalej niż kiedykolwiek śmiał się zapuścić - choćby tylko w marzeniach - i zakosztować awanturniczego życia rodem z opowieści!

Co najmniej w pięciu różnych opiniach (zarówno polskich, jak i zagranicznych) przeczytałam, że Beniamin Ashwood jest przykładem klasycznego high/epic fantasy. Wydaje mi się, że to taki ładny sposób na napisanie: "nie znajdziecie tu niczego nowego". I faktycznie. Historia Bena jest naprawdę przyjemna, dobrze napisana i absorbująca, natomiast niczym niesamowicie oryginalnym nas nie zaskoczy. 

W dodatku przez długi czas nie mogłam pozbyć się wrażenia, że ta książka jest po prostu... o niczym. Niby mamy tu w miarę rozbudowaną historię i kilka różnych wątków, ale wiecie, zazwyczaj w powieści wszystko zmierza do jakiegoś punktu kulminacyjnego, napięcie rośnie, elementy historii łączą się ze sobą. A tutaj przez większość czasu niczego takiego uświadczyć nie można i czytelnik zaczyna się zastanawiać dokąd tak naprawdę zmierza ta historia.

Na szczęście ostatnie rozdziały w końcu dają nam odpowiedź na to pytanie (a przynajmniej zaczynają na nie odpowiadać). Warto też pamiętać, że Beniamin Ashwood to pierwszy tom sagi, która składa się z sześciu części, więc historia będzie miała jeszcze dużo czasu, żeby się porządnie rozwinąć. Natomiast tutaj dostajemy wprowadzenie do świata, przedstawienie bohaterów i pierwsze zalążki dużo większej, bardziej skomplikowanej fabuły.

Ale ale, to nie tak, że w tym tomie zupełnie nic się nie dzieje! Co prawda przez większość czasu powieść płynie sobie spokojnie, gdy nasza grupa wędruje przez kolejne miasta, ale zdarzają się tu też momenty pełne akcji, emocji i napięcia.

Zdecydowaną zaletą tej książki są dobrze napisane sceny walki (tak nawiązując do poprzedniego akapitu!) - co prawda raczej krótkie, ale przynajmniej ciekawe i realistyczne. To samo tyczy się nauki nowych umiejętności, na przykład takiego machania mieczem - bohaterowie nie uczą się w trzy dni rzeczy, które normalnie zajmują ludziom całe lata. I chwała niech Cobble'owi będzie za to, bo takie nierealne podejście jest niesamowicie irytujące, a niestety nagminnie wykorzystuje się je w powieściach.

Autorowi nie można również odmówić umiejętności tworzenia bardzo plastycznych opisów wykreowanego świata i pięknych obrazów kolejnych miejsc, które bohaterowie odwiedzają na swojej drodze. Cobble rysuje przed nami naprawdę zapierające dech w piersiach miasta - zbudowane na wodzie lub na skałach, o iglicach sięgających chmur. Brakuje mi jednak trochę lepszej kreacji pod względem fantastycznym - cała książka ma niewiele elementów fantasy, co trochę boli moje serduszko. 

Co do naszego tytułowego Beniamina, to poczciwy z niego chłopiec - miły, rozsądny, porządny, a przy tym niewiele wie o prawdziwym życiu. Słowem - raczej nie sprawia wrażenia silnego głównego bohatera. Każda inna postać z jego grupy jest dużo bardziej wyrazista (no dobrze, może poza Meredith) - taki Rhys na przykład. Rhys jest świetnym bohaterem i wcale nie mówię tego ze względu na mój sentyment do jego imiennika. Ale nie będę dla Bena zbyt krytyczna - w końcu chłopak wzbudza naszą sympatię! Tylko mógłby być taki... jakiś!

Książka Cobble'a zdecydowanie przemówi do Waszych serduszek, jeśli z utęsknieniem czekaliście na niewymagającą historię z mieczami, czarami i demonami, przez którą płynie się szybko i przyjemnie. Zakładam też, że kolejne pięć tomów dostarczy nam dużo więcej sensu oraz poczucia celu, których tutaj momentami brakowało. I oczywiście jeszcze więcej emocji! 

A przy okazji zaspojlerowałam sobie przypadkiem jeden wątek, który mocno mnie zastanawiał (przeczytałam opinię, w której ktoś recenzował wszystkie tomy na raz) i niestety już wiem, że jego rozwiązanie zupełnie mi się nie podoba!

H.G. Wells - Wehikuł czasu

Bohater pierwszej powieści Wellsa, zwany Podróżnikiem w Czasie, opisuje na spotkaniu dżentelmenów niezwykłą przygodę, jaką przeżył za sprawą swojego autorskiego wynalazku - wehikułu czasu. Otóż odbył on podróż w przyszłość, do roku 802 701, i odkrył, że ludzkość wyewoluowała w dwie całkowicie odmienne rasy - Elojów i Morloków. To, co początkowo wyglądało jak wymarzona, utopijna przyszłość ludzkości, szybko okazało się jednak czymś zgoła przeciwnym.

Idea podróży w czasie kusi ludzkość niezmiennie już od stuleci i prawdopodobnie będzie spędzała sen z powiek naukowców przez wiele kolejnych pokoleń. Być może H.G. Wells byłby trochę zawiedziony, gdyby dowiedział się, że od 1895 roku, kiedy to premierę miał jego debiutancki Wehikuł czasu, nic się w tej kwestii nie zmieniło i technologia podróżowania w czasie dalej pozostaje nieznana (przynajmniej według oficjalnego stanu wiedzy). Tym bardziej, że autor przedstawił nam jej koncept już sto dwadzieścia sześć lat temu!

Wehikuł to krótka powieść, mająca nieco ponad sto stron, a jednak Wells z sukcesem przedstawił w niej jedne z najważniejszych kwestii, jakie znajdowały się w kręgu zainteresowań ówczesnego wykształconego człowieka - teorię ewolucji, industrializację oraz nierówności społeczne pomiędzy bogaczami i klasą robotniczą. Jego przemyślenia i wizja tego, do czego wymienione aspekty mogą doprowadzić w przyszłości, są naprawdę niepokojące. Równie ponure okazuje się wyobrażenie autora na temat tego, jak zakończy się żywot naszej planety i, mimo że tej kwestii poświęcone zostaje niewiele czasu, obraz wykreowany przez Wellsa na stałe wypala się w myślach czytelnika. 

Przyzwyczajona do współczesnego klimatu sci-fi, spodziewałam się po wellsowej wizji przyszłości czegoś zupełnie innego. W końcu koncepcja fabuły dawała mu ogromne pole do popisu, jeśli chodzi o aspekty techniczne, wiadomo też przecież, że Wells potrafi w nowatorskie technologie - wystarczy przypomnieć sobie machiny, które opisywał w Wojnie światów

A jednak tutaj główny zamysł jest zupełnie inny. Przemyślenia autora (i bohatera) dotyczą nie tyle przyszłego stanu technologicznego, co społecznego i ewolucyjnego, a powieść odzwierciedla poglądy Wellsa na temat społeczeństwa i polityki jego czasów. Podczas gdy inni widzą industrializację jako coś dobrego i pożądanego, według autora może być początkiem końca. W dystopijnej wersji przyszłości następuje wręcz całkowita degeneracja ludzkości, a stosunek Podróżnika do przyszłego człowieka waha się między politowaniem a pogardą. 

Nie ukrywam, że Wehikuł nie zrobił na mnie podobnie dużego wrażenia, co Wojna światów i Wyspa doktora Moreau (do recenzji tutaj), które również należą do najbardziej znanych powieści Wellsa.  Brakuje mi w nim choć odrobiny technologii, wydaje mi się też, że powieść jest jednak nieco zbyt abstrakcyjna i, o ile w czasach Wellsa mogły istnieć powody, by rozważać takie, a nie inne wersje przyszłości, o tyle teraz prawdopodobnie skłanialibyśmy się ku innym rozwiązaniom (z drugiej strony wiemy już też, że z Marsa nie przylecą do nas obcy). 

Uwielbiam natomiast fakt, że w książkach z serii Wells w Vesper znajdują się posłowia, które rzucają światło na przesłanki, jakimi autor kierował się podczas tworzenia swoich największych dzieł. A całości dopełniają proste, choć niepokojące ilustracje, które idealnie oddają ich klimat.

Wells jest niekwestionowanie prekursorem fantastyki naukowej, którego twórczość miała ogromny wpływ na obecną kulturę i choćby tylko z tego powodu powinno się jego dzieła przyswoić (tym bardziej, jeśli jesteście fanami sci-fi). Z drugiej strony w swojej książce prowadzi też dyskurs natury socjologicznej, psychologicznej i ewolucyjnej. I choć jego wizja niektórym może wydawać się nieco przesadzona, wielopoziomowość powieści sprawia, że każdy odnajdzie w niej coś, co do niego szczególnie przemówi.

Rachel Winters - Co powiesz na spotkanie?

Ezra nie chce stworzyć scenariusza komedii romantycznej, ponieważ twierdzi, że przedstawiane w nich wydarzenia nie mogłyby przytrafić się w prawdziwym życiu, a on potrafi pisać tylko autentyczne historie. Przyszłość i kariera Evie, asystentki agenta filmowego, zależą od tego, czy nieznośny, narcystyczny scenarzysta (którego przezywa Gburem) zdąży oddać gotowy scenariusz w terminie, więc postanawia udowodnić mu, że nie ma racji. W tym celu musi zapoznać się z jakimś miłym kawalerem, wykorzystując typowe motywy spotkań ze znanych komedii romantycznych. 

Z jednej strony wszystkie główne wątki tej historii są niesamowicie przewidywalne i oczywiste. Winters powiela utarte schematy, które znamy z setek innych książek i filmów o tej tematyce, a jej powieść nie wnosi wiele nowego do gatunku (w końcu opiera się na odtwarzaniu scen ze znanych komedii). Prawda jest taka, że już od samego początku wiadomo, jakie czeka nas zakończenie. To znaczy - wiedzą to wszyscy poza główną bohaterką. Evie jest niesamowicie niedomyślna - cały świat w kółko daje jej znaki, a ona zupełnie nie ma pojęcia, co się dzieje. 

Nie zmienia to jednak faktu, że historię czyta się bardzo przyjemnie. Książka jest lekka, pełna humoru (choć wplecione zostało w nią także kilka poważnych tematów) i zabawnych, groteskowych sytuacji, które, wbrew pozorom, nie są po prostu kalką swoich pierwowzorów. Evie należy w końcu do tych postaci, którym zazwyczaj coś nie wychodzi, co często doprowadza do nieco wstydliwych, czy też całkowicie abstrakcyjnych sytuacji (to również nic nowego w tego typu literaturze). 

Winters udało się wykreować barwnych i przekonujących bohaterów i to głównie za ich sprawą powieść nabiera charakteru. Evie, mimo sztampowej kreacji, jest przeuroczą dziewczyną, chociaż momentami bywa straszną egoistką, a czasami mamy ochotę puknąć ją w czoło i spytać "co ty najlepszego wyrabiasz?!". Nasze serduszka zdecydowanie zdobędzie Anette - to taka urzekająca osóbka! Ale nawet okropny, ekscentryczny Ezra jest świetnie stworzoną postacią (choć raczej nie pałamy do niego wielką sympatią) i bez niego powieść nie byłaby taka ciekawa.

Mimo dość pokaźnej objętości, książkę czyta się naprawdę szybko. Przez cały czas coś się dzieje, coś nas absorbuje i nie pozwala jej odłożyć, aż niezauważenie nadchodzi koniec. Winters na pewno nie napisała najbardziej oryginalnej komedii romantycznej, na jaką traficie, ale jej historia jest naprawdę przyjemna - ogrzeje Wasze serduszka i zdecydowanie umili dzień. 



Paul Dye - Houston, lecimy!

Pierwsze, co przychodzi nam do głowy, gdy myślimy o NASA, to prawdopodobnie astronauci siedzący w fotelach na górnym pokładzie statku kosmicznego i ogon płonącego paliwa, ciągnący się za rakietą podczas startu (ewentualnie bluzy z tym fikuśnym logo albo teorie spiskowe płaskoziemców... ale o tym nie będziemy tutaj rozmawiać!). Przyzwyczailiśmy się już do myśli, że możemy wysłać człowieka w kosmos, prawda? Dlatego zazwyczaj w ogóle nie zastanawiamy się, jak wiele osób stało za tym, by tych kilku astronautów mogło wyruszyć w swoją kosmiczną misję.

Paul Dye przez czterdzieści lat pracował w NASA, z czego przez trzydzieści piastował stanowisko dyrektora lotów i to na nim spoczywała odpowiedzialność za cały zespół techników, inżynierów i kontrolerów, którzy planowali misje, nadzorowali każdy krok astronautów i pilnowali, by wrócili oni bezpiecznie do domu. Swoje doświadczenia z tej "drugiej", tylko teoretycznie mniej spektakularnej strony lotów kosmicznych opisał w Houston, lecimy!

Pierwsza myśl, która przyjdzie Wam do głowy, podczas czytania tej książki? Jak ci ludzie muszą być niesamowicie ogarnięci i inteligentni! Niby zdawałam sobie z tego sprawę, ale dopiero czytanie o ich pracy z pierwszej ręki otwiera oczy na to, jak ogromna odpowiedzialność spoczywa na pracownikach kontroli lotu, jak wiele zaangażowania się od nich wymaga i na ilu rzeczach muszą się znać! Dye przybliża nam zakres pracy wszystkich zespół i istotnych ludzi, ale raczy nas nie tylko suchymi faktami - pokazuje, jak wyglądała ich rutyna, jak się do siebie zwracali w "nasowskim" slangu i jakie mieli zwyczaje. 

Kolejnym niesamowitym aspektem tej książki, jest jej wartość historyczna. Dye zaczął pracować dla NASA w czasach, gdy używano jeszcze poczty pneumatycznej, a komputery dopiero raczkowały.  Kiedy pojawił się tam w latach 80., większość dostępnego sprzętu pochodziła z lat 60. i 70. (z programu Apollo) i to wtedy był szczyt techniki (co dzisiaj wydaje się absurdalne)! Dzięki tej książce będziemy w stanie prześledzić, jak rozwijała się technologa kosmiczna. Swoją drogą, trochę to przerażające, że wahadłowce zaprojektowano w latach 70., a latano nimi do 2011 roku, kiedy większość samolotów była już dużo bardziej rozwinięta od maszyn, które wynosiły ludzi w kosmos!

Mimo że książce nie można oczywiście odmówić walorów naukowych i merytorycznych, ton autora pozostaje lekki, poprzetykany drobnymi żartami ("Spalanie jest dobre, gdy chcemy zapobiec temu, by kosmiczne kamienie spadały ludziom na głowy. Nieco gorsze, kiedy próbujemy w jednym kawałku sprowadzić na ziemię pojazd z załogą.") i anegdotkami z pracy. Na śmieszne anegdotki Dye poświecił zresztą cały rozdział i był to jeden z najprzyjemniejszych momentów tej książki!

Z drugiej strony momentami pozycja sprawia wrażenie przegadanej, często powtarzają się też te same informacje, co na dłuższą metę może być trochę irytujące. W dodatku ilość informacji, które trzeba przyswoić, "nasowego" slangu i skrótów, sprawia, że książkę czyta się po prostu wolno. Ale niech Was to nie zniechęca, bo sama treść jest niesamowicie interesująca! Na szczęście nie trzeba też być znawcą tematu, żeby czerpać z tej lektury przyjemność i zrozumieć kosmiczne oraz naziemne zawiłości pracy w NASA - Dye rzetelnie tłumaczy wszystko, od nazw stanowisk w centrum kontroli, przez teorię związaną z mechaniką orbitalną, na budowie schowków w wahadłowcu kończąc. Autor kreuje też przed nami zapierającą dech w piersiach wizję przyszłości, w której prywatni przewoźnicy organizują komercjalne loty w kosmos - na co czekam!

Czytanie o doświadczeniach i wspomnieniach człowieka, który brał udział w jednym z najbardziej niesamowitych momentów w rozwoju technologii i historii ludzkości jest naprawdę świetnym doświadczeniem! Jeśli choć trochę interesujecie się tematem, nie możecie przejść obojętnie obok tej książki! 

Przemysław Piotrowski - Sfora

W Zielonej Górze jeszcze nie całkiem opadły emocje po serii brutalnych morderstw, gdy w lesie zostaje znaleziona ludzka ręka. Może dałoby się ten fakt jakoś logicznie wytłumaczyć (w końcu w okolicy zauważono wilczą sforę), gdyby nie to, że ślady zębów, znalezione na kończynie, należą do... człowieka. 

Wkrótce potem zgłoszone zostaje zaginięcie siostry zakonnej, a po mieście zaczynają krążyć niestworzone historie o wilkołakach. Czarnecki musi reagować szybko, zanim plotki zostaną podchwycone przez media. W skład powołanego przez niego zespołu wchodzą również Brudny i Zawadzka, którzy przyjeżdżają ze stolicy. Igor nie wierzy w przypadki, a intuicja nie daje mu spokoju. Czy to możliwe, by kolejna brutalna sprawa również wiązała się z mroczną przeszłością sierocińca sióstr hieronimek?

Fabuła powieści jest nieoczywista, ciekawa i wywrotna, a także odrobinę... dziwna, co nadaje jej oryginalności. Motyw ze sforą i wilkołakiem to zdecydowanie pomysły, które przemawiają do mojego serduszka, a kryminałowi nadają powiew świeżości (przynajmniej w moich oczach, choć w tym miejscu muszę przyznać, że nie jestem żadnym wielkim znawcą tematu). 

Na szczęście w Sforze główny wątek jest zdecydowanie bardziej zaskakujący niż ten z Piętna, gdzie już prawie na samym początku można było się domyślić rozwiązania wielkiej tajemnicy. Za to akcja rozwija się tu raczej powoli, nie czuć takiego napięcia, ciągłej gonitwy i ciepłego oddechu mordercy na karku, jak to było w pierwszej części przygód Brudnego.

Jednak wciąż nie można odmówić Piotrowskiemu umiejętności tworzenia w swoich powieściach odpowiedniego nastoju. Klimat książki jest ciężki, mroczny, a gdy już pojawia się moment pełen napięcia, jest ono zawsze dobrze zbudowane i sprawia, że czasami aż ciareczki przechodzą czytelnika po plecach.

Autor równie umiejętnie kreuje przyjemnych i wiarygodnych bohaterów (głównie męskich). Naprawdę widać, że każda z tych postaci jest dobrze przemyślana i unikatowa, ma szczególne cechy, zachowania, swoisty, wyjątkowy sposób bycia, co sprawia, że bohaterowie wydają się bardzo autentyczni. Ich dialogi są niewymuszone, naturalne i błyskotliwe, a w zachowaniu widać policyjny dryg i takie surowe obycie, które natychmiast kojarzy nam się z tym zawodem. 

Co do Igora, to uważam, że akurat w jego przypadku autor nie popisał się jakąś szczególnie wyszukaną kreacją głównego bohatera - to zamknięty w sobie, upośledzony emocjonalnie mruk, który nie potrafi rozmawiać i nawiązywać zdrowych relacji. Brakuje mu jedynie trochę większej miłości do wysokoprocentowych trunków, wpadającej w alkoholizm, żeby pasował idealnie do archetypowego obrazu gliniarza z kryminału (taki chociażby Harry Hole Jo Nesbø). Jest ciekawym bohaterem z charakterem, w dodatku można zaobserwować u niego z czasem pewną przemianę, ale niestety - wszystko to już było.

Jednak aspektem, który najbardziej nie podoba mi się w tej książce są kobiety. A raczej sposób, w jaki Piotrowski je przedstawia. Niemal przy każdym opisie znajdziemy kwiatki w stylu "mówiła za dużo, jak to kobiety" albo coś w ten deseń. Warto natomiast zwrócić uwagę na fakt, że w żadnym fragmencie odnoszącym się do panów nie ma brzydkich uogólnień typu "wracał do domu, siadał przed telewizorem i czekał, aż żona poda mu browa, jak to faceci". 

W dodatku wszystkie kobiety są albo wypindrzonymi dziuniami, z których mniej lub bardziej dyskretnie śmieją się pozostali bohaterowie, albo wpadają w histerię, są rozemocjonowane i ostatecznie nie ma z nich dużego pożytku (jak to na kobiety przystało). Jedyną panią, która została opisana bardziej przychylnie jest Zawadzka - głównie dlatego, że dla odmiany "ma jaja jak facet", chociaż jej też niestety zdarza się zachowywać jak baba...

W Sforze znajdziecie ciekawy, oryginalny pomysł, emocje i mroczny klimat na miarę kryminału. Książka ma swoje słabe strony, ale na pewno będzie świetną rozrywką, którą pochłoniecie w zastraszającym tempie. Ach, no i daję ogromnego plusa za subtelne wstawki nawiązujące do obecnej sytuacji i "kultury sprawowania władzy" w naszym państwie!

Jack Campbell - Nieustraszony

Druga część przygód legendarnego Johna "Black Jacka" Geary'ego trzyma poziom i ani trochę nie odstaje od pierwszej - pokuszę się wręcz o stwierdzenie, że jest od niej pod wieloma względami jeszcze lepsza! Do historii powracamy dokładnie w momencie, w którym przerwaliśmy ją w Nieulękłym - pierwszej części cyklu (jeśli jeszcze jej nie czytaliście, to nie zaglądajcie dalej! Zamiast tego zapraszam na recenzję Nieulękłego - o tu). 

Siły Sojuszu dalej przemierzają odległe rubieże galaktyki, ani trochę nie przybliżając się do domu. Wręcz przeciwnie - z każdym skokiem przez hipernetyczne wrota, zapuszczają się jeszcze głębiej na tereny wrogiego Syndykatu. Żeby zmylić przeciwnika, Geary postanawia uskutecznić najbardziej szalony plan, jaki przyszedł mu do głowy. Część floty zdaje się doceniać jego nieprzewidywalność, jednak niezadowolenie wśród generałów nieprzychylnych "Black Jackowi" rośnie coraz szybciej. Wszystko komplikuje się jeszcze bardziej, gdy na pokładzie "Nieulękłego" pojawiają się odbici jeńcy wojenni, a wśród nich prawdziwa gwiazda swojego pokolenia i idol żołnierzy Sojuszu, który może podkopać świeżo zdobytą pozycję Geary'ego. 

Największym atutem książek Campbella są bezsprzecznie opisy kosmicznych potyczek. Muszę przyznać, że Zaginiona flota jest zdecydowanie najlepszym militarnym sci-fi, jakie dotąd czytałam! Kunszt, z jakim autor opisuje skomplikowane manewry wojskowe, jest godzien podziwu. Udaje mu się zachować względny realizm i prawa fizyki, a równocześnie przedstawić bitwy w niezwykle emocjonujący sposób i utrzymać czytelnika w tak ogromnym napięciu, że stara się on na jednym wdechu przyswoić niekiedy i pięćdziesiąt stron!

Nieustraszonego już od samego początku czyta się lepiej niż poprzednią część - teraz, gdy jesteśmy przyzwyczajeni do nieco topornego stylu, w jakim została napisana. Dalej znajdziemy tu momenty przedstawione z przesadną pompą i zbyt dużą dozą patetyzmu, ale rażą one zdecydowanie mniej. 

Autor uchyla rąbka tajemnicy, którą owiany jest konflikt między Sojuszem i Syndykatem (szczególnie jego początki!), a wnioski, do jakich dochodzi Geary, kierują historię w bardzo ciekawą stronę! Obserwujemy również rozwój postaci, które roszczą sobie coraz więcej miejsca w naszych serduszkach, w miarę jak wspólnie zagłębiamy się na wrogie kosmiczne tereny.  Z coraz większym zaangażowaniem oglądamy też utarczki między przywódcami floty, a głupota i niesubordynacja niektórych bohaterów często podnoszą nam ciśnienie.

Postaci Campbella są raczej prosto wykreowane, zero-jedynkowe i schematyczne. Mimo że możemy zaobserwować rozwój niektórych z nich, drobne zmiany w sposobie myślenia, to dalej jesteśmy raczej pewni, czego się po nich spodziewać. Pod tym względem prym wiedzie oczywiście Geary, który pozostaje wyidealizowanym, nieomylnym bohaterem bez skazy. Zdecydowanie widać to na przykład w momencie, gdy autor wprowadza nową postać, która w założeniu miała być mocnym charakterem, ale przy "Black Jacku" wypada tak blado, że aż robi nam się żal. 

Z jednej strony wypadałoby, żeby komodor popełnił w końcu jakiś błąd. Przecież nie może być tak, że przez wszystkie sześć części każda rzecz, której się chwyci, zakończy się sukcesem, bo ostatecznie zrobiłoby się to trochę nudne (a także ździebko nieprawdopodobne). Ale z drugiej, za każdym razem, gdy nadchodzi ważny moment, toczy się kolejna efektowna bitwa, od której zależą losy floty Sojuszu, modlę się, żeby nic złego się nie stało!

Nieustraszony dostarcza świetnej rozrywki na wysokim fantastyczno-naukowym poziomie i mnóstwo emocji. Lekturę pożera się w tempie podobnym do tego, które rozwijają zwinne korwety Sojuszu, przemierzające kolejne systemy w drodze do domu. A technologiczny smaczek związany z hipernetem, którym raczy nas w tej części Campbell, jest naprawdę cudowny! 

Bianca Iosivoni, Laura Kneidl - Midnight Chronicles. Moc amuletu

Roxy, irlandzka łowczyni duchów, popełniła błąd, za który być może będzie musiała zapłacić najwyższą cenę. Jeśli w ciągu czterystu czterdziestu dziewięciu dni nie odeśle czterystu czterdziestu dziewięciu potępionych dusz, które rozpierzchły się po całym świecie, z powrotem do podziemia, sama zajmie ich miejsce i nigdy nie uda jej się odnaleźć brata.

Jakby już samo zadanie nie było wystarczająco trudne, musi się jeszcze opiekować Shawem, chłopakiem, z którego wypędziła ducha i który po tym egzorcyzmie stracił pamięć. Każda chwila, którą wspólnie spędzają, przybliża ich do siebie, ale Roxy nie może się rozpraszać, bo za pewien czas może nie mieć już żadnej przyszłości - nieważne, czy z Shawem, czy bez niego.

Sięgnęłam po tę książkę głównie dlatego, że jestem fanką wszystkiego, co dotąd wyszło spod pióra Laury Kneidl, a w dodatku Moc amuletu jest powieścią fantasy (i ma przepiękną okładkę!). Z drugiej strony, to moja pierwsza książka Bianki Iosivoni, która jest tutaj główną autorką, ale jej inne powieści mają dobre opinie, więc, jak widzicie, wszystko przemawiało za tym, żeby oczekiwać przyjemnej lektury. 

Z tego, co wiem, żadna z poprzednich książek autorek (przynajmniej tych wydanych w Polsce) nie należy do fantastyki (poprawcie mnie, jeśli się mylę). I po przeczytaniu pierwszej części Midnight Chronicles stwierdzam, że zdecydowanie nie powinny wchodzić w ten gatunek. Dlaczego?

Otóż, po pierwsze: w powieści serwuje się nam motywy odgrzewane już tyle razy, że aż wstyd po nie sięgać - pogromcy duchów i potworów, placówki łowców rozsiane po całym świecie, czary, które chronią ich tajną misję przez wzrokiem zwykłych śmiertelników - wszystko to wykorzystała już chociażby Cassandra Clare u swoich Nocnych Łowców. Zresztą magiczne amulety to też raczej żadna nowość...

Po drugie: sceny walki, sceny walki i jeszcze raz - sceny walki! 

Ja rozumiem, że to nie jest powieść fantastyczna z krwi i kości, tylko romans, w którym fantasy ma być jedynie miłym urozmaiceniem (a przynajmniej mam nadzieję, że taki był zamiar, bo jeśli to miało być pełnoprawne fantasy, to w ogóle brak mi słów...). Niestety, większa część książki opiera się na poskramianiu duchów i upiorów, więc wypadałoby jednak napisać przynajmniej jedną porządną scenę walki, która będzie trwała więcej niż pięć linijek! 

Po trzecie: te wyolbrzymienia, które są aż śmieszne. W książce co chwila możemy przeczytać o tym, że wszystkie misje, których podejmują się hunterzy, są niby takie trudne i niebezpieczne, a potwory, z którymi walczą - potężne i krwiożercze. A jednak za każdym razem rozprawiają się z nimi w 20 sekund. A każde "ledwo uszliśmy z życiem" oznacza kilka siniaków. Dosłownie. Poważna sprawa, nie ma co.

Przy okazji książka pełna jest błędów logicznych i niedopatrzeń tak rażących, jakby autorki postanowiły nawet nie czytać jej drugi raz dla sprawdzenia. Na stronie 241 czytamy na przykład, że Roxy "opowiadała mi wprawdzie o [nim] i swoim zadaniu, ale imię wtedy pominęła" co jest ewidentnym babolem, ponieważ na stronie 166 stoi jak byk "Kevin, tak nazywa się [ten gość, nie musicie wiedzieć, kto]". Albo Roxy mówi, że w kilka sekund ułożyła plan walki. A potem stwierdza, że to plan, który stosuje od miesięcy - więc jak niby właśnie teraz go ułożyła?!

Myślicie, że się czepiam? Może gdyby coś takiego zdarzyło się raz, faktycznie nie zwróciłabym na to większej uwagi, ale niestety cała książka wygląda w taki sposób! W którymś momencie starałam się już po prostu nie zauważać kolejnych nielogicznych wywodów, natomiast jest jedna rzecz, której nie mogę zdzierżyć - jak ta dziewczyna może nie liczyć dusz i nie wiedzieć, ile ich już odesłała?! Gdyby moje życie zależało od tego, czy w czasie 449 dni uda mi się wytropić 449 dusz i odprawić je do zaświatów, to liczyłabym każdą jedną, żeby przynajmniej wiedzieć, ile mi ich jeszcze zostało... 

W dodatku niektóre fakty (na przykład wytłumaczenie jakiegoś magicznego zjawiska) powtarzają się średnio raz na dwadzieścia stron - za każdym razem, gdy dana kwestia zostaje ponownie poruszona. Na sześćdziesięciu stronach aż trzy razy będziecie mogli przeczytać, że duchy czwartej fazy mogą przyjmować postać (to jeden z przykładów - jest ich znacznie więcej). Nie wiem, czy autorki założyły, że ich książkę będą czytać kretyni, którym w kółko trzeba o wszystkim przypominać. Przecież jesteśmy w stanie przyswoić to już po pierwszym razie! 

Jakby tego było mało, korekta też leży i płacze. Znajdziecie tutaj kwiatki typu "niedowierzając" napisane razem, niewyjustowane fragmenty tekstu, powtórzenia, a nawet piękne zdania w stylu "jaki zareaguję ten widok" zamiast "jak zareaguję na ten widok" - całe combo wszystkich błędów, jakie tylko przyjdą Wam do głowy. Aż sprawdziłam, czy nie dostałam wersji przed korektą, ale nie - to jest oficjalne wydanie...

Uff, no dobrze - w końcu wylałam z siebie wszystkie żale. Jeśli dotarliście ze mną aż do tego momentu, to może chcielibyście wiedzieć, czy jest w tej książce w ogóle coś dobrego? 

Jest. Sama historia na przykład nie jest najgorsza. Jeśli przymknie się już oko na miliony niedociągnięć, to losy bohaterów mogą być całkiem interesujące - czy Roxy uda się odesłać wszystkie dusze na czas? Dlaczego w ogóle musi wypełnić tak beznadziejną misję? Kim jest Shaw - a raczej kim był, zanim stracił pamięć?

Świat w Midnight Chronicles nie oferuje nam zupełnie niczego nowego (jak już wspomniałam), ale bohaterowie zostali naprawdę przyjemnie wykreowani - większość z nich można od razu polubić, a ich słowne utarczki czyta się z uśmiechem.

Wątek miłosny nie został tutaj szczególnie rozwinięty, ale planowo ma być chyba sześć czy siedem części, więc rozumiem, że najciekawsze dopiero przed nami. Kilka razy pojawia się okazja do tego, by nasze serduszko zabiło trochę mocniej, ale autorki boleśnie skąpo obdarzają nas takimi momentami, co tylko zwiększa apetyt! 

Szczerze, nie mam pojęcia, czy sięgnę po kolejne części Midnight chronicles. Moc amuletu była pod wieloma względami po prostu zła, a przy okazji jeszcze zniechęcająca i rozczarowująca. Z drugiej strony nie mogę jej powiedzieć kategorycznego "nie", ponieważ chętnie poznałabym dalsze losy Roxy oraz przeszłość Shawa. Choć nie ukrywam, że wolałabym o nich czytać w bardziej dopracowanej odsłonie.

Agnieszka Markowska - Czas niepogody

Sarune od dziecka marzyła, by zostać akolitką Pana Światła i dołączyć do Sióstr Jutrzenki - osobistej świty Najwyższej Kapłanki Enklawy Słońca. Wytrwałą pracą i niezachwianą wiarą zyskała miejsce w zakonie, ale teraz, gdy jej marzenie w końcu może się spełnić, nagle wszystko coraz bardziej się komplikuje.

We wiosce zaczyna brakować Insomnium, które blokuje sny i chroni wyznawców Pana Światła przed grzechem i Tkaczami, mrocznymi dziećmi Pani Nocy. Przyjaciółka Sarune, Rhianna, która jest pół-Tkaczką i gardzi zakonem Pana Światła, staje się coraz bardziej nieznośna i zbuntowana, a na Sarune uwagę zwraca pewien Tkacz Nocy, który otwiera jej oczy na sprawy, o jakich dotąd nie miała pojęcia. 

Niestety główna bohaterka nie zrobiła na mnie szczególnie niesamowitego wrażenia. Z początku jest to dziewczyna do bólu wręcz naiwna, zatopiona po uszy w swojej gorliwej wierze i traktująca wszystkich bardzo protekcjonalnie. Nie wiem już nawet, co bardziej mnie w niej irytowało - ta jej bezmyślna łatwowierność, czy raczej fakt, że wbrew pozorom (wszyscy twierdzą, że to taka dobra i urocza dziewczyna) jej zachowanie jest przez większość czasu po prostu egoistyczne. I niby można je bardzo łatwo wytłumaczyć, a na kolejnych stronach obserwujemy powolną przemianę bohaterki, jednak nie zmienia to faktu, że pozostaje raczej denerwująca.

Natomiast Kadana, głównego męskiego bohatera, uwielbiam od pierwszego wypowiedzianego przez niego zdania. No dobrze, tak naprawdę od trzeciego. To jest, proszę Państwa, ciekawy, błyskotliwy i dający się lubić bohater, w dodatku Tkacz Nocy, oczywiście niesamowicie pociągający, eteryczny i inny niż wszyscy, więc łatwo może zawrócić nam w głowie!

Markowska oczarowała mnie jednak nie tylko uroczym chłopcem, ale też bardzo ładnie wykreowanym światem, a przede wszystkim terminami, którymi się posługuje - Tkacze Nocy, Kroczący wśród Snów, Enklawa Słońca - wszystkie te określenia brzmią po prostu przepiękne! Sama historia Świetlistych, Tkaczy, Pana Światła i Pani Nocy, którą poznajemy na początku, była intrygująca i zapowiadała naprawdę ciekawą przygodę!

Niestety książka okazała się okropnie nierówna. Początek był przywozicie opracowany, zostaliśmy wprowadzeni do historii, a akcja była dobrze wyważona (choć na pierwszych stronach raczej powolna). Potem zawiązały się główne wątki i do tego momentu jeszcze wszystko było w porządku. Ale wtedy nagle autorka zaczęła wszystko coraz bardziej skracać, ucinać i spłycać, cały tydzień mijał na jednej kartce, jakby Markowska uświadomiła sobie, że z jakiegoś powodu musi zmieścić się na 300 stronach i nie zostało jej wystarczająco dużo miejsca ani na porządne rozwinięcie akcji, ani na dobre zakończenie.

O tak, to zakończenie... "Najważniejszy" i "najstraszniejszy" moment rozegrał się na jakichś dwóch stronach, nie wzbudzając zupełnie żadnych emocji. Nie mam nawet pojęcia, co mogłabym jeszcze o nim napisać... Może oprócz tego, że rozczarowało mnie na całej linii. 

Ale to jeszcze nie koniec mojego utyskiwania. Otóż książka pełna jest niedopowiedzeń, a czasem faktów wręcz nielogicznych. Niektóre momenty i wątki kończyły się, zanim zdążyły się porządnie zacząć, były urwane albo zupełnie niewykorzystane. Markowska porzucała pewnych bohaterów bez żadnego słowa, inni wybierali się w bezsensowne podróże tylko po to, żeby zupełnie niczego nie załatwić i wrócić. A mocne postaci, wokół których kręciła się akcja, nagle zostawały zdegradowane, zmienione nie do poznania. W wielu przypadkach rozumiem zamysł autorki, wiem, co chciała osiągnąć, ale naprawdę powinna była poświęcić na to zdecydowanie więcej czasu i lepiej przedstawić. 

To samo tyczy się wątku miłosnego. Początkowo napięcie między bohaterami było naprawdę dobrze budowane, stopniowo atmosfera stawała się coraz gorętsza i przyznaję, że w pewnym momencie czytałam tę książkę głównie ze względu na romans (i Kadana, z którego, jak już wspominałam, jest całkiem fajny facet). A potem, po całym tym napięciu, nadszedł moment, na który wszyscy czekali i... również rozegrał się bez żadnych emocji i tak szybko, że można go było nawet nie zauważyć. Serio. Tak się nie robi.

Czas niepogody miał naprawdę spory potencjał. Pomysł był intrygujący, świat ładnie wykreowany, Markowska raczyła nas tajemnicami i intrygami, we wiarygodny sposób przestawiła rozwój i przemianę postaci. Dlatego bardzo boli mnie fakt, że wszystko to mogłoby być znacznie lepsze, gdyby autorka napisała przynajmniej dwieście stron więcej. A najlepiej podzieliła historię na dwie części i poświęciła wystarczająco dużo czasu na rozwinięcie akcji i przedstawienie trochę większego kawałka swojego świata.

Jennifer Wright - I (nie) żyli długo i szczęśliwie. Najgorsze rozstania w historii

Prawdopodobnie każdy z nas ma za sobą przynajmniej jedno rozstanie. W zasadzie nasze doświadczenia mogą się diametralnie różnić - mogliśmy zostać zdradzeni albo porzuceni bez słowa wyjaśnienia, a może jednak wszystko zakończyło się dojrzale, za obopólną zgodą i ze słowami "zostańmy przyjaciółmi". Ale przypuszczalnie nikt nie próbował nas ściąć, oskarżając o konszachty z diabłem, ani nie udawał, że jesteśmy duchami (ghosting nabiera zupełnie nowego znaczenia!), więc stwierdzam, że chyba i tak całkiem nam się udało. 

W przeciwieństwie do osób, o których Jennifer Wright wspomina w swojej nowej książce... 

Autorka cudeńka Co nas (nie) zabije, które wyszło nakładem Wydawnictwa Poznańskiego na początku zeszłego roku, tym razem przedstawia nam trzynaście historii naprawdę paskudnych i ekstremalnych rozstań, przy których bledną współczesne skandale z udziałem celebrytów.

Zaczynamy od starożytności, a na pierwszy ogień idą Neron (nawet tego nie planowałam!) i Poppea Sabina. Tak, dobrze kojarzycie, Neron był cesarzem, który podpalił Rzym i już na tej podstawie można by stwierdzić, że nie należał do najbardziej zrównoważonych ludzi na świecie i może niekoniecznie powinno się z nim wiązać. Poppea przekonała się o tym na własnej skórze. Zresztą nie tylko ona. 

Znajdziecie tutaj zarówno dzieje postaci, o których mogliście dotąd nie słyszeć, jak i takich, które na pewno znacie już z lekcji historii. Albo z seriali. Jak na przykład Henryk VIII, który był nie tylko władcą Anglii, ale także niekwestionowanym królem brutalnych rozwodów i ponownych ożenków. Albo Lukrecja Borgia ze sławnej (choć odrobinę kontrowersyjnej) papieskiej rodziny, Oscar Wilde, którego prawdopodobnie nie trzeba przedstawiać (no dobra, to ten gość od Portretu Doriana Graya - między innymi), czy też lord Byron (sławny angielski poeta i dramaturg, którego życie obfitowało w całkiem sporo skandali).

Wright postanowiła opisać zdecydowanie skrajne przykłady tego, jak może zakończyć się związek (i co dzieje się później), a jednak w każdej z tych historii jest coś (lub ktoś), z czym (lub z kim) prawdopodobnie będziemy mogli się utożsamiać albo odnieść do naszych własnych doświadczeń. No może oprócz tej o opowiadaniu wszystkim, że Twoja żona jest duchem. 

W dodatku wszystkie rozdziały mają tytuły typu "Jeśli czasem wysyłasz swoim byłym bardzo emocjonalne maile" albo "Jeśli ktoś Cię rzucił", które pokazują, że z Jennifer jest całkiem równa babka, która pewnie też wie, jak to jest, kiedy się z kimś zerwie, a potem po pijaku wysyła mu żenujące wiadomości. 

Jej opowieści skupiają się oczywiście na rozstaniach, ale przy okazji serwuje nam także porządną dawkę wiedzy, przedstawia zarys czasów, w których toczy się akcja, szerszy kontekst historyczny, panujące w danym momencie realia. Wright po raz kolejny traktuje historię z przymrużeniem oka i jest w tym prawdziwą mistrzynią! Jej żarty i komentarze są przezabawne, każde zdjęcie ma śmieszny podpis, a drobne, absurdalne wstawki i anegdotki sprawiają, że wybuchacie śmiechem. Oczywiście jest to ten rodzaj humoru, który jednych rozbawi do łez, podczas gdy inni pewnie stwierdzą coś w stylu "co to za chłam?". Mam nadzieję, że należycie do tej pierwszej grupy i I (nie) żyli długo i szczęśliwie Wam również sprawi ogromną przyjemność!

Pozycje z serii Zrozum za każdym razem zdobywają moje serduszko, a Jennifer Wright awansowała na jedną z moich ulubionych autorek już przy naszym pierwszym spotkaniu. Jeśli nie czytaliście jeszcze jej poprzedniej książki - Co nas (nie) zabije (tutaj wrzucam link do recenzji), to zdecydowanie powinniście naprawić ten rażący błąd, pokajać się, przeprosić samych siebie, a potem spędzić kilka godzin na tej cudownej rozrywce! Trochę bałam się, że nowa książka Wright nie oczaruje mnie tak bardzo jak poprzednia, ale humor i styl autorki pozostają na równie wysokim poziomie, chociaż temat plag i chorób wydawał mi się odrobinę bardziej wdzięczny.

A jeśli akurat jesteście w trakcie albo po paskudnym zerwaniu, to pamiętajcie - wszystko się ułoży! Może to był właśnie ten ostatni etap zanim zwiążecie się z osobą, z którą spędzicie resztę swojego życia!