Kacper Pitala - Jak to wyjaśnić? W poszukiwaniu odpowiedzi na pytania, które pozornie nie mają odpowiedzi.

Od razu na wstępie przyznam, że o Kacprze Pitali nie słyszałam ani razu, zanim nie natrafiłam na jego debiutancką książkę, natomiast ze względu na wdzięczne tematy, które w niej poruszał, stwierdziłam, że to idealna lektura dla mnie!

Jak to wyjaśnić? to na pewno niesamowicie wszechstronna pozycja, choć można w niej wyróżnić kilka głównych tematów - kosmos i czas, prawa fizyki, rządzące naszym światem czy funkcjonowanie ludzkiego mózgu. Znacie to uczucie, gdy wchodzicie na niedziałające schody ruchome i Wasze ciało nagle nie wie, co się dzieje? O tym też tutaj jest! 

W dodatku Pitala pisze lekko, bezpośrednio i ma świetne poczucie humoru - potrafi rozśmieszyć czytelnika i kreatywnie bawić się językiem, więc niektóre fragmenty jego książki czyta się naprawdę przyjemnie. 

Nie do końca przekonała mnie natomiast jej forma. Autor przedstawia kolejne tematy, zadając różne wnikliwe pytania, które, jak informuje nas podtytuł, "pozornie nie mają odpowiedzi". Znajdziemy tu więc rozważania typu "dlaczego pojęcie jest zielone", "jak duże jest wszystko?" albo "kiedy jest teraz?". I w samym tym pomyśle nie byłoby zupełnie nic złego, gdyby nie to, że Pitala postawił sobie chyba za punkt honoru zadawanie jak najgłupszych pytań i odpowiadanie na nie w jak najbardziej okrężny i bezsensowny sposób, aż do momentu, gdy samo pytanie dawno już przestaje mieć znaczenie.

Niestety czasem jego dowcip przeradza się w czystą abstrakcję. I nie zrozumcie mnie źle - zazwyczaj nie mam zupełnie nic przeciwko abstrakcji, ja ją wręcz uwielbiam! Ale w tym przypadku nie mogę pozbyć się wrażenia, że duża część książki (szczególnie na początku) to najzwyklejsze w świecie, zupełnie nic niewnoszące do naszego życia lanie wody...

Na szczęście kolejne rozdziały są już bardziej przekonujące, jednak ten niesmak i rozczarowanko z początku pozostały w mojej podświadomości aż do końca lektury.

Nie chcę, żebyście odnieśli wrażenie, że to całkowicie krytyczna opinia. W debiucie Pitali można znaleźć mnóstwo ciekawych informacji i zajmujących faktów, opisanych bardzo interesująco, obrazowo i z humorem. Pytanie tylko, czy chcecie w ich poszukiwaniu przedzierać się przez fragmenty brzmiące jak słowotok początkującego filozofa, po raz pierwszy próbującego swoich sił w tworzeniu górnolotnych wywodów? Dodam jeszcze, że po przeczytaniu tej książki obejrzałam kilka filmików Pitali na YT i stwierdzam, że w nich brzmi zdecydowanie bardziej konkretnie i sensownie (a do tego dalej równie przyjemnie i zabawnie!).

Grzegorz Kopiec - Eksperyment

Trójka uczestników krakowskiego konwentu horrorów znika bez śladu. Gdy policyjne poszukiwania nie przynoszą żadnych efektów, rodzice zaginionych zatrudniają prywatnego detektywa, który wkrótce dowiaduje się, że do podobnych tajemniczych zaginięć doszło również na spotkaniach fanów horrorów we Francji. Gdy detektyw Majer wraz z francuską policjantką ruszają tropem pewnego przerażającego nagrania, nie wiedzą, że może ich on doprowadzić do miejsca rodem z najbardziej makabrycznych opowieści.

Początek Eksperymentu wygląda naprawdę obiecująco - pierwsza scena jest mocna, brutalna i krwawa, ale widać w niej też zalążek skomplikowanej i intrygującej tajemnicy. Motyw konwentów horrorów i nawiązania do literatury oraz autorów z naszego rodzimego podwórka też brzmi interesująco i daje nadzieję na bardzo klimatyczną powieść, a każde kolejne znane nazwisko sprawia, że historia staje się coraz bardziej realistyczna.

Niestety, im dalej w las, tym więcej drzew, a w tym wypadku: denerwujących postaci i ich niezrozumiałego zachowania, bezsensownych scen ociekających brutalnością, która na nic innego się nie przekłada i coraz bardziej rozczarowujących rozwiązań. 

Wszyscy bohaterowie powieści są bezosobowi, antypatyczni i stereotypowi. Prym w irracjonalnej kreacji bezapelacyjnie wiedzie dziennikarka Magda, ale pozostałe postaci zdecydowanie starają się dotrzymać jej kroku. Niektóre ich zachowania wydają się po prostu absurdalnie głupie (dopóki nie czytamy ich wyjaśnień, które są jeszcze głupsze), relacje są nieprzekonujące, a dialogi brzmią sztucznie i żenująco, podobnie zresztą jak opisy seksu.

W dodatku każdą nową postać kobiecą ocenia się na podstawie tego, jak wygląda jej tyłek. Oczywiście nie mogło tu zabraknąć również takich stereotypowych farmazonów, jak to, że większość kobiet nie ma orientacji w terenie, przed wyjściem muszą pindrzyć się przez 5 godzin i jeszcze nie wiedzą, co na siebie ubrać (w przeciwieństwie do bohaterki, której akurat dotyczy ten fragment). Naprawdę myślę, że każdy z nas słyszał tego typu denerwujące i krzywdzące opinie wystarczająco dużo razy, żeby zupełnie nic nie wnosiły do jego życia (tak samo, jak nie wniosły do tej historii).

Autor postawił na dziwną narrację - czasem wydaje nam się, że jest prowadzona z punktu widzenia poszczególnych postaci, między którymi Kopiec przeskakuje w oszałamiającym tempie (niekiedy nawet wewnątrz jednego podrozdziału), ale potem nagle narrator staje się wszechwiedzący i raczy nas informacjami, o których bohaterowie zdecydowanie nie mogą wiedzieć, co ostatecznie tworzy raczej chaotyczną całość.

Najgorsze jest jednak zdecydowanie to, że w powieści nie ma nic szczególnie wciągającego... Po intrygującym początku i wstępnym nakreśleniu tajemnicy wszystko niemiłosiernie się rozwleka. Wątek detektywistyczny jest nijaki, a budowanie napięcia wypada koślawo, tym bardziej, że czasem jakiś fragment mógłby być nawet całkiem emocjonujący, gdyby nie to, że znamy już jego zakończenie z poprzednich stron. Kolejne rozdziały do znudzenia zaczynają się w dokładnie ten sam sposób (zmienia się tylko ich główny bohater), natomiast w przemyśleniach postaci w kółko powtarzają się te same zdania, określenia i motywy, przez co większość z nich można wręcz z czystym sercem pominąć. 

A potem nadchodzi zakończenie książki - w większości oczywiste i przewidywalne (nie mogę się pozbyć wrażenia, że skądś już znam taką historię). Natomiast w pewnej kwestii zdecydowanie można je nazwać niespodzianką, której przez większą część Eksperymentu zupełnie nic nie zapowiadało. Niestety wcale nie mówię tego w pozytywnym znaczeniu. Co prawda z całego serduszka uwielbiam motyw, do którego odwołuje się Kopiec, ale uważam, że pojawił on całkowicie z czapy (nawet nie potrafię znaleźć lepszego określenia!) i był boleśnie niewykorzystany.

W moim odczuciu to jedna z książek wymęczonych, czyli tych, które czyta się tylko po to, by dobrnąć do końca, odłożyć i zapomnieć. Zupełnie nie czułam ani tej historii, ani żadnego napięcia czy większego zainteresowania fabułą, ani więzi z bohaterami, których losy były mi całkowicie obojętne, a zakończenie uważam za mocno rozczarowujące.

Jack Hartnell - Jeździec bez głowy. Co o ciele wiedzieli ludzie średniowiecza?

Jeździec bez głowy to już druga w ostatnim czasie książka Wydawnictwa Poznańskiego, której autor próbuje udowodnić nam, że średniowiecze było niesamowicie barwną epoką, zupełnie inną od zwyczajowych smutnych, czy wręcz pogardliwych wyobrażeń o ciemnych wiekach i ogólnym zacofaniu ówczesnego społeczeństwa (pierwszą była Świnia na sądzie ostatecznym Mai Iwaszkiewicz - link do recenzji tutaj). Jak to się udało w Jeźdźcu?

Od razu widać, że Hartnell miał na swoją książkę bardzo ciekawy pomysł. Postawił na konstrukcję tożsamą z tą, jaką w średniowieczu wykorzystywali lekarze przy pisaniu dzieł medycznych, czyli w oparciu o budowę ciała człowieka - a capite ad calcem oznaczające "od głowy do pięty". Swoją średniowieczną przygodę zaczynamy więc od głowy, później przechodzimy do zmysłów, następnie do skóry, kości, serca, krwi, dłoni, brzucha i genitaliów, kończąc na stopach.

Jeśli jednak myśleli_łyście (tak jak ja), że autor faktycznie będzie się skupiał głównie na aspektach medycznych, to czeka Was spora niespodzianka! Ta konstrukcja jest tylko wstępem do dużo głębszej analizy epoki, a na jej podstawie w każdym rozdziale Hartnell prezentuje nam kolejne fakty i ciekawe informacje, powiązane z daną częścią ciała i przedstawiające cały przekrój tamtych czasów: zabobony, religie, medycynę, technikę, naukę, kulturę, codzienne życie biednych i bogatych w różnych zakątkach świata, czy miejsce kobiet w społeczeństwie.

Już od pierwszych stron zostajemy zarzuceni mnóstwem dziwacznych, z naszego punktu widzenia wręcz abstrakcyjnych, średniowiecznych smaczków. Oczywiście poruszane zostają tutaj również przyziemne kwestie - na przykład całkowicie niewinny opis procesu sporządzania pergaminu ze skór zwierzęcych. Jednak zdecydowanie ciekawsze (przynajmniej z mojego punktu widzenia) są prawdziwe średniowieczne perełki absurdu, takie jak trzymanie na królewskich dworach flatulistów, czyli artystów wydających dźwięki odbytem (o przepięknych imionach, takich jak Roland Prukacz - nie żartuję!), albo medyczne kurioza w stylu przeświadczenia, że macica może wędrować po ciele i trzeba odprawiać nad nią egzorcyzmy, żeby grzecznie powróciła na swoje miejsce!

Wszystkie te niesamowite informacje uzupełnione są interesującymi schematami z ksiąg medycznych, zdjęciami narzędzi, grafik, rzeźb, obrazów i budynków. Cała książka została przepięknie ilustrowana, a Hartnell w ciekawy sposób analizuje i wyjaśnia znaczenie przedstawionych w niej przedmiotów. 

W tekście możemy znaleźć trochę rzucających się w oczy powtórzeń, jednak całość czyta się z wielką przyjemnością. Jeździec bez głowy napisany został bardzo przystępnie, w raczej luźnym stylu (niestety nie równie dowcipnie, co prześwietne książki Jennifer Wright z tej serii), choć w niektórych miejscach uderza w bardziej patetyczne tony. Przyznaję, że momentami lektura trochę mi się dłużyła, ale za to inne fragmenty wynagradzały to z nawiązką! 

Hartnell zabiera nas w ekscytującą podróż, podczas której każdy znajdzie coś, co go szczególnie zainteresuje, zachwyci, obrzydzi lub zszokuje. Dzięki tej książce poznamy zupełnie inny wymiar wiedzy, niż ten, który wkładano nam do głów w szkole - po pierwsze dużo przyjemniej podany, a po drugie niesamowicie rozległy i ciekawy! Odpowiadając więc na pytanie z pierwszego akapitu - autorowi zdecydowanie udało się zaprezentować te tysiąc lat naszej historii jako barwne i fascynujące czasy, w których ludzie niewiedzę nadrabiali ogromną kreatywnością. A jeśli wciąż mi nie wierzycie, to nie pozostaje Wam nic innego, jak tylko sięgnąć po tę książkę!

Emily Henry - Beach Read

January uważała się kiedyś za niepoprawną optymistkę i stuprocentową romantyczkę. Jej życie było idealne w każdym calu: kochający rodzice, idealny facet, rozwijająca się kariera pisarska. Ale potem nagle wszystko zaczęło się rozpadać jak domek z kart. Dziewczyna jest w rozsypce, musi zamieszkać w domu, na samą myśl o którym się wzdryga, wydawnictwo domaga się nowej książki, a ona nie wie, jak ma napisać kolejny romans, skoro przestała wierzyć w miłość!

W dodatku okazuje się, że jej sąsiadem jest Augustus, rywal z czasów studenckich, znany i poczytny pisarz, który zajmuje się "poważną" literaturą, a do twórczości January zawsze podchodził z lekceważeniem. Wkrótce zawierają zakład, który każdemu z nich może pomóc w przełamaniu blokady pisarskiej.

Sam pomysł na fabułę i motyw hate to love nie są zbyt oryginalne i widzieliśmy je tysiące razy, prawda? W takim razie jakim cudem Beach Read zbiera tak dobre opinie i zachwyca całe rzesze czytelników i czytelniczek?

Otóż, jest ku temu kilka istotnych powodów.

Po pierwsze, Henry wykreowała niesamowicie przyjemnych głównych bohaterów - January i Gus są stworzeni z pomysłem, mają charakter, swoją przeszłość, przemyślenia i nawyki, które składają się na przekonującą kreację. January jest urocza, inteligentna i przesympatyczna, jej narracja absorbuje i ani przez moment się nie nudzi, a błyskotliwe, zabawne dialogi z Gusem sprawiają, że co chwila śmiejecie się na głos i ściągacie na siebie zdziwione spojrzenia.

Po drugie, tej książki się nie czyta, przez nią się płynie - szybko i lekko, niektóre fragmenty pochłania się z wypiekami na twarzy, a fabuła ani na moment nie staje się nużąca. Bardzo cieszy mnie też fakt, że wszystkie sceny zbliżeń bohaterów zostały napisane nie tylko ładnie (bez jakichś dziwnych, cringe'owych określeń), ale też realistycznie, co od razu łączy się z punktem trzecim:

Ta powieść jest tak uroczo przyziemna! Czasem wydaje się trochę przesłodzona (jak to na komedię romantyczną przystało), a jednak każdy moment rodem ze stuprocentowego, stereotypowego romansu, który mógłby stać się nieznośnie ckliwy, zostaje zbalansowany jakimś zabawnym tekstem albo drobną wpadką, tworząc taką prawdziwą, życiową historię, nad którą zdecydowanie nie mamy ochoty przewracać oczami!

Jedyna rzecz, której nie mogę w tej książce przeboleć, to słowo "tiszert" napisane dokładnie w ten sposób. Ała. No dobrze, wydaje mi się też, że tytuł nie jest do końca adekwatny, bo ani bohaterowie nie spędzają zbyt dużo czasu na plaży, ani historia nie ma zbyt plażowego klimatu (jest w niej zdecydowanie zbyt chłodno i za często pada!). 

Beach Read jest przyjemną, zabawną i niewymagającą lekturą, grzeje nasze serduszka i wzbudza ogrom emocji. To jedna z tych książek, które chcecie zacząć czytać od początku zaraz po skończeniu, które dają książkowego kaca, nie chcą wyjść z głowy i aż proszą się o reread przynajmniej raz na pół roku! 

Kazuo Ishiguro - Klara i słońce

Kazuo Ishiguro w 2017 roku otrzymał Nagrodę Nobla w dziedzinie literatury za całokształt twórczości. Jako że zazwyczaj jestem w tych kwestiach ignorantką, nigdy wcześniej nie czytałam żadnej jego powieści (ani nie widziałam filmów na ich podstawie!), natomiast Klara i słońce, pierwsza książka napisana po otrzymaniu nagrody, wpadła mi w oko ze względu na piękną okładkę i niesamowicie intrygujący opis.

Klara jest Sztuczną Przyjaciółką, robotem ze sztuczną inteligencją, który ma zostać dziecięcym towarzyszem. Z witryny sklepu obserwuje świat, którego do końca jeszcze nie rozumie, uczy się, wyciąga wnioski i czeka na odpowiednie dziecko. Jest wyjątkową przedstawicielką swojego rodzaju, szczególnie dociekliwą, dużo bardziej uważną i spostrzegawczą od innych SP, a kiedy w końcu otrzymuje szansę, zrobi wszystko, by jak najlepiej przysłużyć się nowej właścicielce i rodzinie.

Uczynienie przedstawicielki sztucznej inteligencji główną bohaterką historii jest zdecydowanie ciekawym zabiegiem i ogromnym atutem tej powieści. Cały otaczający nas świat poznajemy właśnie dzięki Klarze, na wszystkie wydarzenia patrzymy jedynie jej oczami. SP wielu rzeczy nie rozumie albo postrzega je w zupełnie inny sposób, dlatego to do czytelnika należy zauważenie subtelnych wskazówek i samodzielne zrozumienie lub połączenie wielu faktów, które nigdzie nie zostają powiedziane wprost.

Ishiguro stworzył postać niezwykle przekonującą - w pewnych aspektach ludzką, pełną empatii, a jednak niedającą pomylić się z człowiekiem. Klara wzbudza w czytelniku same ciepłe uczucia, momentami jest rozkoszna i naiwna niczym dziecko, które dopiero uczy się życia. Założenia, stworzone przez nią na postawie pewnych schematów i informacji, których często sama nie rozumie, są naprawdę zaskakujące, urocze i rozczulające. Z drugiej strony niekiedy udaje jej się trafić bezbłędnie w samo sedno problemu.

Nie ukrywam, że początkowo brakowało mi tutaj lepszego zarysowania świata oraz wizji przyszłości, którą wykreował autor. Jestem fanką sci-fi i nowych technologii, dlatego temat ten niezwykle mnie zajmował i był jednym z głównych powodów, dla których sięgnęłam po powieść. Oczywiście nie wzięłam pod uwagę faktu, że to literatura piękna, a świat przyszłości jest tutaj jedynie dodatkiem, tłem dla historii, w której autor skupia się na zupełnie innych kwestiach! W końcu wątek sci-fi jest często wykorzystywany jako punkt odniesienia dla rozważań o ludzkiej moralności i definicji człowieczeństwa - i tak jest także w tym przypadku. Czy mi to przeszkadzało? Ostatecznie - zupełnie nie. Mimo że Ishiguro nie poświęcił wiele czasu na skomplikowaną kreację świata, wycisnął z tej wizji przyszłości wszystkie elementy potrzebne do zbudowania spójnego obrazu, a także, przede wszystkim, do klarownego przedstawienia przesłania powieści.

Spotkałam się z opiniami, że Klara i słońce jest lekturą rozczarowującą i najzwyczajniej w świecie nudną. Zupełnie nie mogę się z tym zgodzić! Akcja powieści faktycznie toczy się powoli, ale to pozwala nam skupić się na jej prawdziwym, głębszym przesłaniu. Gdy sięgałam po tę książkę, nie miałam pojęcia, czego się po niej spodziewać, natomiast jej fabuła i wydźwięk okazały się zaskakujące i bardzo absorbujące.

Powieść Ishiguro jest niezwykle przyjemna, pełna ciepła, grzejąca serduszko i urocza. Kiedy indziej smuci, zmusza do zastanowienia i otwiera oczy na prawdy, o których zazwyczaj nie myślimy. To historia o miłości, ale też o stracie i próbach poradzenia sobie z nią, o empatii i jej braku, o poczuciu wyższości, które charakteryzuje nasz gatunek i o tym, co tak naprawdę sprawia, że jesteśmy tym, kim jesteśmy. A spojrzenie na to wszystko oczami Klary robi naprawdę duże wrażenie i pozostaje w naszej pamięci.

Jarosław Grzędowicz - Pan Lodowego Ogrodu. Księga I

Z okazji premiery nowego wydania Pana Lodowego Ogrodu (które, swoją drogą, jest naprawdę przepiękne!), postanowiłam, że nadszedł najlepszy moment na reread tej serii. I po pierwszym tomie mogę stwierdzić, że stało się dokładnie tak, jak przewidywałam: ta książka dalej sprawia równie niesamowite wrażenie, co za pierwszym razem!

Vuko Drakkainen zostaje wysłany na tajną misję na planetę Midgaard, gdzie odkryto pierwszą we wszechświecie obcą antropoidalną kulturę. Vuko ma przed sobą konkretne zadanie: odnaleźć członków misji badawczej, z którymi dwa lata temu urwał się kontakt, i w żaden sposób nie ingerować w kulturę mieszkańców planety. Nie trafia jednak na dobry moment - nad Midgaardem wisi groźba wojny bogów, po jednej stronie kontynentu tajemnicza kapłanka chce przywrócić okrutny kult Podziemnej Matki, a po drugiej Ludzie Węże dopuszczają się coraz bardziej bestialskich czynów.

Grzędowicz raczy nas barwnym miksem gatunkowym - oto bohater z wysoko rozwiniętej ziemskiej przyszłości wyrusza w podróż na obcą planetę, na której panują warunki rodem z klasycznego fantasy w średniowiecznym anturażu. Mamy tu więc nowoczesną technologię i mnóstwo interesujących bajerów, którymi posługuje się Vuko, połączone z ciemnotą, wierzeniami i zabobonami midgraadziej ludności. 

Sam świat w PLO został przepięknie wykreowany, a jego państwa, polityka, historia, odrębne kultury i religie składają się na niezwykle złożoną i spójną całość. Po przeciwnych stronach kontynentu rozgrywają się dwie odrębne historie, które pozwalają nam poznać mnóstwo fascynujących miejsc i stworzeń, przy czym obydwie są równie absorbujące i wciągają tak bardzo, że nie będziecie mogli oderwać się od żadnej z nich.

Vuko może spokojnie walczyć o tytuł najlepszego głównego bohatera na świecie - po prostu nie da się go nie lubić, jest przezabawny, a jego teksty i przemyślenia sprawiają, że płaczecie ze śmiechu. Albo może to tylko ja, bo przyznaję, że humor w Panie Lodowego Ogrodu wpasowuje się w moje gusta w 120%!

Autor oferuje nam też ogrom świetnych fantastycznych motywów, a jego kolejne pomysły sprawiają, że tylko coraz bardziej zakochujemy się w tej historii. Opisy dziwnych magicznych postaci i tajemniczych zjawisk są barwne, sugestywne i cudownie działają na wyobraźnię, a mroczny świat, zimna mgła, stworzenia rodem z horrorów i słowa takie jak "uroczysko" nadają książce tak niesamowity klimat, że aż ciareczka przechodzi po pleckach.

No i jest jeszcze to zakończenie, które spada na nas znienacka i wbija w fotel. Pamiętam, że gdy czytałam PLO po raz pierwszy, ostatnie strony tego tomu pozostawiły mnie z całkowicie zniszczonym mózgiem i nieodpartą potrzebą, by od razu zabrać się za kolejny!

Gwarantuję Wam, że Pan Lodowego Ogrodu zasługuje na wszystkie zachwyty i peany, które na jego cześć tworzę, chociażby tylko z dwóch powodów: po pierwsze, to nasz rodzimy twór, a wiadomo - cudze chwalicie, swego nie znacie, a po drugie, seria Grzędowicza jest literaturą fantastyczną na najwyższym poziomie, obok której po prostu nie może przejść obojętnie żaden fan gatunku!

Will Hunt - Podziemie. Świat pod naszymi stopami


Od zawsze ciągnie nas do nieznanego. Z utęsknieniem spoglądamy w niebo, wypatrując tam obcych cywilizacji, w głębinach oceanów poszukujemy wież zatopionych Atlantyd, a w mrocznych tunelach staramy się znaleźć ukryte przejścia do podziemnego królestwa (albo skrzynie ze skarbami). I właśnie ciekawość tego zupełnie odmiennego świata pod naszymi stopami, do którego nigdy nie dociera światło słoneczne i w którym mogą dziać się najróżniejsze cuda, nakłoniła Willa Hunta do napisania Podziemia.

Lektura tej książki jest podróżą przez czas i przestrzeń, od pełnych czaszek katakumb XIX-wiecznego Paryża, przez majańskie jaskinie na Jukatanie, w których składano ofiary władcom Xibalby, po australijskie święte kopalnie ochry. Każde miejsce, które autor zwiedza i odkrywa, staje się zarzewiem nowej historii i punktem wyjścia dla kolejnych rozważań.

W swoich opowieściach Hunt sprawnie łączy ze sobą aspekty kulturowe, społeczne i psychologiczne, doprawiając je mitologią, wierzeniami, szczyptą literatury i nauki. Zupełnie nie spodziewałam się tego, jak bardzo wszechstronna okaże się ta książka (szczególnie zaskoczyła mnie szalenie ciekawa teoria naukowa, o której dotąd nie słyszałam!) i jak wiele niesamowitych faktów oraz ciekawych przemyśleń można powiązać z tym tematem.

Podziemie ma w sobie tajemnicę, której rąbka autor chce nam odrobinę uchylić, ma w sobie również odrobinę magii i poezji (ciarki zachwytu przechodzą po pleckach podczas czytania o Victorze Hugo, nazywającym kanały pod Paryżem "Trzewiami Lewiatana"), ale najwięcej ma tego klimatu rodem z powieści Verne'a, który sprawia, że w serduszkach odkrywców odzywa się zew przygody.

Ukryty pod naszymi stopami świat, który kreuje przed czytelnikami Hunt, jest barwny, trochę niepokojący, ale równocześnie nęcący. Staje się miejscem, w którym ludzie mogą oddać się niczym nieskrępowanej pasji, sztuce, albo rozmyślaniom, gdzie mogą uciec od zgiełku miasta i przez wiele godzin pozostawać w ciszy i samotności. Miejscem, które i owszem, niektórym może wydawać się przerażające lub przytłaczające (tym bardziej gdy uświadomią sobie, ile ton ziemi znajduje się ponad ich głowami), innych jednak kojąco otuli swoją ciemnością, pozwoli odnaleźć samych siebie albo będzie wabić mgiełką tajemnicy, zapowiedzią niesamowitych przygód i odkryć.

Zachwyca również sama okładka książki, a wewnętrzna szata jest staranna, przemyślana i bogato ilustrowana. Jedyne, czego mi brakuje, to podpisy pod zdjęciami! Co prawda do wszystkich obrazków znajdziemy odniesienia w tekście, jednak zostałam wychowana we wierze, że zdjęcia należy podpisywać, dlatego te braki bardzo rzucały mi się w oczy!

Panicznie boję się ciemności, mroczne kanały i opuszczone tunele byłyby więc idealną pożywką dla wszystkich moich najgorszych koszmarów (przemierzałabym je w przekonaniu, że zaraz z ciemności wyłoni się zombie, mutant albo jakiś przerośnięty aligator). Ale czytanie o nich w wygodnym fotelu w bezpiecznym, suchym i (przede wszystkim) dobrze oświetlonym mieszkaniu, pozwoliło mi odczuć namiastkę tych niesamowitych przygód, zanurzyć się w intrygującym i różnorodnym podziemnym świecie, a także zdobyć wiele nowych ciekawych informacji.

James Islington - Cień utraconego świata

Davian wciąż nie nauczył się posługiwać Esencją, a próby zbliżają się nieubłaganie. Jeśli nie przejdzie ich pomyślnie, będzie czekała go najgorsza przyszłość, jaka może spotkać Obdarzonego. Gdy więc znajduje się sposób na wyjście z niebezpiecznej sytuacji, chłopak nie zastanawia się długo, chociaż może wpakować się w jeszcze większe kłopoty.

Magiczna Bariera, która dawno temu ochroniła świat przed niebezpieczeństwem z Północy, zaczyna się kruszyć, pojawiają się plotki o zapomnianych wrogach i nagle okazuje się, że od powodzenia misji Daviana może zależeć przyszłość całej Andarry.

Na wstępie zaznaczę, że jeśli przeraziła Was zawrotna liczba 870 stron, to absolutnie nie macie czego się obawiać! Objętości tej książki zupełnie nie czuć, czyta się ją naprawdę przyjemnie, aż nie chce się kończyć i w ogóle nie zauważa się upływu czasu!

Już od pierwszych stron zostajemy wciągnięci w wir akcji, poznajemy ciekawe magiczne aspekty stworzonego świata, a pytania, na które na razie nie dostajemy żadnej odpowiedzi, piętrzą się coraz szybciej. Islington stworzył niezwykle rozbudowaną fabułę, w której znajdziemy większość typowych fantastycznych motywów - daleką wyprawę, magię i miecz, zakazane czary, echo wojny sprzed lat, naukę posługiwania się swoimi mocami, tajemnicze miasta, stare przepowiednie, legendy z przeszłości. Razem tworzą one naprawdę ciekawą i zaskakującą historię, chociaż nie ukrywam, że niektóre fakty i "niespodzianki" były łatwe do przewidzenia.

Czytałam w kilku opiniach, że problem może sprawić zapamiętanie całego grona postaci - że trzeba zachować w pamięci wiele imion z początku książki, żeby potem rozumieć, co się dzieje. Powiem tak, mnie rozpoznawanie bohaterów i powiązywanie ich ze sobą nie sprawiło żadnego problemu. Gorzej było z miejscami i różnymi określeniami wymyślonymi przez autora - czasem trudno było je wszystkie ogarnąć i naprawdę nie obraziłabym się, gdyby z tyłu był jakiś słowniczek!

Cień utraconego świata jest co prawda debiutem, ale widać, że autor od razu skoczył na głęboką wodę - nie tylko jeśli chodzi o objętość, ale również poziom złożoności fabuły, powiązań, które powoli nam się ukazują i historii, które z pojedynczych elementów łączą się w ogromną całość. 

Islingtonowi na pewno należy się uznanie za wykreowanie tak ładnego, spójnego świata z całą ponad tysiącletnią historią, który ma nam jeszcze wiele do zaoferowania w kolejnych tomach trylogii. Na niektóre jego aspekty czekam z niecierpliwością!

Istotni bohaterowie otrzymuje swoją własną narrację, dzięki czemu możemy lepiej ich poznać, ale też śledzić rozwój wypadków z wielu różnych perspektyw i miejsc. Każda postać ma nam coś innego do zaoferowania, a autor pilnuje, by wszystkie miały zawsze pełne ręce roboty. Większość bohaterów od razu wzbudza naszą sympatię, od samego początku martwimy się ich problemami i im kibicujemy. Ciekawie obserwuje się także ich przemianę - widać, że wydarzenia faktycznie na nich wpływają.

Książka oferuje nam również interesujący wątek magiczny, chociaż trzeba dać mu chwilkę, bo dopiero z czasem poznajemy coraz więcej jego aspektów i dowiadujemy się najciekawszych rzeczy. Jest w nim jednak sporo niedociągnięć - na przykład Obdarzeni mogliby popisać się umiejętnościami ciekawszymi niż strzelanie snopami światła... Ale największym rozczarowaniem był dla mnie wątek Cieni - spodziewałam się po nim czegoś znacznie bardziej rozbudowanego i takiego faktycznie innego.

Akcja powieści jest prowadzona raczej statycznie - co prawda ciągle coś się dzieje, ale nawet momenty pełne napięcia nie przyspieszają nam jakoś szczególnie tętna i w takich miejscach książce zdecydowanie przydałaby się bardziej dynamiczna narracja. 

W dodatku niektóre wątki wydają się urwane, jakby autor wprowadzał postaci albo poruszał pewne aspekty tylko dlatego, że były mu potrzebne w danym momencie, a potem zupełnie o nich zapominał. Ale kto wie - może jeszcze pojawią się w kolejnych częściach trylogii - plany na nie wyglądają w końcu całkiem ambitnie! 

Cień utraconego świata to ciekawa, wielowątkowa opowieść, w którą można zapaść się na długie godziny, próbując rozwikłać kolejne zagadki, rozwiązać tajemnice lub po prostu cieszyć się tą fantastyczną przygodą. Niestety z żalem muszę przyznać, że nic mnie tu szczególnie nie zachwyciło, nic nie sprawiło, że moje serce waliło jak szalone, albo że bez reszty zakochałam się w tej historii. Uważam, że to bardzo przyjemna powieść z potencjałem i pomysłem, a w kolejnych częściach czekam na rozwój zarówno fabuły, jak i samego autora, i na pojawienie się tego czegoś, co pozwoli mi ostatecznie pokochać Trylogię Licaniusa!

Anna Benning - Vortex. Dzień, w którym rozpadł się świat.

2020 był rokiem, w którym wszystko się zmieniło, a znany dotąd świat przestał istnieć. Dziwna anomalia, nazwana później Pravortexem, rozdarła strukturę wszechświata i doprowadziła do Wielkiej Mutacji, trwale dzieląc ludzkość na zwykłych ludzi i... mutantów.

Elaine chce zostać łowcą, członkiem elitarnej grupy, której zadaniem jest wyłapywanie zbuntowanych splitów. Jednak, żeby to osiągnąć, musi pokazać, że ma predyspozycje do tak odpowiedzialnego zadania. Od dzisiejszego dnia zależy całe jej życie - właśnie rozpoczyna się wyścig vortexami, który dziewczyna musi ukończyć na jednym z najwyższych miejsc, jeśli chce mieć szansę na karierę jako łowca.

Pierwsze słowa, którymi można opisać powieść Benning, to na pewno "postapokaliptyczna dystopia" i już samo to wyrażenie sprawia, że dostaję ciarek z zachwytu! Zresztą podtytuł książki "Dzień, w którym rozpadł się świat" też brzmi świetnie, prawda? A teraz dodajmy do tego mutantów, którzy dzięki pravortexowi otrzymali wyjątkowe zdolności (i wygląd!). Już tyle wystarczyłoby mi do szczęścia, a to wciąż nie koniec! Zostaje jeszcze kwestia samych vortexów - dziwnych anomalii, energetycznych tuneli czasoprzestrzennych - i całego niezwykle ciekawego aspektu podróżowania nimi oraz narosłej wokół tego "biurokracji". Benning zafundowała nam naprawdę niesamowitą fantastyczną mieszankę, która po prostu nie mogła się nie udać!

Według bohaterów Vortexu Wielka Mutacja była największą katastrofą, jaka spotkała ludzkość. Ale ja nie do końca mogę się z tym zgodzić... Świat po mutacji zachwycił mnie bez reszty! Pewne miejsca, które kreuje w swojej książce autorka, wręcz zapierają dech w piersiach i podczas czytania cały czas myślałam o tym, jak bardzo chciałabym móc się w nich znaleźć. Vortex wywołuje we mnie skojarzenie z dzieciństwem, z czasem, gdy pierwszy raz zanurzałam się w fantastyce i czytałam na przykład Opowieści z Narnii - magiczny świat w powieści Benning jest równie przyjemny, przepięknie wykreowany i pełen cudownych miejsc!

Muszę natomiast przyznać, że mojej relacji z główną bohaterką zdecydowanie nie można zaliczyć do najłatwiejszych. Elaine bywa irytująca i nie uznaje czegoś takiego, jak zastanowienie się (przynajmniej przez sekundę!) przed podjęciem działania, więc jej zachowanie czasami jest naprawdę irracjonalne i staje się przyczyną kłopotów. Na szczęście dziewczyna ma też swoje dobre momenty, które sprawiają, że możemy ją polubić. Za to bohater męski jest dokładnie taki, jaki powinien być - tajemniczy, zamknięty w sobie i całkiem uroczy, a dodatkowo Benning stworzyła jeszcze cudowne, barwne i zabawne postaci drugoplanowe, które od razu zdobywają nasze serduszka!

Sama historia jest również bardzo ciekawa, fabuła absorbuje już od pierwszych stron, kolejne wydarzenia coraz bardziej intrygują, a każdy zwrot akcji tylko wbija nas jeszcze głębiej w fotel. A przy tym Vortex czyta się tak niesamowicie przyjemnie i szybko, że nawet nie zauważycie, kiedy dotrzecie do końca (serio, nie miałam pojęcia, że ta książka ma ponad 500 stron - wydawało mi się, że pochłonęłam ją w sekundę!).

Pozwolę sobie podsumować tę opinię moim blurbem, który znajdziecie również w książce: Razem z Elaine przeżyjemy fascynującą przygodę w świetnie wykreowanym świecie, mrocznym, ale równocześnie przepięknym. Historia wciągnie nas niczym vortex i zabierze w podróż po alternatywnej, dystopijnej przyszłości. Ta książka czyta się sama i naprawdę nie można się od niej oderwać!

I zdecydowanie nie będziecie też mogli doczekać się kolejnej części! 

Rebecca F. Kuang - Republika smoka

Przed Wami recenzja drugiej części Wojny makowej - jeśli nie znacie jeszcze pierwszej, odradzam czytanie kolejnych akapitów. Zamiast tego zapraszam na moją opinię o poprzednim tomie tutaj

Po wojnie z Federacją Rin nie pozostało już nic oprócz zemsty. Jej jedynym celem i obsesyjnym pragnieniem jest zgładzenie zdradzieckiej Cesarzowej Su Daji - i zamierza to zrobić za wszelką cenę. Jednak cike są wyrzutkami, poszukiwanymi zbiegami i mają zdecydowanie zbyt małą siłę przebicia, dlatego Rin będzie musiała nawiązać sojusz, by osiągnąć swój cel. Dziewczyna, która sama jedna była przyczyną masakry całej wyspy Mugen, może stać się najpotężniejszą bronią, jaka istnieje. Pytanie tylko, w czyich rękach się znajdzie. I komu może zaufać.

W dodatku Feniks, gdy już raz oddała mu pełnię władzy, cały czas domaga się kolejnych ofiar. W szamańskim zamroczeniu Rin nie jest w stanie odróżnić przyjaciół od wrogów, a zachowanie resztek kontroli przychodzi jej z coraz większym trudem. 

Kuang gwarantuje nam w swojej nowej książce kolejną ogromną dawkę przepięknie wykreowanego świata i jeszcze więcej wojaczki. Rozwija rys historyczny i polityczny, uzupełnia naszą wiedzę o nowe smaczki na temat kultury i religii (nie tylko Cesarstwa!), zabiera w podróż do zachwycających miast. Klimat jej powieści jest niezmiennie brutalny, ale wciąż można w nim też dostrzec nutę orientu, posłuchać baśni i starych legend, czy zapaść się w eteryczność boskiego świata.

Ale tymi faktami zachwycałam się już w pierwszej części i nic się nie zmieniło w tej kwestii - Kuang konsekwentnie wykorzystuje świetną kreację swojego świata, a także dodaje do niego nowe elementy, które tworzą spójną i robiącą wrażenie całość.

W takim razie, co z aspektami, które w Wojnie makowej zdecydowanie mi się nie podobały? 

Po pierwsze - Rin. Niestety główna bohaterka pozostaje równie irytująca, co w pierwszej części, a jej teksty, gdy chce być przerażająca lub próbuje komuś grozić, są tak żałosne, że nie mogłam się powstrzymać przed przewracaniem nad nimi oczami. W dodatku ta dziewczyna to chodząca tykająca bomba, która uwielbia zachowywać się skrajnie irracjonalnie i podejmować głupie, pochopne decyzje - nie wiem, jak ktokolwiek przy zdrowych zmysłach mógłby powierzyć jej władzę - tym bardziej nad cike! (Choć Altan nie był dużo lepszy, więc ma to jakiś sens.)

Ale z czystym serduszkiem muszę przyznać, że... jest lepiej. Na początku Rin faktycznie była nieznośna (mój brat zdążył dobrnąć do 80 strony, zanim się poddał i stwierdził, że nie da rady z nią wytrzymać), ale z czasem zaczęła irytować coraz mniej. Może stało się tak dzięki temu, że została przytłumiona przez inne ciekawe, mocne postaci, a może dlatego, że wartka akcja nie pozwalała jej na zdominowanie tej historii swoją osobą. Tak czy inaczej, Republikę czytało się dzięki temu dużo przyjemniej, a Rin w końcu miała też motywację, która była jak najbardziej zrozumiała, czego dotąd okropnie mi brakowało! Jej emocje i zachowanie zostały dobrze wytłumaczone, stały się przekonujące i takie... prawdziwe.

Kolejne zarzuty w Wojnie kierowałam w stronę chaotycznej i męcząco nierównej fabuły. No cóż - tutaj tego nie uświadczymy! Wydarzenia były opisane dużo lepiej i przejrzyściej, a akcja została umiejętnie wyważona, tak by nie nużyć nas zbyt długimi momentami stagnacji, ale też nie pędzić na złamanie karku. Po zakończeniu pierwszej części byłam do kontynuacji nastawiona trochę sceptycznie ze względu na to, że zupełnie nie miałam pojęcia, jaki jest na nią plan. Na szczęście fabuła okazała się niesamowicie ciekawa i absorbująca - wygląda na to, że autorka jeszcze nie raz zachwyci nas fascynującymi pomysłami i motywami!

A co do fascynujących pomysłów - czeka nas też jeszcze więcej magii! Co prawda boli mnie fakt, że temat cike nie został odpowiednio wyeksploatowany, ale zamiast tego otrzymamy dużo innych ciekawych i zaskakujących motywów, więc nie zamierzam za bardzo narzekać. 

Jak już pewnie zauważyliście, Republika zrobiła na mnie dużo lepsze wrażenie niż Wojna. Autentycznie obchodziły mnie losy bohaterów, akcja wciągała i nie pozwalała oderwać się od książki (chociaż pewne wydarzenia aż łamały serduszko), a kolejne pomysły Kuang tylko coraz bardziej zachwycały. Tym razem widać też, w jakim kierunku zmierza akcja i ostatnia część zapowiada się naprawdę dobrze. Nie pozostaje już nic innego jak czekać na Płonącego boga

Elise Kova - Przebudzenie Powietrza

Od ponad stu pięćdziesięciu lat na świecie nie pojawił się żaden czarodziej władający powietrzem. Kroczący z Wiatrem stali się tylko mitem z odległej przeszłości... przynajmniej dopóki moc nie objawiła się u zwyczajnej siedemnastolatki, pracującej w Cesarskiej Bibliotece w stolicy Cesarstwa Solaris.

Vhalla prowadzi spokojne życie, spędzając całe dnie wśród książek (brzmi dobrze!), do czasu, gdy przypadkiem udaje jej się uratować przed śmiercią następcę tronu, mrocznego księcia Aldrika - jednego z najpotężniejszych czarodziejów, przed którym drżą wszyscy poddani. Vhalla osiąga to, nieświadomie używając magii, a między nią i księciem powstaje silna magiczna więź.

Elise Kova zabiera nas do świata, w którym zwykli ludzie boją się czarów, a uosobieniem ich lęków jest Wieża - tajna organizacja czarodziejów. Autorka już na początku serwuje nam kilka ciekawych magicznych motywów i jeszcze więcej pięknych nazw, powiązanie z żywiołami nazywa ładnie Powinowactwem, a każdy rodzaj czarodziejów otrzymuje swój poetycki tytuł, jak Kroczący z Wiatrem czy Niosący Ogień.

Niestety sam system magiczny jest nawet bardziej niż oklepany - w końcu jak często można odgrzewać motyw magii żywiołów? Co prawda autorka nie przedstawiła nam jeszcze całego swojego pomysłu, a Kroczący z Wiatrem na pewno będą mogli pochwalić się jakimiś szczególnymi zdolnościami, o których do tej pory Kova jedynie mgliście wspomina, ale na ten moment nie jestem zachwycona.

A to jeszcze nie koniec rozczarowań. 

Największy problem mam z główną bohaterką. Z jakiegoś powodu wszystkie postaci twierdzą, że Vhalla jest niesamowicie wręcz błyskotliwa, jednak zupełnie nic na to nie wskazuje, a ciągłe powtarzanie tego faktu nie wystarczy, by nagle stał się prawdą. Nazwałabym ją raczej skrajnie naiwną i trochę nieogarniętą. Cały czas staram się pamiętać, że dziewczyna ma siedemnaście lat (niech pierwszy rzuci kamieniem ten, kto w tym wieku był całkowicie ogarnięty i zawsze wiedział, czego chce) a Przebudzenie powietrza to młodzieżówka, więc teoretycznie można przymknąć oko na niektóre dziecinne zachowania Vhalli. Naprawdę całkowicie zrozumiałabym, że cicha, niepozorna dziewczyna miota się w nowej sytuacji, podejmuje pochopne decyzje i pozwala innym sterować swoim losem, gdyby nie fakt, że autorka stara się ją kreować na silną, niezależną postać, co ma się zupełnie nijak do rzeczywistości!

Kolejnym mankamentem książki są relacje między bohaterami. Zachowanie Vhalli w stosunku do jej przyjaciół (i na odwrót) jest tak drętwe, jakby poznali się wczoraj, a nie spędzili ze sobą kilka ostatnich lat. Wątek miłosny, który, nie ukrywajmy, odgrywa w książce jedną z kluczowych ról, też jest niezbyt przekonujący, a gdy Vhalla zwraca się do księcia w poddańczy sposób (w liczbie mnogiej!), po prostu nie jestem w stanie uwierzyć w rodzące się między nimi uczucie. Mamy tutaj też oczywiście drugiego księcia, Baldaira Pożeracza Serc - pięknego, zabawnego i zupełnie innego od swojego brata, więc historia może potencjalnie skręcić w stronę trójkąta rodem z Pamiętników wampirów. I prawdopodobnie nie byłby to najgorszy obrót wydarzeń, bo Baldair jest zdecydowanie najlepiej rokującą i najbardziej przekonującą postacią!

Jednak nawet on nie ustrzegł się przed kolejnym minusem powieści - niezrozumiałym zachowaniem bohaterów (nie tylko Vhalli!). Szczególnie ostatnie rozdziały wydawały mi się całkowicie abstrakcyjne, a wytłumaczenie tej części historii zupełnie pozbawione sensu. Zakładam, że autorka potrzebowała takiego a nie innego rozwoju wypadków, szkoda tylko, że postanowiła doprowadzić do niego na siłę. Natomiast pomijając te niezrozumiałe wydarzenia z końcówki książki, historia jest raczej przewidywalna, a gdy pojawiają się nowe postaci, od razu wiadomo, jaki będą miały wkład w fabułę - na pewno zrozumiecie, o co mi chodzi, gdy już dojdziecie do tego momentu. 

Mogłabym przyczepić się jeszcze do nieszczególnie dobrej kreacji świata, ale akurat w tej kwestii raczej na pewno możemy spodziewać się rozwoju w kolejnych częściach. Cykl Przebudzenie powietrza składa się z pięciu tomów, dlatego zakładam, że Kova będzie miała jeszcze dużo czasu, by wyłowić ze swojej opowieści i świata dużo więcej smakowitych kąsków.

Jednak na ten moment historia nie robi niesamowitego wrażenia, ma wiele niedociągnięć i uplasowałabym ją raczej na średniej półce powieści młodzieżowych. Natomiast prawdopodobnie sięgnę po kolejną część, żeby sprawdzić, czy akcja i pomysły Kovy faktycznie rozwiną się tak ciekawie, jak to sobie wyobrażam. 

Marko Kloos - Uderzenie

Uderzenie to druga część cyklu sci-fi Wojny Palladowe - jeśli nie czytaliście jeszcze pierwszego tomu (Wstrząsy wtórne), nie zaglądajcie dalej - zamiast tego zapraszam Was na recenzję Wstrząsów tutaj.

Nowa powieść Kloosa podejmuje akcję w miejscu, w którym pożegnaliśmy się z bohaterami w poprzedniej części. Aden podróżuje w roli tłumacza na pokładzie statku kurierskiego "Zefir", wciąż ukrywając swoją prawdziwą tożsamość i przeszłość przed resztą załogi. Solveig wdraża się w przyszłą rolę prezesa firmy, dostaje coraz poważniejsze zadania i próbuje wydostać się spod silnego wpływu ojca, Idina musi sobie poradzić z niespokojnymi nastrojami, jakie panują na Gretii po ostatnich atakach, a Dunstan chce tylko odbyć ostatni patrol na wysłużonym "Minotaurze" i udać się na wyczekiwaną przepustkę.

Jednak żadne z tych zadań nie będzie takie proste. Ktoś zdecydowanie nie pogodził się z faktem, że wojna się zakończyła i próbuje zrobić wszystko, by zburzyć ustalony porządek. "Zefir" przyjmuje podejrzane zlecenie na transport tajemniczego ładunku. A "Minotaur" otrzymuje niepokojący awaryjny sygnał z innego rhodyjskiego krążownika. 

Kloos niespiesznie prowadzi akcję swojej powieści, nie porywa nas w wir wydarzeń, które pędzą z zawrotną prędkością. Zamiast tego możemy obserwować, jak tajemnicza intryga powoli się zagęszcza, spędzić trochę czasu na kolejnych ciekawych planetach systemu Gaja i coraz bardziej polubić naszych bohaterów.

Nie można jednak powiedzieć, że w Uderzeniu nic się nie dzieje - znajduje się tu mnóstwo momentów, które sprawiają, że nasze serduszka biją szybciej! A przy okazji cały czas wypatrujemy miejsc, w których zupełnie niepowiązane ze sobą postaci jednak będą miały jakąś styczność, próbujemy odnaleźć punkty wspólne i czekamy aż wszystkie wątki i pojedyncze fragmenty informacji, które otrzymuje każdy bohater, połączą się w spójną całość!

Wciąż podtrzymuję swój zarzut z opinii Wstrząsów wtórnych - zdecydowanie brakuje mi tutaj lepszej kreacji świata pod względem naukowym i technologicznym. Niestety Wojny palladowe to jedna z tych historii, w których motyw sci-fi jest jedynie tłem dla fabuły, co nieco mnie smuci.

Jednak Uderzenie wciąż pozostaje bardzo przyjemną powieścią, którą czyta się błyskawicznie i równie szybko wciąga się w przedstawioną w niej historię. Obserwowanie wydarzeń z czerech różnych punktów widzenia pozwala na ciekawe prowadzenie akcji, a Kloos po raz kolejny wykorzystuje swój niesamowity talent do pisania w taki sposób, że po skończeniu każdej książki czytelnik odczuwa przemożną wręcz potrzebę, by od razu rozpocząć kolejną! 

Tamora Pierce - Alanna. Pierwsza przygoda. Świat Tortallu. Pieśń lwicy.

Dziesięcioletnia Alanna ma wyruszyć do klasztoru, by przygotować się do roli damy, a jej brat bliźniak, Thom, powinien udać się do zamku króla i rozpocząć szkolenie pazia. Jest tylko jeden problem... a raczej dwa. Dziewczyna nie ma zamiaru uczyć się szycia i tańców - najbardziej na świecie pragnie zostać rycerzem! Natomiast jej brata w ogóle nie ciągnie do wojenki - zamiast tego marzy o przyszłości w roli maga.

W przeddzień wyjazdu dzieci wpadają na szalony plan - Thom, zamiast Alanny, wyruszy do klasztoru, by uczyć się magii, natomiast dziewczyna przyjmie imię Alan i zajmie miejsce brata w królewskim zamku!

Za swoje dwie tetralogie - Pieśń lwicy i Protector of the Small - Tamora Pierce otrzymała Margaret A. Edwards Award za "znaczący i trwały wkład w literaturę young adult", a na jej książkach wychowały się nowe pokolenia pisarzy i fanów fantastyki. Mając to na uwadze, aż głupio przyznać, że nigdy wcześniej nie miałam żadnej jej powieści w rękach! (Dlatego postanowiłam to jak najszybciej zmienić!)

Alanna jest nieustraszona, zaradna, a przede wszystkim pełna determinacji. W końcu musi dać sobie radę w świecie zdominowanym przez mężczyzn, do którego żadna kobieta, a już tym bardziej taka mała dziewczynka jak ona, nigdy nie miała wstępu. Życie pazia nie jest łatwe, a Alanna od razu startuje z gorszej pozycji - jest przecież najmniejsza ze wszystkich! Nie przeszkadza jej to jednak w pozostaniu butną, wygadaną i pewną siebie, przez co szybko naraża się jednemu ze starszych chłopaków. Jednak dziewczyna ma również dar zjednywania sobie ludzi i... kilka istotnych asów w rękawie.

Powieść Pierce czyta się przyjemnie i niesamowicie szybko - zarówno ze względu na styl pisania autorki, jak i niewielką objętość lektury (nieco ponad dwieście pięćdziesiąt stron). Znajdziemy tu wiele ciekawych motywów, wyruszymy w niejedną podróż po fantastycznych terenach Tortallu, a fabuła zaskoczy nas i pokieruje w stronę, której zupełnie byśmy się nie spodziewali!

W dodatku, dzięki temu, że w swoim zamyśle Alanna podobna jest trochę do książki Ożogowskiej, Dziewczyna i chłopak, czyli heca na 14 fajerek, czułam się, jakbym wróciła z powrotem do dzieciństwa! No i oczywiście, przez cały czas nie mogłam przestać zastanawiać się, co się stanie, gdy bohaterka podrośnie i jej ciało zacznie się zmieniać - jak ona zamierza to ukrywać?!

Trzeba jednak przyznać, że to zdecydowanie książka dla młodszych czytelników - została napisana bardzo prostym językiem, nie ma w niej wielu opisów świata przedstawionego, kreacja bohaterów pozostaje na niezbyt wyszukanym poziomie, całość jest taka... niewymagająca, a przy okazji motyw dziewczyny, która na przekór wszystkim nie podąża z góry narzuconą jej drogą, jest już w naszych czasach mocno wyeksploatowany. Na pewno w 1983 roku, kiedy Alanna ukazała się po raz pierwszy, historia małej rycerki mogła wywołać dużo większe poruszenie, jednak teraz, kiedy co miesiąc pojawiają się nowe propozycje naprawdę świetnych powieści fantasy, wypada raczej blado.

Niemniej jednak, jeśli macie ochotę na przyjemną, niewymagającą lekturę albo chcecie poznać klasykę gatunku, zdecydowanie powinniście sięgnąć po powieść Tamory Pierce, a także zachęcić do niej swoje pociechy. Sama chętnie poznam dalsze losy naszej odważnej rycerki i domyślam się, że autorka jeszcze nie raz nas zaskoczy!

Holly Black - Żelazna kraina

Kaye stara się pogodzić ludzkie życie ze swoją magiczną naturą, jednak spokoju nie daje jej myśl, że tak naprawdę jest tylko podrzutkiem, który zajął miejsce prawdziwej Kaye. W dodatku jej relacja z Roibenem zostaje wystawiona na ciężką próbę, gdy Elf zasiada na tronie Dworu Termitów, a dziewczyna, pod wpływem grzybowego wina, podejmuje pewną nieprzemyślaną i opłakaną w skutkach decyzję. 

Stosunki między Dworem Termitów i Cnymi Elfami stają się coraz bardziej napięte, nad głową nowego króla wisi groźba wojny, a wszystko komplikuje fakt, że królowa Silarial była kiedyś nie tylko władczynią, ale także ukochaną Roibena.

Jak dotąd ani Zła królowa, ani Serce trolla (czyli pierwsza i druga część trylogii Elfy ziemi i powietrza) nie zrobiły na mnie niesamowicie dobrego wrażenia. Chaotyczny styl pisania, płaskie postaci, bezosobowe relacje i niewyraźne emocje, które Black zaserwowała nam w swoich pierwszych książkach, zdecydowanie nie oddawały pełni jej potencjału. Ale wtedy nadeszła Żelazna kraina i nagle poczułam się, jakbym czytała zupełnie inną historię! Przeskok między poziomem tej książki, w porównaniu do dwóch poprzednich, był tak niesamowity, że większość czytania spędziłam na zachwyceniu się tym, jak dużo lepsza okazała się ostatnia część!

Wszystkie postaci nabrały wyraźnych kształtów, stały się bardziej rzeczywiste i ciekawsze, zaczęły mieć charakter, głębsze przemyślenia. Wreszcie mogę z czystym serduszkiem stwierdzić, że poczułam emocje i relacje między bohaterami, a ich problemy zaczęły mnie obchodzić. Widać tu też w końcu prawdziwą Black, jej przepięknie wykreowany świat i zachwycające opisy magicznych stworzeń oraz miejsc, które tak kocham!

Całość została dużo lepiej napisana, nie uświadczymy tu chaosu, który cechuje poprzednie części, dzięki czemu książkę czyta się bardzo przyjemnie, a przy okazji dalej niesamowicie szybko - to akurat umiejętność, którą Black może się pochwalić od samego początku swojej kariery - z jakiegoś powodu jej historie po prostu się połyka (nawet te, które pod innymi względami pozostawiają wiele do życzenia). 

Przyznaję, że bałam się powrotu do Kaye w roli głównej bohaterki, bo po Złej królowej nie miałam o niej zbyt dobrego zdania i nie darzyłam żadnym ciepłym uczuciem. Ale tutaj też czekała mnie miła niespodzianka! Dziewczyna staje się w tej części dużo przyjemniejszą i o wiele bardziej złożoną postacią - wreszcie widać w niej jakąś głębię, emocje, rozdarcie i naprawdę, naprawdę można zacząć ją lubić. Co prawda Roiben dalej nie do końca mnie przekonuje, ale i tak jest o niebo lepszy i wyraźniejszy niż wcześniej, a cały wątek miłosny nabiera rumieńców. W dodatku nadanie dużej roli Corny'emu okazało się świetnym rozwiązaniem, a jego losy bardzo mnie zaciekawiły. 

Sama fabuła ma swoje lepsze i gorsze momenty - w niektórych emocje biorą nad nami górę, w innych akcja znacznie spowalnia i nieszczególnie absorbuje czytelnika. Główna intryga może nas kilka razy zaskoczyć, nawet jeśli znamy jej zakończenie z Okrutnego księcia. Równie ciekawe okazują się poboczne historie, chociaż muszę przyznać, że rozwiązanie niektórych z nich pozostawia pewien niedosyt. W Żelaznej krainie wszystkie wątki trylogii łączą się ze sobą, fundując nam satysfakcjonujące zakończenie (a przy okazji możemy dowiedzieć się o dalszych losach całej rzeszy bohaterów!). Natomiast niekwestionowaną wisienką na torcie jest opowiadanie na końcu książki, które nawiązuje do naszego ukochanego Okrutnego księcia

Jeśli czekaliście na prawdziwą Black, którą wszyscy znamy i uwielbiamy - oto nadszedł ten moment. Czytanie Żelaznej krainy sprawia ogromną przyjemność - nie tylko w porównaniu do poprzednich części Elfów ziemi i powietrza. Nie jest to historia idealna i wciąż trochę brakuje jej do opowieści o Jude i Cardanie, ale na pewno nie zawiedzie nikogo, kto czekał na emocjonujące zakończenie trylogii.

Andy Weir - Projekt Hail Mary

Jeśli zachwycił Was Marsjanin (nieważne, czy w wersji książkowej, czy filmowej - obydwie są naprawdę świetne!), nie możecie przejść obojętnie obok nowej książki Weira, Projekt Hail Mary. Mówię Wam, to cudeńko jest warte każdej poświęconej mu sekundy!

Kiedy Ryland Grace budzi się na statku kosmicznym, okazuje się, że z całej załogi przeżył tylko on. Teraz losy świata spoczywają jedynie na jego barkach. Szkoda tylko, że Grace stracił pamięć i nie zdaje sobie z tego sprawy... Nie ma nawet pojęcia, jak się nazywa, a co dopiero, jak znalazł się w kosmosie ani tym bardziej, że jego misją jest uratowanie Ziemi przed dramatycznym końcem istnienia całej ludzkości!

Stwierdzenie, że nie spodziewałam się rozwoju wydarzeń, który nastąpił w Projekcie, byłoby niedopowiedzeniem roku! Fabuła książki jest niezwykle zaskakująca, Weir wbił mnie w fotel już na samym początku, a każde kolejne wydarzenie tylko potęgowało moje zdumienie i uwielbienie dla jego historii. Nie chcę Wam psuć niespodzianki, więc nie zamierzam w żaden sposób uchylać rąbka tajemnicy, ale dla fanów kosmosu będzie to zdecydowanie fascynująca przygoda!

Powieść ma bardzo ciekawą budowę - kiedy Rylandowi powoli powracają wspomnienia, za każdym razem łączą się one bezpośrednio z tym, co akurat dzieje się w jego teraźniejszości. Dzięki temu na bieżąco odkrywamy razem z naszym bohaterem kolejne elementy układanki, które wypływają z odmętów jego pamięci i coraz bardziej przybliżają nas do poznania całej historii.

Jednym z najbardziej zachwycających aspektów powieści Weira jest niekwestionowanie jego cudowny humor. Nie zliczę nawet, ile razy śmiałam się sama do siebie podczas czytania tej książki - na szczęście żarty autora bawią równie mocno, co w Marsjaninie. Kolejnym ogromnym plusem jest kreacja głównego bohatera. Grace jest niezwykle charyzmatycznym i błyskotliwym gościem, który sypie z rękawa zabawnymi spostrzeżeniami, a jego komentarze zawsze trafiają idealnie w punkt. 

Książka pełna jest naukowych pojęć z zakresu biologii, chemii, astrofizyki i inżynierii, a także zjawisk, które koniecznie muszą być rozpatrzone w przypadku podróży kosmicznych, takich jak na przykład dylatacja czasu. Każde z nich zostało dokładnie i bardzo przystępnie wytłumaczone, a autor w wielu kwestiach zasięgał opinii specjalistów, żeby stworzyć jak najbardziej realną wizję. Moim zdaniem to kolejny cudowny aspekt książek Weira, ale jeśli do kogoś nie przemawiają tego typu motywy, może się okazać, że powieść będzie dla niego nieco męcząca.

Projekt Hail Mary oferuje nam wszystko, co najlepsze - świetną rozrywkę, wciągającą przygodę, zapierającą dech w piersiach wizję kosmicznych podróży, ogromną dawkę dobrego humoru, dramatyczne momenty wstrzymujące akcję serca i takie, które wzruszą nas do łez. Główny motyw powieści początkowo wydaje się podobny do tego z Marsjanina (oto samotny człowiek musi przeżyć w najbardziej niegościnnym dla człowieka środowisku, jakim jest odległy kosmos), ale Weir przechodzi samego siebie, tworząc nową, niesamowicie ciekawą i zachwycającą historię!

Dan Simmons - Pieśń bogini Kali

Nie mogę się niestety nazwać pełnoprawną fanką Simmonsa, ponieważ większość jego twórczości jeszcze przede mną, natomiast Hyperion i jego kontynuacja szturmem zdobyły moje serduszko i awansowały na listę najlepszych książek, jakie zdarzyło mi się czytać. Dlatego, gdy tylko dowiedziałam się o nowym wydaniu debiutanckiej powieści autora, wiedziałam, że jest to pozycja, obok której nie będę w stanie przejść obojętnie!

Kilka lat temu Das, jeden z najznamienitszych indyjskich poetów, zaginął bez wieści i wkrótce został uznany za zmarłego. Jednak nagle pojawia się informacja o poemacie, który... prawdopodobnie jest pisany jego ręką. Robert Luczak wyrusza wraz z rodziną do Kalkuty, by zdobyć prawa do publikacji utworu w amerykańskim czasopiśmie. Przy okazji zamierza również napisać artykuł o swojej podróży i "śledztwie", które ma na celu odkryć, czy sławny poeta naprawdę powstał z martwych, czy może ktoś się za niego podszywa. Luczak nie wie jeszcze, że zadanie okaże się dużo trudniejsze, niż się spodziewał, ani że Kalkuta lat 70. jest nieprzyjaznym miejscem, w którym wciąż sprawują władzę starzy bogowie.

Pierwszym, co przyciąga naszą uwagę w Pieśni bogini Kali, są niesamowicie obrazowe opisy miasta - Simmons wie, jak odpowiednio przedstawić miejsce akcji, by oddać jego niepokojący klimat. Pióro autora kreśli przed nami obrazy ludzi brodzących w śmieciach, wszechobecnego brudu, agresji, biedy, rozpadających się budynków i baraków, w których na porządku dziennym zdarzają się przerwy w dostawach prądu (w miejscach, gdzie w ogóle czasem jest prąd), wiecznego zgiełku i chaosu. Wszystko to doprawione zostało dawką wierzeń, przesądów i innych ciekawych aspektów indyjskiej kultury oraz historii, które tylko zachęcają do tego, żeby dowiedzieć się więcej na własną rękę.

Równie intrygująco prezentują się w powieści elementy horroru. Czy można w ogóle wybrać w tym celu postać lepszą od "Najgroźniejszej z Wcieleń, Pożeraczki Dusz, Straszliwej Żony Śiwy"? Przecież już sam opis bogini Kali brzmi zachwycająco (jeśli cieszą Was mroczne, makabryczne motywy - a zakładam, że tak właśnie jest)! A jakby nie wystarczył sam fakt, że wizje Simmonsa są niesamowicie sugestywne i mrożące krew w żyłach, to autor uderzył jeszcze w tony, które szczególnie do mnie przemawiają i najbardziej przerażają - do tego stopnia, że gdy skończyłam czytać książkę w nocy, bałam się, że w każdym ciemnym kącie zaraz pojawi się makabryczna postać Kali! Nawet teraz, kiedy na nowo widzę jej obraz przed oczami, znowu zaczynam czuć ten sam niepokój!

W Pieśni widoczny jest również motyw, który bardzo u Simmonsa lubię - mianowicie opowieść w opowieści. Autor potrafi snuć historie tak wciągające, że czytelnik czuje się, jakby to on sam siedział przed opowiadającym je bohaterem i słuchał relacji z jego ust. I tak jest także tutaj! Gdy jedna z postaci zaczęła swoją historię, po prostu nie mogłam się od niej oderwać!

Jeśli chodzi o samych bohaterów, to autor niestety nie poświęca zbyt wiele czasu na ich kreację, natomiast uważam, że Amrita, żona Luczaka, jest bardzo ciekawą postacią, a jej uwagi i rozmowy z głównym bohaterem są niesamowicie błyskotliwe i przyjemne.

Mimo że Pieśń bogini Kali jest debiutem Simmonsa, już tutaj czuć charakterystyczną dla niego manierę pisania, widać smykałkę, z jaką buduje duszną, ciasno oplatającą czytelnika atmosferę, i wyjątkowy sposób, w który prowadzi zarówno główną historię, jak i opowieść w opowieści. Co prawda nie mogę się pozbyć wrażenia, że czasami brakowało tu czegoś... więcej, a historia wydaje się trochę niedokończona, ale wciąż jest to powieść, którą mogę z czystym serduszkiem polecić zarówno w pełni ukształtowanym, jak i przyszłym fanom Simmonsa (zakładam, że nie będzie to jedyna jego książka, po którą sięgniecie!).

Dawid Krawczyk - Cyrk polski

- Dlaczego właściwie państwo zasłaniają te dzieciaki? - pytam.

- Jak to dlaczego? Przecież to są ohydne hasła - mówi kobieta.

- Tam jest napisane: "Jestem człowiekiem". Co w tym ohydnego? - dociekam. 

- Ohydne, bo tęczowe.

Czyli kwintesencja naszego społeczeństwa po ostatnich wyborach. Nie da się ukryć, że tytuł tego reportażu jest bardzo adekwatny. Oczywiście, znajdziemy tu dużo więcej tematów i wątków niż tylko ten dotyczący LGBTQ i powszechnej homofobii, ale trzeba przyznać, że w ostatnim czasie odgrywały one na polskiej scenie politycznej ogromną rolę, dlatego pozwoliłam sobie przytoczyć akurat taki fragment.

Dawid Krawczyk w Cyrku polskim przedstawia obserwacje, jakich dokonał podczas trzech kampanii wyborczych, które rozgrywały się w 2019 i 2020 roku: wyborów do Parlamentu Europejskiego, wyborów parlamentarnych i w końcu prezydenckich. W tym czasie Krawczyk odwiedzał wiece, podróżował busami polityków, słuchał ich przemówień, ale przede wszystkim rozmawiał ze zwykłymi ludźmi - z wyborcami. Pytał, co motywuje ich do głosowania na poszczególnych kandydatów, słuchał ich historii, obserwował, jak w naszym społeczeństwie dochodzi do coraz bardziej wyraźnego podziału na my i oni

Autor bardzo sprawnie operuje piórem, bawi się językiem, a jego komentarze są niesamowicie błyskotliwe. Momentami uderza nawet w trochę poetycko-metaforyczne tony, ale nie w pretensjonalny sposób. Z drugiej strony nie boi się cytować i używać przekleństw, czy też kolokwialnie pisać o "darciu ryja" (kocham).

Cyrk polski to więc reportaż dobrze napisany i ciekawy, ale... niezaskakujący. Szczerze, spodziewałam się po nim czegoś więcej, czegoś, co poszerzy moje horyzonty, otworzy oczy, pomoże zrozumieć, dlaczego wyborcy podejmują takie, a nie inne decyzje (w bardziej dogłębny sposób, niż ten, do którego doszłam już sama). Myślałam, że całość będzie mocniejsza, bardziej... może nie kontrowersyjna, ale zapadająca w pamięć. Moje odczucia mogą wynikać z faktu, że opisane w Cyrku wydarzenia są jeszcze świeże w naszej pamięci, nawet jeśli nie interesujemy się polityką na co dzień, ale ostatecznie reportaż zupełnie nic nie zmienił w moim życiu. 

Oczywiście, oceny tej książki będą się diametralnie różnić - głównie ze względu na polityczne przekonania czytelników. Przeczytamy tu o Koalicji i Trzaskowskim, i Kidawie-Błońskiej, o Biedroniu i Wiośnie, trochę o Kosiniaku-Kamyszu i odrobinę o Konfederacji, jednak najwięcej czasu antenowego zdecydowanie otrzymują kampanie i wyborcy PiS-u. Krawczyk nie jest szczególnie łaskawy dla żadnego kandydata czy partii, ale wciąż widać dla kogo pozostaje łaskawy najmniej.