Łukasz Jach - Od ucha do ucha. Homo sapiens się śmieje


Potraficie wyobrazić sobie świat bez żartów, rodzinnych anegdotek, przez które zaśmiewamy się do łez przy obiedzie i milionów memów w internecie? Brrr, cóż to byłoby za smutne i nieśmieszne miejsce! (Wiem, co mówię, pamiętam jeszcze czasy bez memów!)

Śmiech i humor są zazwyczaj na tyle nieodłącznymi elementami naszego życia, że rzadko kiedy poważnie się nad nimi zastanawiamy. I na szczęście nie musimy, bo zrobił to za nas Łukasz Jach! W swojej książce rozłożył śmiech na czynniki pierwsze, na elementy tak małe, że nigdy nie przyszłoby nam nawet do głowy, żeby je kontemplować, oraz podał nam odpowiedzi na mnóstwo intrygujących pytań: Dlaczego się śmiejemy? Kto jest zabawniejszy - kobiety czy mężczyźni? Czy zwierzęta też się śmieją? I czy śmiech to faktycznie zdrowie?

Mimo że to książka o humorze, sama w sobie wcale nie wywołuje aż tyle rozbawienia, na ile miałam nadzieję. Wyobrażałam sobie, że Jach będzie dowcipkował, sypał żartami z rękawa, że to będzie lektura zabawna i wielce... niepoważna. (Troszeczkę marzyłam o godnym przeciwniku dla Jennifer Wright, która w serii ZROZUM niekwestionowanie pełni rolę królowej humoru!)

A tutaj zdziwko - Od ucha do ucha jest pozycją szalenie merytoryczną i wnikliwą, poruszającą temat z punktu widzenia psychologii, fizjologii, filozofii, ewolucji - słowem od każdej możliwej strony - i opartą na wielu interesujących badaniach. Co prawda momentami wygląda trochę jak zbiorcze opracowanie tych badań, a niektóre fragmenty mogą nam się wydać nieco przytłaczające, ale na szczęście Jach nie klepie tylko ciągiem kolejnych informacji. Zamiast tego stara się zaangażować swoich czytelników - pod koniec rozdziałów znajdziemy ćwiczenia, które zmobilizują nas do zastanowienia się nad poruszanymi tu aspektami i sprawdzenia ich w praktyce.

Spokojnie - autor nie odebrał sobie też przyjemności uraczenia nas kilkoma żartami! 

Od razu widać, że jest to pozycja dobrze przemyślana i opracowana. Jach rzetelnie wykonał swoją pracę i podał nam na tacy całą górę interesujących informacji, których braku prawdopodobnie nigdy wcześniej nie odczuwaliśmy, ale o których ogromnie miło się jednak dowiedzieć!

Marta Wroniszewska - Tu jest teraz twój dom. Adopcja w Polsce

Marta Wroniszewska postawiła w swoim reportażu na bardzo szeroką perspektywę i postanowiła przedstawić całe spektrum niezwykle złożonej kwestii, jaką jest adopcja i piecza zastępcza w Polsce. Tu jest teraz twój dom dzieli się na pięć części, a w każdej z nich poznamy historie przedstawione z różnych punktów widzenia: dzieci z rodzin zastępczych, adopcyjnych i z domów dziecka, rodziców adopcyjnych i biologicznych, pracowników, prawników. Pojawią się tutaj zarówno dobre opowieści, które zakończyły się happy endem, jak i złe, pełne bólu, zniechęcenia i niezrozumienia (choć wydaje mi się, że na te drugie położony został zdecydowanie większy nacisk).

Zebrane historie dały autorce pole do przedstawienia również ogólnej, szerszej sytuacji prawnej podobnych przypadków, a także powiązanego z nimi aspektu psychologicznego i emocjonalnego. Wroniszewska zgrabnie wplotła w swój reportaż wiele istotnych faktów, jak chociażby to, ile jest w naszym kraju ośrodków adopcyjnych, jak wygląda proces starania się o prawo do adopcji, albo gdzie w internecie można znaleźć informacje, w jaki sposób wesprzeć lokalne domy dziecka.

To nie była prosta lektura. Tyle w tej książce smutku, bólu, złości i niedowierzania, że czytelnik nie może po prostu przejść obok tych emocji obojętnie. W dodatku każda kolejna historia coraz bardziej otwiera nasze oczy na fakt, że procesowi adopcyjnemu w Polsce daleko do ideału (a raczej, że jest całkowicie niewystarczający), a polskie prawo traktuje dzieci naprawdę karygodnie (czy Was też krew zalewa na słowa, że dziecko jest "własnością rodziców" i "podlega ich autorytetowi"?).

Równocześnie reportaż został napisany prosto i przystępnie, klarownie tłumaczy poszczególne aspekty, jest wartościowy, pełen wiedzy i niesamowicie ciekawy. Przed lekturą nawet nie zdawałam sobie sprawy, jak niewiele wiem o procesie adopcji, funkcjonowaniu rodzin zastępczych i wielu innych aspektach życia zarówno wychowanków, jak i pracowników tego systemu. I jestem za tę wiedzę ogromnie wdzięczna.

Eddie Jaku - Najszczęśliwszy człowiek na ziemi

Eddie Jaku zawsze czuł się przede wszystkim Niemcem, dumnym mieszkańcem swojego kraju. Nie wyobrażał sobie lepszego miejsca do życia. Przynajmniej do czasu, gdy Hitler przejął władzę i Eddie stał się przede wszystkim Żydem.

Przeżył Holocaust, a po wojnie przysiągł sobie, że, mimo całego okrucieństwa, które go spotkało, do końca życia pozostanie szczęśliwy oraz że jego noga nigdy już nie postanie na niemieckiej ziemi. W wieku stu jeden lat może z czystym sumieniem stwierdzić, że dotrzymał słowa, a swoją pogodą ducha i umiejętnością odnajdywania szczęścia nawet w najgorzej wyglądających sytuacjach chce się dzielić z innymi.

Dlatego właśnie powstała ta książka. Eddie zwraca się do nas jak do nowo poznanych przyjaciół i uczy, jak czerpać z życia radość i pamiętać o najistotniejszych rzeczach. Każdy rozdział niesie ze sobą kolejne przesłanie - ważniejsze tym bardziej, że to właśnie Jaku ma jak największe prawo do odczuwania nienawiści, do pogrążania się w czarnych myślach, czy braku optymizmu - a tego nie robi!

Najszczęśliwszy człowiek na ziemi ma klimat, jakiego jeszcze nie uświadczyłam w literaturze obozowej (bo też stricte do tej literatury nie należy, chociaż autor opisuje swoje doświadczenia z Auschwitz i innych obozów, w których był przetrzymywany). Przedstawione tu wydarzenia z życia Eddiego są jak najbardziej smutne i straszne, ale też piękne i wzruszające.

A jednak niestety nie mogę powiedzieć, że książka dogłębnie mnie poruszyła. Składam to na karb sposobu, w jaki została napisana, bo kiedy oglądałam wystąpienie TEDx Eddiego, rozkleiłam się zupełnie. Zdania są krótkie, proste, nie zawsze poprawnie skonstruowane, a w tekście roi się od powtórzeń, których nie mogłam ścierpieć. I o ile jestem w stanie zrozumieć to, że sam Jaku niekoniecznie musi mieć niezwykłą smykałkę pisarską (w końcu swoją pierwszą książkę stworzył w wieku stu lat!), to nie wiem, dlaczego te wszystkie powtórzenia i dziwnie brzmiące zdania pojawiły się w tłumaczeniu i druku. 

Alex Nogués, Miren Asiain Lora - Milion ostryg na szczycie góry

Ile razy zdarzyło Wam się podnieść z ziemi jakiś zbłąkany kamyk, podziwiać malujące się na jego powierzchni abstrakcyjne wzory, wyczuć pod palcami chropowatą fakturę? Czy kiedykolwiek przyszło Wam do głowy, że oto trzymacie w dłoni malusieńki fragment liczącej miliardy lat historii Ziemi? Milion ostryg na szczycie góry ma zwrócić uwagę dzieciaków, by właśnie obok takich małych cudów nie przechodziły obojętnie!

No dobra, wszystko fajnie, ale skąd te milion ostryg wzięło się na szczycie góry?!

Cieszę się, że pytacie, bo o to właśnie tutaj chodzi. Książka przybiera formę rozmowy - wnikliwych, ale też uroczych i zabawnych pytań, które mógłby zadać mały czytelnik, oraz odpowiedzi udzielanych przed autora, które przyjmują różne formy, dzięki czemu pozycja ani na moment nie staje się monotonna. Alex Nogués płynnie porusza się między różnymi dziedzinami nauki, a wszystkie aspekty przedstawia w prosty, przystępny sposób. Z każdą kolejną informacją wspólnie coraz bardziej zgłębiamy temat i poznajemy nowe fakty, które w końcu ułożą się w geologiczną historię naszej planety, tytułowych ostryg oraz ich podróży na sam szczyt!

Wiadomości jest tu akurat wystarczająco dużo, żeby rozbudzić w dzieciach ciekawość i chęć przeżycia własnej naukowej przygody, ale temat zdecydowanie nie zostaje wyczerpany. Dlatego zachęcając pociechy do lektury Miliona ostryg, prawdopodobnie będziecie musieli przygotować się na kolejne milion pytań!

Nie można też oczywiście nie wspomnieć o cudownie opracowanej szacie graficznej, bez której ta pozycja straciłaby nie tylko wiele z edukacyjnej wartości, ale również swój niesamowity urok! Miren Asiain Lora ozdobiła książkę przepięknymi ilustracjami, utrzymanymi w przyjemnej kolorystyce i pełnymi subtelnych szczegółów. Dzięki nim każda kolejna strona była dla mnie nowym powodem do zachwytów, a dla dzieciaków ilustracje okażą się świetnym testem na spostrzegawczość i pomogą im przyswoić przedstawione w Milionie ostryg informacje.

Sarah Hambro - Świat według pszczół

O pszczołach powiedziano już wiele i to na milion różnych sposobów, jednak Sarah Hambro postanowiła zaoferować nam zupełnie inne spojrzenie i skupiła się na wpływie, jaki te małe stworzonka miały na przestrzeni wieków na różne aspekty ludzkiego życia - naszą historię, kulturę, literaturę czy sztukę.

Świata według pszczół nie można więc nazwać książką stricte naukową - jest po trochu edukacyjna, poetycka i swojska (gdy rozdział zaczyna się od miodu na kanapce, którą robiła mama). Opisy funkcjonowania owadów przeplatają się w niej z wierszami, zaklęciami i starymi papirusami, a całość została napisana lekko, momentami nawet całkiem zabawnie.

Na pewno zwrócili_łyście też uwagę na to, jak przepięknie wygląda ta pozycja. Już sama okładka przykuwa oko, a w środku każda strona została zaprojektowana z uwagą, ozdobiona uroczymi grafikami i wypełniona cytatami. No i jeszcze ta wklejka, która jest po prostu cu-dow-na! 

Szkoda tylko, że równej staranności nie wykazano w kwestii samej treści.

Zupełnie nie przemawia do mnie styl pisania Hambro. Autorka z jakiegoś dziwnego powodu lubi od czasu do czasu umieszczać w swojej książce zdania, które są z niczym niepowiązane albo bezsensownie oddzielone od reszty tekstu (albo i jedno, i drugie). Niektóre z nich brzmią, jakby miały mieć dalszy ciąg, ale - niespodzianka - jednak go nie mają. Inne natomiast są ustawione obok siebie, mimo że nie można się w nich dopatrzeć żadnego ciągu logicznego.

W tekście roi się od literówek, czasem brakuje niektórych wyrazów, a, jakby tego było mało, obok błędów można znaleźć powtórzenie na powtórzeniu (początkowo je sobie wypisywałam, ale było ich tak dużo, że to się po prostu mijało z celem). Słowo pszczoła w różnych wariacjach pojawia się w jednym zdaniu tak często, że nie da się już tego obronić nawet faktem, że te stworzonka są głównymi bohaterkami książki.

Zresztą powtarzają się tutaj nie tylko słowa. Autorka (jakby nie miała już pomysłu, co by tu jeszcze napisać) w kółko przytacza te same informacje, o których wspominała wcześniej - np. że w Egipcie wylewy rzeki wykorzystywano do upraw. To nawet nie jest fakt szczególnie powiązany z pszczołami, a pojawia się dwa razy (na 200 stron!). 

Ale to i tak pikuś przy tym, że... do powtórzeń dochodzi także w kwestii cytatów, dzięki którym Hambro miała zaprezentować, jak pszczoły wpłynęły na naszą kulturę. I dla mnie to już wygląda jak jakiś żart. Dwa razy przeczytamy ten sam fragment papirusu (na stronie 30 i 96) a także słowa Charlesa Butlera (na 132 i 144). Dlaczego? Po co? 

W tekście możemy trafić również na wiele nieścisłości, jak gdyby autorka stwierdziła, że skoro pisze książkę o pszczołach, to nie musi skupiać się na tym, żeby przekazywać wiarygodnie jakiekolwiek inne informacje (które z owadami powiązane nie są). Na przykład fakt, że Johannes Kepler "po raz pierwszy ustalił, że planety w naszym układzie słonecznym obracają się wokół słońca" (strona 52) - nie ustalił tylko opisał prawa tego obrotu i wyznaczył orbity planet (nie wiem czy wszystkich - na pewno Marsa). Albo, że dinozaury latały - z tego co wiem latające gady (nasze ulubione pterodaktyle i różne takie) tak naprawdę nie były dinozaurami (strona 59). O, albo że w Oslo żyło "aż 1200 pszczół" i przypadało ich po 200 na osobę. Chyba chodziło o 1200 rojów, bo nie wydaje mi się, żeby Oslo miało sześciu mieszkańców (strona 170).

A jakby nie mogło być już gorzej, Hambro postanowiła zaspojlerować nam Historię pszczół Mai Lunde, której ja na przykład jeszcze nie przeczytałam (a mam w planach!), tak że uważajcie na stronie 154!

Naprawdę nie mam pojęcia, co myśleć o tej książce. W kwestii wizualnej spisuje się na medal, a jeśli o życiu i funkcjonowaniu pszczół wiecie niewiele (tak jak ja), na pewno znajdziecie tu ogrom ciekawych informacji. Równocześnie zdecydowanie nie można powiedzieć, że Świat według pszczół wyczerpuje ten temat (o pewnych rzeczach, które zapowiadały się niezwykle ciekawie, ostatecznie autorka napisała rozczarowująco niewiele).

Natomiast jeśli chodzi o całą resztę, jestem autentycznie zniesmaczona jej poziomem. 

Alice Oseman - Heartstopper. Tom 1

To była miłość od pierwszego wejrzenia!

Historia Charliego i Nicka już od samego początku sprawiła, że przepadłam bez reszty, każdą kolejną stronę przewracałam z coraz większym zauroczeniem i nawet przez moment nie mogłam przestać zachwycać się tym, jak bardzo ten komiks jest przeuroczy! A pokochać można w nim naprawdę wszystko - od ujmującej historii i rozczulających bohaterów, przez przyjemny humor, po każde najdrobniejsze dźwiękonaśladowcze słówko typu czochr (od czochranka) albo turl (od turlanka).

Nie dajcie się zmylić tym, że na pierwszy rzut oka książeczka wygląda raczej niepozornie - czarno-białe, proste ilustracje i kreska, która momentami wydaje się wręcz niechlujna. Nie dość, że nie odbiera jej to ani trochę uroku, to autorce udało się w ten sposób zaprezentować piękną i całkiem złożoną opowieść o przyjaźni, miłości, dorastaniu i odnajdywaniu samego siebie!

Alice Oseman ma niezwykły talent do wiernego oddawania wszystkich emocji, jakie odczuwają jej bohaterowie - widać je w każdym zmarszczeniu brwi, ułożeniu ramion i najdrobniejszych gestach. Autorka świetnie potrafi zaznaczać też najmniejsze, a jednak niezwykle istotne szczegóły, na które trzeba zwrócić uwagę. A do swoich ilustracji dodaje mnóstwo uroczych elementów - wybuchające zewsząd kwiaty, unoszące się wokół postaci liście albo krople wody skapujące z dłoni - które sprawiają, że można poczuć w nich szczyptę magii.

Heartstopper w bardzo przystępny sposób przedstawia proces poznawania samego siebie, związane z tym rozterki, dobre i złe momenty oraz próby samoakceptacji. Sama historia jest raczej prosta i niezaskakująca, ale nie spodziewałam się po niej niczego innego i uważam, że świetnie spełnia swoje zadanie. A ciepło i uczucia, które wylewają się ze stron tej książki, są jak mocny przytulasek od Alice dla wszystkich, którzy poszukują siebie.


Amélie Wen Zhao - Dziedzictwo krwi


Księżniczka koronna Cesarstwa Cyrilyjskiego, Anastazja Michajłowna, została oskarżona o zdradę, a następnie uznana za zmarłą. Tylko że Ana żyje i zamierza zrobić wszystko, by udowodnić swoją niewinność oraz odnaleźć mordercę ojca. Żeby tego dokonać, będzie musiała przekonać do współpracy Ramsona Złotoustego, jednego z najbardziej rozpoznawalnych baronów przestępczego podziemia. Szkopuł w tym, że Ramson jest zamknięty w najlepiej strzeżonym więzieniu Cyrilii...

Dziedzictwo krwi promowane jest jako powieść porównywalna do Szklanego tronu, z czym niekoniecznie się zgadzam. Oczywiście odnajdziemy w Dziedzictwie elementy wspólne dla mnóstwa różnych fantastycznych książek młodzieżowych, ale oprócz tego nie zauważyłam żadnych szczególnie istostnych podobieństw do serii Maas, co akurat uważam za plus, bo jedna Celaena Sardothien w zupełności nam wystarczy (i trudno byłoby ją podrobić!).

Amélie Wen Zhao zabiera nas w głąb mroźnej, pokrytej śniegiem krainy przesiąkniętej rosyjskim klimatem i motywami. W końcu Cyrillą rządzi car, bohaterowie otrzymują charakterystyczne imiona (jak chociażby nasza Anastazja Michajłowna), a słowa takie jak diemchow czy dejs'woszka brzmią jak najbardziej rosyjsko. Klimacik powieści jest niesamowicie przyjemny, a miejsca, które odwiedzimy z bohaterami, zostały pomysłowo wykreowane i pięknie opisane - zarówno pełne przepychu pałace, więzienne labirynty, jak i mroczne lasy zamieszkane przez zjawy i potwory. 

Akcja już od pierwszych stron pędzi na łeb na szyję, Zhao wciąż zmusza swoich bohaterów do nadludzkiego wysiłku. Rzadko kiedy pozwala odpocząć zarówno im, jak i czytelnikowi, a każdy spokojny moment zdaje się być jedynie krótkim preludium do kolejnych dramatycznych wydarzeń, zwrotów akcji i walki o życie. Niektóre z tych momentów zostały opisane odrobinę chaotycznie, ale ogólnie sceny walki wyszły autorce całkiem dobrze. 

System magiczny opiera się na powinowactwie, czyli zdolności do kontrolowania różnych żywiołów... i nie tylko (patrz Ana!). Jak to się często w książkach fantastycznych zdarza, ludzie obdarzeni mocą muszą mierzyć się z represjami, są traktowani jako obywatele gorszej kategorii, niekiedy więzieni i wykorzystywani. Widzicie więc, że nie jest to szczególnie innowacyjny pomysł.

To samo tyczy się głównego duetu - Any i Ramsona. Ich kreacja jest... w porządku - to postaci z charakterem, skomplikowaną przeszłością, ich zachowanie jest realistyczne i szybko zdobywają nasze serduszko, ale niestety są też bardzo niezaskakujące. Ana nie może pogodzić się z tym, że nie jest zwyczajnym człowiekiem i w pełni zapanować nad mocą, cały czas prześladują ją też duchy przeszłości. A Ramson to kolejny typowy, niesamowicie tajemniczy bad-boy, zadziorny, charyzmatyczny i wygadany przystojniaczek, który może, ale tylko może, gdzieś głęboko ukrywa jakieś uczucia.

Dziedzictwo krwi jest naprawdę przyjemną i klimatyczną powieścią, która trzyma w napięciu, oferuje kilka niespodziewanych zwrotów akcji i dających się lubić bohaterów. Na pewno będziecie się świetnie bawić, podróżując wraz z Aną i Ramsonem po Cyrilii i odkrywając jej tajemnice, jednak nie spodziewajcie się, że znajdziecie tu coś, na co jeszcze nigdy nie natrafiliście w fantastycznych młodzieżówkach. 

Tim Harford - Jak ogarnąć świat i odróżnić fakty od wyobrażeń

Wyobraźcie sobie, że Wasz znajomy udostępnił na Facebooku ciekawy artykuł o szokującym nagłówku. Artykuł od razu przykuł Waszą uwagę i dowiedzieliście się z niego naprawdę interesujących rzeczy. A teraz zastanówcie się, jak dużo czasu poświecicie na to, by zweryfikować poprawność przedstawionych w nim danych? Czy w ogóle będziecie próbowali się upewnić, że przeczytane przez Was informacje... są prawdziwe?

W wielu aspektach nasz świat opiera się na statystykach, ale w końcu wszyscy znamy stwierdzenie mówiące, że statystycznie człowiek i jego pies mają po 3 nogi, które pokazuje, że takie podejście nie w każdym przypadku jest właściwe. Czasami dane statystyczne mogą okazać się całkowicie błędne, oparte na złych założeniach, czy nieuwzględniające wszystkich istotnych faktów. Przyswajane przez nas wiadomości niekoniecznie zawsze muszą być prawdziwe, zdarzają się też takie, które są niepoprawnie przedstawione, przekłamane lub... zmanipulowane.

I właśnie na to otwiera nam oczy Tim Harford w swojej książce, która faktycznie może pomóc odróżnić fakty od wyobrażeń. Co prawda jej tytuł ma trochę vibe poradnika dla fanów teorii spiskowych (cały świat próbuje nas oszukać, ale my się nie damy i wyłapiemy wszystkie te kłamstwa!), ale zapewniam Was, że wydźwięk tej pozycji jest zupełnie inny!

Każdy rozdział to kolejna rada, na co należy zwrócić uwagę przy ocenie danych i informacji, które bombardują nas z każdej strony. I wcale nie chodzi tu o jakieś abstrakcyjne sytuacje, tylko przykłady, które znamy z własnego życia - każdy z nas na pewno przynajmniej raz trafił na newsa rozpoczynającego się od słów "Amerykańscy naukowcy odkryli/wykazali/znaleźli...". Albo widział dane dotyczące bezrobocia w Polsce.

Harford namawia swoich czytelników do spojrzenia na otaczający nas świat trochę bardziej krytycznie, do zastanawiania się nad tym, co słyszymy i czytamy, zamiast bezmyślnie chłonąć każdą informację jak gąbka. Mówi o tym, jaki wpływ na odbiór wiadomości mają nasze własne emocje (i dlaczego czasem lepiej ich nie słuchać!), podkreśla, na co warto zwrócić szczególną uwagę podczas konfrontacji z nowymi informacjami i sugeruje w jakie miejsca się udać, żeby je zweryfikować (udać w internecie - na szczęście nie musimy zbyt daleko chodzić!). Nie da się ukryć, że w świecie fake newsów, click baitowych nagłówków i big data są to naprawdę przydatne umiejętności. 

Niestety liczba błędów w tej książce jest po prostu porażająca - autentycznie nigdy wcześniej nie trafiłam na pozycję Wydawnictwa Otwartego, która byłaby aż tak niedopracowana. Znajdziemy tutaj wszystkiego po trochu - do wyboru, do koloru: literówki ("zrobić" zamiast "zbroić", "do" zamiast "to"), nienaturalną składnię ("nauka im nie będzie sprzyjać" zamiast "nie będzie im sprzyjać"), zdania, które są napisane na tyle niepoprawnie, że zmieniają znaczenie całego akapitu i błędy, których nawet nie potrafię nazwać ("pomylono się o niemal milion razy" - nie można pomylić się o ileś razy! Można pomylić się milion razy albo o milion!).

Będę z Wami szczerza - początkowo wcale nie byłam zachwycona tą pozycją. Pomijając wszystkie większe lub mniejsze błędy, wydawała mi się trochę za bardzo przegadana. A czasem analiza kolejnych przykładów, którą fundował nam autor, była naprawdę ciężko przyswajalna.

Tylko że, mimo wszystko, to naprawdę niezwykle ciekawa książka! Harford co chwilę przytacza kolejne interesujące historie i przedstawia nam fascynujących ludzi, raczy nas mnóstwem przykładów i anegdotek (które niekoniecznie związane są stricte z danymi) i zazwyczaj umiejętnie wykorzystuje je do przedstawienia swoich racji. Jak ogarnąć świat jest pod pewnymi względami szalenie interesującą książką i z tego powodu jak najbardziej polecam ją przeczytać! Ale raczej radzę przyjmować lekturę w niewielkich dawkach, bo zdecydowanie nie należy do najprostszych.

Simmon Beckett - Zapisane w kościach

"W odpowiedniej temperaturze pali się wszystko. Drewno. Ubranie. 

Ludzie.

Przy dwustu pięćdziesięciu stopniach Celsjusza płonie ciało. Już po chwili skóra czernieje i pęka. Tłuszcz upłynnia się, topi jak słonina na patelni. Służy za paliwo dla płomieni trawiących ciało. Ogień zajmuje najpierw ręce i nogi, robiące za podpałkę pod masywny korpus. 

Kurczące się ścięgna i włókna mięśniowe wprawiają płonące kończyny w podrygi, które są obsceniczną parodią życia.

Ostatnie w kolejności trawione są organy wewnętrzne. (...) Co innego kość. Ta uparcie opiera się wszystkiemu, ulegając tylko najgorętszemu ogniowi."

Trochę makabryczne rozpoczęcie? Być może. Nie zmienia to jednak faktu, że jest to jeden z najlepszych początków książek, na jakie można trafić - jestem pewna, że wszyscy fani kryminałów się ze mną zgodzą! Albo przynajmniej fani kryminałów z wątkiem medycznym i serialu Kości.

Zapisane w kościach to druga część przygód naszego ulubionego lekarza medycyny sądowej (recenzję pierwszego tomu znajdziecie tutaj), jednak seria ma to do siebie, że można czytać poszczególne tomy bez znajomości poprzednich. Każda książka jest oddzielną historią, połączoną w całość głównie za sprawą wydarzeń z życia naszego bohatera, bez których i tak będziecie mogli cieszyć się przyjemną lekturą. Chociaż oczywiście jak najbardziej zachęcam do zapoznania się z całą serią, bo to majstersztyk!

David Hunter po raz kolejny ląduje w małej, odizolowanej od świata społeczności i w samym środku akcji. Tym razem wydarzenia rozgrywają się na szkockiej wysepce Runa. Były policjant, który na Runie odbywa emeryturę, informuje o odkryciu w starej chacie spalonego ciała. Policja podchodzi do zgłoszenia raczej sceptycznie i nie podejrzewa morderstwa, ale Hunter i tak zostaje wysłany na wyspę w celu zbadania zwłok. David ma nadzieję, że sprawa rozwiąże się szybko i będzie mógł wrócić do domu i do Jenny, nie wie jednak, że najgorsze ma dopiero nadejść.

Beckett po raz kolejny mistrzowsko kreuje gęstą, duszną atmosferę spowijającą zamknięte społeczności i specyficzną, klaustrofobiczną aurę niepokoju i nieufności. Runa staje się miejscem, z którego nie można uciec i w którym nikogo (ani niczego) nie można być pewnym. 

Równie sprawnie zbudowane jest napięcie, a autor funduje nam kilka naprawdę mrożących krew w żyłach momentów. Kolejne zwroty akcji i przerażające wydarzenia, które spadają na bohaterów (i czytelnika!) jak grom z jasnego nieba (chociaż niebo nad Runą zdecydowanie nie jest jasne!), przyprawiają o szybsze bicie serca i coraz bardziej wciągają w fabułę powieści. W pewnym momencie zdacie sobie sprawę, że, tak samo jak mieszkańcy wyspy, nie jesteście w stanie wyplątać się z tej historii - przynajmniej do momentu, gdy poznacie jej rozwiązanie!

Oczywiście nie mogę nie wspomnieć o głównym aspekcie, który sprawił, że pokochałam przygody doktora Huntera, czyli o wyjątkowym podejściu do rozwiązywania spraw kryminalnych. Motyw medycyny sądowej i obserwowania akcji oczami lekarza sądowego jest po prostu rewelacyjny! A w dodatku Hunter to naprawdę spoko gość, z którym chętnie poszłabym na piwo, żeby posłuchać o jego pracy.

Podsumowując, nie czytać Becketta to grzech!

Powrót do jego książek za każdym razem sprawia mi równie ogromną przyjemność, co poznawanie historii doktora Huntera po raz pierwszy. Przedzieranie się przez gęstą sieć domysłów, poszlak i teorii, brnięcie po kolana w dusznej atmosferze i kolejne zagadkowe wydarzenia - wszystko to sprawia, że wspólnie z Hunterem możemy przeżyć niesamowitą przygodę. Na szczęście zawsze robię sobie przed ponownym czytaniem przerwę na tyle długą, by powieści Becketta mogły mnie na nowo zaskoczyć, przestraszyć, zszokować i pozwolić się czytać z wypiekami na twarzy oraz wstrzymywanym oddechem. Jestem przekonana, że z Wami będzie podobnie!

Luigi Dal Cin - W rytm zaklęć. Bajki brazylijskie


Większość z nas wychowała się na mitach greckich i rzymskich, rzadko kiedy słowiańskich (co w sumie jest dość abstrakcyjne - w końcu mieszkamy w słowiańskiej Polsce!). A świat jest przecież pełen innych, całkowicie odmiennych kultur, fascynujących historii i mitologii, które tak ciekawie byłoby poznać!

To samo musieli pomyśleć w Wydawnictwie Słownym zanim uraczyli nas serią Opowieści z czterech stron świata, która pozwala dzieciom poznać bogactwo przeróżnych kultur. Może być również idealnym wstępem do rozmowy nie tylko o odmiennych wierzeniach, religiach, czy folklorach, ale też o warunkach i realiach życia w innych krajach (i na innych kontynentach!).

Kolejna już książka z serii tym razem przenosi nas do orientalnego świata brazylijskich baśni, dzięki którym poznamy odpowiedzi na bardzo istotne pytania, których prawdopodobnie nigdy wcześniej nawet sobie nie zadaliśmy:

Czemu skorupa żółwia wygląda tak a nie inaczej?

Dlaczego węże są jadowite? 

Skąd ludzie wzięli się na Ziemi?

No dobrze, może niektórzy z nas zadali sobie te pytania i nawet znają już na nie odpowiedzi, ale na pewno nie usłyszeli ich jeszcze w tej orientalnej, brazylijskiej odsłonie!  

Poznawanie innych wierzeń, mitów i kultur jest niesamowicie ciekawe i rozwijające, a diametralna różnica między warunkami życia mieszkańców Ameryki Południowej i naszymi sprawia, że ta przygoda staje się jeszcze ciekawsza! Bohaterami brazylijskich bajek są zazwyczaj jaguary, tapiry i inne orientalne zwierzęta, które na pewno umilą Waszym pociechom czas i będą przyjemną odmianą (bo w polskich lasach raczej ich nie spotkamy!).

W rytm zaklęć jest przy tym przepięknie wydanym zbiorem opowieści - wszystkie strony pełne są barwnych grafik i rysunków. A dzięki temu, że każda historia była ilustrowana przez innego artystę, możemy dodatkowo podziwiać tu mieszankę przeróżnych styli, które nadają poszczególnym bajkom wyjątkowego charakteru. 

Mówię Wam, ta książka to świetna rozrywka zarówno dla dzieci, jak i dorosłych (przy czym ci drudzy mogą jednak odczuć pewien niedosyt i potrzebę, by szukać dalej i głębiej!). Mam z nią tylko jeden problem - dlaczego tak mało?!

P.C. Cast & Kristin Cast - Spells Trouble. Wiedźmi czar

Duet P.C. Cast & Kristin Cast, który pewnie znacie z ogromniastego cyklu Dom nocy, przychodzi do nas w nowej odsłonie, tym razem za główny motyw biorąc sobie bardzo wdzięczne stworzenia - wiedźmy!

W XVII wieku Sara Good, wiedźma z Salem, została skazana na śmierć za swoje czary. Na szczęście udało jej się uniknąć szubienicy - uciekła i, prowadzona mocą bogini Gai, znalazła bezpieczną przystań w miejscu, w którym łączy się pięć linii mocy. Tam też osiadła ze swoją córką i założyła miasteczko Goodeville. Wiele lat później jej wiedźmie potomkinie stają przed poważnym problemem - magiczne drzewa, które strzegą bram do pięciu mitycznych podziemnych światów, zaczynają chorować. Jeśli przestaną chronić przejść, hordy krwiożerczych demonów i mitologicznych stworów zaleją Goodeville. Hunter i Mercy, nastoletnie wiedźmie siostry bliźniaczki, będą musiały wykorzystać wszystkie swoje umiejętności i podjąć wiele poważnych decyzji - zarówno tych magicznych, jak i całkiem przyziemnych.

Chyba najbardziej w książkach duetu Cast lubię to, że w ich światach ludzie zawsze są zaznajomieni z faktem istnienia magii i magicznych stworzeń. W Domu nocy wszyscy wiedzieli, że wampiry są prawdziwe, a w Spells Trouble mieszkańcy Goodeville może i nie znają całej magicznej historii swojego miasteczka, ale zdają sobie sprawę z tego, że siostry Goode to czarownice - nieważne, czy faktycznie wierzą w ich zdolności.

Aspekt wiedźmich czarów, zaklęć i uroków, ziółek, kamieni księżycowych, różdżek i przeróżnych rytuałów został tu bardzo interesująco opisany i wprowadza nas w urokliwy, magiczny i tajemniczy klimat. Do tego autorki zaserwowały nam zarys lekko detektywistycznego wątku, a także, co ważniejsze, nawiązania do nie jednej, ale aż PIĘCIU różnych mitologii! Czy w takim połączeniu coś w ogóle może pójść nie tak? 

Otóż - niestety może.

Nie wiem, czy nie jestem już po prostu za stara na takie książki, ale zachowanie głównych bohaterek wydawało mi się momentami wręcz absurdalne. Ciągle wybuchy emocji, które nie były niczym szczególnym spowodowane ani wyjaśnione w racjonalny sposób, działały mi na nerwy, a nawet najbardziej poważne nastoletnie kłopoty zmieniały się w sztucznie nakręcone dramy.

Problemy jednej z bohaterek, które były naprawdę istotne i miały na nią ogromny wpływ, zostały opisane niesamowicie pobieżnie, zaledwie wspomniane. To samo tyczy się zresztą jej orientacji, który to wątek mógł być ważną kwestią w młodzieżówce, ale zamiast tego wygląda, jakby został tu wciśnięty tylko po to, żeby można było się pochwalić, że w książce występuje reprezentacja LGBT.

Kolejną kwestią jest mitologiczna postać, która odgrywa w Spells Trouble bardzo ważną rolę. Jej historia jest... całkowicie nieprawdziwa, prawdopodobnie zlepiona z kilku mitów i doprawiona wyobraźnią autorek (serio, wygooglujcie to), co dla mnie było ogromnym rozczarowaniem. Skoro pisarki postanowiły w swojej powieści inspirować się pięcioma różnymi mitologiami, to miały naprawdę ogromną liczbę ISTNIEJĄCYCH historii, które mogły wykorzystać.

Ale całkowicie i najbardziej abstrakcyjne w Spells Trouble jest to, że w tej książce... nie ma prawie żadnej akcji. Serio. Jakikolwiek szybszy, czy bardziej pasjonujący bieg wydarzeń pojawia się może na dziesięciu stronach, a pozostałe pełne są nic niewnoszących dialogów i pobocznych dram, mających niewiele wspólnego z główną historią, natomiast reszta akcji płynie sobie raczej leniwie i nie absorbuje czytelnika.

To też niestety kolejna książka Jaguara, przy której mam problem z kwestią językową - zaczynając od niezbyt znaczących rzeczy, jak "zrobili głośniej muzykę" (co jest po prostu kolokwialne i nieładne), przez "mniej lub więcej chóralnym okrzykiem" (zamiast "mniej lub bardziej"), po ciągłe powtarzanie imion głównych bohaterek - Hunter, Hunter, Mercy, Mercy, po dziesięć razy w jednym akapicie. I jeszcze drzewo nordyckie, które za każdym razem, gdy pojawia się o nim jakakolwiek wzmianka, jest opisane jako "rosochate" (nie przeszkadza mi samo słowo, przeszkadza mi jego nadmiar).

Jestem naprawdę rozczarowana nową książką duetu Cast, tym bardziej, że lektura Wiedźmiego czaru miała być dla mnie niejako sentymentalną podróżą lata wstecz, kiedy to czytałam pierwsze części Domu nocy. Zresztą pomysł zapowiadał się naprawdę świetnie, tak samo jak motyw wiedźm i ich magii, no i oczywiście mitologie, których jestem fanką! Niestety wykonanie zabiło cały potencjał ten historii.

Wilson Rawls - Tam, gdzie rośnie czerwona paproć

Billy o niczym nie marzy tak bardzo, jak o posiadaniu psów gończych. Jest wręcz "chory na psa", a okrzyki myśliwych i ujadanie ich ogarów, które co noc słyszy przez okno, prześladują go i nie pozwalają zasnąć. Niestety rodzice chłopaka nie mają wystarczająco dużo pieniędzy, by spełnić jego marzenie, więc w końcu Billy postanawia wziąć sprawy w swoje ręce.

Tam, gdzie rośnie czerwona paproć to klasyk amerykańskiej literatury dziecięcej i zdecydowanie ma vibe innych powieści dla dzieci, które czytałam, gdy sama byłam mała - jak Lassie wróć albo Biały kieł. Przy czym, ze względu na raczej brutalną tematykę, bardziej porównałabym powieść Rawlsa do tego drugiego tytułu.

Obserwowanie zmagań Billy'ego i późniejsze opisy polowań na szopy trzymają w ciągłym napięciu, a emocje udzielają się czytelnikom i wciągają ich bez reszty, dzięki czemu Tam, gdzie rośnie czerwona paproć można uznać za naprawdę ciekawą przygodówkę. Jednak książka została napisana w zupełnie innych czasach i innej rzeczywistości, niż ta, w jakiej obecnie wychowuje się większość dzieciaków i w związku z tym mam do niej parę uwag.

Po pierwsze, jak już wspomniałam, okazała się bardzo brutalna - w końcu jednym z głównych i najbardziej istotnych wątków są tu polowania na szopy, które wydają mi się zdecydowanie zbyt krwawe jak na wzruszającą historię dla dzieci, na jaką powieść jest promowana.

Z jednej strony faktycznie możemy obserwować miłość chłopaka do swoich psów, silną więź i nić porozumienia między nimi, którą na pewno docenią wszyscy miłośnicy czworonogów. Ale z drugiej jego zwierzaki są wykorzystywane w roli ogarów myśliwskich i w takim właśnie celu Billy o nich marzył - to nie miały być słodkie puchate kuleczki, które można pomiziać za uszkiem, tylko zimnokrwiści szopowi mordercy. Zresztą polowanie to nie jedyny krwawy wątek, który nas tutaj czeka, o czym przekonacie się podczas lektury.

Po drugie, to niestety przykład literatury typowo chłopięcej, w której wszystkie dziewczynki (siostry Billy'ego) przedstawione są bardzo pobieżnie, stereotypowo i nie pełnią w historii żadnej istotnej roli. 

Tam, gdzie rośnie czerwona paproć nie tylko konfrontuje młodego czytelnika z poważnymi aspektami życia, takimi jak śmierć, czy utrata przyjaciela, ale też uczy go, by brał sprawy w swoje ręce, dawał z siebie wszystko i sam pracował na spełnienie swoich marzeń. Jednak ze względu na jej brutalność zdecydowanie polecam ją raczej starszym dzieciakom/młodzieży, dla których ta historia może być także dobrą okazją do poznania historycznych ciekawostek i rozszerzenia horyzontów poza naszą polską rzeczywistość.

Kel Kade - Powiernik mieczy

Rezkin od najmłodszych lat był szkolony w Fortecy w jednym celu - miał stać się najniebezpieczniejszą bronią. Gdy nauka chłopaka dobiega końca, wszyscy, wśród których się wychował, umierają. Rezkin, pozostawiony sam sobie, wyrusza do świata zewnętrznego, by odnaleźć ostatnią osobę, która może wyjawić mu pewne tajemnice.  I nagle okazuje się, że... poza murami Fortecy życie wygląda zupełnie inaczej niż wszystko, co chłopak znał do tej pory! Gdy Rezkin spotyka na swojej drodze Frishę oraz Sama i postanawia towarzyszyć im w podróży do Skutton, okazuje się, że żadne Zasady ani Umiejętności nie przygotowały go do funkcjonowania wśród zwyczajnych ludzi.

Powiedzieć, że zupełnie nie spodziewałam się tego, jak będzie wyglądała ta książka, to jakby nic nie powiedzieć!

Na Powiernika mieczy składają się głównie dwie rzeczy - świetnie napisane dialogami i, co ważniejsze, urocze, przezabawne niezręczne momenty, które spotykają Rezkina na każdym kroku przez jego brak obycia w zewnętrznym świecie.

Mamy tutaj też charyzmatyczne, bardzo sympatyczne i przyjemne postaci (w końcu ktoś odpowiada za te wszystkie dialogi!). Zdecydowanie największe brawa należą się za kreację naszego głównego bohatera - z jednej strony świetnego wojownika, z drugiej całkowicie nieporadnego chłopca. Rezkin jest rozczulający, a jego talent do pakowania się w sytuacje, które doprowadzają czytelnika do łez (ze śmiechu), przewyższa nawet ten w posługiwaniu się bronią wszelakiej maści!

Sama historia jest trochę (bardzo) naciągana - w końcu mamy tu chłopaka, który w wieku dziewiętnastu lat jest mistrzem każdej jednej broni i żaden inny człowiek (nawet taki, który miał na szkolenie swoich Umiejętności przynajmniej dwa razy tyle czasu, co Rezkin) nie może się z nim równać. Niektóre jego niesamowite dokonania wydają się po prostu absurdalne! (Chociaż trzeba przyznać, że Kade potrafi napisać całkiem niezłe sceny walki.)

Jednak zdecydowanie bardziej absurdalny jest fakt, że w całym misternym planie związanym ze szkoleniem Rezkina (o którym nic więcej Wam nie powiem!) zapominają powiedzieć mu o jednej, najważniejszej rzeczy... Cały czas mam nadzieję, że jest to zaplanowane rozwiązanie fabularne, które zostanie wiarygodnie wytłumaczone w kolejnej części!

Nie mogę też wybaczyć autorce, że wszystkie kobiece postaci, które stworzyła, są okropnie stereotypowe, a najważniejszym celem ich życia staje się wyrwanie Rezkina... Może pani wymagać od własnej płci trochę więcej, pani Kade!

Ale...

Muszę przyznać, że mimo tych niedociągnięć...

Powiernika czyta się niesamowicie przyjemnie!

Prawda jest taka, że pod względem fabularnym nie znajdziecie tutaj niczego nowego, kreacja świata też nie zachwyca świeżością, a większość motywów należy do najbardziej typowego, oklepanego fantasy. Natomiast postać Rezkina wyszła Kade naprawdę cudownie, a humorystyczny aspekt tej książki to złoto!

Dlatego, jeśli najdzie Was ochota na lekką, przyjemną (i odrobinę naiwną) lekturę z kwitnącą w tle intrygą i fantastycznym zabarwieniem, przy której na pewno zdrowo się pośmiejecie, Powiernik mieczy będzie świetnym wyborem.

Kamil Janicki - Pańszczyzna. Prawdziwa historia polskiego niewolnictwa

"Polacy nawet w XXI wieku uważają się za naród szlachecki" pisze Kamil Janicki w swojej nowej książce. Nic w tym dziwnego, w końcu polskość kojarzy nam się właśnie ze szlachtą, sarmacją, to głównie o jej poczynaniach uczyliśmy się w szkole, to jej zmagania obserwowaliśmy w znanych powieściach. A pamiętacie jeszcze ten żarcik, żeby w zawodzie na Facebooku podawać "Szlachta nie pracuje"? Ale Janicki brutalnie rozwiewa nasze mrzonki o wielkopańskich korzeniach: "W rzeczywistości jednak miażdżąca większość z nas pochodzi od chłopów."

I to o tych chłopach, przodkach większości z nas, jest ta książka. A podczas czytania Pańszczyzny prawdopodobnie nie będziecie mogli się nadziwić, jak jej bohaterom udało się przeżyć te setki lat ucisku i niewoli, żebyśmy my mogli w ogóle przyjść na świat.

Janicki skupia się głównie na okresie między XVI a XVIII wiekiem, kiedy obowiązek odrabiania pańszczyzny stał się dla ludności chłopskiej na polskich terenach usankcjonowanym przez prawo chlebem powszednim. Przedstawia początki i rozwój pańszczyzny oraz folwarków, a także jak wyglądały praca, obowiązki oraz warunki i realia życia kmieci. 

Mówi o tym, jak polskim chłopom odbierano najpierw prawa, a potem jakąkolwiek godność i człowieczeństwo, rysuje nam przed oczami zatrważający obraz ich codzienności: nędzny, głodu, przemocy i wyzysku, wobec których byli całkowicie bezradni. I ta bezradność aż bije z kart Pańszczyzny, uderza w czytelnika, który... może jedynie czuć się równie bezradnie.

Choć wśród uczonych panuje niezgoda na temat wielu różnych aspektów związanych z życiem i traktowaniem chłopów, Janicki ma jasno zdefiniowane poglądy, z którymi zdecydowanie się nie kryje. Dobitnie wskazuje na faktyczny stan rzeczy, obala mity narosłe na przestrzeni lat, a w tytule każdego rozdziału umieszcza kolejne mocne słowa - upodlenie, wyzysk, rozbój, apogeum nędzy.

Książka jest świetnie napisana, przystępna dla laików, niesamowicie wciągająca (choć czytanie o tych wszystkich okrucieństwach wcale nie należy do najłatwiejszych), przepięknie wydana i ozdobiona wieloma ilustracjami, ale też niezwykle rzetelna - sama literatura i przypisy zajmują prawie osiemdziesiąt stron (a każdy, kto kiedykolwiek pisał pracę na studiach wie, że zebranie tak pokaźnej bibliografii jest niezwykle wymagającą pracą!).

Mam do Pańszczyzny jedynie kilka drobnych uwag:

Czasem brakowało mi tutaj jasnego wytłumaczenia pewnych pojęć, którymi autor operował swobodnie, jednak dla laika mogły okazać się nieścisłe - na przykład, że klucz wsi to prawdopodobnie "kilka posiadłości ziemskich należących do jednego właściciela, zorganizowanych w jeden organizm gospodarczy" (definicja z Wikipedii), albo co to propinacja. Teoretycznie można się znaczenia tych pojęć domyślić na podstawie czytanego tekstu, ale czułabym się zdecydowanie lepiej, gdybym otrzymała klarowne wyjaśnienie od kogoś mądrzejszego ode mnie. 

Uciążliwe było również powtarzanie pewnych informacji - na szczęście nie faktów, tylko takich drobnych elementów, jak to, że za każdym razem, gdy autor powoływał się na "Robaka sumienia złego", musiał zaznaczać, że jest to utwór anonimowy, chociaż powiedział to już wcześniej. Kilka razy. 

A na stronie 104 znalazł się mały błąd matematyczny - autor mówi, że kmiecie stanowili 33% (pewnej grupy), a reszta to 77%. 

Sięgając po Pańszczyznę nie spodziewałam się nawet, jak interesujący okaże się ten temat ani jak bardzo zmieni moje spojrzenie na pewne sprawy! Janicki dał nam nie tylko możliwość poznania naszej własnej historii z zupełnie innej perspektywy, czy zrozumienia wielu dzisiejszych polskich tradycji i zachowań (chociażby tego, dlaczego wszyscy piją tyle wódki!). Jego książka otwiera też oczy na fakt, że to, co wiemy o historii Polski i Polaków, dotyczy zazwyczaj jedynie małego wycinka uprzywilejowanych mieszkańców. A uświadomienie sobie tego jest naprawdę niesamowitym doświadczeniem!

Aurélia Blanc - Jak wychować syna na feministę

Gdy Aurélia Blanc, będąc w ciąży, zaczęła szukać informacji na temat wychowania chłopców w duchu feminizmu, nie znalazła... zupełnie nic. Trafiła co prawda na mnóstwo tekstów na temat wychowania dziewczynek feministek, ale o chłopcach nikt nie mówił. Według niej pierwsze artykuły na ten temat zaczęły się pojawiać dopiero w 2017 roku!

Chociaż już od lat coraz częściej i dobitniej mówi się o wychowywaniu dziewczynek, wychodzącym poza uwłaczające i krzywdzące stereotypy płci, w przypadku chłopców zazwyczaj dalej promuje się typowy, szkodliwy obraz męskości - silnego samca alfa, który weźmie na siebie trud utrzymania rodziny, porąbie drewno i nigdy nie zapłacze, pozbędzie się emocji, a zamiast tego ciągle, na każdym kroku będzie udowadniał swoją nadrzędność i męskość. 

"Cieszę się, że zaczynamy wychowywać córki bardziej jak synów, ale to nigdy nie zadziała, jeśli nie będziemy wychowywać synów bardziej jak córki", napisała w 2015 roku Gloria Steinem. I miała rację - przecież to oczywiste, że jeśli chcemy żyć w równym społeczeństwie, chłopcom też potrzebny jest feminizm!

Blanc w swojej książce przedstawia nam, jak absurdalnie stereotypy dotyczące płci wpływają na postrzeganie dziecka już od pierwszych chwil jego życia. Przypomina o tym, że narzucony podział na świat męski i kobiecy rozpoczyna się już od najmłodszych lat, kiedy to nasze pociechy otrzymują odmienne ubranka i zabawki, od razu definiujące ich płeć i "przygotowujące do wyzwań dorosłego życia" (samochody i pistolety dla chłopców, lalki i sprzęty domowe dla dziewczynek). W końcu podaje praktycznie porady dotyczące wychowania chłopców (i dziewczynek), a także proponuje książeczki i gry, które nauczą dzieci akceptowania różnorodności, rozmawiania o swoich emocjach i wielu innych pomocnych umiejętności.

A jednak Jak wychować syna na feministę nie można uznać za typowy poradnik. Książka wcale nie została w całości poświęcona tytułowemu wychowaniu chłopców, czy dzieci w ogóle. To również przemyślenia i lęki przyszłej matki - i to matki feministki, która chciałaby przekazać swoje poglądy przyszłym pokoleniom - ale także rzetelny opis całego przekroju różnic w traktowaniu oraz życiu kobiet i mężczyzn, badań, które przeprowadzono by te różnice wykazać... lub obalić, podwójnych standardów, nierówności społecznych, historii męskości, kobiecości i feminizmu. 

Jestem zachwycona tym, jak wiele nowych, interesujących książek poznałam dzięki tej lekturze - nie tylko tych dla dzieci, ale również niekończącą się listę feministycznych tytułów dla dorosłych i ogromną liczbę ciekawych artykułów. Co prawda niektóre z nich są dostępne jedynie po francusku, ale tłumaczka, Adriana Celińska, wykonała świetną robotę - zamiast francuskich książek czy blogów, które nie są zbyt przystępną formą dla polskiego czytelnika, podała nam polskie odpowiedniki, traktujące na podobne tematy!

Narracja Blanc jest sarkastyczna, ironiczna, zabawna, autorka nie boi się używać mocnych słów - uwłaczających określeń stosowanych często w kierunku feministek, czy wyrazów takich jak "ruchać", a jej styl pisania sprawia, że książkę czyta się bardzo przyjemnie. Jest to jednak zdecydowanie pozycja mocno stronnicza i nie mogę powiedzieć, że całkowicie, w każdym aspekcie zgadzałam się z autorką.

Wydaje mi się, że czasami rozpędzała się trochę za bardzo, na przykład w momencie, gdy stwierdziła: „Czy znasz kobiety, które dopuściły się masowych zabójstw? Bo ja nie” (w przeciwieństwie do mężczyzn). I faktycznie, jeśli mówiąc o masowych zabójstwach, mamy na myśli pogromy na poziomie Holocaustu, to nie można się z tym stwierdzeniem kłócić. Wydaje mi się jednak, że to zbyt złożony temat, by podsumować go jednym uogólnieniem, które jest bardzo krzywdzące dla ogółu mężczyzn.

Autorka cały czas używała też prostego podziału jedynie na dziewczynki i chłopców, co uważam za duży minus. Co prawda wspomniała o osobach interpłciowych i z nietypowym genotypem, ale poświęciła im może dwa zdania i na tym temat się skończył. Dużo częściej poruszała temat związany z różnorodnością orientacji seksualnych - co prawda nie w gruntowny sposób, ale przynajmniej zwracając na nią uwagę w istotnych momentach.

Mimo pewnych mankamentów, uważam, że Jak wychować syna na feministę jest szalenie interesującą pozycją, która zmusza do gruntownego przemyślenia tego, w jaki sposób chcemy wychowywać nasze obecne, czy też przyszłe dzieci, a także spojrzenia na nasze własne życie i społeczeństwo krytycznym okiem. Sama na pewno powrócę do niej jeszcze wiele razy, a tymczasem muszę zabrać się za tysiące książek, o które moja lista powiększyła się po przeczytaniu tej!

Arkady Saulski - Pani Cisza

Drugi tom serii Zapiski stali rozpoczyna się... zaskakująco. 

Oto pan Fukuro, daimyo klanu Nagata, wypowiada wojnę klanowi Węży, który od lat nastaje na jego ziemie, sieje spustoszenie i zagarnia kolejne wioski. Sam Fukuro jest już jednak słabowitym starcem, a jego syn i jedyny dziedzic, pan Koneko, ma sześć lat i cierpi na tajemniczą, nieuleczalną chorobę, która pozbawia go sił i nadziei na długie życie. Klan Nagata umiera, a pokonanie Węży prawdopodobnie ma być jego ostatnim osiągnięciem.

No dobra, wszystko fajnie, ale pewnie też się zastanawiacie, gdzie w tym wszystkim jest Kentaro?! 

Początkowo byłam mocno zaskoczona tym, że Saulski rzucił nas bez żadnego ostrzeżenia w całkowicie nowe miejsce. Historia wydawała się zupełnie niepowiązana z wydarzeniami z pierwszego tomu, narracja była prowadzona z punktu widzenia nowych bohaterów, Duch pojawiał się jedynie sporadycznie, a ja wprost nie mogłam się doczekać tego momentu, gdy Kentaro powróci na dobre i w końcu zacznie wymachiwać kataną! Może dlatego pierwsza część książki trochę mnie wymęczyła. Na szczęście potem było już zdecydowanie lepiej.

Nie mam pojęcia, dlaczego zaraz po premierze Pani Cisza zbierała raczej niskie oceny (teraz na szczęście już się to zmieniło). W końcu prawie wszystko jest w niej naprawdę świetne! 

Po pierwsze, Saulski serwuje nam nowe, ciekawe fantastyczne motywy i makabryczne pomysły (dochodzę do wniosku, że im bardziej makabryczne, tym lepiej, a obiecuję Wam, że będzie wyjątkowo mrocznie!). W tej części wątek magiczny był jeszcze ciekawszy, a motyw tytułowej Pani Ciszy miał świetny potencjał, ale wydaje mi się, że nie został do końca wykorzystany (bardzo podobał mi się też wątek czarownic - szkoda, że o nich było jeszcze mniej!).

Po drugie, już od pierwszych stron zapadamy się w ten niesamowicie przemawiający do czytelnika klimacik feudalnej Japonii - widać, że autor inspiruje się wieloma elementami kultury Kraju Kwitnącej Wiśni, które tworzą efektowne i ciekawe tło dla wydarzeń. 

Po trzecie, wszystkie miejsca, do których zabiera nas Saulski są przepięknie wykreowane, opisane tak barwnie, że aż stają przed naszymi oczami - zarówno Dom Spokoju z kunsztownie wykonaną Paszczą Wieloryba, jak i mroczny Zgniły Las, przerażające ziemie Klanu Węży i... wiele innych miejsc, które odwiedzicie razem z bohaterami!

Dodajmy do tego jeszcze dobrze napisane, dynamiczne i wciągające sceny walki oraz bardzo przyjemnych bohaterów, których od razu zaczynamy lubić, a dostaniemy świetną lekturę, jaką jest Pani Cisza. I w sumie jedyne, co zgrzyta w tej historii, to zupełnie niepotrzebny i bezsensowny wątek miłosny, zawiązujący się zupełnie znikąd. No dobrze, brakuje tu też jakiegoś dokładniejszego wytłumaczenia, skąd Kentaro w ogóle wziął się wśród wojowników klanu Nagata. I czemu tak długo nikt nie zauważył, że potrafi walczyć lepiej od pozostałych.

Pani Cisza może wydawać się jedynie luźno powiązana z wydarzeniami z pierwszego tomu, jednak jest częścią większej historii - w końcu w tle wciąż toczy się konflikt Nippończyków z barbarzyńskimi najeźdźcami, Mandukami! Chociaż teoretycznie można czytać tę część bez znajomości Czerwonego Lotosu (pojedyncze nawiązania do wydarzeń sprzed kilku lat uda się jakoś ogarnąć), to szczerze tego nie polecam! Saulski stworzył naprawdę fascynującą opowieść, z której nie będziecie chcieli/chciały (i nie powinni_yście) uronić ani kropelki!

Lena Kiefer - Don't love me

Kenzie marzy o studiowaniu architektury wnętrz na University of the Arts. Jednak plan ten zaczyna się kruszyć, gdy dziewczyna dostaje informację, ze nie będzie mogła odbyć stażu, który bardzo pomógłby jej w dostaniu się na studia, w poważanej londyńskiej pracowni architektonicznej. Zamiast tego ostatecznie wyrusza do pracy do małego miasteczka Kilmore w Szkocji.

Na miejscu poznaje Lyalla, którego wszyscy w Kilmore zdają się szczerze nienawidzić. Chłopak jest jednym ze spadkobierców rodziny Henderson, właścicieli sieci luksusowych hoteli - jednak nie to jest powodem negatywnych uczuć, jakimi darzą go mieszkańcy miasteczka. Lyall skrywa mroczną tajemnicę, a do Kilmore przyjechał po raz pierwszy od potwornego wydarzenia sprzed kilku lat, żeby naprawić swoją reputację i przywrócić dobre imię. Podczas pobytu ma trzymać się jednej, najważniejszej zasady - nie kręcić się wokół żadnych dziewczyn!

Jak możecie się domyślić, z Kenzie obok będzie to niezwykle trudne. 

Don't love me to takie typowe YA - trochę przewidywalne, oparte na wielu schematach gatunku, z bohaterami, którzy jakimś cudem ciągle wpadają na siebie całkowitym przypadkiem (to miasteczko nie może być AŻ TAK mikroskopijne) i wątkiem, który w zamierzeniu miał być chyba hate to love, ale jednak nie do końca, bo już od samego początku autorka zwraca uwagę na niesamowite przyciąganie (na poziomie czarnej dziury) między głównymi postaciami.

Bohaterowie mogą pochwalić się raczej sztampową kreacją - Kenzie jest niezwykle sumienna, poukładana, odpowiedzialna i oczywiście trafia na Lyalla, bad-boy'a, który pod całą tą arogancką otoczką być może skrywa jednak serduszko (a na pewno tajemnicę!). Ciekawym aspektem są natomiast ich zainteresowania, którym Kiefer poświęca w swojej powieści trochę czasu, dzięki czemu Kenzie i Lyall nabierają bardziej realnych i swojskich kształtów. Zdecydowanie gorzej wygląda sprawa z postaciami drugoplanowymi, które są jeszcze bardziej sztampowe i bardzo płaskie - na przykład boleśnie nieoryginalni przedstawiciele obydwu rodzin.

Główni bohaterowie dzielą się pierwszoosobową narracją, dzięki czemu możemy obserwować historię z punktu widzenia zarówno Kenzie, jak i Lyalla. Dużo ciekawsze okazały się moim zdaniem rozdziały Kenzie, bo muszę przyznać, że utarczki chłopaka z jego rodziną i niecna intryga (o której jeszcze nic nie wiecie!) niezbyt mnie interesowały. Don't love me porusza też poważne problemy, co jest zdecydowanie pożądanym aspektem powieści YA - mówi o żalu po utracie członka rodziny, ale też o braku wsparcia ze strony najbliższych i próbach spełnienia ich oczekiwań. 

No i jest jeszcze mroczna tajemnica, jedno z głównych kół napędowych powieści, co do której będziecie mieli/miały przez cały czas czytania mnóstwo różnych, bardziej lub mniej trafnych, domysłów!

Książka została dobrze napisana, czyta się ją szybko i przyjemnie, chociaż zdarzyło mi się niestety wpaść na klika powtórzeń w stylu "pojadę do domu i trochę ogarnę dom", a sceny zbliżeń między bohaterami są momentami opisane okropnie... patetycznie, tak przesadnie poetycko, że aż chce się przewrócić oczami.

Nie mogę powiedzieć, że jest to porywająca powieść, która pozostanie w mojej pamięci na długo, ale na pewno dobrze sprawdzi się jako lekka lektura na lato. Są tu momenty, na które będziecie czekać, sceny, których będziecie wyglądać z podekscytowaniem, a historia na pewno Was wciągnie, bo w końcu trzeba odkryć tajemnicę! Natomiast nie do końca jestem fanką zakończenia, które wydawało mi się trochę naciągane (chociaż z drugiej strony nie można mu się tak do końca dziwić), a relacja między głównymi bohaterami wyglądała odrobinę sztucznie i zdecydowanie nie podbiła mojego serduszka.

Neil deGrasse Tyson, James Trefil - Pytania z kosmosu

Wiecie, jak obliczyć, na ilu planetach mogą znajdować się inteligentne formy życia? A może chcielibyście dowiedzieć się więcej na temat abstrakcyjnego (albo i nie) pojęcia wieloświatu? Na te i wiele innych pytań odpowiada niezastąpiony Neil deGrasse Tyson w duecie z Jamesem Trefilem w książce (nomen omen) Pytania z kosmosu!

Poruszonych zostało tu mnóstwo niesamowicie ciekawych, około-kosmicznych tematów, na przykład możliwe początki i końce świata, czy rozwój nauki, który doprowadził do tego, że dzisiaj jesteśmy w stanie oceniać odległość dalekich galaktyk, obliczać wiek gwiazd i odkryć najmniejsze cząstki, z których zbudowany jest otaczający nas świat.

Niestety w tym natłoku wiadomości i informacji z różnych dziedzin i zakamarków kosmosu niektóre pojęcia czy zjawiska autorzy tylko delikatnie liznęli, poruszyli bardzo pobieżnie i niekoniecznie wytłumaczyli w wystarczająco wyczerpujący sposób, by zadowolić zagorzałych miłośników kosmosu. Na pewno poczujecie więc potrzebę, by zabrać się za kolejne lektury, rozszerzające tę tematykę.

Książka jest przepięknie wydana, pełna zachwycających ilustracji, zdjęć i grafik, zabawnych tweetów Tysona i mnóstwa ciekawostek. Nie dość więc, że autorzy opisują wszystkie aspekty bardzo przystępnie, to ilustracje pozwalają nam jeszcze lepiej je zrozumieć, wyobrazić sobie, jak wyglądałyby różne teoretyczne kształty kosmosu albo przyjrzeć się satelicie umieszczonemu na orbicie wokółsłonecznej.

Muszę jednak przyznać, że poruszanie się pośród wszystkich tych informacji może być problematyczne. Poszczególne elementy szaty graficznej w niektórych miejscach zostały rozmieszczone w dość chaotyczny i nieprzejrzysty sposób - na przykład ciekawostka dotycząca kolejnego podrozdziału znajduje się u góry strony, więc czytamy ją jeszcze zanim ten podrozdział się zacznie i będzie wiadomo o co chodzi. Czasami też w tych wszystkich "dodatkach" trudno w ogóle odnaleźć dalszą część głównego tekstu.

Dużo większym problemem okazała się jednak nie tyle kwestia wizualna i nawigacyjna, co... językowa.

W zeszłym roku czytałam Kosmos. Możliwe światy Ann Druyan, również z serii National Geographic (link do recenzji tutaj). Książka zrobiła na mnie naprawdę niesamowite wrażenie - nie tylko ze względu na przepiękną szatę graficzną i ogrom informacji, ale również dzięki zachwycającemu językowi, jakim została napisana. Po lekturze Pytań z kosmosu spodziewałam się podobnych odczuć - i niestety mocno się zawiodłam. 

Pytania zostały napisane... niechlujnie. W wielu miejscach, zamiast porządnych zdań złożonych, dostajemy pojedyncze, krótkie i pourywane twory, jakby czytelnik w zamyśle nie był w stanie zrozumieć czegokolwiek bardziej skomplikowanego. Może po angielsku takie zdania spełniały swoją funkcję, ale w tłumaczeniu brzmią po prostu źle i aż nieprzyjemnie się je czyta.

Jednak jeszcze gorsza jest ich okropna składnia. Podam tylko kilka przykładów - w książce było ich niestety zdecydowanie więcej.

"(...) kształtowania takiego Wszechświata, jaki jest?" - zamiast "Wszechświata takiego, jaki jest". Wtedy to zdanie ma odpowiedni wydźwięk, o który tutaj chodziło.

"nikt tego nie mógł zauważyć" - zamiast "nikt nie mógł tego zauważyć" (strona 220)

"Ilu sił potrzeba (...)? Co najmniej jedna." - zamiast "co najmniej jednej" (strona 222)

"[wszechświaty] trochę są jak statki" - zamiast "są trochę" (strona 284)

Powiecie, że się czepiam i to tylko małe, nic nieznaczące rzeczy? Może, ale ich kumulacja miała niesamowicie negatywny wpływ na mój odbiór tej pozycji...

Pod względem merytorycznym Tyson oczywiście nie zawodzi i po raz kolejny zabiera nas w pasjonującą podróż przez czas i przestrzeń, od najmniejszych cząstek elementarnych wewnątrz Wielkiego Zderzacza Hadronów do najbardziej odległych galaktyk. W dodatku Pytania są przepięknie ilustrowane, w przeciwieństwie do innych książek Tysona dostępnych na polskim rynku. Natomiast jeśli chodzi o samo wydanie, to z jednej strony jest naprawdę świetne, jednak z drugiej okazało się dużym rozczarowaniem.

Kacper Pitala - Jak to wyjaśnić? W poszukiwaniu odpowiedzi na pytania, które pozornie nie mają odpowiedzi.

Od razu na wstępie przyznam, że o Kacprze Pitali nie słyszałam ani razu, zanim nie natrafiłam na jego debiutancką książkę, natomiast ze względu na wdzięczne tematy, które w niej poruszał, stwierdziłam, że to idealna lektura dla mnie!

Jak to wyjaśnić? to na pewno niesamowicie wszechstronna pozycja, choć można w niej wyróżnić kilka głównych tematów - kosmos i czas, prawa fizyki, rządzące naszym światem czy funkcjonowanie ludzkiego mózgu. Znacie to uczucie, gdy wchodzicie na niedziałające schody ruchome i Wasze ciało nagle nie wie, co się dzieje? O tym też tutaj jest! 

W dodatku Pitala pisze lekko, bezpośrednio i ma świetne poczucie humoru - potrafi rozśmieszyć czytelnika i kreatywnie bawić się językiem, więc niektóre fragmenty jego książki czyta się naprawdę przyjemnie. 

Nie do końca przekonała mnie natomiast jej forma. Autor przedstawia kolejne tematy, zadając różne wnikliwe pytania, które, jak informuje nas podtytuł, "pozornie nie mają odpowiedzi". Znajdziemy tu więc rozważania typu "dlaczego pojęcie jest zielone", "jak duże jest wszystko?" albo "kiedy jest teraz?". I w samym tym pomyśle nie byłoby zupełnie nic złego, gdyby nie to, że Pitala postawił sobie chyba za punkt honoru zadawanie jak najgłupszych pytań i odpowiadanie na nie w jak najbardziej okrężny i bezsensowny sposób, aż do momentu, gdy samo pytanie dawno już przestaje mieć znaczenie.

Niestety czasem jego dowcip przeradza się w czystą abstrakcję. I nie zrozumcie mnie źle - zazwyczaj nie mam zupełnie nic przeciwko abstrakcji, ja ją wręcz uwielbiam! Ale w tym przypadku nie mogę pozbyć się wrażenia, że duża część książki (szczególnie na początku) to najzwyklejsze w świecie, zupełnie nic niewnoszące do naszego życia lanie wody...

Na szczęście kolejne rozdziały są już bardziej przekonujące, jednak ten niesmak i rozczarowanko z początku pozostały w mojej podświadomości aż do końca lektury.

Nie chcę, żebyście odnieśli wrażenie, że to całkowicie krytyczna opinia. W debiucie Pitali można znaleźć mnóstwo ciekawych informacji i zajmujących faktów, opisanych bardzo interesująco, obrazowo i z humorem. Pytanie tylko, czy chcecie w ich poszukiwaniu przedzierać się przez fragmenty brzmiące jak słowotok początkującego filozofa, po raz pierwszy próbującego swoich sił w tworzeniu górnolotnych wywodów? Dodam jeszcze, że po przeczytaniu tej książki obejrzałam kilka filmików Pitali na YT i stwierdzam, że w nich brzmi zdecydowanie bardziej konkretnie i sensownie (a do tego dalej równie przyjemnie i zabawnie!).

Grzegorz Kopiec - Eksperyment

Trójka uczestników krakowskiego konwentu horrorów znika bez śladu. Gdy policyjne poszukiwania nie przynoszą żadnych efektów, rodzice zaginionych zatrudniają prywatnego detektywa, który wkrótce dowiaduje się, że do podobnych tajemniczych zaginięć doszło również na spotkaniach fanów horrorów we Francji. Gdy detektyw Majer wraz z francuską policjantką ruszają tropem pewnego przerażającego nagrania, nie wiedzą, że może ich on doprowadzić do miejsca rodem z najbardziej makabrycznych opowieści.

Początek Eksperymentu wygląda naprawdę obiecująco - pierwsza scena jest mocna, brutalna i krwawa, ale widać w niej też zalążek skomplikowanej i intrygującej tajemnicy. Motyw konwentów horrorów i nawiązania do literatury oraz autorów z naszego rodzimego podwórka też brzmi interesująco i daje nadzieję na bardzo klimatyczną powieść, a każde kolejne znane nazwisko sprawia, że historia staje się coraz bardziej realistyczna.

Niestety, im dalej w las, tym więcej drzew, a w tym wypadku: denerwujących postaci i ich niezrozumiałego zachowania, bezsensownych scen ociekających brutalnością, która na nic innego się nie przekłada i coraz bardziej rozczarowujących rozwiązań. 

Wszyscy bohaterowie powieści są bezosobowi, antypatyczni i stereotypowi. Prym w irracjonalnej kreacji bezapelacyjnie wiedzie dziennikarka Magda, ale pozostałe postaci zdecydowanie starają się dotrzymać jej kroku. Niektóre ich zachowania wydają się po prostu absurdalnie głupie (dopóki nie czytamy ich wyjaśnień, które są jeszcze głupsze), relacje są nieprzekonujące, a dialogi brzmią sztucznie i żenująco, podobnie zresztą jak opisy seksu.

W dodatku każdą nową postać kobiecą ocenia się na podstawie tego, jak wygląda jej tyłek. Oczywiście nie mogło tu zabraknąć również takich stereotypowych farmazonów, jak to, że większość kobiet nie ma orientacji w terenie, przed wyjściem muszą pindrzyć się przez 5 godzin i jeszcze nie wiedzą, co na siebie ubrać (w przeciwieństwie do bohaterki, której akurat dotyczy ten fragment). Naprawdę myślę, że każdy z nas słyszał tego typu denerwujące i krzywdzące opinie wystarczająco dużo razy, żeby zupełnie nic nie wnosiły do jego życia (tak samo, jak nie wniosły do tej historii).

Autor postawił na dziwną narrację - czasem wydaje nam się, że jest prowadzona z punktu widzenia poszczególnych postaci, między którymi Kopiec przeskakuje w oszałamiającym tempie (niekiedy nawet wewnątrz jednego podrozdziału), ale potem nagle narrator staje się wszechwiedzący i raczy nas informacjami, o których bohaterowie zdecydowanie nie mogą wiedzieć, co ostatecznie tworzy raczej chaotyczną całość.

Najgorsze jest jednak zdecydowanie to, że w powieści nie ma nic szczególnie wciągającego... Po intrygującym początku i wstępnym nakreśleniu tajemnicy wszystko niemiłosiernie się rozwleka. Wątek detektywistyczny jest nijaki, a budowanie napięcia wypada koślawo, tym bardziej, że czasem jakiś fragment mógłby być nawet całkiem emocjonujący, gdyby nie to, że znamy już jego zakończenie z poprzednich stron. Kolejne rozdziały do znudzenia zaczynają się w dokładnie ten sam sposób (zmienia się tylko ich główny bohater), natomiast w przemyśleniach postaci w kółko powtarzają się te same zdania, określenia i motywy, przez co większość z nich można wręcz z czystym sercem pominąć. 

A potem nadchodzi zakończenie książki - w większości oczywiste i przewidywalne (nie mogę się pozbyć wrażenia, że skądś już znam taką historię). Natomiast w pewnej kwestii zdecydowanie można je nazwać niespodzianką, której przez większą część Eksperymentu zupełnie nic nie zapowiadało. Niestety wcale nie mówię tego w pozytywnym znaczeniu. Co prawda z całego serduszka uwielbiam motyw, do którego odwołuje się Kopiec, ale uważam, że pojawił on całkowicie z czapy (nawet nie potrafię znaleźć lepszego określenia!) i był boleśnie niewykorzystany.

W moim odczuciu to jedna z książek wymęczonych, czyli tych, które czyta się tylko po to, by dobrnąć do końca, odłożyć i zapomnieć. Zupełnie nie czułam ani tej historii, ani żadnego napięcia czy większego zainteresowania fabułą, ani więzi z bohaterami, których losy były mi całkowicie obojętne, a zakończenie uważam za mocno rozczarowujące.