Manuela Gretkowska - Faworyty

Mieszane odczucia towarzyszyły mi i podczas lektury Faworyt, i po ich skończeniu, a także teraz - jakiś miesiąc później, kiedy w końcu siadam do recenzji. Na pewno była to jedna z najbardziej zaskakujących książek, jakie dane mi było kiedykolwiek przeczytać, jednak nie pod względem niesamowicie krętej fabuły, pełnej zagadek i tajemnic, ponieważ niczego takiego tutaj nie doświadczycie. Bardziej chodzi o formę tej książki.

Nazwanie jej niekonwencjonalną byłoby ogromnym niedopowiedzeniem, ale naprawdę trudno jest ją jednoznacznie określić. Wszystko w tej książce wydaje się groteskowe i wynaturzone - niewybredne sceny seksu, rubaszny język, niesmaczne zachowania postaci i karykatury relacji między bohaterami, a także oryginalny styl pisania, z nietypową składnią, do której trzeba się najpierw przyzwyczaić, żeby w ogóle coś z tej historii wynieść.

Sięgając po Faworyty spodziewałam się dobrej dworskiej intrygi. W końcu to opowieść o trzech wpływowych kobietach - Elisabeth Lubomirskiej, Izabeli Czartoryskiej i Magdalenie Sapiesze, które walczą między sobą o względy Stasia - króla Poniatowskiego i wpływy na jego dworze. 

I już na początku przeżyłam wstrząs, gdyż niewiele było w książce tej intrygi między paniami, za to zdecydowanie dużo pizd (nienawidzę tego słowa i kiedy zobaczyłam je w tekście, aż się wzdrygnęłam. Serio.) i kutasów. Tak. Dokładnie w takim tonie utrzymane są opisy erotyczne i nie tylko, bo w książce Gretkowskiej większość rzeczy i tak w końcu, prędzej czy później, nawiązuje do seksu.

Autorka postawiła na naturalizm, turpizm, przerysowanie. Jej Warszawa to sterty gówna, u swoich bohaterów uwypukla wszystkie mankamenty i niedoskonałości, małe piersi, ślady po ospie, deformacje, makijaż, który odchodzi od twarzy płatami jak tynk. Brakowało mi tylko pcheł wyskakujących z fikuśnie udrapowanych peruk. Gretkowska ośmiesza modne trendy i poglądy epoki, a przy okazji łamie wszelkie konwenanse: z najbardziej znanych polskich szlachciców robi półgłówków i pijaków, z księży seksoholików, z króla niedojdę, z rodzinnych i małżeńskich relacji czystą patologię.

Tak jak wspomniałam, nie ma tu niesamowicie wartkiej akcji, ale nie ma też żadnego punktu kulminacyjnego, wyraźnego celu, do którego zmierza fabuła. Przez cały czas zastanawiałam się, w którym momencie Gretkowska stwierdzi, że to już koniec. Akcja wciągnęła mnie tak naprawdę dopiero gdzieś w połowie książki, kiedy w końcu udało mi się związać z niektórymi postaciami i zainteresować ich losami.

Historia przedstawionych tu kobiet jest gorzka i smutna. Niby zyskują namiastkę władzy, rozkładając nogi przed tym czy innym wysoko postawionym panem, ale tak naprawdę pozostają marionetkami w rękach innych panów. Niektóre z nich pragną jedynie miłości, a zamiast tego są wykorzystywane w politycznych rozgrywkach przez swoich mężów i ojców. 

W opisie książki można przeczytać, że to opowieść niehistoryczna, a jednak oddaje ogólny zarys wydarzeń i nastroje społeczne za panowania Poniatowskiego. Gretkowska wybrała jeden z najbardziej niechlubnych momentów w naszej historii. Polska stoi przed rozbiorami, caryca Katarzyna ingeruje w każdą decyzję sejmu, szlachta myśli tylko o swoich korzyściach i za plecami króla rozmawia się z wrogami narodu, natomiast Poniatowski wydaje się najbardziej przejmować tym, kogo dzisiaj będzie prał batem po gołym tyłku, podczas gdy jego rządy i kraj zapadają się coraz głębiej w stertę gówna, równie wielką, jak ta, którą widzi z okien swojego pałacu.

Jest to na pewno interesująca i zaskakująca pozycja. Zdecydowanie nie spodoba się wszystkim. Powiedziałabym, że to jedna z tych książek, które można albo kochać, albo nienawidzić, tyle, że ja sama znajduję się gdzieś pomiędzy tymi dwoma uczuciami. Tak więc chyba można ją kochać, nienawidzić, albo do końca życia zastanawiać się... co to w ogóle było. 

Przeczytaj też

0 komentarze:

Publikowanie komentarza