Jeffrey A. Lieberman - Czarna owca medycyny

Czarna owca medycyny. Nieopowiedziana historia psychiatrii to druga książka z nowej popularnonaukowej serii ZROZUM Wydawnictwa Poznańskiego, która to seria bardzo szybko awansowała na jedną z moich ulubionych (tak naprawdę już po pierwszej książce, która się w niej ukazała, czyli Co nas (nie) zabije - o najgorszych plagach w historii. Pokochałam ją całym serduszkiem, a jeśli jeszcze o niej nie słyszeliście, to zdecydowanie powinniście to nadrobić - tutaj macie link do recenzji). 

Książka Liebermana nie jest równie pełna humoru, co pierwsza część
 serii, przez co przyznaję, że na początku byłam nieco zwiedziona. To pozycja zdecydowanie bardziej naukowa i w takim tonie została utrzymana. Może nie do końca przyjmuje formę artykułu w jakimś psychiatrycznym czasopiśmie medycznym, ale momentami na pewno jest blisko. 

Jednak przede wszystkim Czarna owca medycyny to książka historyczna (mogliście się już domyślić po tytule). Pokazuje niechlubną drogę, jaką przeszła psychiatra, zanim znalazła się w miejscu, w jakim jest dzisiaj - może nie do końca szanowana i zaufana, ale jednak w końcu zdolna realnie pomóc swoim pacjentom, zamiast zamykać ich na całe życie w kajdanach w jakiejś obskurnej piwnicy, w której unosi się zapach uryny, niemytych ciał i potępione krzyki chorych.

O tak, w końcu komu psychiatria nie kojarzy się z mrożącym krew w żyłach zakładem dla obłąkanych, w którym nieczuli pielęgniarze zaciągają pacjentów na krzesła elektryczne albo trzymają przez miesiące przykutych do łóżek? Wszyscy znamy te obrazy. Ale czy wiemy, jak doszło do powstania takich a nie innych wyobrażeń? Które z nich to już przeżytek? Dlaczego? Od kiedy i za czyją sprawą? I najważniejsza sprawa - czy jeśli pójdę do psychiatry, położą mnie na fikuśnej kozetce? Na takie właśnie pytania odpowiada w wyczerpujący sposób Lieberman - znany psychiatra, były prezes Amerykańskiego Towarzystwa Psychiatrycznego, autor wielu artykułów naukowych, którego wieloletnia praca przyczyniła się do poszerzania wiedzy w zakresie leczenia, diagnozowania i rozumienia chorób psychicznych.

Z jego książki dowiemy się, jak ewoluowały sposoby postępowania w przypadku tych chorób - od zamykania ludzi w izolatkach i spinania pasami, przez kozetki i opisywanie swoich snów, po psychotropy i terapię grupową. Od przerażającej lobotomii po Xanax. Ale też, jak zmieniało się samo podejście do takich przypadków. Kiedyś, oczywiście, uważano, że to kara boska za grzechy. Freud, którego spojrzenie zdominowało psychiatrię i psychologię na całe dziesięciolecia, twierdził natomiast, że tak naprawdę każdy z nas jest w jakimś stopniu chory, a wszystkie te nieprawidłowości mają podłoże seksualne. Oczywiście znaleźli się też ludzie, którzy bardzo liberalnie dowodzili, że nie nie istnieje coś takiego jak choroba psychiczna, że to jedynie niepoprawne spojrzenie społeczeństwa na inność.

Podczas lektury poznacie jedne z najbardziej krzywdzących stereotypów, absurdalnych terapii i przerażających pomysłów, które zrodziły się w głowach naukowców i lekarzy na przestrzeni wieków. Ale oprócz tego, książka ma także ważne przesłanie - trzeba w końcu zmienić spojrzenie na choroby psychiczne. Lieberman dowodzi, że obecnie największą przeszkodą w leczeniu nie jest już brak leków, czy sposobów diagnostyki, a stygmatyzacja i krzywdzące stereotypy, przez które niektórzy boją się zaakceptować chorobę swoją lub swoich bliskich, tym samym odmawiając sobie i im szansy na normalne życie. Ja sama, gdy zastanawiałam się nad studiami w tym kierunku, usłyszałam, że "idą tam tylko ludzie z problemami". 

Dobrze, że powstała taka książka, może uda jej się przekonać społeczeństwo (a przynajmniej jakąś jego część) do zmiany spojrzenia na psychiatrię i choroby psychiczne - oczywiście, jeśli ktoś zdecyduje się zasiąść do 340 stron traktatu na ten temat. Na szczęście został on napisany nie tylko rzetelnie, ale też szalenie interesująco. Tak jak mówiłam, na początku byłam nieco zawiedziona formą tej książki, ale jej treść na szczęście szybko wynagrodziła mi brak humoru. I chociaż przez pierwsze sto stron nie byłam w stanie zanurzyć się w pełni w ten tekst, kiedy w końcu mnie wciągnął, dla odmiany nie mogłam oderwać się od niego, dopóki nagle nie nadszedł koniec.

Przeczytaj też

0 komentarze:

Publikowanie komentarza