Caitlin Doughty - Kiedy umrę, zjesz mnie, kocie?

W tamtym roku skusiłam się na książkę Nekrosytuacje. Perełki z życia grabarza (moją opinię możecie znaleźć tutaj), spodziewając się ciekawej historii pełnej czarnego humoru. Ostatecznie trochę się rozczarowałam, bo pozycja ta nie była szczególnie zabawna. Ale czemu o tym wspominam? Ponieważ okazało się, że wszystko to, czego szukałam w Nekrosytuacjach, odnalazłam w Kiedy umrę, zjesz mnie, kocie?! Ta książka jest po prostu świetna! To idealne połączenie błyskotliwego humoru (często czarnego) i niesamowicie ciekawych informacji.

Zapewniam Was, że zaczniecie się śmiać już podczas czytania wstępu, pomyślicie sobie "ale to będzie cudowna lektura!" i nie będziecie mogli wprost doczekać się, co będzie dalej. Zdradzę Wam, że im dalej, tym lepiej!

Jeśli jednak właśnie pomyśleliście z oburzeniem, że jak to tak można śmiać się ze śmierci i że to się nie godzi, to już wyprowadzam Was z błędu. Autorka zupełnie nie miała zamiaru okazać braku szacunku zmarłym czy też ich krewnym w żałobie. Wręcz przeciwnie! Caitlin Doughty, właścicielka domu pogrzebowego, fanka zwiedzania starych, zapomnianych cmentarzy i aktywistka, poświęca swoje życie na promowanie akceptacji śmierci. Stara się przekonać ludzi, by przestali się bać faktu, że kiedyś każdy z nas umrze, a zamiast tego nauczyć normalnie rozmawiać o przemijaniu i żałobie. Założyła organizację Zakon Dobrej Śmierci (The Order of the Good Death). Promuje również alternatywne metody pochówku, takie jak pochówek naturalny i stara się zrewolucjonizować amerykański rynek pogrzebowy.

W Kiedy umrę, zjesz mnie, kocie? Doughty postanowiła wykorzystać pytania, które bardzo często zadają jej dzieci. Książka podzielona jest na rozdziały, a w każdym z nich autorka odpowiada na jeden z takich interesujących dylematów. Okazało się, że to naprawdę świetny pomysł, bo wszyscy wiemy, że dzieci nie boją się zadawać różnych dziwnych pytań, które dorosłym nie przyszłyby w ogóle do głowy, a nawet jeśli, to pewnie uważaliby za niestosowne zadawać je na głos. 

A w końcu kto nie chciałby znać odpowiedzi na istotne pytanie, czy Twój kot faktycznie zje Twoje gałki oczne, kiedy umrzesz w mieszkaniu, albo czy babcię można po śmierci wysłać w łodzi na środek jeziora i podpalić strzałą. 

Autorka często zwraca się bezpośrednio do czytelnika, tak, jakby faktycznie odpowiadała na pytania małych zaciekawionych dzieciaków - używa zabawnych zwrotów osobowych, spoufala się z nami. Na szczęście nie znaczy to, że tekst został napisany ubogim lub zbyt prostym językiem. Jest błyskotliwy, wciągający, niezmiernie ciekawy, a równocześnie bardzo przystępny. Każde fachowe określenie zostało obrazowo wytłumaczone. 

W swoich odpowiedziach autorka przemyca wiele informacji na temat tego, jak wygląda praca w zakładzie pogrzebowym, ale również w jaki sposób postępuje proces rozkładu po śmierci. Nie powiedziałabym, że jest to książka obrzydliwa albo przeznaczona tylko dla ludzi o mocnych nerwach. Doughty zdecydowanie nie stara się na siłę szokować czytelników (to naprawdę nie jest średniej klasy opowieść w stylu gore). Ale mówi prawdę i to bez owijania w bawełnę, więc jeśli ktoś jest szczególnie wrażliwy, to może powinien się dwa razy zastanowić, zanim sięgnie po tę książkę.

Doughty zdarza się poruszać także kwestie prawne (trudno o nich nie wspomnieć, kiedy jakiś brzdąc zastanawia się, czy będzie mógł w przyszłości przyozdobić kominek czaszką swojego taty). Niestety odnoszą się one jedynie do prawa panującego w poszczególnych stanach Stanów Zjednoczonych. W Polsce natomiast najprawdopodobniej niektóre kwestie mogą się różnić.

Książka została wydana z dbałością o szczegóły, w twardej oprawie, z przyjemną dla oka i zabawną okładką, która (musicie przyznać) już od pierwszego spojrzenia zachęca do przeczytania tej pozycji. A w środku znajdziemy jeszcze urocze ilustracje. 

To naprawdę niesamowicie przyjemna i ciekawa lektura. Niestety, zdecydowanie za krótka! Mam nadzieję, że pozostałe książki Doughty też zostaną u nas wydane, że okażą się równie błyskotliwe i fascynujące i że zyskają rzeszę wiernych fanów. Jestem pierwsza w kolejce! (Edit. jedna z tych pozostałych już została wydana w Polsce!)

Jeffrey A. Lieberman - Czarna owca medycyny

Czarna owca medycyny. Nieopowiedziana historia psychiatrii to druga książka z nowej popularnonaukowej serii ZROZUM Wydawnictwa Poznańskiego, która to seria bardzo szybko awansowała na jedną z moich ulubionych (tak naprawdę już po pierwszej książce, która się w niej ukazała, czyli Co nas (nie) zabije - o najgorszych plagach w historii. Pokochałam ją całym serduszkiem, a jeśli jeszcze o niej nie słyszeliście, to zdecydowanie powinniście to nadrobić - tutaj macie link do recenzji). 

Książka Liebermana nie jest równie pełna humoru, co pierwsza część
 serii, przez co przyznaję, że na początku byłam nieco zwiedziona. To pozycja zdecydowanie bardziej naukowa i w takim tonie została utrzymana. Może nie do końca przyjmuje formę artykułu w jakimś psychiatrycznym czasopiśmie medycznym, ale momentami na pewno jest blisko. 

Jednak przede wszystkim Czarna owca medycyny to książka historyczna (mogliście się już domyślić po tytule). Pokazuje niechlubną drogę, jaką przeszła psychiatra, zanim znalazła się w miejscu, w jakim jest dzisiaj - może nie do końca szanowana i zaufana, ale jednak w końcu zdolna realnie pomóc swoim pacjentom, zamiast zamykać ich na całe życie w kajdanach w jakiejś obskurnej piwnicy, w której unosi się zapach uryny, niemytych ciał i potępione krzyki chorych.

O tak, w końcu komu psychiatria nie kojarzy się z mrożącym krew w żyłach zakładem dla obłąkanych, w którym nieczuli pielęgniarze zaciągają pacjentów na krzesła elektryczne albo trzymają przez miesiące przykutych do łóżek? Wszyscy znamy te obrazy. Ale czy wiemy, jak doszło do powstania takich a nie innych wyobrażeń? Które z nich to już przeżytek? Dlaczego? Od kiedy i za czyją sprawą? I najważniejsza sprawa - czy jeśli pójdę do psychiatry, położą mnie na fikuśnej kozetce? Na takie właśnie pytania odpowiada w wyczerpujący sposób Lieberman - znany psychiatra, były prezes Amerykańskiego Towarzystwa Psychiatrycznego, autor wielu artykułów naukowych, którego wieloletnia praca przyczyniła się do poszerzania wiedzy w zakresie leczenia, diagnozowania i rozumienia chorób psychicznych.

Z jego książki dowiemy się, jak ewoluowały sposoby postępowania w przypadku tych chorób - od zamykania ludzi w izolatkach i spinania pasami, przez kozetki i opisywanie swoich snów, po psychotropy i terapię grupową. Od przerażającej lobotomii po Xanax. Ale też, jak zmieniało się samo podejście do takich przypadków. Kiedyś, oczywiście, uważano, że to kara boska za grzechy. Freud, którego spojrzenie zdominowało psychiatrię i psychologię na całe dziesięciolecia, twierdził natomiast, że tak naprawdę każdy z nas jest w jakimś stopniu chory, a wszystkie te nieprawidłowości mają podłoże seksualne. Oczywiście znaleźli się też ludzie, którzy bardzo liberalnie dowodzili, że nie nie istnieje coś takiego jak choroba psychiczna, że to jedynie niepoprawne spojrzenie społeczeństwa na inność.

Podczas lektury poznacie jedne z najbardziej krzywdzących stereotypów, absurdalnych terapii i przerażających pomysłów, które zrodziły się w głowach naukowców i lekarzy na przestrzeni wieków. Ale oprócz tego, książka ma także ważne przesłanie - trzeba w końcu zmienić spojrzenie na choroby psychiczne. Lieberman dowodzi, że obecnie największą przeszkodą w leczeniu nie jest już brak leków, czy sposobów diagnostyki, a stygmatyzacja i krzywdzące stereotypy, przez które niektórzy boją się zaakceptować chorobę swoją lub swoich bliskich, tym samym odmawiając sobie i im szansy na normalne życie. Ja sama, gdy zastanawiałam się nad studiami w tym kierunku, usłyszałam, że "idą tam tylko ludzie z problemami". 

Dobrze, że powstała taka książka, może uda jej się przekonać społeczeństwo (a przynajmniej jakąś jego część) do zmiany spojrzenia na psychiatrię i choroby psychiczne - oczywiście, jeśli ktoś zdecyduje się zasiąść do 340 stron traktatu na ten temat. Na szczęście został on napisany nie tylko rzetelnie, ale też szalenie interesująco. Tak jak mówiłam, na początku byłam nieco zawiedziona formą tej książki, ale jej treść na szczęście szybko wynagrodziła mi brak humoru. I chociaż przez pierwsze sto stron nie byłam w stanie zanurzyć się w pełni w ten tekst, kiedy w końcu mnie wciągnął, dla odmiany nie mogłam oderwać się od niego, dopóki nagle nie nadszedł koniec.

John Scalzi - Imperium w płomieniach

Uwaga! To jest recenzja drugiej części cyklu The Interdependency. Proszę nie patrzeć w dół, jeśli nie znacie jeszcze części pierwszej - Upadające imperium. Proszę zamiast tego przeczytać tę część! A potem drugą!

Nurt, bliżej nieokreślona, pozawymiarowa sieć tuneli, która rozciąga się wzdłuż i wszerz całej galaktyki i łączy ze sobą poszczególne systemy Wspólnoty, się rozpada. Większość ludzi jednak dalej nie wierzy w taką możliwość, głównie dlatego, że oznaczałaby ona koniec wszechświata w formie, w jakiej ludzkość zna go od setek lat. A także powolną śmierć milionów istnień. Marce i Cardenia podejmują się karkołomnego zadania, by jak najszybciej przekonać społeczeństwo do faktycznego stanu rzeczy, a także wymyślić jakiekolwiek rozwiązanie, zanim dojdzie do katastrofy. Imperoks będzie musiała podjąć nieco... niecodzienne środki, by uratować jak najwięcej systemów we Wspólnocie.

W Upadającym imperium (pierwszej części cyklu) motyw sci-fi przez większość czasu wydawał mi się tylko dodatkiem. Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że były tam statki kosmiczne, tunele pozawymiarowe i cały przekrój przeróżnych planet. Natomiast dla mnie odgrywały one raczej rolę tła, a tym, co tak naprawdę tworzyło tę książkę, był cudowny humor, barwne postaci i ich rozmowy, które sprawiały, że śmiałam się na głos co drugie zdanie i wcale nie brakowało mi tego pełnoprawnego sci-fi z krwi i kości.

W Imperium w płomieniach mamy już zdecydowanie więcej elementów charakterystycznych dla tego gatunku, ale... niestety humor gdzieś się ulotnił. Mój główny zarzut? Zdecydowanie za mało Kivy! Kiva jest najlepiej wykreowaną postacią w całej tej historii! W końcu to głównie jej bezczelne odzywki, wiązanki przekleństw, bluzganie na kogo popadnie i bardzo bezstresowe podejście do życia nadawało książce pikanterii i humoru. 

Co do kreacji postaci, w tej części autor poświęcił jej trochę mniej uwagi, przez co niestety to, co wcześniej było ogromnym atutem serii, nagle przestało zachwycać. Z drugiej strony, więcej głosu otrzymują Marce i Imperoks, która (jak się okazuje) jednak ma charakter i potrafi być wrzodem na tyłku dla urzędników, którzy dotychczas mieli ją za ciepłą kluchę i myśleli, że będą nią mogli bez problemu sterować. A swoją drogą, brawa dla Scalziego za stworzenie tylu silnych kobiecych postaci! Zauważyliście, że oprócz Marce'a, w tej książce wszystkie najważniejsze role odgrywają wygadane, konkretne i niezależne kobiety?

Tak jak już wspomniałam, w końcu dostajemy dość sporo porządnego sci-fi. I jeszcze zapowiedź dużo większej afery, która może okazać się naprawdę ciekawa! Nie chcę zdradzać Wam zbyt dużo, ale poruszę tutaj jeden motyw, który bardzo mi się podobał, a mianowicie sposób zarządzania czasem. Do uzyskania informacji na temat Dasyli, układu, do którego tunel Nurtu zniknął 800 lat temu, potrzeba archeologów i historyków, co z jednej strony wydaje się zupełnie abstrakcyjne, bo archeologia kojarzy nam się ze skamielinami, a w Dasyli mieli przecież komputery, sztuczną grawitację i habitaty na księżycach. A z drugiej jest jak najbardziej oczywiste, bo mieli też starą technologię i język sprzed 800 lat. To tak jak różnica między naszymi czasami, a krucjatami w XII wieku!


Natomiast niestety nie podobał mi się fakt, że nie bardzo widać ten rozwój technologii we Wspólnocie na przestrzeni lat w porównaniu ze stanem panującym w Dasylii przed odłączeniem...


Nie ukrywam, że nie jest to sci-fi najwyższych lotów, ale zdecydowanie daje mnóstwo przyjemności. Widać, że pisanie dialogów (a raczej monologów) pełnych obraźliwych określeń, przekleństw i pogróżek, sprawia Scalziemu wiele radości - i dobrze! Bo czytelnik odczuwa jej jeszcze więcej podczas ich czytania! Książka jest lekka, zarówno w formie, jak i w treści, a jednak zawiera w sobie mnóstwo ciekawych elementów i wątków - trochę kosmosu, trochę polityki, intrygi, szantaż, handel i ekonomię, romans. Na pewno nie będziecie się nudzić podczas czytania!

Mam nadzieję, że trzecia część będzie idealną mieszanką pyskatych, barwnych postaci (więcej Kivy! Więcej Kivy!), błyskotliwych, zabawnych dialogów i epickiej międzygalaktycznej historii. (Okej, może trochę przesadzam z tą epicką imprezą, ale bardzo liczę na to, że nowy wątek, którego przedsmak Scalzi zaserwował nam w Imperium, będzie miał naprawdę dobre rozwinięcie!). 

Dolores Reyes - Ziemiożerczyni

Piękna okładka i jeszcze piękniejsza kwiatowa wyklejka od razu przykuwają oko, jednak, wbrew pozorom, Ziemiożerczyni jest książką, która porusza trudne i okrutne tematy. Zresztą, już po chwili dostrzegamy, że przedstawionej na okładce dziewczynie łzy lecą z oczu potokami. A ustawione tu i ówdzie butelki są bardzo istotnym (i nieco makabrycznym) elementem tej historii.

Reyes zadedykowała swoją książkę "ofiarom kobietobójstwa i tym, które ocalały", co już na starcie może dać nam jako taki ogląd na to, jak wygląda życie kobiet w Argentynie, gdzie rozgrywa się akcja powieści. A im dalej będziemy zagłębiać się w historię, tym bardziej utwierdzimy się w przekonaniu, że pierwsze założenie było jak najbardziej trafne. Jest to książka smutna, pełna bólu, przemocy i śmierci.

Wszystko w niej wydaje się brudne, ciemne, mroczne. Nawet ogród głównej bohaterki, mimo że pełen kwiatów, jawi się jako dziki twór, tętniący własnym życiem, w którym rośliny z każdym dniem coraz bardziej się rozpleniają i zagrabiają mały, brudny domek, w którym mieszka dziewczyna. 

Brak pieniędzy, bójki w spelunach, morderstwa na parkingach, porwane kobiety, zamordowane dzieci - to w takim świecie wychowała się główna bohaterka. Kiedy była mała, zjadła ziemię z grobu, w którym dopiero co złożono jej matkę. I ujrzała jej okrutną śmierć. Od tego czasu wieść o jej magicznych umiejętnościach rozeszła się po okolicy i każdego dnia przychodzili do niej nowi ludzie z prośbą o pomoc w odnalezieniu zaginionych bliskich - żywych lub martwych. Jej życie od zawsze naznaczone było śmiercią, a dziewczyna cały czas nie może przestać zadawać jednego pytania:

Dlaczego ja, ziemio?

Historia została napisana w niecodzienny sposób, często prostymi zdaniami, jakby główna bohaterka miała pięć lat. Swoje preferencje i uczucia wyraża zazwyczaj słowami "podoba mi się" albo "nie podoba mi się". I tyle. Tekst jest bardzo ubogi, oszczędny, a dialogi zamykają się w kilku zdaniach. Wszystkie głębsze relacje między bohaterami zbudowane są właśnie na takich kilku skąpych wypowiedziach. 

A jednak w tej prostocie udało się autorce zawrzeć ogromną dawkę bólu i smutku, przedstawić trudy życia zwykłych ludzi, ich cierpienie po stracie bliskich, nadzieję na ich odnalezienie, nieufność społeczeństwa z marginesu do policji. A także niesamowitą odpowiedzialność, która spoczęła na barkach jednej niezwykłej dziewczyny, ciężar który musi nieść za każdym razem, gdy ktoś prosi ją o pomoc. 

Przedstawienie poważnego problemu przemocy w ten mistyczny, momentami również oniryczny sposób, robi na czytelniku ogromne wrażenie. Mroczne wizje, których doświadcza Ziemiożerczyni są naprawdę upiorne. Zresztą, cała ta książka jest niepokojąca, jej przytłaczający klimat wzbudza w nas wiele emocji, nie pozwala pozbyć się uczucia zagrożenia i przeświadczenia, że, nawet jeśli akurat dzieje się coś dobrego, ten stan nie potrwa długo.

Motywy czarownic, jedzenia ziemi, głęboka więź głównej bohaterki z glebą i splecenie ich ze spirytualizmem, wierzeniami faktycznie obecnymi w kulturze argentyńskiej, niesamowicie mnie urzekły. Z drugiej strony, autorka ani na moment nie pozwala zapomnieć, o czym, i o kim, tak naprawdę jest ta historia. Mimo prostego języka i niewielkiej objętości, jest to na pewno trudna  i ważna lektura, która pozostawia z mieszanymi uczuciami i na długo zapada w pamięć. 

H.G. Wells - Wyspa doktora Moreau

Edward Pendrick, rozbitek ocalały z katastrofy statku Piękna Pani, trafia na tajemniczą wyspę, zamieszkaną przez doktora Moreau i jego pomocnika Montgomery'ego, którzy udzielają mu schronienia. Szybko okazuje się, że oprócz tej dwójki, przebywają na niej stworzenia... dość niespotykane. Są to niepokojące i plugawe dla ludzkiego oka wytwory eksperymentów Moreau, hybrydy zwierząt, w których doktor stara się zaszczepić ludzkie cechy. 

Dzisiaj wizja Wellsa nie wydaje się już czymś równie niezwykłym i na pewno nie robi takiego wrażenia, jak w czasach, w których powstała książka (czyli pod koniec XIX wieku!). W końcu w literaturze, filmach i komiksach możemy znaleźć mnóstwo podobnych motywów: potwornych eksperymentów, hybryd ludzi i zwierząt, czy też zwierząt zyskujących ludzkie cechy i rozum (weźmy choćby Planetę małp). Nie sprawiło to jednak, że jego powieść stała się mniej przerażająca. Dokonały tego nie tyle same opisy wyglądu hybrydowych istot, które w moim odczuciu nie były jakieś szczególnie straszne, co ich psychika, niepokojący sposób zachowania, karykatura człowieczeństwa, którą starały się podtrzymywać. A także opis jęków, bólu i męki, jakich doświadczały podczas eksperymentów. 

Wellsowi udało się w tak krótkiej powieści poruszyć niespodziewanie wiele tematów i problemów, które zaprzątają ludzkie umysły, jak widać, już od setek lat. Jednak teraz, gdy mamy ku temu coraz więcej środków i zaawansowaną technologię, wydają się nawet bardziej prawdopodobne i bliższe! W niezwykle interesującym posłowiu dr Gołuński nawiązał do Frankensteina, jako że obydwa klasyki poruszają etyczne i moralne problemy związane z istotą człowieczeństwa. Co to znaczy być człowiekiem? Czy człowieka można stworzyć? Czy człowiek może sam zostać Stwórcą na podobieństwo Boga? 

Tym samym książka ta jest też zderzeniem religii z teorią Darwina (która w chwili powstawania powieści była jeszcze zasadniczo świeżą koncepcją). Niezmiernie zaskoczyło mnie, że autor dopuścił się w swojej powieści aktów momentami wręcz bezbożnych, ukazując, jak łatwo można wykreować bóstwo, cały otaczający je kult i ideologię.

Wizja Wellsa jest straszna i katastrofalna, a ja cały czas nie mogłam powstrzymać się od porównywania tej małej, zamkniętej i odciętej od świata wysepki z ogółem naszego społeczeństwa. W dystopijnym świecie doktora Moreau istnienie niby-ludzi, zwierzęcych hybryd, nie ma żadnego sensu ani celu, a powrót do zezwierzęcenia i widmo zagłady cały czas unosi się nad ich głowami. Czy i ludzkość może czekać taka przyszłość? 

To książka, której nadrzędnym celem jest zmuszenie czytelnika do myślenia, do refleksji nad tyloma różnymi aspektami naszego życia. Nie spodziewałam się, że będzie tak niesamowicie poruszająca i w równym stopniu zaangażuje odbiorcę. Przedstawione w niej obrazy są co prawda skrajne i groteskowe, jednak dzięki temu jeszcze dobitniej przemawiają do naszej wyobraźni. Wellsowi udało się też ubrać ten ogromny konflikt moralny, etyczny i filozoficzny w szatę typowej przygodówki, w której wartka akcja nie pozwala czytelnikowi oderwać się od lektury. To ponadczasowy klasyk, po który zdecydowanie warto sięgnąć. 

Manuela Gretkowska - Faworyty

Mieszane odczucia towarzyszyły mi i podczas lektury Faworyt, i po ich skończeniu, a także teraz - jakiś miesiąc później, kiedy w końcu siadam do recenzji. Na pewno była to jedna z najbardziej zaskakujących książek, jakie dane mi było kiedykolwiek przeczytać, jednak nie pod względem niesamowicie krętej fabuły, pełnej zagadek i tajemnic, ponieważ niczego takiego tutaj nie doświadczycie. Bardziej chodzi o formę tej książki.

Nazwanie jej niekonwencjonalną byłoby ogromnym niedopowiedzeniem, ale naprawdę trudno jest ją jednoznacznie określić. Wszystko w tej książce wydaje się groteskowe i wynaturzone - niewybredne sceny seksu, rubaszny język, niesmaczne zachowania postaci i karykatury relacji między bohaterami, a także oryginalny styl pisania, z nietypową składnią, do której trzeba się najpierw przyzwyczaić, żeby w ogóle coś z tej historii wynieść.

Sięgając po Faworyty spodziewałam się dobrej dworskiej intrygi. W końcu to opowieść o trzech wpływowych kobietach - Elisabeth Lubomirskiej, Izabeli Czartoryskiej i Magdalenie Sapiesze, które walczą między sobą o względy Stasia - króla Poniatowskiego i wpływy na jego dworze. 

I już na początku przeżyłam wstrząs, gdyż niewiele było w książce tej intrygi między paniami, za to zdecydowanie dużo pizd (nienawidzę tego słowa i kiedy zobaczyłam je w tekście, aż się wzdrygnęłam. Serio.) i kutasów. Tak. Dokładnie w takim tonie utrzymane są opisy erotyczne i nie tylko, bo w książce Gretkowskiej większość rzeczy i tak w końcu, prędzej czy później, nawiązuje do seksu.

Autorka postawiła na naturalizm, turpizm, przerysowanie. Jej Warszawa to sterty gówna, u swoich bohaterów uwypukla wszystkie mankamenty i niedoskonałości, małe piersi, ślady po ospie, deformacje, makijaż, który odchodzi od twarzy płatami jak tynk. Brakowało mi tylko pcheł wyskakujących z fikuśnie udrapowanych peruk. Gretkowska ośmiesza modne trendy i poglądy epoki, a przy okazji łamie wszelkie konwenanse: z najbardziej znanych polskich szlachciców robi półgłówków i pijaków, z księży seksoholików, z króla niedojdę, z rodzinnych i małżeńskich relacji czystą patologię.

Tak jak wspomniałam, nie ma tu niesamowicie wartkiej akcji, ale nie ma też żadnego punktu kulminacyjnego, wyraźnego celu, do którego zmierza fabuła. Przez cały czas zastanawiałam się, w którym momencie Gretkowska stwierdzi, że to już koniec. Akcja wciągnęła mnie tak naprawdę dopiero gdzieś w połowie książki, kiedy w końcu udało mi się związać z niektórymi postaciami i zainteresować ich losami.

Historia przedstawionych tu kobiet jest gorzka i smutna. Niby zyskują namiastkę władzy, rozkładając nogi przed tym czy innym wysoko postawionym panem, ale tak naprawdę pozostają marionetkami w rękach innych panów. Niektóre z nich pragną jedynie miłości, a zamiast tego są wykorzystywane w politycznych rozgrywkach przez swoich mężów i ojców. 

W opisie książki można przeczytać, że to opowieść niehistoryczna, a jednak oddaje ogólny zarys wydarzeń i nastroje społeczne za panowania Poniatowskiego. Gretkowska wybrała jeden z najbardziej niechlubnych momentów w naszej historii. Polska stoi przed rozbiorami, caryca Katarzyna ingeruje w każdą decyzję sejmu, szlachta myśli tylko o swoich korzyściach i za plecami króla rozmawia się z wrogami narodu, natomiast Poniatowski wydaje się najbardziej przejmować tym, kogo dzisiaj będzie prał batem po gołym tyłku, podczas gdy jego rządy i kraj zapadają się coraz głębiej w stertę gówna, równie wielką, jak ta, którą widzi z okien swojego pałacu.

Jest to na pewno interesująca i zaskakująca pozycja. Zdecydowanie nie spodoba się wszystkim. Powiedziałabym, że to jedna z tych książek, które można albo kochać, albo nienawidzić, tyle, że ja sama znajduję się gdzieś pomiędzy tymi dwoma uczuciami. Tak więc chyba można ją kochać, nienawidzić, albo do końca życia zastanawiać się... co to w ogóle było.