Sarah J. Maas - Dom Ziemi i Krwi cz. II

Stało się dokładnie to, czego się spodziewałam. Crescent City pozostawiło mnie z książkowym kacem i rozdartym serduszkiem, których nie złagodzi nic, poza kolejnym tomem (tak naprawdę istnieje spora szansa, że kolejny tom jeszcze je pogłębi). Wspominałam już kiedyś w recenzji Królestwa popiołów (ostatniej części Szklanego tronu, możecie ją przeczytać tutaj), że twórczość Maas to moje guilty pleasure. Nie jest to najbardziej ambitna literatura na świecie, ale ZAWSZE dostarcza mi tyle emocji, że ledwo mogę usiedzieć w miejscu, grzeje serduszko, przeraża, trzyma w napięciu, wzrusza. No i oczywiście oferuje tak wielu potencjalnych kaandydatów na book crusha, że wystarczy ich dla każdej zakochanej fanki.

Muszę jednak przyznać, że początkowo wcale nie byłam zachwycona drugą częścią Domu ziemi i krwi (w przeciwieństwie do pierwszej, która naprawdę zrobiła na mnie świetne wrażenie! Zresztą, moją opinię znajdziecie tu o). Przez długi czas nie podobało mi się, w którą stronę zmierza ta historia. Byłam zawiedziona i powoli godziłam się już z faktem, że nowa książka Maas mnie nie zachwyci (w sumie byłby to już drugi taki przypadek, bo pierwszej części Dworów nie trawię... Ale w stosunku do Księżycowego miasta miałam dużo większe nadzieje).  

Jednak potem przeczytałam ostatnie 150 stron, które wszystko mi wynagrodziły. Jakie to było dobre! Po pierwsze, popłakałam się przynajmniej trzy razy. Po drugie, akcja trzymała w takim napięciu, że czytałam ją na jednym wdechu i byłam takim kłębkiem nerwów i emocji, że ledwo dotrwałam do końca książki! Nic więcej Wam nie powiem, ale warto było na to czekać! Maas ma taką manierę, że wszystkie sceny muszą być u niej równie teatralne i dramatyczne, co w hollywoodzkich filmach akcji. Bohaterowie jej książek są jak Tom Cruise w Mission Impossible albo Keanu Reeves w Johnie Wicku. Co zupełnie, ani odrobinkę mi nie przeszkadza, ponieważ kocham tę konwencję! Po trzecie - romans, romans i jeszcze raz romans! A po czwarte - jak ja uwielbiam silne kobiece postaci w książkach! Takie, które potrafią same o siebie zawalczyć, pomachać mieczem, postrzelać z karabinu. I tutaj Maas zupełnie mnie nie zawiodła! 

Zresztą, Bryce zachwycałam się już w recenzji pierwszej części. Niestety trochę nie podoba mi się fakt, że w miarę, jak dziewczyna odzyskuje chęć do życia, staje się coraz mniej pyskata, wygadana i błyskotliwa, a coraz bardziej... nijaka. Teraz jednak chciałabym wspomnieć o Huncie, ponieważ w jego kreacji autorka odeszła nieco od swojego standardowego głównego męskiego bohatera. Co prawda dalej jest super przystojnym, niedostępnym, dwustuletnim aniołem (Maas zdecydowanie jest fanką skrzydeł), który ciska błyskawicami, ma mroczną przeszłością i złamane serce, więc z jednej strony wszystko jest w normie. Ale z drugiej, momentami wydaje się taki... normalny i zwyczajny. Tu sobie obejrzy mecz, tu sobie wypije browarka i po prostu równy z niego gość. Nie jestem do końca przekonana, czy to dobrze, bo trochę go jeszcze nie czuję, ale mam nadzieję, że zmieni się to w trakcie czytania kolejnego tomu. 

Przy okazji, mimo, że początkowo podchodziłam sceptycznie do konwencji urban fantasy, za którą nieszczególnie przepadam, ostatecznie pomysł na połączenie magii i nowoczesnej technologii zaczął mnie coraz bardziej przekonywać, bo autorka naprawdę dobrze go wykorzystała. 

Świat Księżycowego miasta jest mroczny, ale równocześnie barwny, różnorodny i bardzo ciekawie skonstruowany. Nie mogę się już doczekać kolejnego tomu! Tym bardziej, że zupełnie nie mam pojęcia, w którą stronę skierują się losy bohaterów, ale mam wrażenie, że tak naprawdę wszystkie najlepsze rzeczy jeszcze przed nami! 

Przeczytaj też

0 komentarze:

Publikowanie komentarza