Charlie N. Holmberg - Papierowy mag

Ceony, świeżo upieczona absolwentka Szkoły Magów Tagis Praff, pragnie w końcu spełnić swoje największe marzenie i zostać Wytapiaczem, posługującym się magią metalu. Niestety, okazuje się, że od lat zbyt mało osób wybiera specjalizację w magii papieru, uważanej za nudną i bezwartościową, dlatego to właśnie dziewczyna zostaje zmuszona do tego, żeby się jej podjąć. W tym celu rozpoczyna praktykę u ekscentrycznego maga Emery'ego i... wpada po uszy w konflikt, z którego istnienia dotychczas nie zdawała sobie nawet sprawy.

System magiczny, w którym magowie mogą kontrolować materiały wytworzone ludzką ręką (takie jak metal, plastik, papier czy szkło) jest taki inny, oryginalny, nieoczywisty i naprawdę bardzo ciekawy! Daje też nieograniczone wręcz możliwości! Z tego, co zrozumiałam, Holmberg uczyła się pisać u Sandersona (to moje marzenie!) i faktycznie widać to po świeżym sposobie, w jaki podeszła do kwestii magii. Szkoda tylko, że system ten jest opisany jedynie pobieżnie i tylko w odniesieniu do magii papieru, a jego ogromny potencjał pozostał niewykorzystany.

Prowadzenie akcji w abstrakcyjnym i niecodziennym miejscu było naprawdę świetnym rozwiązaniem. Bardzo ciekawy był również sposób, w jaki to miejsce się zmieniało - z magicznego w bardziej organiczne (nie powiem Wam nic więcej, przeczytacie - zobaczycie o co mi chodzi). W tym przypadku autorka zdecydowanie wykorzystała możliwości, które dawał jej ten pomysł!

Niestety, to jedyne zalety Papierowego maga, bardzo istotne, ale jednak niewystarczające. (No dobra, jest jeszcze piękna okładka.)

Przez cały czas nie mogłam pozbyć się wrażenia, że czytam opowiadanie na Wattpadzie. I to nie jedno z tych lepszych. Książka została napisana nieumiejętnie i pomija wiele, zdawałoby się, ważnych aspektów, jak choćby porządne wykreowanie bohaterów, którzy tutaj są po prostu nijacy. Co prawda w paru momentach Ceony siliła się na bycie zabawną, ale zupełnie jej to nie wychodziło. Natomiast już na początku książki dała się poznać jako pretensjonalna, irytująca dziewczyna, która wybrzydza, jakby była królową Anglii. Emery wydawał się nawet uroczy, ale niestety nie pozwoliło mu to uratować książki, a sposób, w jaki został przedstawiony w przeszłości i jego zachowanie były dla mnie w pewnych momentach zupełnie niezrozumiałe. Z całej tej obsady najbardziej polubiłam psa. 

Jeśli chodzi o akcję, moim głównym zarzutem jest to, że wszystko działo się zbyt szybko i stawało się aż nierealne (a mówimy o świecie, w którym istnieje magia!). Ceony miała odbyć przynajmniej dwuletnią praktykę, po czym większości rzeczy nauczyła się w ciągu pierwszego tygodnia, bo przyswojenie każdej nowej umiejętności zajmowało jej najwyżej dzień. Nie brzmi to jakoś szczególnie skomplikowanie, prawda?

Wątek miłosny, mimo że był oczywisty od samego początku, zawiązał się nagle, nie wiedzieć skąd i bez żadnego powodu. Jasne, że w większości książek bohaterowie potrzebują jedynie kilku dni, żeby zakochać się w sobie do szaleństwa i na resztę życia, ale oni zazwyczaj przynajmniej ze sobą ROZMAWIAJĄ, wymieniają więcej niż pięć zdań na krzyż. Nie wystarczy po prostu wprowadzić ich do jednego pomieszczenia.

Fabuła też zupełnie do mnie nie przemawiała. Większą jej część poznajemy na podstawie krótkich retrospekcji, które miały nam (i Ceony) przestawić zarys historii, ale żadna z nich nie odpowiedziała na bardzo istotne pytania: jaki jest w ogóle cel i motywacja głównej antagonistki i jej towarzyszy? Czemu podjęła takie a nie inne decyzje?

Zamiast przedstawić czytelnikom więcej ważnych wiadomości odnośnie fabuły, systemu magicznego, czy bohaterów, autorka postanowiła co chwila raczyć nas nieistotnymi i niepotrzebnymi informacjami. W ciągu 230 stron Ceony dwa razy zrobiła pranie. Jakby zapasy czystej bielizny były najważniejszym aspektem tej historii. Kilka razy pojawił się opis, jak to dziewczyna plecie sobie warkocz z boku głowy, który był wstawką zupełnie bezwartościową. Zresztą tak samo, jak dokładne przedstawienie tego, co ugotowała na obiad.

Znalazł się też moment, w którym wielce spostrzegawcza Ceony zauważyła, że Emery jest leworęczny. Chyba, bo szczerze już nawet nie pamiętam, o którą rękę chodziło. A wiecie dlaczego? Bo to było zupełnie nieistotne. Gdyby szedł za tym jakiś ciąg dalszy - na przykład, że leworęczni magowie są dużo zdolniejsi. Ale nie. To zdanie zupełnie nic nie wniosło! Możecie pomyśleć, że trochę za bardzo się czepiam, ale jeśli cała historia ma niewiele ponad 200 stron, a w tym czasie autorka ciągle marnuje miejsce na tysiąc niepotrzebnych faktów, to nie wystarcza go na super rzeczy, które powinny były się tu znaleźć! I książka wiele na tym traci. 

A przy okazji, gdzie jest ten steampunkowy klimat? Bo moim zdaniem nie pojawił się tu ani jeden motyw, który mógłby w ogóle stać obok steampunku.

Nie jest to książka okropnie zła, ale zdecydowanie nie jest też dobra. Mimo wszystko jeszcze nie skreślam tej historii. Papierowy mag jest pierwszą częścią trylogii i modlę się, żeby w kolejnych pojawiło się coś więcej. Na ten moment serduszko aż mnie boli z powodu jawnego niewykorzystania świetnego pomysłu. Ta książka mogła być taka cudowna! Naprawdę chciałabym, żeby kolejne części udowodniły, że wszystko może się jeszcze skończyć dobrze!

Przeczytaj też

0 komentarze:

Publikowanie komentarza