Olga Warykowska - Eine Kleine Trup

Tak jak wspomniałam w recenzji pierwszej części przygód Amadeusza Wagnera - Cztery pory śmierci (klik), druga część podobała mi się duuuużo bardziej! Ale jeśli nie czytaliście jeszcze poprzedniej książki, to może nie zaglądajcie tutaj na razie. Mimo że Eine kleine Trup można teoretycznie czytać bez znajomości pierwszej części, to gorąco zachęcam Was, żebyście jednak po nią sięgnęli. Będziecie mogli wtedy docenić, jak bardzo ta druga jest lepsza!

Amadeusz musi ochłonąć i odpocząć po wydarzeniach we wrocławskiej filharmonii, a w końcu nigdzie nie zrobi tego lepiej niż... w domu, przy mamusi, która wepchnie w niego tony jedzenia! Udaje się więc w dwunastogodzinną podróż na Podlasie, do rodzinnej wsi Gawrych Ruda. Mamusia próbuje zrobić wszystko, żeby przekonać Wagnera do porzucenia pracy w pełnym zepsucia wielkim mieście i powrotu do domu na stałe. Ciągle szuka dla niego jakiegoś zajęcia, postanawia więc, że Amadeusz powinien pomóc w przygotowaniach do Bożego Ciała.

Wagner ma akompaniować dzieciom z podstawówki, które będą śpiewały chwalebną pieśń napisaną przez byłą nauczycielkę Amadeusza do melodii Eine kleine Nachtmusik. Nauczycielka ta, zwana przez wszystkich Francą, była jego koszmarem przez całe dzieciństwo, znęcała się nad całymi pokoleniami swoich uczniów i każdy człowiek w Gawrych Rudzie darzył ją skrytą nienawiścią, otwarcie zaś panicznie się jej bał. 

W dzień Bożego Ciała Amadeusz znajduje martwą Francę w zakrystii i postanawia (wbrew prośbom i zakazom mamusi) rozwiązać zagadkę jej śmierci. Okazuje się, że nie samymi pierogami żyje człowiek, a jemu naprawdę brakowało gimnastyki (oczywiście dla mózgu!) i łamigłówki do rozwikłania.

Autorka naprawdę dobrze oddała klimat Podlasia, taką swojskość, bliskość i zapach kartaczy. Świat przedstawiony jest dużo ładniej wykreowany, dużo bardziej dopracowany i spójny niż w pierwszej części. I jest go też o wiele więcej! W Czterech porach Wrocław, w którym odbywała się akcja, mógłby być każdym innym miastem i zupełnie nie miałoby to znaczenia dla fabuły, a tutaj Podlasie czułam na każdym kroku. 

Może to też trochę dlatego, że moja rodzina właśnie stamtąd pochodzi i byłam we wszystkich opisanych w książce miejscach. Chociaż z drugiej strony we Wrocławiu mieszkałam przez półtora roku, ale na temat samego miasta autorka nie wspomniała wiele w pierwszej części. W każdym razie - kartacze rządzą, podlaski akcent jest najlepszy na świecie i zawsze rozgrzewa moje serduszko, i naprawdę miło było mi o tym wszystkim czytać. 

Warykowska znów postawiła na bardzo przerysowane postaci, wręcz karykatury normalnych ludzi. Wszystkim swoim bohaterom nadaje jakieś mocne charakterystyczne cechy - oczywiście Amadeusz to grubasek, który myśli tylko o jedzeniu i wciska w siebie pięćdziesiąt pierogów na raz. Ksiądz nie mówi "r" do tego stopnia, że czasem trudno zrozumieć jego kwestie. Puszczalska daleka kuzynka Amadeusza chodzi w czerwonej sukience z wielkim dekoltem, jest dwukrotną rozwódką i nie ma żadnych hamulców przed tym, żeby obmacywać naszego biednego Amadeusza przy swoich dwóch synach i jego mamusi!

Wszystko w tej książce jest doprowadzone do tak skrajnej abstrakcji, że aż razi - zarówno przerysowani bohaterowie, uwypuklenie w nich najgłupszych lub najgorszych cech, przedstawienie zaściankowości polskiej wsi, w której wszyscy wszystko wiedzą, bo sąsiedzi podglądają się przez żywopłoty. Zastanawiam się, na ile ktoś może odebrać te rzeczy za obraźliwe. Mi wydawały się niegroźne, zabawne i nadające książce charakter, ale może ktoś poczułby się oburzony. 

Wątek detektywistyczny wypadł tutaj zdecydowanie lepiej, był ciekawy, wciągający i bardziej rozwinięty. Rozwiązanie zagadki nie zwaliło mnie jakoś z nóg, ale sposób jej prowadzenia pozwolił nam poznać wszystkie te groteskowe postaci i klimatyczne miejsca, czyli motywy, które najbardziej przemawiały do mnie w tej książce!

Nie podobało mi się tylko, że Amadeusz zachowywał się, jakby nie widział swoich znajomych od dziesięciu lat, co jest niemożliwe, ponieważ pracował we Wrocławiu tylko pół roku, a wcześniej mieszkał przecież przez całe swoje życie z mamusią w Gawrych Rudzie, a nie ma opcji, żeby na siebie nigdy nie wpadli, bo Gawrych Ruda ma może jakichś 500 mieszkańców. Maksymalnie.

Kocham chwilę napięcia zaraz przed tym, gdy Wagner zdradza rozwiązanie zagadki. Kocham Warykowską za termin "jedzenie symultaniczne". Czytanie Eine kleine Trup sprawiło mi dużo przyjemności, a przy okazji już nie mogę się doczekać, jaki tytuł autorka wymyśli dla kolejnej części przygód mojego ulubionego flecisty! 

Przeczytaj też

0 komentarze:

Publikowanie komentarza