Filip Skrońc - Nie róbcie mu krzywdy

Starta skóra albinosa przyniesie awans. Talizman z jego palca sprowadzi na posiadacza szczęście i niezmierzone bogactwo. A seks z albinoską wyleczy AIDS. 

Te trzy zdania brzmią tak absurdalnie, że nikt nie byłby w stanie w nie uwierzyć, prawda? A jednak są to jak najbardziej żywe przekonania, zresztą tylko trzy spośród wielu równie irracjonalnych i krzywdzących. Przekonania, które sprawiają, że w Tanzanii (a także innych krajach Afryki Wschodniej) albinosów napada się w ich własnych domach, żeby odciąć im wybrane części ciała na polecenie czarowników, którzy potem robią z nich magiczne amulety i sprzedają za tysiące dolarów. I tak, wszystko to dzieje się w XXI wieku. 

Odmienność albinosów od zawsze była pożywką dla przesądów i zabobonów. Na niektórych terenach Afryki byli otaczani czcią, jednak w większości przypadków ich los nie był tak przyjemny. Dzieci o białej skórze zabijano od razu po porodzie, truto, wrzucano do wody, żeby sprawdzić czy i w którą stronę wypłyną. Jeśli już pozwalano im żyć, było to życie w alienacji, z ciągłym poczuciem wykluczenia ze społeczeństwa. W końcu byli uznawani za duchy, za coś nie do końca ludzkiego ani nawet nie do końca żywego. Uderzające jest to, że społeczeństwo, które na przestrzeni wieków tak wiele wycierpiało ze względu na odmienny kolor skóry, samo było, i wciąż jest, uprzedzone wobec swoich pobratymców właśnie ze względu na ten aspekt. Ale no, nasza biała rasa i tak wiedzie prym, jeśli chodzi o ogrom krzywd wyrządzonych na tym tle. 

W temat albinizmu nigdy wcześniej nie zagłębiałam się jakoś szczególnie. Dlatego zderzenie z brutalną rzeczywistością, które zafundował mi reportaż Skrońca (mam nadzieję, że dobrze odmieniam to nazwisko), naprawdę mną wstrząsnęło. Książka ta jest tak dojmująco smutna, wywołująca bezsilność i frustrację, niedowierzanie i oburzenie. Kręciłam nad nią głową, wstrzymywałam oddech, płakałam i robiłam sobie przerwy, kiedy nie mogłam już dłużej czytać o bezmiarze ludzkiego okrucieństwa. Autentycznie, w głowie mi się nie mieści, jak można tak traktować drugiego człowieka, jak można uprzedmiotowić go do tego stopnia, żeby niewzruszenie podawać cenę za jego stopę albo lewe przedramię, jak można odrąbać dziecku rączki i nóżki.

Jednak wbrew pozorom i przewodniej myśli tego reportażu, otwiera on oczy na dużo więcej kwestii niż tylko nieludzkie traktowanie ludzi z albinizmem. Skrońc sprawnie i obrazowo kreuje przed nami państwo, w którym na porządku dziennym występuje bieda, głód, rażąca nierówność społeczna i rasowa, brak dostępu do edukacji oraz analfabetyzm (akurat te ostatnie kwestie łączą się z problemem albinosów, bo niewyedukowane społeczeństwo, które nawet nie zna pojęcia "albinizmu" łatwiej uwierzy w to, że "biali czarni" to złe duchy lub owoc klątwy rzuconej na rodzinę, że ich sproszkowane kości mogą przynieść dobrobyt albo że można się od nich zarazić poprzez dotyk). 

Okazuje się także, że większe żniwo niż zabobonna wiara w magiczne właściwości ich ciał, zbiera wśród albinosów rak skóry, brak dostępu do rzetelnych informacji, brak środków na zakup kremu przeciwsłonecznego. Matki bardziej boją się głodu, który zagląda w oczy ich dzieci, niż tego, że ich ciała zostaną wykorzystane do produkcji amuletów.

Narracja wydawała mi się początkowo dosyć chaotyczna, wątek historyczny Tanzanii (od czasów pierwszych europejskich podróży w te tereny aż do wywalczenia niepodległości) przeplatał się z opowieścią o życiu chłopca albinosa i teraźniejszością, w której to Skrońc podróżuje do Tanzanii, a także naukowymi faktami i statystykami. Momentami trudno było się w tym wszystkim odnaleźć, zrozumieć chronologię pewnych wydarzeń. Ostatecznie jednak wszystkie wątki połączyły się w ładną, zrozumiałą całość.

Pióro Skrońca oddaje wiernie fakty, ale ma również moc wzbudzania w czytelniku ogromu emocji. Temat, który porusza jest niewdzięczny, ale zdecydowanie ważny, dlatego cieszę się, że taka książka powstała i że mogłam ją przeczytać (mimo wszystkich tych okropnych rzeczy, o których mówi), a Wam polecam uczynić to samo.

Nie chcę też zdradzać Wam zbyt wiele, więc nie mogę podzielić się tutaj wszystkimi przemyśleniami i spostrzeżeniami, które przewinęły się przez moją głowę podczas czytania i po lekturze. Powiem więc tylko o jednej rzeczy, która wzbudza we mnie ogromne poczucie niesprawiedliwości. Tak samo zresztą jak w historii opisanej w reportażu Honor. Opowieść ojca, który zabił własną córkę (link do recenzji tutaj), z jakiegoś powodu, zamiast zamykać w więzieniach morderców (faktycznych, przyszłych lub niedoszłych), ogranicza się wolność ludzi, którzy potencjalnie mogą stać się ofiarami tych mordów lub przestępstw. Prawdziwi przestępcy natomiast swobodnie żyją na wolności. I to spotyka się u mnie z największym niedowierzaniem. To najbardziej mnie uderza i sprawia, że w mojej głowie ciągle powraca jedno pytanie: na jakim świecie my żyjemy? 

Przeczytaj też

0 komentarze:

Publikowanie komentarza

@booksoverhoes