Nathaniel Rich - Ziemia. Jak doprowadziliśmy do katastrofy

Czy Wam też się wydaje, że globalne ocieplenie to hasło dopiero ostatnich kilku lat? Że wcześniej nikt ani o nim nie mówił, ani w ogóle nie wiedział, a teraz nagle bum! spadło na nas jak grom z jasnego nieba i od razu stało się jasne, że jest już za późno, żeby powstrzymać wzrost temperatur oraz coraz bardziej ekstremalne zjawiska, które mu towarzyszą? 

Bo ja mniej więcej tak to widzę. Co prawda, nawet gdyby mówili o tym już dziesięć lat temu, to pewnie nie przywiązałabym do tego jakiejś ogromnej wagi, bo miałam wtedy lat piętnaście i coś takiego, jak postępujący koniec świata, nie mieściło się w moim kręgu zainteresowań. Ale wydaje mi się, że nikt wtedy nie nazywał globalnego ocieplenia ogromnie naglącym problemem. 

Jakie było więc moje zdziwienie, kiedy po przeczytaniu kilku pierwszych stron Ziemi okazało się, że naukowcy i politycy zdawali sobie sprawę z tego zagrożenia już w 1979 roku. Ba! Tak naprawdę już w latach 50-tych wykazano, że wydzielanie dwutlenku węgla do atmosfery doprowadzi do wzrostu temperatury. Pewnie pomyślicie sobie teraz, czemu w takim razie nikt nic z tym nie zrobił aż do dzisiaj, kiedy zmiany są już nieodwracalne. 

Otóż właśnie na to pytanie ma odpowiedzieć ta książka. Jeśli jednak macie nadzieję, że dostarczy Wam ona kolejnych informacji o globalnym ociepleniu, jego wpływie na nasze życie, perspektywach na przyszłość, czy w ogóle czymś w ten deseń, to wcale tak nie jest, więc nie popełniajcie tego błędu, co ja. Nikt tu nie mówi o ekologicznym czy naukowym aspekcie tego zjawiska, o wpływie dwutlenku węgla na ekosystem i jak cały ten efekt się rozwijał (oprócz kilku najbardziej podstawowych informacji). Zamiast tego, globalne ocieplenie jest rozważane w kategoriach politycznych i moralnych. Ta książka to obraz niekompetencji, zaślepienia i ignorancji ludzi zajmujących najwyższe państwowe stanowiska, strachu przed podejmowaniem ważnych decyzji, przed zmianą stylu życia, zmniejszeniem wpływów czy dochodów.

Niemiło uświadomić sobie, że ludzie są paskudni. Że nie potrafią spojrzeć dalej niż poza czubek własnego nosa. Że w duuuużym poważaniu mają swoje dzieci i wnuki, ich przyszłość czy życie w ogóle. Ale nie chciało mi się czytać przez 250 stron w kółko i w kółko o tym samym. Serio, oni przez pięćdziesiąt lat nie doszli do zupełnie niczego. A natłok imion, nazwisk, tytułów, instytutów i funkcji sprawił, że lektura nie była łatwo-przyswajalna, do tego stopnia, że nie pamiętam już nawet, jak się nazywał ten pan, który modelował klimat na Wenus (był ważną postacią).


I tu pojawia się dysonans. Bo na jednej (całej) stronie otrzymujemy długaśną wyliczankę nazw różnych amerykańskich firm i ich prezesów, przez którą trudno się przebić i z której zupełnie nic nie pozostaje w głowie, po to, żeby na kolejnej stronie dowiedzieć się, jaki tembr głosu miał jakiś ekolog, albo jakiego koloru były kafle w pomieszczeniu, w którym ważyły się losy świata.

Te dziwne malownicze wstawki, opisy czyjegoś jowialnego tonu albo sposobu w jaki strzygł swego wąsa, wydawały się zupełnie niepotrzebne i nie na miejscu. Nie wiem, czy miały nam pokazać, że panowie ekolodzy, naukowcy i politycy też byli ludźmi (wiemy, że nimi byli, w końcu już ustaliliśmy że ludzie niezbyt chętnie podejmują decyzje czy też myślą o czymś więcej niż czubek własnego nosa), czy wprowadzić nas w miły przyjemny klimat lat 80-tych. 

Ostatecznie mam bardzo mieszane uczucia. Z jednej strony to dobrze, że ktoś skrupulatnie zebrał i przedstawił informacje na temat tego, to walczył z globalnym ociepleniem, a kto lekceważąco machnął na nie ręką. Że ktoś znalazł "winnych" i "bohaterów" naszej dzisiejszej sytuacji i nie bał się ich wskazać. Z drugiej uważam jednak, że ta lektura nie wniosła wiele do mojego życia, a przy okazji nie była szczególnie pasjonująca. Wolałabym żeby była wstępem lub pojedynczym rozdziałem czegoś ciekawszego.

Przeczytaj też

0 komentarze:

Publikowanie komentarza