Cezary Zbierzchowski - Requiem dla lalek

Zbierzchowski zabiera nas w podróż w czasie i przestrzeni do wykreowanego przez siebie uniwersum Rammy, które poznajemy coraz lepiej i dokładniej podczas czytania jedenastu opowiadań. Niektóre z nich są ze sobą luźno powiązane, inne to takie jednorazowe skoki w bok (albo w górę, wysoko w gwiazdy), ale wszystkie łączy niepokojący, posępny klimat.

Jak to ze zbiorami opowiadań bywa, pojawiło się tu kilka takich, które mnie nie zachwyciły (i w sumie już wypadły mi z głowy), ale na szczęście były i takie, które niesamowicie mi się spodobały - zdecydowanie tytułowe Requiem dla lalekSmutek parseków Mr Fiction to moje top trzy. Doceniam też pomysł na zabawę konstrukcją utworu w Monecie, ale już jego wykonanie niekoniecznie. Jednak w każdym widać, że Zbierzchowski umiejętnie porusza się w wykreowanym przez siebie świecie, że próbuje nowych rzeczy, że nie ogranicza go forma ani gatunek. Jest tylko jeden problem.

To ten typ literatury, który nie ma zakończenia.

Wiem, że moda na opowiadanka jest taka, żeby miały pełno niedomówień, zakończenie nic nie wyjaśniało i w ogóle najlepiej wkurzyć czytelnika jak najbardziej tym, że będzie musiał się przez tydzień głowić nad sensem całości. I wiecie co? Nie lubię tej mody. Nie znoszę jej. A raczej nie znoszę jej nadużywania. Bo rozumiem, że czasem jest nawet wskazane, żeby pozostawić czytelnika z takim drażniącym niedosytem, pozwolić mu się zastanowić, rozpatrzeć różne możliwe zakończenia, różne teorie. Niech przeniesie to na swoje życie i może nawet dojdzie do jakichś niesamowitych, otwierających oczy wniosków na temat swojej egzystencji.

Jednak niekoniecznie zawsze jest to uzasadnione. Czasem miałam wrażenie, że Zbierzchowskiemu przyszedł do głowy dobry motyw, postanowił napisać na jego podstawie opowiadanie, ale gdzieś w środku stwierdził, że w sumie to zupełnie nie przemyślał, w którą stronę ma pójść fabuła, więc skończy jakkolwiek w jakimkolwiek miejscu, bo jakoś skończyć przecież trzeba.

I nie ukrywam, niektóre jego motywy to złoto, historia faktycznie schodziła na drugi plan. Za samo wykorzystanie bogów greckich dałabym mu 11/10. Wampiry - kocham. Demony? Jak najbardziej. Nie do końca mamy tutaj do czynienia z czystym, typowym sci-fi. Ale z drugiej strony dostaniemy też wielopokoleniowe statki kosmiczne, nowoczesną technologię militarną i sztuczną inteligencję, więc nie ma co narzekać.

Cała ta fantastyczna otoczka jest jednak tylko tłem, tak naprawdę ma posłużyć jako kontrolowane środowisko do przeprowadzenia wnikliwej analizy człowieka, jego psychiki, jego najbardziej pierwotnej natury. Doprowadzając do sytuacji wręcz groteskowych, wystawiając swoich bohaterów na najbardziej skrajne czynniki i spychając na pogranicze ludzkiej wytrzymałości, Zbierzchowski jest w stanie wywlec na światło dzienne mroczną stronę ludzkości, wszystkie jej przywary i braki.

Klimat jest cudowny i umiejętnie zbudowany, mroczny, duszący, ciężki. Świat Rammy to miejsce pełne brutalności i śmierci, ograbione z resztek nadziei. To nie jest prosta lektura - ani ze względu na jej atmosferę, na smutnych bohaterów i depresyjne przesłanie, ani ze względu na sam jej odbiór. Trzeba się naprawdę skupić, dać się całkowicie pochłonąć tej posępnej rzeczywistości, żeby w pełni doświadczyć twórczości Zbierzchowskiego. Ale kiedy już się w niej utopi, będzie można naprawdę ją docenić. 

Przeczytaj też

0 komentarze:

Publikowanie komentarza