Łukasz Pośpiech - Widma Zapomnianej Planety

Potwornie długo odkładałam czytanie tej książki, bo zawsze było coś innego do zrobienia. I w końcu okazało się, że przez cały ten czas odmawiałam sobie naprawdę świetnej lektury. Oto przed Wami kombinacja niecodzienna, gdyż Widma Zapomnianej Planety łączą ze sobą sci-fi, mistycyzm, przepowiednie, nowe światy, obce planety i zaawansowane cywilizacje przyszłości (albo raczej przeszłości), a to wszystko... w klimacie westernu.

Aristona Redda, głównego bohatera i narratora powieści, poznajemy, gdy przygotowuje się do pojedynku rewolwerowego (jak na western przystało). Cała książka to natomiast opis wydarzeń, które do tego pojedynku doprowadziły, poczynając od feralnego dnia, kiedy to Ariston poszedł się wysikać w nieodpowiednim miejscu, co zapoczątkowało całą lawinę nieszczęść. Nagle stał się jedną z najbardziej poszukiwanych osób na Nowym Kontynencie i został zamieszany w grę, z której istnienia dotychczas nie zdawał sobie nawet sprawy.

Czasy są niespokojne, społeczeństwo stoi na skraju starego wieku, toczą je niepokój i fatalistyczne wizje przyszłości, pogańskie kulty na skraju fanatyzmu zyskują zastępy wiernych, a potentaci ozmy (ichniejszego paliwa) panoszą się coraz bardziej. Niesamowicie podobał mi się ten klimat, czasami mroczny, a czasami wręcz przeciwnie - humorystyczny i lekki. 

Autorowi udało się też bardzo dobrze oddać realia życia w wykreowanym przez siebie świecie. Z jednej strony widzimy rozwój technologiczny na poziomie westernu, czyli rewolwery, kolej, która dopiero zaczyna łączyć bardziej odległe miasta z resztą świata. Każda nowinka techniczna wprawia ludzi w osłupienie. Z drugiej następuje zderzenie z postępem cywilizacyjnym na niesamowicie wysokim poziomie za sprawą pozostałości po tajemniczych przodkach, którzy prawdopodobnie dawno temu zamieszkiwali planetę. W oczach zabobonnych ludów stają się wręcz bogami. Kim tak naprawdę są? Skąd się wzięli? I co się z nimi stało? 

Całość dopełniają ładnie wykreowane, ciekawe postaci z całego przekroju społeczeństwa. Ariston to taki uroczy chłopaczek, którego nie można nie lubić, naiwny, który dopiero uczy się, jak naprawdę funkcjonuje okrutny i bezduszny świat. Van Eyck, sławny łowca głów, dodaje książce pikanterii. A na swojej drodze spotkamy też wiele innych barwnych postaci. 

Pośpiech narzucił sobie (i bohaterom) szybkie tempo (hihihi, właśnie zdałam sobie sprawę z tego, co napisałam), akcja płynie wartko, jedne wydarzenia gonią kolejne, bohaterowie są przez większość czasu w ruchu, a dzięki temu czytelnik nigdy się nie nudzi, a także ma okazję poznawać kolejne mniej lub bardziej ciekawe miasteczka, miasta i wioski oraz mentalność i zwyczaje mieszkających w nich ludzi.

Wątek miłosny jest moim zdaniem troszkę naciągany, ale z drugiej strony to jest western, moi drodzy, tu są konie, pustynia, rewolwery, pościgi, wybuchy i nie ma zbyt dużo czasu na miłość. A tak serio, ten fakt nie zepsuł mi ogólnego dobrego wrażenia, chociaż nie ukrywam, że przez chwilkę miałam takie wtf.  

Są jednak dwie rzeczy, które bolą mnie w tej książce. Pierwsza z nich to zdecydowanie okładka, która niestety zupełnie nie zachęca (przynajmniej mnie), a szkoda, bo wnętrze jest naprawdę warte uwagi! Natomiast druga to to, że, moim zdaniem, kiedy już tworzy się całkiem nowy kontynent na całkiem nowej planecie, to można by pokusić się o trochę więcej całkiem nowych, wymyślonych stworzeń i roślin, i rzeczy. 

Przeczytaj też

0 komentarze:

Prześlij komentarz

@booksoverhoes