Jakub Przytarski - #EraTindera

Nie przepadam za pisaniem negatywnych recenzji równie mocno, co za czytaniem kiepskich książek. Niestety w przypadku #EraTindera musiałam najpierw męczyć się podczas czytania, a teraz ponownie, podczas recenzowania, bo nie jestem w stanie napisać o niej zbyt wiele dobrego.

Opis książki zapewnia nas, że oto sięgamy po coś innego, coś nowego, bo to w końcu "nie jest kolejna cukierkowa historia miłosna" i musi ją przeczytać każdy, kto "myśli, że o relacjach damsko-męskich w dobie internetu napisano już wszystko".

Otóż po przeczytaniu stwierdzam, że chyba jednak napisano już wszystko, a Przytarski zdecydowanie się do tego nie przyczynił. Ta książka nie oferuje zupełnie niczego oryginalnego ani odkrywczego. Wręcz przeciwnie. Autor serwuje nam jedynie utarte schematy, a główny bohater, głosem wielkiego guru i wyroczni do spraw damsko-męskich, wypowiada same najbardziej oklepane "prawdy" i "fakty", które słyszeliśmy już wszędzie i to z milion razy, głównie krzywdzące, płytkie i uogólnione.

Zastanawiam się, po co w ogóle autor pokusił się o napisanie książki fabularnej, skoro cała "fabuła" ma być tylko mdłym tłem do niekończących się monologów i przemyśleń głównego bohatera. Serio, wszystkie dialogi w tej książce są sztuczne i nierealne. Z reguły po prostu ten nasz główny bohater (będę tak o nim mówić, ponieważ jego imię jest wielką tajemnicą) wypowiada się przez jakieś trzydzieści stron na temat tego, jak to on się zna na kobietach i relacjach, a jego "rozmówca" co jakieś pięć stron wrzuca dwa zdania, w których całkowicie się z nim zgadza albo prosi o więcej jego niesamowitych mądrości i zastanawia się, jak mógł bez nich dotychczas żyć. 

Sama historia jest banalna i niezbyt wciągająca, a przy okazji musimy ją poznawać poprzez szereg retrospekcji, które omijają całkiem ważne dla fabuły wydarzenia (pewnie dlatego, że nie ma w nich seksu, a dialog też musiałby być o czymś innym niż seks). Dodatkowo wszyscy bohaterowie są praktycznie tacy sami, bez wyrazu, bez charakteru, oparci na najbardziej oklepanych i schematycznych wzorcach. Myślicie, że przesadzam? No to spójrzmy.

Główny bohater to emocjonalnie skrzywdzony, zamknięty w sobie facet, który swoją niesamowitą charyzmą od razu przyciąga kobiece spojrzenia, ale nie potrafi się zaangażować w żaden związek, dopóki nie pojawia się ona. Przychodzi Wam do głowy jakaś inna książka, w której znajdziemy podobnego bohatera? Bo mi z dziesięć. 

Jego przyjaciel to typowy ruchacz, który myśli tylko penisem, jest tępy, ale przynajmniej wygląda jak Adonis, a oczywiste jest przecież, że dziewczyny w naszych czasach nie lecą na nic poza wyglądem. Ale jeśli faceci naprawdę myślą o swoich penisach "jego majestatyczność", albo "mój dostojny przyjaciel", to nie wiem, czy chcę dłużej żyć na tym świecie. 

Diana, czyli główna bohaterka, oczywiście zachowuje się jak "typowa kobieta", nie wie, czego chce, wodzi biednych chłopców za nos, odwala jakieś dziwne akcje, płacze, a jej serce można zdobyć, gdy się ją sponiewiera podczas seksu (sukces gwarantowany).

Aha, a wszystkie jej koleżanki są biedne, porzucone i dowartościowują się jedynie dawaniem dupy chłopcom z Tindera, ale potem od razu do nich piszą i nie wiedzą, czemu ci chłopcy już nigdy im nie odpisują. 


Przy okazji, nasz główny bohater jest typem, którego z całego serca nie znoszę. Mówi, że nie pokusiłby się nigdy o stwierdzenie, że wie, co myślą kobiety, żeby potem przez kolejne dziesięć stron rozwodzić się nad tym, co myślą kobiety. Mówi, że nie jest szowinistą, zarzucając jak najbardziej szowinistyczną gadką. Mówi, że pójście z kimś do łóżka na pierwszej randce jest fe, chyba że to akurat on do niego idzie. No i w końcu mówi też, że nie cierpi hipokrytów, ale, nie ukrywajmy, idealnie pasuje do tego określenia. 


Te trzy sceny seksu, które znajdziecie w książce, to zdecydowanie najlepsze momenty (ponieważ wtedy główny bohater przynajmniej na chwilę przerywa swój monolog). Znalazło się w nich trochę dziwnych, momentami śmiesznych, określeń i zwrotów, ale to akurat byłam w stanie przeboleć. Z drugiej strony, autor zarzeka się, że to nie jest erotyk, a jednak każdy jeden "dialog" dotyczy albo seksu, albo tych "relacji damsko-męskich", które w głównej mierze opierają się na... seksie. I nawet jeśli bohaterowie zakochują się w sobie bez opamiętania, to nie wynika to z jakiejś normalnej rozmowy (innej niż o seksie) albo spędzania razem czasu (w sposób inny niż uprawiając seks). I to są zdrowe, normalne relacje damsko-męskie.

Ale wiecie, co wkurza mnie najbardziej? Że ja teoretycznie należę do tego pokolenia. Do pokolenia Tindera. Że moi znajomi do niego należą. A naprawdę na palcach jednej ręki mogę policzyć jakieś pojedyncze jednostki, które zachowują się w tak irytująco głupi sposób, jaki przedstawił w swojej książce Przytarski. Albo myślą w tak krzywdzący sposób. Albo mają tak upośledzone relacje. 

Uważam, że wywindowana ocena tej książki na lubimyczytac.pl to jakiś żart. No bo halo, 8.5 to już prawie arcydzieło, które powinno walczyć o kolejnego Nobla.

(Wspomnę jeszcze tylko, że to nie tak, że mam coś do Tindera, albo do ludzi, którzy z niego korzystają. Sama miałam Tindera, miłości tam nie szukałam i nie znalazłam, ale było to całkiem śmieszne doświadczenie. Znam też ludzi, którzy są ze sobą, a poznali się właśnie tam. Natomiast w książce, która ma nazwę tej aplikacji w tytule, Tinder wcale nie odgrywał jakiejś dużej roli.)

Przeczytaj też

0 komentarze:

Publikowanie komentarza