Thomas Morris - Tajemnica eksplodujących zębów

Lecznicze papierosy pewnie brzmią dla Was już wystarczająco absurdalnie, prawda? A gdyby tak dodać do nich... rtęć? Albo arszenik? Mówię Wam - to najlepszy sposób na wyleczenie gruźlicy! 

Z kolei nic innego nie zapewni Wam takiego szacunku i podziwu kolegów marynarzy, jak połknięcie wszystkich noży znalezionych na pokładzie statku. Sukces gwarantowany! Powinniście tylko przymknąć oko na fakt, że jest to również najlepszy sposób na śmierć w bólu i męczarniach...

A co byście zrobili, gdyby Wasz własny ząb (znajdujący się oczywiście wciąż w Waszej własnej jamie ustnej) wybuchł nagle z hukiem równie donośnym, co wystrzał z dubeltówki? 

Thomas Morris, brytyjski dziennikarz, którego możecie kojarzyć dzięki jego poprzedniej książce (Sprawy sercowe), wpadł na naprawdę cudowny pomysł. Przejrzał czasopisma medyczne, podręczniki chirurgii i gazety w poszukiwaniu najbardziej niesamowitych lekarskich doniesień, ekscytujących przypadków i kontrowersyjnych kuracji. Ale to jeszcze nie jest najlepsza część! Otóż wszystkie te zapiski pochodzą z czasów, kiedy stan medycyny oscylował jeszcze w mniejszym lub większym stopniu gdzieś pomiędzy czarną magią, szarlataństwem, przystawianiem pijawek, krojeniem ludzi bez znieczulenia i grzebaniem na oślep w ich wnętrznościach, w nadziei, że coś zmieni się na lepsze - czyli z czasów od końca XVII do przełomu XIX i XX wieku! 

Nawet nie wiecie, jakie cudowne perełki odnalazł! Historie zostały podzielone na siedem głównych rozdziałów: Niefortunne zdarzenia, Tajemnicze choroby, Dyskusyjne środki lecznicze, Przerażające operacje, Niesamowite wyzdrowienia, Niewiarygodne historie i Ukryte niebezpieczeństwa. Zapewne już same tytuły sprawiły, że fanom popularnonaukowej literatury medycznej ślinka cieknie na myśl o tych wszystkich niesamowitych, tajemniczych i absurdalnych historiach, które będą mogli tu odnaleźć. 

Podczas lektury nieustannie powtarzała się w mojej głowie jedna myśl (no dobra - jednak dwie, przy czym druga była swego rodzaju dziękczynieniem za to, że przyszło mi urodzić się w czasach, w których głównym remedium na wszelkiego rodzaju dolegliwości nie jest lewatywa...), a mianowicie: jak to się przyjemnie czyta! Morris pisze lekko i prosto, a jednocześnie niesamowicie absorbująco. Krótkie rozdziały sprawiają, że książkę pochłania się zaskakująco szybko, jedna niesamowita historia zamienia się w kolejną i koniec może nadejść zanim się w ogóle obejrzycie (dlatego polecam dawkować sobie lekturę). Gdy Morris przytacza odnalezione historie, zawsze wybiera idealne fragmenty i komentuje je w błyskotliwy sposób, a czarny humor autora i jego sarkastyczne uwagi są zazwyczaj przezabawne. Z drugiej strony stara się też jak najbardziej przystępnie wytłumaczyć czytelnikowi medyczne aspekty danej sytuacji. 

Jednak czasem zdarzało się autorowi "tłumaczyć" coś, po prostu parafrazując tekst artykułu, który już od początku był raczej zrozumiały (co nie wnosiło do książki niczego istotnego). Natomiast pojawiały się też takie fragmenty, w których jego komentarze były... nie do końca zgodne z prawdą. I tutaj wkracza tłumacz, który wykonał niesamowitą robotę! Przyznaję, że rzadko kiedy należycie doceniam pracę tłumaczy, jednak w przypadku Tajemnicy eksplodujących zębów po prostu nie można nie wspomnieć o roli Adama Tuza. Dzięki swojemu medycznemu wykształceniu był w stanie prostować nieścisłe wypowiedzi autora, czy nawet poprawiać jego błędy (kochałam każdy przypis, który zaczynał się od "niezupełnie", "ściśle mówiąc" albo "to trochę zbyt daleko posunięte stwierdzenie").

Ostatecznie, dzięki świetnej pracy autora i tłumacza, powstała naprawdę fascynująca pozycja, w dodatku wydana wprost przepięknie (okładka jest cudowna, pierwsza strona każdego  rozdziału i podrozdziału została ozdobiona, a czasem pojawiają się też oryginalne grafiki ze starych czasopism!). Podczas czytania tej książki zbierzecie ogromne zasoby ciekawych anegdotek w sam raz na posiadówkę ze znajomymi (albo rozmowę na skype), czy rodzinną pogawędkę przy bożonarodzeniowym stole (chociaż może niekoniecznie od razu po jedzeniu... albo jeśli macie w rodzinie kogoś o słabych nerwach).

Konrad Możdżeń - Chodź ze mną

Kiedy Dariusz Drzewiecki postanawia otworzyć restaurację w piwnicy przedwojennego gmachu wrocławskiej Nowej Giełdy, nic nie zwiastuje kłopotów. Wręcz przeciwnie, pomysł wydaje się być strzałem w dziesiątkę, a miejsce jest... co prawda nieco stare i zaniedbane, ale za to z charakterem i historią! W końcu to właśnie tutaj w czasach wojennych mieściła się jedna z najlepszych restauracji w Breslau, która cieszyła się znakomitą renomą, gościła śmietankę towarzystwa i serwowała wyśmienitą wołowinę. 

Na początku wszystko idzie jak po maśle, ale z czasem atmosfera w restauracji robi się dziwnie niespokojna. Między pracownikami często dochodzi do kłótni, kolejne dziwne i niewytłumaczalne wydarzenia sprawiają, że opanowuje ich (a także czytelnika) coraz większy niepokój, a momentami wręcz swego rodzaju paranoja czy mania. Jednak ani Drzewiecki, ani jego pracownicy nie pozwalają dopuścić do siebie tej absurdalnej myśli, że z budynkiem faktycznie coś może być nie tak. Że stare, piwniczne cegły przesiąknięte są... czymś złym. 

Akcja powieści rozkręca się dosyć długo - jak na horror przystało. A jednak każde wydarzenie, każda rozmowa i każdy niepokojący, pełen napięcia moment, przybliża nas powoli do dramatycznego finału. A potem nagle wszystko bez ostrzeżenia zaczyna się dziać w tak zawrotnym tempie, że nie można nawet nabrać powietrza! Napięcie zostało zbudowane w cudowny sposób, akcja może urwać się w najbardziej newralgicznym momencie, a fabuła jest pełna niedopowiedzeń, które cały czas trzymają czytelnika w niepewności. Autor nie mówi wszystkiego od razu, nie podaje na srebrnej tacy (niczym kelner!) gotowych rozwiązań, pozwala nam wyciągnąć wnioski, tylko po to, żeby potem jednym zdaniem zniszczyć cały ten nasz nowo nabyty światopogląd! 

Możdżeń zaserwował swoim czytelnikom naprawdę makabryczny pomysł na fabułę (tak pozostając dalej w kulinarnym tonie). A jakby sam motyw nie był już wystarczająco przerażający, to swoją opowieść oparł na prawdziwej historii! W książce równolegle do siebie toczą się wydarzenia w dwóch liniach czasowych - teraźniejszego Wrocławia i przeszłego Breslau, dzięki czemu powoli zanurzamy się coraz głębiej w mrok i zepsucie, trawiące gmach restauracji (a ja dalej o jedzeniu). 

Kocham takie historyczne wstawki i nawiązania do prawdziwych wydarzeń! Zawsze też zupełnie inaczej podchodzi się do powieści, których akcja toczy się w znanym czytelnikowi miejscu. Studiowałam we Wrocławiu (chociaż nie byłam jednym z tych studentów, na których tak narzekał Hołota!), tyle razy przechodziłam koło Nowej Giełdy i nie wiem nawet, czy kiedykolwiek zwróciłam na nią uwagę! Chętnie poszłabym sobie tam teraz, żeby spojrzeć na budynek nowymi oczami - na razie muszą mi jednak wystarczyć zdjęcia w internecie (polecam!).

Możdżeń ma bardzo przyjemne, lekkie pióro, widać, że pisanie nie sprawia mu najmniejszego kłopotu. Sposób, w jaki tworzy opisy tych wszystkich przerażających momentów, naprawdę sprawiał, że czułam powoli zaciskający się wokół mojego gardła niepokój i ciareczkę na plecach! A w dodatku czytałam tę książkę, gdy byłam w domu całkiem sama. I to w nocy! 

Z drugiej strony, bardzo nie lubię, kiedy od razu poznajemy całą historię życia poszczególnych bohaterów, rozpisaną ciągiem na kilku stronach. Rozumiem, że Możdżeń postawił na wielowątkowość i prawdopodobnie nie mógł sobie pozwolić na to, żeby każdą z postaci wprowadzać powolutku, ale w tych momentach czułam pewien zgrzyt.

Autor stwierdził, że tworzył książkę niekoniecznie z myślą, że będzie miała niesłychanie głębokie przesłanie, a raczej, żeby dobrze i przyjemnie się ją czytało - i zdecydowanie mu się to udało! Co nie zmienia faktu, że jest mi trudno wybaczyć mu pewne rozwiązania fabularne - naprawdę zranił moje serduszko! No i pozostaje jeszcze kwestia zakończenia. Wiecie, tak naprawdę nie mogę zarzucić autorowi niczego poważnego, bo w końcu książka aż do ostatniej strony trzyma w napięciu i sprawia, że nasze serca biją szybko z nadmiaru emocji, ale myślałam, że bardziej się postara, a postawił na bardzo typowe rozwiązanie.

Mimo tych drobnych niedociągnięć, Chodź ze mną jest naprawdę bardzo dobrym debiutem. Początkowo Możdżeń chciał rozpocząć swoją karierę zbiorem opowiadań, jednak redaktorzy Vespera stwierdzili, że lepiej debiutować powieścią. A on sobie usiadł i machnął tę oto książkę (no dobra, pewnie trochę czasu mu to zajęło, ale jednak). I wiecie co? Naprawdę gościa podziwiam, bo pomysł jest świetny, a wykonanie najwyższej jakości (zresztą, po Vesperze niczego innego bym się nie spodziewała - spójrzcie chociażby na tę przepiękną okładkę!). W każdym razie, cieszę się że Możdżeń zaczął od powieści, bo nie jestem fanką opowiadań, więc istnieje szansa, że jeszcze długo nie miałabym okazji poznać twórczości tego pana!

Rena Barron - Królestwo dusz


Arrah pochodzi z rodu potężnych szamanów, jej babka jest Przywódczynią plemienia Aatiri, a matka Ka-Kapłanką Królestwa. Gdyby moc ujawniła się u dziewczyny, mogłaby stać się szamanką jeszcze silniejszą niż jej przodkowie. Jednak magia nie nadchodzi. Arrah rok w rok bierze udział w rytuale, podczas którego powinna uzyskać moce, ale bogini Heke nie chce jej pobłogosławić swoim darem.

Mimo że magia ucieka przed jej dotykiem, dziewczyna wciąż jednak potrafi ją dostrzec. Widzi też rzeczy, które nie są dostępne dla zwykłych śmiertelników, i wie, że zwiastują katastrofę. Nad Królestwem wisi widmo nieszczęścia, tajemnicza zakapturzona postać porywa dzieci w stolicy, a Arrah nie jest w stanie nic zrobić bez mocy. 

Chociaż... jest pewien sposób na rozwiązanie jej problemu. Istnieje rytuał, którego szarlatani używają, by móc zakosztować magii. Jednak cena za uzyskaną dzięki niemu moc jest straszna - w zamian za magię trzeba bowiem oddać swoje życie, kilka dni, miesięcy, czy nawet lat. I nigdy nie wiadomo, ile czasu moc zabierze tym razem.

Zacznijmy od tego, że sam opis wydawcy zdradza zdecydowanie za dużo i nie pamiętam już, czy czytałam go, zanim zabrałam się za książkę i zapomniałam, czy w ogóle go nie widziałam i wzięłam ją w ciemno, ale cieszę się z takiego obrotu sprawy, bo to, co jest tam napisane psuje całą niespodziankę (jeśli jeszcze go nie czytaliście, to nie róbcie tego przed lekturą książki!). 

Pomysł na historię, którą kreuje przed nami Barron, jest naprawdę dobry. Po pierwsze - motyw głównej bohaterki, która nie została obdarzona mocą (mimo że może wydawać się trochę oklepany), został tutaj naprawdę dobrze ograny. Autentycznie, w pewnym momencie zaczniecie razem z Arrah odczuwać niemal fizyczną frustrację z tego powodu. Cały czas będziecie czekać na ten moment, w którym jej moc niespodziewanie wybuchnie, bo przecież zazwyczaj tak właśnie się dzieje... prawda?

W książce jest też mnóstwo super mrocznych motywów, które są naprawdę świetne. Nie chcę zdradzić Wam zbyt dużo, ale wyobraźcie sobie na przykład zwiastujące nieszczęście chowańce, bezkształtne dusze, sunące po ziemi między niezdającymi sobie sprawy z ich istnienia zwykłymi ludźmi, owijające się wokół ich ciał, tańczące przed ich oczami. No świetna sprawa! 

Szkoda tylko, że została opisana pobieżnie, w dwóch zdaniach, które zgubiły się zupełnie w reszcie tekstu i ledwo zwróciłam na nie uwagę... 

A to nie jedyny moment, który był opisany w taki sposób - zaczął się nagle bez ostrzeżenia, a skończył jeszcze szybciej, zanim czytelnik w ogóle zdał sobie sprawę z tego, co ma przed oczami. Autorka zazwyczaj nie daje nam nawet chwili na pobudzenie wyobraźni! Wygląda to mniej więcej tak, jakby miała jakiś pomysł, wrzucała do tekstu jedno zdanie na ten temat i, zadowolona, że udało się go gdzieś wcisnąć, sunęła już do kolejnego.

Zresztą, to samo tyczy się akcji powieści. Wydarzenia z każdą chwilą robiły się coraz bardziej absurdalne i abstrakcyjne, ale wcale nie w ten dobry sposób, który na każdym kroku zaskakuje czytelnika. Akcja eskalowała nagle, bez żadnego ostrzeżenia i wytłumaczenia, wszystko działo się zbyt szybko i chaotycznie. Czasami nawet nie wiedziałam, co się w ogóle stało. Niektóre momenty były opisane tak niespójnie, że ich czytanie przestawało sprawiać przyjemność, a stawało się po prostu męczące (nie wspomnę już nawet o możliwości zrozumienia, co się dzieje).

Brakuje tu również lepiej rozwiniętego worldbuildingu. Zupełnie nie przeszkadzałoby mi, gdyby książka miała nawet 100 stron więcej, jeśli tylko autorka postanowiłaby przeznaczyć je na rozbudowanie przedstawionego w powieści świata. Skoro oparła swoją historię na bogach, wierzeniach i magicznych rytuałach, to mogła pokusić się o dokładniejsze wyjaśnienie zasad ich funkcjonowania, a także bardziej spójny rys historyczny. 

Niestety Królestwo mnie nie zachwyciło, nie złapało za serduszko i jeśli mam być szczera, to zdążyłam zapomnieć już nawet, jak nazywała się główna bohaterka. Żadna postać w tej książce do mnie nie przemówiła, a sposób pisania był chaotyczny i nie pozwalał na zanurzenie się w akcji. To jedna z tych książek, w której świetny pomysł zabiły... niewystarczające umiejętności, tworząc historię nadającą się jedynie do przeczytania i zapomnienia. Co bardzo mnie boli, bo miała w sobie ogromne pokłady (niewykorzystanego) potencjału.

Marko Kloos - Wstrząsy wtórne

W ofercie Fabryki Słów pojawia się w ostatnim czasie sporo przyjemnego sci-fi. Możemy cieszyć się na przykład nowym wydaniem Zaginionej floty Campbella (o pierwszej części pisałam już tutaj), a w październiku premierę miały właśnie Wstrząsy wtórne, czyli pierwsza część Wojen palladowych, nowej serii autora Frontlines

Kloos zabiera nas w swojej powieści do dalekiej przyszłości, w której ludzkość opuściła Układ Słoneczny i zamieszkała w systemie Gaja, składającym się z sześciu odmiennych planet. Najbliżej Słońca znajduje się Hades - jak sama nazwa wskazuje, miejsce tak gorące, że ludzie mogą mieszkać jedynie pod ziemią. Natomiast toksyczna atmosfera Archeonu zmusza jego mieszkańców do życia w podniebnych miastach dryfujących na wysokości 50 km (taka ciekawostka - Archeon jest jak Wenus, w przypadku tej planety właśnie takie rozwiązanie kolonizacyjne jest brane pod uwagę). Oceania - pokryta niemal całkowicie wodą, z jednym tylko skrawkiem lądu, na którym powstało miasto. Rhodia, Pallas, no i Gretia, jak ziemia obiecana, jedyna planeta wręcz perfekcyjna i prawie identyczna do naszej macierzystej Ziemi.

Siedemnaście lat temu doszło do krwawej wojny, która zaczęła się od zajęcia przez Gretyjczyków Oceanii. Pozostałe planety zawarły sojusz i w końcu udało im się rozgromić siły wroga, jednak życie straciło pół miliona ludzi. Świat dalej nie podniósł się po długoletniej, wyniszczającej wojnie, ale wszystko wskazuje na to, że ktoś nie chce, by kruchy pokój trwał zbyt długo.

Aden, major owianej złą sławą Czarnej Gwardii, najbardziej krwawej gretyjskiej jednostki, po pięciu latach w rhodyjskiej arkologii penitencjarnej zostaje wypuszczony na wolność. Jego planeta przegrała wojnę, jego armia już nie istnieje, a każdy obywatel Sojuszu żywi do niego same negatywne uczucia. Były major musi ułożyć sobie życie na nowo, odnaleźć się w nieznanej sytuacji (w końcu przez prawie połowę życia był oddany przegranej wojnie). A na rodzinnej planecie nie czeka go nic dobrego.

Jednak Aden nie jest naszym jedynym bohaterem. Kloos postawił na przedstawienie konfliktu i bieżących wydarzeń z punktu widzenia różnych postaci, stojących po obydwu stronach barykady. Poznamy więc także Idinę, sierżanta sił okupacyjnych Pallas, które pilnują porządku na Gretii, kapitana statku należącego do rhodyjskiej marynarki - Dustana, i Solveig, córkę jednego z gretyjskich potentatów zbrojeniowych, na którego spadły reperkusje za wywołanie wojny. 

Zabieg ten jest zdecydowanie ciekawszy, niż gdybyśmy obserwowali świat jedynie oczami Adena (chociaż naprawdę fajny z niego facet, a jego fragmenty na pewno są interesujące) - urozmaica akcję, pozwala nam poznać dużo więcej miejsc, a także postawić się na miejscu zarówno najeźdźcy, który zapoczątkował wojnę, jak i obrońców. 

Podoba mi się fakt, że akcja powieści rozgrywa się w jednym tylko systemie, w którym planety są bardzo zróżnicowane pod względem panujących na nich warunków i muszą pozostawać ze sobą w ścisłej zależności, prowadząc rozwiniętą gospodarkę międzyplanetarną. Wydaje mi się, że jest to najbardziej prawdopodobny rozwój wypadków w przypadku naszej faktycznej ekspansji kosmicznej. No i kocham te nawiązania do greckiej mitologii!

Kloos pisze w bardzo przyjemny i nieskomplikowany sposób. Wszystkie zjawiska natury fizycznej (takie jak ruch poszczególnych planet po ich orbitach), politycznej i technologicznej wyłuszcza nam przystępnie, chociaż w niektórych przypadkach, na mój gust, trochę zbyt pobieżnie. Nie skupia się na przykład szczególnie na naukowych aspektach takich jak podróż między planetami, co dla mnie jest ogromnym minusem. Brakowało mi też historycznego zarysu tego, jak ludzkość zawędrowała do systemu Gaja. Co prawda Kloos wspomina coś o pierwotnych osadnikach i ziarnach, które przywieźli z Ziemi, ale jest tego niewiele.

Akcja powieści zawiązuje się raczej powoli, widać, że Wstrząsy są tak naprawdę dopiero wprowadzeniem do historii właściwej. Obserwujemy już jednak, jak losy pojedynczych bohaterów splatają się ze sobą i jak nieznacznie zarysowuje się główny wątek fabuły. Nie oznacza to też wcale, że książka jest nudna - ile tam się dzieje! I to zarówno w przestrzeni kosmicznej, jak i na powierzchni! 

Zakończenie na pewno zachęca do niecierpliwego oczekiwania na kolejne tomy. Sama po ostatniej stronie długo nie mogłam otrząsnąć się z potrzeby, żeby od razu sięgać po kolejną część, na którą niestety trzeba jeszcze trochę poczekać.

Jakub Bielawski - Dunkel

Dunkel zabiera nas w podróż do roku 1945 do Schweidnitz, która później stanie się Świdnicą, do Faulbrücka, który w przyszłości zmieni się w Mościsko, i Reichenbacha, który kiedyś zostanie przechrzczony na Dzierżoniów. Ale na to jeszcze za wcześnie. W 1945 roku te tereny wciąż były przesiąknięte niemieckim dziedzictwem, ledwo odbite i "oczyszczone" z dotychczasowych mieszkańców - "już nie niemieckie, jeszcze nie polskie", jak ujął to Radek Rak. Dopiero rozpoczynały się repatriacje, głównie z Kresów Wschodnich, które Polska straciła w czasie wojny. I właśnie tak zaczyna się nasza podróż - od pociągów i długich kolumn wozów, przecinających Polskę w kierunku Dolnego Śląska.

Czasami myślę, że głębokie książki po prostu nie są dla mnie. Brakuje mi w nich akcji, brakuje jakiegoś punktu zaczepienia. Początek tej powieści to była... może nie droga przez mękę, ale na pewno walka z samą sobą, a raczej z myślami, błądzącymi wszędzie indziej, tylko nie wokół historii, która dopiero się zarysowywała. Ciągłe przeskoki w czasie i przestrzeni nie ułatwiały przywiązania się do jakiegokolwiek wątku, a powtarzające się monologi Dunkela (czy to można tak odmieniać?) były mocno przegadane. 

Z drugiej strony to właśnie styl, w którym powieść została napisana, urzekł mnie najbardziej. Jest coś niesamowicie fascynującego w sposobie, w jaki Bielawski operuje słowem, w jaki jego pióro tworzy obrazy pełne smutku i strachu, buduje atmosferę gęstą i duszną od niepokoju, w której zapadamy się już od pierwszych stron... Chociaż tak naprawdę wcale się nie zapadamy - to jej oślizgłe, brutalne macki oplatają nas i nie pozwalają się wyswobodzić. 

Jestem fanką wszelkiej makabry, grozy i ciemności (co prawda tylko w powieściach, bo na żywo strasznie się jej boję). Z fascynacją obserwowałam więc gęstniejący wokół czytelnika mrok, podziwiałam ten sugestywny danse macabre, w który porwał nas Bielawski, koszmarny bal upiorów, przerażający tym bardziej, że zmory były tak naprawdę ludźmi, w których oczach odbijała się ciemność. 

Dunkel, nasz tajemniczy narrator, kocha wszystko, co złe, paskudne i szkaradne. Zachwyca się ludzkim zepsuciem, wychwala najbardziej mroczne zakamarki duszy. Opisanie przez niego postaci otrzymują nawet atrybuty upiorów i szkarad, ich brudne stopy są niczym gargulcze łapy ze szponami, a zachowanie dzikie i zwierzęce. Świat widziany jego oczami jest brzydkim, ponurym miejscem, w którym z nieba leci popiół, a ludźmi kierują najniższe pobudki. 

Bielawski mistrzowsko przedstawia także zderzenie kultur, do którego doszło podczas zasiedlania Dolnego Śląska, wybuchową mieszankę chłopskiego sposobu myślenia, śląskiej gwary, niemieckich naleciałości, wschodniej ludowości, wierzeń, duchów i czarownic. Jego styl, mimo że niezwykle poetycki, jest utrzymany w cudownie swojsko-chłopskim tonie (moim ulubionym cytatem jest "To, co nas otacza, to mizeria i dykta"), ale też oczywiście niepokojący i mroczny.

Doceniam pomysł na niecodzienny sposób, w który autor postanowił przedstawić ten interesujący i niezwykle ważny, chociaż również brutalny i niekoniecznie chwalebny moment w polskiej historii. Bez suchych faktów, za to żywo, niesamowicie obrazowo, do bólu wręcz naturalistycznie, wykorzystując w tym celu historie i dramaty zwykłych ludzi.

Niestety sama fabuła nie była szczególnie niesamowita. Przeczytałam w jakiejś recenzji, że zakończenie jest świetne i warto czekać na nie całą powieść, ponieważ z nawiązką wynagradza początkowe trudy. Czekałam więc i czekałam, po czym okazało się, że... od prawie samego początku spodziewałam się dokładnie takiego rozwoju wydarzeń. Na szczęście im głębiej, tym historia stawała się ciekawsza (chociaż wcale nie łatwiejsza w odbiorze), a pod koniec aż trudno było mi się z nią rozstać dokładnie w momencie, gdy zaczęła być naprawdę interesująca.

Czy to wybitna książka? Szczerze - nie wiem. Mam co do niej mieszane uczucia. Na pewno jest wymagająca, zarówno ze względu na sposób w jaki została napisana, jak i na ładunek emocjonalny i psychologiczny, jaki ze sobą niesie. Przedstawiona w niej historia jest niesamowicie trudna, smutna i brzydka. Wartości takie jak miłość i rodzina zostały odarte ze swojego piękna, pozbawione jakiegokolwiek pozytywnego wydźwięku. Dunkel zdecydowanie nie jest książką, którą można przeczytać na raz. To powieść, którą męczy się strona po stronie i domyślam się, że dla niektórych może okazać się nie do przebrnięcia.

Przedstawienie naszej śląskiej historii w tak makabryczny i bezwstydny sposób jest niewątpliwie ciekawym, choć również obrazoburczym rozwiązaniem. Z jednej strony to powieść historyczna, która ukazuje, jak trudno było połączyć poniemiecką przeszłość z odzyskaną polskością. Z drugiej jej baśniowo-mityczny wydźwięk kojarzy mi się z pierwotnymi, okrutnymi wersjami baśni Braci Grimm. Ale jest to też bardzo intymna opowieść o rodzinie, pełna zarówno mrocznych sekretów, jak i zachwycająco dosadnych i pięknych zdań, które pozostaną w Waszej pamięci na długo. Dunkel może Was pokonać, ale powinniście dać mu szansę na wyjawienie swojej historii. 

Meg Elison - Księga bezimiennej akuszerki

Pierwsze zdanie w opisie Księgi bezimiennej akuszerki brzmi: "Opowieść podręcznej w świecie postapo". I musicie wiedzieć o mnie jedną rzecz - gdy tylko widzę słowo "postapo", biorę książkę w ciemno. Tak jakoś wizja końca świata i świata po końcu świata zawsze mnie nęci, przyciąga i interesuje. Zazwyczaj liczę też, że będą w niej zombie. Albo jacyś mutanci. 

No i w tym przypadku niestety się przeliczyłam, ale przymknijmy na to oko i skupmy się na książce. (No dobrze, żartuję, tak naprawdę wiedziałam, że prawdopodobnie nie będzie tu zombie.)

Tajemnicza gorączka zaczyna dziesiątkować społeczeństwo. Nikt nie wie, skąd się wzięła, nikt nie potrafi znaleźć lekarstwa. Śmierć dosięgła wielu mężczyzn, jednak choroba zdecydowanie częściej uderza w kobiety i dzieci. Wszystkie niemowlęta rodzą się martwe, a matki w połogu umierają zaraz po nich. Nasza główna bohaterka jest położną, akuszerką, codziennie więc stoi w pierwszej linii frontu i przyjmuje na świat kolejne martwe dzieci. Do czasu, gdy gorączka dopada również ją.

Kiedy budzi się z maligny, jest sama w opuszczonym szpitalu, być może sama w całym mieście (trochę zalatuje mi to pierwszym odcinkiem The Walking Dead, brakuje tylko drzwi z nabazgranym na szybko napisem "dead inside"). Szybko okazuje się, że nowy świat jest całkowicie zdominowany przez mężczyzn, a kobiet zostało jak na lekarstwo. Nasza bohaterka będzie musiała wykazać się nie lada zdolnościami, żeby przeżyć i bardzo dobrze ukrywać swoją płeć, żeby nie wpaść w ręce jakiejś szajki niewyżytych facetów i nie zostać ich seks-niewolnicą.

Historia już od samego początku jest mroczna i okrutna. Wykreowany przez Elison świat po apokalipsie to posępne, smutne miejsce, w którym liczy się tylko brutalna siła, w którym większy i bardziej agresywny (w domyśle mężczyzna) bierze wszystko, na co ma ochotę, a słabsi (czyt. kobiety) muszą mu się podporządkować. 

W Księdze brakuje co prawda podobnie rozwiniętej ideologii, co w Opowieści podręcznej (stwierdzam to jedynie na podstawie serialu, bo książki Atwood nie czytałam). To po prostu świat, w którym spuszczeni ze smyczy, pełni chuci faceci nie muszą już zwracać uwagi na jakiekolwiek konwenanse, mogą natomiast organizować masowe gwałty i trzymać swoje zdobyczne kobiety na łańcuchach lub w klatkach, jak zwierzątka domowe, które mają im dostarczać rozrywki. Rola kobiety nie jest już nawet zdegradowana do klaczy rozpłodowej. Jest gorzej. 

Autorka zeszła na jeszcze niższy poziom upodlenia, a brutalna wizja, którą kreuje, jest naprawdę przerażająca. Elison po mistrzowsku przedstawia ten psychologiczno-społeczny aspekt, związany z końcem świata. Pokazuje, jak różne mogą być reakcje poszczególnych ludzi - w jednych budzą się najgorsze instynkty, inni znajdują w sobie siłę do czynienia dobra. Jednak resztki społeczeństwa nieubłaganie staczają się coraz niżej.

Historię poznajemy z dwóch perspektyw - przez trzecioosobowego narratora oraz z dziennika, który prowadzi akuszerka. Zapisuje w nim swoje przeżycia i przemyślenia, czasami również historie innych ludzi, na których uda jej się trafić. I to właśnie do tego kajecika najbardziej chciałabym się przyczepić.

Swoje wspomnienia akuszerka zapisuje w bardzo dziwny, wręcz absurdalny sposób. Zdania są pourywane, nieskładne. Zakładam, że zamysł był taki, że zapisywała swoje myśli byle jak, na szybko, bez zastanowienia, ale niestety wygląda to bardziej jakby była upośledzona. Zresztą, jeśli ktoś siedzi gdzieś zabarykadowany przez miesiąc, to naprawdę znajdzie trochę czasu, żeby napisać składnie trzy akapity... I o co chodzi z tymi znakami > albo >>>, albo =, które ciągle pojawiają się w jej zapisach? Wiecie, ja rozumiem sens tych znaczków, ale ich użycie, czasami w zupełnie bezsensownych miejscach, z biegiem czasu robi się tylko coraz bardziej irytujące.

Myślałam też, że w całej tej historii będzie trochę więcej mistycyzmu. Już sama Księga bezimiennej akuszerki brzmi co najmniej jak nowy apokryf do Biblii, a pierwszy rozdział nastraja właśnie w taki sposób i chyba to dało mi nadzieję na coś więcej.

Jak widzicie, mam więc kilka obiekcji co do książki, ale całość była... w porządku. Tak bym to chyba określiła. Nie zamierzam się nią jakoś szczególnie zachwycać, bo jednak wykonanie trochę mnie rozczarowało, ale sama historia jest ciekawa, prawdopodobnie całkiem realistyczna i dająca do myślenia, mimo że wszystko, naprawdę wszystko w tej powieści kręci się wokół seksu. 

Albert Jawłowski - Miasto biesów. Czekając na powrót cara

Za życia Mikołaj II był najbardziej znienawidzonym carem z dynastii Romanowów. Sto lat po śmierci jest uznawany za "męczennika", który umarł "walcząc" z bolszewizmem, zyskał tytuł świętego kościoła prawosławnego, a co roku, w rocznicę jego śmierci, wielotysięczne pielgrzymki wyruszają w kilkugodzinną wyprawę do miejsca, gdzie prawdopodobnie zostały porzucone zwłoki cara i jego świętej rodziny.

Mówi się, że Rosja to nie kraj - to stan umysłu. Państwa zachodnie zazwyczaj wrzucają nas, Słowian, do jednego worka i nie widzą różnicy między Rosjaninem a Polakiem, bo w końcu obydwaj piją wódkę na obiad. I na śniadanie. I w ogóle z mlekiem matki. Jednak nawet dla nas Rosja jest tworem czysto abstrakcyjnym, niewyczerpaną inspiracją memów i źródłem nieskończenie głupich filmików na yt. Czy można się temu dziwić? To kraj tak groteskowy i pełen skrajnych różnic, że w tym samym mieście, nawet na dwóch końcach jednej ulicy, mogą stać posagi przedstawicieli zupełnie sprzecznych ze sobą ideologii. 

I to właśnie starał się w swojej książce zaprezentować Jawłowski. Głośne morderstwo cara wykorzystuje jako tło do przedstawienia skomplikowanej historii i jeszcze bardziej zawiłego systemu polityczno-ideologicznego państwa, podziału społeczeństwa, groteskowych działań kolejnych przywódców i partii. Przyznaję, że osoby o niewielkiej wiedzy na temat historii Rosji (w tym ja) mogą odczuwać co jakiś czas potrzebę, żeby posiłkować się internetem, by w pełni zrozumieć poruszane przez Jawłowskiego kwestie.

Nie zmienia to jednak faktu, że lektura Miasta biesów jest szalenie ciekawa. Autor sprawnie prowadzi nas przez meandry polityczne i historyczne, a obrazy miejsc i postaci w jego wykonaniu są naprawdę świetne. Gdy opisuje kolejne lokacje, które odwiedził podczas swojej podróży, robi to z takim oddaniem i plastycznością, że można się poczuć, jakby samemu było się w tym miejscu i oglądało multimedialną prezentację o historii Rosji w Centrum Jelcyna, albo wdychało zapach sosen, siedząc na ławeczce w leśnym monasterze. 

Reportaż został napisany z dużą dozą sarkazmu, momentami wręcz prześmiewczo, Jawłowski raczy nas błyskotliwymi spostrzeżeniami i żartobliwym komentarzem. Czasem pojawiają się tu trudne podręcznikowe słowa, ale przez większość czasu książka jest utrzymana w dosyć kolokwialnym tonie. Znajdziemy w niej więc zarówno piękne, niemal poetyckie opisy, jak i polityczno-historyczne wywody, a także slang w stylu "huraganowej beki" oraz "gównoburz". Zastanawia mnie tylko, dlaczego niektóre angielskie słowa pozostały w swojej oryginalnej formie (jak "outdoorowy"), a inne autor postanowił przeokropnie spolszczyć, zarzucając czytelnika "tokszołami". Patrzenie na to aż bolało...   

Miałam też nadzieję, że autor poświęci znacznie więcej uwagi kultowi Romanowów. W końcu śmierć rodziny carskiej to niezwykle płodna ziemia dla wszelkiej maści teorii spiskowych (które kocham!). Kontrowersje zaczynają się już od pytania, czy morderstwo w ogóle miało miejsce. Może rodzina carska tak naprawdę uciekła z kraju? Może Anastazji (jednej z córek Mikołaja) faktycznie udało się przeżyć, tak jak mówiły pogłoski? Autor oczywiście wielokrotnie porusza temat mistycyzmu, który narósł przez lata wokół tego tematu, wiary, według której Mikołaj Romanow powróci (jak Jezus) i uratuje swoje państwo. Temat cara przewija się co jakiś czas przez całą książkę, ale zdecydowanie chciałabym przeczytać więcej o tej spiskowej stronie medalu!

Ostatecznie więc Jawłowski nie tylko przedstawia nowożytne mity, kulty i teorie narosłe wokół śmierci cara, ale głównie przybliża nam mentalność rosyjskiego społeczeństwa, daje lekcję historii i polityki. I zdecydowanie rozbudza ciekawość, która prosi, żeby sięgnąć po więcej.

Jonathan J. Moore - Przerażające choroby i zabójcze terapie

Jonathan Moore, twórca dwu przyjemnie brzmiących książek, które być może mieliście już okazję czytać (Powiesić, wybebeszyć i poćwiartować czyli historia egzekucji oraz Zastrzelić, zadźgać i otruć czyli historia morderstwa), przychodzi do nas z kolejnym sympatycznym tytułem - Przerażające choroby i zabójcze terapie, czyli historia medycyny, jakiej nie znałeś

Nowa pozycja Moore'a to niesamowita podróż poprzez medyczne dzieje ludzkości. Oczywiście nie mogło zabraknąć w niej opisu największych plag, które nękały nas przez wieki i chorób tak znanych jak dżuma, trąd, ospa, hiszpanka i gruźlica, natomiast równie interesujący jest rozdział o rozwoju chirurgii czy chorobach tropikalnych, które są dla nas dużo bardziej abstrakcyjne (ile razy słyszeliście o słoniowaciźnie tropikalnej?). 

Z każdym kolejnym rozdziałem uświadamiałam sobie coraz bardziej, jak wiele rzeczy próbowało zabić ludzkość przez tysiąclecia. I naprawdę jestem pod wrażeniem, że udało nam się dotrwać aż do teraz, tym bardziej, że głównym remedium na wszelkie dolegliwości było zazwyczaj picie moczu, rozsmarowywanie na ciele wydzielin ze zwłok młodych chłopców zabitych o północy albo noszenie na szyi wora pełnego ziemniaków. 

Jak widzicie, więcej w tym czarów i magii niż prawdziwej medycyny, a to tylko mały wycinek niesamowitych rewelacji, jakimi dzieli się z nami Moore. Jeśli myśleliście, że puszczanie krwi czy pijawki są dość dziwną praktyką, gdy ktoś jest na skraju śmierci, to uwierzcie mi - ludzie mieli mnóstwo jeszcze głupszych, bardziej przerażających i abstrakcyjnych pomysłów, nawet w czasach, w których, wydawałoby się, medycyna była już dużo lepiej rozwinięta. 

Po przeczytaniu tej książki czuję ogromny niedosyt - tylko dlatego, że autor nie był w stanie wyczerpująco opisać wszystkich aspektów związanych z historią medycyny na tych 200 stronach! Dał nam natomiast namiastkę tej niesamowitej historii, pozwolił liznąć różne tematy, żeby rozbudzić naszą ciekawości i zachęcić do dalszej eksploracji (co właśnie czynię). Podaje nawet kilka lektur uzupełniających (natomiast wszystkie są po angielsku). Dlatego postanowiłam również zachęcić Was do sięgnięcia po kilka innych pozycji, jeśli zainteresował Was których z poruszanych przez Moore'a tematów (lista na dole). 

Książka jest przepięknie wydana - znajdziecie w niej mnóstwo zdjęć, obrazków, rycin z zamierzchłych czasów. Kompozycja tekstu i obrazu jest bardzo przejrzysta i przyjemna dla oka. Niestety niektóre strony są czarne i widać na nich KAŻDY odcisk palca.

Muszę się jeszcze przyczepić do samej treści - pojawia się w niej ogromna liczba powtórzeń. Przymrużyłabym na to oko, gdyby nadużywano  terminów medycznych, których nie można niczym zastąpić, ale jeśli mamy w jednym zdaniu "w przypadku" a w kolejnym "w tym przypadku", to już trochę przegięcie. Znalazły się tu też błędy w korekcie, jakieś nadprogramowe słowo, niedopatrzenie - przy wymienianiu objawów pewnej choroby mamy osłabienie, kilka innych i znów "wyraźne osłabienie" - i pomyłki pokroju "mikroby są wchłaniani i wdychani".

Czy wpłynęło to znacząco na odbiór książki i moją ocenę? Zupełnie nie. Uważam, że to świetna lektura, a Moore'owi udało się zebrać w tej niewielkiej objętościowo pozycji zatrważająco wielką dawkę wiedzy, abstrakcyjnych wiadomości i niesamowitych ciekawostek. Jeśli historia medycyny (i jej wiele, wieeeele mrocznych stron) Was interesuje, to nie możecie pominąć Przerażających chorób i zabójczych terapii.


Dla zainteresowanych:

Jennifer Wright, Co nas (nie) zabije. Największe plagi w historii ludzkości

Jeffrey Alan Lieberman, Czarna owca medycyny. Nieopowiedziana historia psychiatrii

James Wynbrandt, Bolesna historia stomatologii albo płacz i zgrzytanie zębów od starożytności po czasy współczesne

Nicola Temple, Catherine Whitlock, Poznaj swoje bakterie oraz Poznaj swoje hormony (tutaj jest już więcej nauki i biologii niż historii)

Ambrose Parry, I sprawisz, że wrócę do prochu (to akurat pozycja fabularna, natomiast jest to bardzo dobra historia i świetnie pokazuje stan chirurgii, położnictwa i anestezjologii w XIX wieku)

Alex North - W cieniu zła

Paul powraca do rodzinnego Gritten, gdy dowiaduje się, że jego chora matka została przeniesiona do hospicjum. Dwadzieścia pięć lat wcześniej opuścił dom po tym, jak w miasteczku doszło do makabrycznego, rytualnego morderstwa, które odcisnęło ogromne piętno na jego życiu i psychice. Teraz będzie musiał w końcu zmierzyć się z demonami przeszłości, okazuje się bowiem, że zło nie próżnowało przez wszystkie te lata.

Kiedy wszyscy zachwycali się Szeptaczem, pierwszą książką Northa, na mnie nie zrobił on ogromnego wrażenia. Dlatego też do W cieniu zła podeszłam z dużym dystansem, tym razem nie nastawiając się na nic naprawdę świetnego. I dla odmiany bardzo pozytywnie się zaskoczyłam!

Co prawda odnajdziemy w tej książce motyw wręcz żywcem wyrwany z Szeptacza - wydarzenia w teraźniejszości są powiązane ze starą, makabryczną historią sprzed lat. North postanowił też nawiązać do swojej poprzedniej powieści i tak oto rytualne morderstwo łączy Gritten (miejsce akcji w nowej książce) z Featherbank, które znamy z Szeptacza, a dochodzeniem zajmuje się Amanda, którą również już poznaliśmy.

Natomiast sam pomysł na historię we W cieniu zła podoba mi się zdecydowanie bardziej! Uwielbiam wykorzystywanie motywu snu (i świadomego snu!), a North użył go po mistrzowsku, nadając powieści bardzo tajemniczy, oniryczny klimat, który sprawił, że czytelnik nieustannie odczuwał niepokój, jakby sam właśnie znalazł się w sennym koszmarze! 

Wydarzenia w książce śledzimy z dwóch różnych perspektyw i na kilku płaszczyznach czasowych. Narracja pierwszoosobowa z punktu widzenia Paula, niespełnionego pisarza, zniszczonego przez przeżycia z przeszłości, przeplata się z trzecioosobową Amandy. Dodatkowo wydarzenia w teraźniejszości mieszają się z retrospekcjami, powoli odkrywając przed nami tajemniczą, przerażającą i niemożliwą historię morderstwa, do którego dawno temu doszło w Gritten.

North umiejętnie buduje napięcie i sprawnie angażuje czytelnika. Przez większość książki towarzyszy nam oczywiście ten niepokój, o którym już wspomniałam, jednak to nie on jest dominującym odczuciem. Z każdą stroną pogłębia się także nasze zainteresowanie historią, a kolejne informacje coraz bardziej przybliżają nas do wyjaśnienia intrygującej tajemnicy i zmuszają, byśmy jeszcze bardziej zagłębili się w gęstą atmosferę, pełną domysłów, sekretów i niedopowiedzeń. A kiedy już wydaje nam się, że jesteśmy blisko rozwiązania zagadki - autor jest w stanie w ciągu sekundy strzaskać całą naszą pewność siebie jedną informacją, której nikt się nie spodziewał... 

W cieniu zła wciąga od pierwszych stron i nie uwolni Was, dopóki nie przewrócicie ostatniej - od tej książki naprawdę nie można się oderwać! To idealna historia na jesienne wieczory, a jeśli North będzie dalej równie sprawnie rozwijał swoje umiejętności i pomysły, to już nie mogę się doczekać jego kolejnej powieści!

James Wesley Rawles - Jak przeżyć koniec świata. Plan na niepewne czasy

James Rawles to były oficer wywiadu armii Stanów Zjednoczonych, który obecnie prowadzi bloga dla preppersów - SurvivalBlog.com. Mieszka ze swoją rodziną w samowystarczalnym azylu, w pełni przygotowanym na TEOTWAWKI ("the end of the world as we know it", czyli "koniec świata jaki znamy"). Swoimi doświadczeniami i radami dla innych preppersów dzieli się także w książkach - między innymi Jak przeżyć koniec świata, który może spowodować tyle rzeczy - kryzys ekonomiczny, atak terrorystyczny, katastrofa naturalna albo... pandemia.

Sama od lat chwalę się faktem, że mam opracowany plan na wypadek apokalipsy zombie - nawet wspominałam już o tym kiedyś na blogu (o tutaj - oczywiście bez szczegółów) i mocno zastanawiam się, czy nie powinnam wpisać sobie tego również do CV. Okazuje się jednak, że plan ten zdecydowanie wymaga jeszcze dopracowania - na co otworzyła mi oczy książka Rawlesa. (Za to moja mama na pewno dostałaby pochwałę za tworzenie pokaźnych zapasów konserw i papieru toaletowego - chyba była preppersem, zanim to stało się modne. Mówię Wam - ma to we krwi.)

Po Jak przeżyć koniec świata sięgnęłam jednak raczej z czystej ciekawości niż żeby faktycznie wprowadzać w życie survivalowe zasady (no chyba, że w końcu wybuchnie ta apokalipsa zombie), dlatego nie jestem w stanie podejść do tematu całkiem na serio. Niektóre z rad czy pomysłów autora, które on sam traktuje jak najbardziej poważnie i wciela w życie, dla mnie były wręcz absurdalne. 

Zakładam natomiast, że ta pozycja będzie miała ogromną wartość dla prawdziwego (lub aspirującego) preppersa. Książka Rawlesa jest ogromnym kompendium wiedzy z zakresu survivalu, w którym znajdziemy dokładne i obszerne listy z potrzebnymi do przeżycia artykułami codziennego użytku, medykamentami, jedzeniem, maszynami do generowania prądu, transportu i utrzymania łączności. Autor podaje nam strony z zaopatrzeniem, z których sam korzysta, nazwy firm, a nawet konkretne modele sprzętu czy broni, odsyła też do wielu ciekawych lektur uzupełniających.

Dowiemy się także na jakie aspekty powinniśmy zwrócić szczególną uwagę podczas wyboru odpowiedniego miejsca na azyl oraz jego budowy i zabezpieczenia przed potencjalnym zagrożeniem wszelkiej maści. Otrzymamy informacje na temat uprawy ziemi i hodowli zwierząt, poruszania się w świecie po TEOTWAWKI, broni, łączności radiowej i wielu innych aspektów istotnych do przetrwania, ale również do w miarę normalnego funkcjonowania.

Co prawda większość przedstawionych tu informacji dotyczy stricte amerykańskich realiów, ale tłumacz i redakcja naprawdę świetnie się spisali, przenosząc je na nasze, polskie - odnosząc się do panującego u nas prawa, przytaczając nazwy polskich organizacji o zakresie działań podobnym do tych, na które powołuje się autor.

Podczas czytania cały czas miałam w głowie jedną myśl - to preppersowanie jest przeokropnie drogie! Nie wyobrażam sobie ludzi, którzy żyją od pierwszego do pierwszego (czy tam dziesiątego) i mają jeszcze znaleźć środki na zakup kilku hektarów ziemi, żeby postawiać sobie zabunkrowaną chawirkę w głębi lasu. A co dopiero kupić zapas broni i noktowizorów, zaopatrzyć się w panele fotowoltaiczne, awaryjne generatory prądu, samochody i stado krów! Co prawda autor dzieli się z nami także wskazówkami dla mniej zamożnych, ale nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że taką imprezę przeżyją tylko bogaci.

Na szczęście nawet jeśli nie planujecie kupować działki, żeby zbudować na niej samowystarczalny azyl, odnajdziecie w tej książce ogromnie wiele ciekawych i pomocnych informacji, a także bardzo przydatnych umiejętności - na przykład kilka trików, których można użyć podczas targowania albo domowy sposób uzdatniania wody. O wielu z poruszanych tutaj tematów nie miałam zielonego pojęcia albo nigdy nie poświęciłam nawet minutki, żeby się nad nimi zastanowić.

A czy Wy wiecie, jakie ziarna należy wybrać, by cieszyć się plonami przez długie lata, na co zwrócić szczególną uwagę podczas zakupu zwierząt hodowlanych albo jakie jedzenie jest najbardziej pożywne i kaloryczne, oraz jak przechowywać je tak, by wytrwało lata? Może nie jest to wiedza, z której skorzystacie w najbliższym czasie (a nóż!), ale na pewno sprawia dużo satysfakcji i pozwala zabłysnąć w towarzystwie!

Mimo że raczej nie zamierzam zostać pełnoprawnym preppersem, lektura Jak przeżyć koniec świata była dla mnie nowym i fascynującym doświadczeniem. Z Wami pewnie będzie podobnie! Na pewno wyniesiecie z niej wiele ciekawych i przydatnych wiadomości. W dodatku jest to książka, do której można wracać po tysiąc razy, jeśli akurat w danym momencie życia zainteresuje Was których z poruszanych tu aspektów. Przemawia do mnie też fakt, że zasieki wokół azylu można z sukcesem zastosować również przeciwko mutantom i zombie, o których autor tu nie wspomniał, także jesteśmy w domu!

Brian Deer - Wojna o szczepionki. Jak doktor Wakefield oszukał świat

Jak jeden człowiek mógł spowodować tak ogromne zamieszanie i doprowadzić do istnej pandemii, która ogarnęła cały świat - pandemii bezpodstawnego strachu przed szczepieniami? Tego dowiecie się z książki Briana Deera Wojna o szczepionki, która demaskuje jeden z największych medycznych przekrętów w historii. 

Andrew Wakefield, wyraźnie niespełniony i przekonany o własnej wielkości lekarz bez pacjentów, dokonał w latach 90-tych "przełomowego" powiązania między chorobą Crohna (przewlekłym zapaleniem jelit) a wirusem odry, obecnym w skojarzonej szczepionce MMR (przeciwko odrze, śwince i różyczce). Potem sprawy zaszły jeszcze dalej i szczepionkę połączono również z autyzmem, rozwijającym się u dzieci mniej więcej w tym samym czasie, w którym odbywają się szczepienia. 

Mimo że ostatecznie wykazano dobitnie i na tysiąc różnych sposobów, że Wakefield kłamał, oszukiwał, wysysał z palca diagnozy i dobierał objawy tak, by potwierdzały jego hipotezę, jego działania - zdyskredytowane - wciąż zbierają żniwa i pewnie będą jeszcze długo spędzały sen z powiek rodziców, a także lekarzy.

Oczywiście kontrowersje związane ze szczepionkami (nie tylko MMR) obecne były już dziesięciolecia wcześniej, ale artykuł Wakefielda, opublikowany w 1998 roku w brytyjskim czasopiśmie medycznym Lancet, stał się idealnym argumentem dla antyszczepionkowców i niemal znakiem z niebios dla rodziców dzieci z autyzmem. Wyniki "badań", przedstawione w artykule, obiegły cały świat i przyczyniły się do pogłębienia strachu przed szczepieniami, spadku liczby zaszczepionych osób, a tym samym powstania nowych ognisk odry. 

Brian Deer jest dziennikarzem śledczym z wieloletnim stażem i ma na swoim koncie kilka poważnych "afer" medycznych. Jest bezlitosny w swoim dochodzeniu prawdy, momentami może wydawać się wręcz nieczuły. Deer sam wspomina, że ktoś zapił się na śmierć w następstwie opublikowanych przez dziennikarza informacji i kwituje to słowami "dobra historia". Nie cofa się przed niczym, jest całkowicie oddany sprawie - na dochodzenie w związku z MMR poświęcił aż 16 lat! Kiedy zaczął rozgrzebywać śmierdzącą sprawę szczepionki i teorii Wakefielda, musiał borykać się z pozwami o zniesławienie, próbami zdyskredytowania swojej pracy, a także bardzo nieprzyjemnymi groźbami - i żadna z tych rzeczy go nie powstrzymała!

Dawka informacji, którą Deer przedstawia nam w swoim reportażu, jest przeogromna. Nie byłam wręcz w stanie przyswoić wszystkich tych wiadomości na raz, dlatego lektura książki zabrała mi trochę czasu. W żadnym wypadku nie uważam tego natomiast za minus - jest to na pewno rzetelny i szalenie interesujący reportaż, który zawiera w sobie wszystko, co powinniśmy wiedzieć o szczepionkowej aferze. 

Deer prowadzi nas poprzez początki życia Wakefielda i powstawania jego teorii, pierwsze badania, metodę ich przeprowadzania i "agitowania" idealnych pacjentów. Opisuje w jaki sposób (i z czyją pomocą) doktor znalazł "wyznawców" na całym świecie, a także jakie były następstwa jego działań. Następnie możemy prześledzić dochodzenie Deera i sądów, które w końcu musiały zainteresować się sprawą. Powiem Wam tyle - im więcej rzeczy wychodziło na światło dzienne, tym bardziej absurdalna wydawała się ta cała sytuacja. Autentycznie. Ja po prostu nie byłam w stanie uwierzyć w to, co czytam...

Mimo że Wojna o szczepionki jest zdecydowanie wartą przeczytania lekturą, nie należy do najłatwiejszych. Niestety, nie pomaga nam w tym momentami dosyć chaotyczna narracja - sama historia jest już mocno skomplikowana i wielopoziomowa, a skoki w czasie i przestrzeni, które stosuje autor, mogą czasem dezorientować odbiorców. Czytanie tej książki wymaga stuprocentowego skupienia, jeśli chcecie zrozumieć wszystkie powiązania i absurdalne teorie Wakefielda, jego kłamstwa i osobiste pobudki, ale też nie mylić ze sobą bohaterów reportażu.

Na koniec chciałabym jeszcze zaznaczyć, iż rozumiem, że rodzice są w stanie zrobić wszystko dla swojego dziecka, postawić świat na głowie i zaciekle walczyć o jego zdrowie, życie i szczęście. Niestety, to nie jest jeden z tych przypadków, a sianie paniki i dezinformacji doprowadza tylko do powstawania kolejnych zagrożeń i to takich, które były już uważane za skutecznie zażegnane. Prawdopodobnie ta książka nie wpłynie na zdanie zatwardziałych antyszczepionkowców, natomiast jeśli ktoś chciałby uzyskać rzetelne informacje (a może przestać się niepokoić) - zdecydowanie je tu odnajdzie.

Artur Urbanowicz - Paradoks

 

Maks Okrągły, student matematyki na gdańskiej uczelni, jest zdecydowanie najlepszy na roku. To niesamowicie ambitny i inteligentny chłopak, ale jego pedantyczność przechodzi wszelkie granice, a próby osiągnięcia jak najwyższej efektywności powoli przeradzają się już chyba w chorobę. Wszystko musi zawsze zrobić idealnie, każdą najdrobniejszą rzecz sprawdzić tysiąc razy, żeby na pewno nie popełnić błędu. Za błędy chłopak sam dotkliwie się każe. 

Jego perfekcyjnie opanowane życie zaczyna się rozsypywać na kawałeczki, gdy chłopak spotyka... swojego sobowtóra. Oczywiście już wcześniej przydarzały mu się dziwnie rzeczy, trudne do wytłumaczenia sytuacje, paranoiczne myśli i majaki, ale czy to możliwe, by sobowtór był kolejnym urojeniem? Czy naprawdę może go prześladować chłopak wyglądający tak samo jak on?

Maks zdecydowanie nie należy do bohaterów których możemy lubić - jest przemądrzały, zadufany w sobie, na każdym kroku próbuje zademonstrować swoją wyższość nad przeciętnymi ludźmi (czyli w sumie nad wszystkimi oprócz siebie), a gdy rozmawiał z ojcem, nawet ja czułam się nieswojo, czytając jego bezczelne odzywki. Wykorzystanie tak nieprzyjemnej postaci w roli głównego bohatera może być nieco ryzykowne (i uciążliwe dla czytelnika), a jednak w jakiś sposób można się do niego przywiązać, a nawet mu współczuć! 

Ogromny wpływ na życie chłopaka ma matematyka, więc jej motyw niesamowicie często pojawia się w historii i muszę przyznać, że mały nerd w moim serduszku cieszył się na każde jej wspomnienie (mimo że nie znoszę rachunku prawdopodobieństwa!). Ale podczas pisania tej recenzji bardzo bałam się że popełnię błąd, że wrzucę tu przypadkiem jakiegoś stracha na wróble, zastosuję odwróconą implikację, dowód anegdotyczny, fałszywą alternatywę albo krzywdzący kwantyfikator ogólny, które tak bardzo raziły głównego bohatera.  

Objętość książki może wydawać się przytłaczająca, ale nie przestraszcie się tych sześciuset stron - naprawdę czyta się je tak szybko, że nawet nie poczujecie upływającego czasu. Zresztą - jest tu zdecydowanie dużo więcej innych rzeczy, których powinniście się bać! 

Niepokój uderza w nas już podczas czytania pierwszego rozdziału, który idealnie wprowadza czytelników w nieco mroczny i upiorny klimat. Potem na chwilę groza staje się mniej zauważalna (gdy śledzimy w miarę normalne życie Maksa), żeby powoli wracać i coraz bardziej narastać, napędzana jeszcze kolejnymi dziwnymi, trudnymi do zrozumienia wydarzeniami, aż w końcu dochodzi do kulminacyjnego, przerażającego momentu. 

Urbanowicz zdecydowanie potrafi trzymać czytelników w niepewności! Umiejętnie buduje napięcie, utrzymuje naszą ciekawość dzięki wartkiej fabule i ciągłym zwrotom akcji. Każde kolejne wydarzenie sprawiało, że historia komplikowała się coraz bardziej i coraz mniej prawdopodobne było odnalezienie jakiekolwiek racjonalnego wyjaśnienia. Najbardziej nie dawało mi spokoju właśnie to, jak Urbanowicz poradzi sobie z zakończeniem - jak chce rozwiązać tę zagmatwaną i niecodzienną zagadkę.

Zazwyczaj, czytając tego typu historie, boję się, że ostatecznie autor postawi na bardzo zwyczajne i banalne zakończenie, które nijak będzie się miało do budowanego przez całą opowieść klimatu. Ale w przypadku Paradoksu na szczęście się nie zawiodłam! Urbanowicz serwuje nam wybuchową mieszankę  horroru, thrillera psychologicznego, kryminału i sci-fi, z których wybiera najlepsze elementy i umiejętnie łączy je w ekscytującą i nieszablonową całość. 

W historię wplecione zostały także nawiązania do poprzednich książek autora (których ja niestety jeszcze nie czytałam, ale sama zauważyłam jedno odniesienie do Inkuba, który oczywiście jest już na mojej liście). Nie jestem więc w stanie ocenić Paradoksu na tle pozostałych powieści autora, jednak moje pierwsze spotkanie z nim uważam za niesamowicie udane i zdecydowanie nastawiam się na więcej!

Lisa Sanders - Szukając diagnozy

Medyczne zagadki, nieoczywiste przypadki, trudne do postawienia diagnozy - Lisa Sanders spotyka się z nimi na co dzień. Opisuje je w formie krótkich felietonów w swojej kolumnie Diagnosis dla The New York Times Magazine, a teraz część z nich została wydana właśnie w Szukając diagnozy

Książka jest podzielona na osiem rozdziałów ze względu na główne objawy, z którymi zgłaszali się zagadkowi pacjenci. Zaczynamy więc od gorączki, przechodzimy do niewinnego, wydawałoby się, bólu brzucha i głowy, następnie nadchodzą duszności, urojenia i utrata przytomności, wysypka i osłabienie. W każdym z nich autorka przedstawia różne przypadki, z którymi spotkała się ona lub jej przyjaciele po fachu.

Muszę przyznać, że mam bardzo mieszane odczucia co do tej książki. Z jednej strony, większość historii ostatecznie mnie zawodziła, zawsze liczyłam na coś więcej, a wszystko kończyło się tak... mało ekscytująco. 

Z drugiej, nie mogłam się oderwać. To zapewne ze względu na formę książki - króciutkie rozdziały, które pozostawiają po sobie niedosyt i aż proszą, żeby powiedzieć "jeszcze tylko jeden", po którym przychodzi "no dobra, ten był krótki, jeszcze jeden", a potem "to już będzie ostatni" i tak w kółko. 

To duża zaleta - książkę czyta się naprawdę szybko. Jednak zdolności pisarskie Sanders nie zachwycają, a może po prostu sam pomysł nie jest zbyt trafiony. Zdecydowanie brakowało mi tu budowania napięcia, jakiegoś zwrotu akcji, przedstawienia nietypowych przypadków w bardziej intrygujący sposób. 

Najbardziej boli mnie to, że te medyczne zagwozdki mogłyby być naprawdę fascynujące, gdyby odpowiednio je zobrazować. Jednak Sanders postawiła raczej na suche fakty - opisane w przystępny dla czytelnika, ale niezbyt zachęcający sposób. Czasem autorka pokusiła się o jakiś mały suspens, ale to nie uratowało książki. Nie odczułam żadnej niepewności, ekscytacji, czy dreszczyku emocji, które obiecywał blurb na okładce. 

Lisa Sanders była konsultantką przy serialu Dr House i może to sprawiło, że spodziewałam się czegoś więcej. Wiem, że w telewizji zazwyczaj wszystko jest rozdmuchane i nieco naciągane, bo jakoś trzeba przyciągnąć uwagę widza, ale przecież czytelnika też należy zachęcić do czytania! U House'a historie były zdecydowanie bardziej ekscytujące, ktoś prawie umierał, ktoś już tracił nadzieję na wyleczenie, a lekarze biegali w pośpiechu przy dźwięku alarmowo piszczącej aparatury.

Może osoba z wykształceniem medycznym odnajdzie w tej książce naprawdę fascynującą lekturę i doceni przedstawione tu nieoczywiste przypadki. Jednak taki laik jak ja potrzebuje czegoś, co go zainteresuje - jeśli już nie ekscytacji i niepewności, to przynajmniej czarnego humoru jak w książkach Adama Kay'a. 

Beth O'Leary - Zamiana

Z powodu straty, której doświadczyła rok temu, Leena nie daje sobie rady w pracy i w końcu zostaje wysłana na przymusowy dwumiesięczny urlop. Jest przerażona taką ilością wolnego czasu, ponieważ dotychczas rzucanie się w wir obowiązków pozwalało jej zapomnieć o smutku. Eileen, jej babcia, w wieku siedemdziesięciu lat została sama, gdy jej mąż uciekł z młodszą instruktorką tańca, i próbuje odnaleźć się w tej nowej sytuacji.

Kiedy Leena przyjeżdża na weekend w rodzinne strony, nagle rodzi się pomysł, by kobiety na dwa miesiące zamieniły się swoim życiem. Eileen w końcu będzie miała szansę podbić Londyn, o czym marzyła za młodu, i zamieszka z ekscentrycznymi znajomymi wnuczki, podczas gdy Leena przejmie jej obowiązki w miejscowym komitecie, zajmie się domem, ogrodem i wypocznie na wsi.

Muszę przyznać, że w całej tej historii zdecydowanie najbardziej urzekający są bohaterowie - barwni, ciekawi, niemal realni i zapadający w pamięć. Ich rozmowy są niewymuszone i zabawne, a relacje pełne ciepła. Moją faworytką jest Eileen - ta kobieta jest przecudowna! Zachowuje się zupełnie inaczej, niż oczekiwalibyśmy po siedemdziesięciolatce - jest pełna werwy, odrobinkę szalona, pogodna, silna, samowystarczalna, nie boi się wyzwań, a z drugiej strony martwi się i troszczy o wszystkich, ma w sobie ogromne pokłady miłości i zawsze służy dobrą radą - jak na babcię przystało. Jednak O'Leary należą się również gratulacje za świetnie wykreowane postaci drugoplanowe! 

Zamiana nie jest niestety równie pomysłowa i oryginalna, co Współlokatorzy, co odrobinę mnie zawiodło, ponieważ poprzednia książka autorki była taka świeża i zaskakująca. W tej wątek miłosny jest bardzo oklepany i przewidywalny, możemy się również zgodzić, że sam motyw tytułowej zamiany nie jest już pierwszej świeżości.

Na szczęście autorka nadrabia te niedociągnięcia... całą resztą. Jej lekkie pióro sprawia, że powieść czyta się niesamowicie przyjemnie. Dialogi są błyskotliwie poprowadzone, bohaterowie podbijają nasze serduszka, a po drodze czeka nas też kilka niespodzianek i zwrotów akcji!

Warto wspomnieć, że w Zamianie poruszone zostają również poważne tematy. Nasze główne bohaterki to kobiety skrzywdzone, porzucone. Książka mówi o trudnych relacjach rodzinnych, żalu, tłumionym gniewie, poczuciu zaniedbania, radzeniu sobie z bólem i stratą. Czasami musimy wywrócić swój świat do góry nogami, by w końcu odnaleźć siebie. A czasami okazuje się, że to, czego szukamy, jest tuż pod naszym nosem. 

Lektura tej książki sprawiła mi ogromną przyjemność. Zamiana jest bardzo uroczą, grzejącą serduszko, ale momentami również bolesną, smutną i wzruszającą historią. Powieści O'Leary mają w sobie to coś, idealne wyważenie komedii i realnych problemów prawdziwego życia, które przeplatają się ze sobą, tworząc cudowne historie, zdecydowanie warte przeczytania. 

Brigid Kemmerer - A Curse So Dark and Lonely

Przed Wami kolejny retelling Pięknej i Bestii, historii starej jak świat (see what I did there?), którą wykorzystała już cała rzesza pisarzy - między innymi Maas i Sapkowski (tak!). Wydawałoby się, że to opowieść tak często odgrzewana, że nie jest już w stanie niczym nas urzec. A jednak Kemmerer się to udało!

Przedstawiona przez nią historia aż tchnie baśniowością i magią, jest odrobinę mroczna (co uwielbiam), ale ma w sobie też mnóstwo bardzo przyjemnych i grzejących serduszko momentów (co również mnie cieszy!). Ogromnym plusem jest pomysł autorki, by w roli Pięknej obsadzić dziewczynę zdecydowanie odbiegającą od archetypu - ale dopiero z książki dowiecie się, o co chodzi. 

Setki lat temu zła czarownica rzuciła klątwę na Rhena, księcia Emberfall. Żeby ją złamać, chłopak musi oczywiście sprawić, by zakochała się w nim dziewczyna. Ma na to tylko kilka miesięcy, ponieważ po tym czasie zamienia się w przerażającą, opętaną żądzą krwi bestię, co zazwyczaj sprawia, że kandydatka ucieka. Czas zostaje cofnięty i rozpoczyna się kolejny cykl, kolejna szansa na odnalezienie miłości i zerwanie klątwy. 

Jednak, gdy na zamku przypadkiem pojawia się Harper, nadzieje Rhena szybko umierają. Jest zupełnie inna od dziewczyn, które zazwyczaj przybywają do Ironrose. Nie pozwala się omamić pięknymi słówkami, nie wpada w zachwyt na widok koronkowych sukien i lśniącej biżuterii. I w kółko powtarza, że na pewno nie zakocha się w księciu. 

Matka Harper jest umierająca, a nieodpowiedzialny, tonący w długach ojciec ściągnął na głowę dziewczyny i jej brata groźnych bandziorów, dlatego rodzeństwo musiało szybko dorosnąć i nauczyć się walczyć o siebie w tej ponurej rzeczywistości. Dzięki temu nasza Piękna nie jest delikatną i wymuskaną panienką, tylko twardą dziewczyną z krwi i kości, zadziorną, butną, samodzielną i sprawiającą wiele kłopotów. 

Na szczęście Rhen szybko dostosowuje się do sposobu bycia Harper i zamiast oczarowywać ją kwiecistymi komplementami, przez większość czasu prowadzi z nią kłótnie, pełne zaczepek i przekomarzania. I obydwoje są w tym naprawdę uroczy! 

Bohaterowie powieści w ogóle dają się lubić. Są wyraziści, zabawni, uszczypliwi i widać, że autorka poświęciła wiele czasu na stworzenie tak barwnych indywidualności. Narracja została poprowadzona z punktu widzenia Harper i Rhena, ale kolejną istotną (i moją ulubioną) postacią jest Grey, osobisty strażnik księcia, który idealnie pasuje do tej historii. Kemmerer udało się nawet przekonująco oddać fakt, że nasi panowie, zamknięci w pętli, mają już dobre kilkaset lat i czasami są swoim wiekiem bardzo znużeni. 

Było tutaj co prawda kilka nieścisłości i niedomówień. Już na samym początku powieści nieszczególnie przemawiał do mnie fakt, że Harper, zabrana nagle z ulic Waszyngtonu i wrzucona do średniowiecznego zamku, podczas brawurowej ucieczki zdołała zwrócić uwagę na tysiąc małych detali, co skutkowało kilkustronnicowymi opisami okolicy. Jednak to i parę innych małych niedociągnięć nie wpłynęło na mój jak najbardziej pozytywny odbiór książki. 

To naprawdę niesamowicie wciągająca i przyjemna powieść, której wprost nie da się odłożyć na półkę, a zakończenie sprawi, że nie będziecie mogli się doczekać kolejnej części (ja na pewno nie mogę!). W dodatku wydaje mi się, że następne książki będą już tylko luźną wariacją, mocno odbiegającą od motywu Pięknej i Bestii, z czego bardzo się cieszę, bo dzięki temu autorka będzie miała okazję rozwinąć inny wątek, który niesamowicie mnie zaciekawił!

Recenzja
A Curse So Dark and Lonely
Brigid Kemmerer

Morgan Audic - Jaskółki z Czarnobyla

Każdy z nas słyszał o Czarnobylu - owianym złą sławą miejscu katastrofy jądrowej, do której doszło, gdy 26 kwietnia 1986 przegrzał się rdzeń reaktora numer 4 w elektrowni atomowej. Wybuch, który nastąpił w wyniku awarii, pozbawił domu tysiące ludzi i skaził ogromne tereny, ale stał się również jednym z najbardziej sensacyjnych wydarzeń naszych czasów. Nic dziwnego, że dzisiaj turyści z całego świata przybywają tłumnie na Ukrainę w poszukiwaniu mocnych wrażeń. Jednak pewnego dnia znajdują ich zbyt wiele. 

Jedna z wycieczek zauważa w Prypeci, mieście widmie, ewakuowanym po wybuchu, a obecnie udostępnionym do zwiedzania, ludzkie ciało zawieszone na szczycie budynku. Na miejsce zostaje wezwany kapitan Josif Melnyk, poczciwy milicjant starszej daty, dla którego rozwiązanie tej sprawy może być jedyną szansą, by wyrwać się z Czarnobyla. 

Wszystko nieco się komplikuje, gdy okazuje się, że ofiarą morderstwa jest Leonid Sokołow, syn byłego rosyjskiego ministra energetyki i bardzo wpływowego człowieka - Wiktora Sokołowa. Oraz że trzydzieści lat wcześniej (dokładnie w dzień wybuchu w czarnobylskiej elektrowni i również w tej okolicy) w podwójnym morderstwie zginęła Olga Sokołowa - matka Leonida. Wiktor nie zamierza czekać aż ukraińska policja podejmie odpowiednie działania i wysyła na miejsce Aleksandra Rybałko. Mężczyzna idealnie nadaje się do roli prywatnego detektywa - w końcu za dziecka mieszkał w Prypeci, płynnie posługuje się ukraińskim i nie ma zbyt wiele do stracenia, a bardzo dużo do zyskania. 

Narracja została podzielona między dwóch głównych bohaterów, którzy niezależnie od siebie prowadzą śledztwo i chcą osiągnąć... nieco inny efekt końcowy. Zarówno Mielnyk, jak i Rybałko są silnymi, ciekawymi i bardzo dobrze wykreowanymi postaciami. Ponadto, ich złożone życie osobiste i problemy bardzo urozmaicają historię, nadają jej głębi i wprowadzają czytelników w trudne realia i konflikty panujące dzisiaj na terenach Ukrainy i Rosji. 

Dzięki podwójnej narracji możemy też śledzić rozwiązywanie spraw morderstw (teraźniejszego i tego z przeszłości) z dwóch odmiennych punktów widzenia - oficjalnego policyjnego dochodzenia i tajnej akcji pod przykrywką. Każdy z bohaterów zabiera się za śledztwo z innej strony i odkrywa przed nami nieco odmienne informacje, ale równocześnie wszystko zmierza do jednego wielkiego punktu kulminacyjnego, podczas którego nie będziecie mogli usiedzieć na miejscu z emocji.

W książce cudownie został oddany postradziecki klimat, panujący w państwach powstałych po rozpadzie ZSRR. Ludzie jeżdżą w ładach, wakacje spędzają w daczach i palą tanie biełomory. Rosyjskie i ukraińskie nazwy oraz wyrażenia są ładnie przetłumaczone na polski, a wiele nieznanych nam pojęć, historycznych faktów lub przedmiotów zostało krótko opisanych, by czytelnik miał pełny obraz sytuacji. 

Autor idealnie zbudował napięcie - akcja rozwija się powoli, ale bardzo realistycznie, a kolejne elementy na naszych oczach składają się w całość. Książka ma ponad 500 stron, ale czyta się ją w mgnieniu oka i naprawdę nie można się od niej oderwać! Wprowadzonych zostaje tu tyle ciekawych postaci i pobocznych wątków, które urozmaicają naszą przygodę, z drugiej strony nie odwracają uwagi od głównego motywu kryminalnego.

Wybór Czarnobyla i Prypeci jako głównego miejsca akcji uważam za strzał w dziesiątkę. Tło nadaje historii naprawdę niepokojący klimacik, a sama opowieść jest bardzo brutalna i momentami przerażająca. W dodatku podczas lektury zostaniemy uraczeni wieloma informacjami na temat katastrofy w elektrowni (zainteresowanym polecam również serial HBO Czarnobyl, oczywiście, jeśli jakimś cudem jeszcze go nie widzieliście). 

Czy coś jeszcze zostało do dodania? Jaskółki z Czarnobyla to naprawdę niesamowicie dobry kryminał! Oprócz wzorowo poprowadzonej fabuły, która będzie zaskakiwać Was do ostatnich stron, znajdziecie tu też barwne, interesujące postaci, zapadniecie się w ponury, przytłaczający klimat i na pewno będziecie się świetnie bawić. Nic tylko czytać!