Elizabeth Acevedo - Na ostrym ogniu

Emoni nie może się w pełni cieszyć beztroskim życiem zwyczajnej nastolatki. W końcu już w wieku czternastu lat została samotną matką, a teraz łączy wychowanie dwuletniej córeczki z nauką w liceum i dorywczą pracą w fastfoodzie. Ale kiedy wchodzi do kuchni, nagle wszystko przestaje mieć znaczenie i zaczyna się magia. Spod jej dłoni wychodzą potrawy, które nie tylko cieszą podniebienie, ale też leczą duszę. Jednak czy Emoni w natłoku obowiązków znajdzie wystarczająco dużo czasu, by spełniać swoje kulinarne marzenia?

Piękna, przykuwająca uwagę okładka nie zdradza, że historia przedstawiona w książce wcale nie jest taka prosta i przyjemna. Emoni, oprócz oczywistych dylematów, które są udziałem każdej nastolatki, boryka się także z wieloma innymi poważnymi problemami. W bardzo młodym wieku spadła na nią ogromna odpowiedzialność, przez co dziewczyna musiała szybko dorosnąć i nauczyć się przedkładać szczęście i dobro swojego dziecka ponad własne.

W dodatku matka Emoni nie żyje od wielu lat, a jej ojciec jest niedojrzały, nieodpowiedzialny i więcej czasu poświęca na pomoc obcym ludziom, niż swojej własnej córce. Jej złamane serduszko boi się ponownie komuś zaufać, tym bardziej, że musi chronić już nie tylko siebie, ale także swoją małą córeczkę. Często dochodzi też do nieprzyjemnych konfrontacji między nią a byłym chłopakiem (ojcem Dziecinki).

Pomimo tych wszystkich smutnych, niekomfortowych i poważnych tematów, książkę czyta się bardzo przyjemnie. Jasne, że czasem nas denerwuje albo smuci, momentami żal nam Emoni i tego, że nie może żyć beztrosko, jak powinna dziewczyna w jej wieku. Na szczęście główna bohaterka ma w sobie mnóstwo dobrej energii, a jej przemyślenia i podejście do życia są bardzo dojrzałe i naprawdę mądre.

Jeśli liczycie na porywającą lekturę, Na ostrym ogniu najprawdopodobniej Was zawiedzie. Książka nie oferuje niesamowicie atrakcyjnej linii fabularnej ani oszałamiających zwrotów akcji, jest raczej statyczna. Nie dąży też do żadnego szczególnego punktu kulminacyjnego, co sprawia, że możecie zacząć się zastanawiać, o czym w ogóle jest ta powieść. Sama długo czekałam na... coś, na jakiś moment, w którym nagle okaże się, że historia ma głębszy sens lub drugie dno. Ale nic takiego się nie pojawiło. 

I wiecie co? Ostatecznie wcale mi to nie przeszkadzało. Prawda jest taka, że spokojne tempo ma swój urok, a przy okazji książę czyta się tak szybko, że nawet nie zauważycie, kiedy nadejdzie koniec. Acevedo położyła nacisk na realne aspekty normalnego życia - bez zbędnej dramy, za to jak najbardziej przejmujące i ciekawe. W jej historii utalentowana dziewczyna walczy o swoje marzenia, matka chce zapewnić jak najlepszą przyszłość dziecku, a nastolatka poznaje chłopaka.

Miłym akcentem okazały się przepisy, które znajdziemy w niektórych rozdziałach, i w ogóle opisy jedzenia oraz gotowania w wykonaniu Emoni - są takie barwne, żywe i mają w sobie odrobinę magii. Kocham też wszystkie hiszpańskie wstawki, które pojawiły się w tekście (zazwyczaj padały z ust babci Emoni) i byłam super szczęśliwa za każdym razem, gdy udało mi się coś zrozumieć! Jeśli jednak nie jesteście wystarczająco biegli w tym języku, możecie być spokojni - z tyłu znajdziecie słowniczek!

Niestety, tłumaczenie było momentami naprawdę okropne. Zresztą korekta również. Oprócz niezliczonej liczby literówek, pojawiły się tutaj też przykłady rażąco złej składni albo całe słowa wrzucone bez sensu: "masz chcesz iść na lody?".

Byłam miło zaskoczona tą książką - nie spodziewałam się po niej tak poważnych tematów, nie dostarczyła mi też wielu ekscytujących momentów, a jednak naprawdę bardzo mi się spodobała. To miła lektura na jedno popołudnie, która w przystępny sposób mówi o naprawdę ważnych sprawach, a od Emoni można się wiele nauczyć na temat bycia sobą, dystansu i dążenia do celu. 

Simon King, Clare Nasir - Jak pachnie deszcz?

Czemu huragany mają imiona? Gdzie, kiedy i dlaczego możemy zobaczyć zorze polarne? Czy Słońce próbuje nas zabić i zniszczyć Ziemię? Czy możemy sterować pogodą? Jakim cudem żaby spadają z nieba?

Odpowiedzi na te i wiele innych pytań odnajdziecie właśnie w Jak pachnie deszcz? Nowa pozycja autorstwa dwójki angielskich meteorologów zawiera w sobie przeogromną dawkę fachowej wiedzy, wiele ciekawostek i otwierających oczy informacji. Wiedzieliście na przykład, że opady przelotne to nie to samo, co deszcz?! Tyle lat oglądania prognozy pogody żyłam w błędzie!

Książka jest napisana bardzo przystępnie w formie odpowiedzi na przeróżne pytania. Zostały one tematycznie podzielone na kilka rozdziałów, jednak można je bez problemu czytać w zupełnie przypadkowej kolejności i niezależnie od siebie. Ze względu na ten fakt niektóre informacje lub definicje pojawiają się kilka razy (w różnych odpowiedziach), co jednak nie razi jakoś szczególnie, nawet kiedy czytacie cały tekst po kolei, a na pewno będzie wyjątkowo pomocne dla tych, którzy postanowią zaglądać do niego wyrywkowo.

Niestety wydaje mi się, że pozycja ta była nieco nierówna pod względem przekazywanych tu informacji. Z jednej strony autorzy tłumaczą nam, dlaczego zmieniają się pory roku, co należy raczej do elementarnej wiedzy, którą posiedliśmy już w podstawówce. Ale zdarza im się też zahaczyć o naprawdę wysoki naukowy poziom. Najprawdopodobniej znajdziecie tutaj sporo informacji, o których już wiecie i zjawisk, które sami jesteście w stanie wytłumaczyć, ale na pewno ogromna część Was zaskoczy i zaciekawi.

Cudownym akcentem był między innymi opis klimatu panującego na innych planetach Układu Słonecznego - jako że uwielbiam wszystko związane z kosmosem, daję autorom ogromnego plusa za ten pomysł! Nie można też oczywiście mówić o pogodzie, nie wspominając o zmianach klimatycznych i globalnym ociepleniu. Ostatni rozdział szczególnie zwraca uwagę czytelnika na niebezpieczeństwo, jakie niesie ze sobą pozostanie w obecnym modelu gospodarki, skupiającym się głównie na węglu i paliwach kopalnianych. 

Czy jest to trudna lektura? Na pewno musicie się przygotować na dużo informacji z zakresu geografii i fizyki, jednak są one skrupulatnie tłumaczone. Język, którym posługują się autorzy jest też prosty i przystępny. 

Muszę natomiast przyznać, że przez pierwszą połowę książki bardzo brakowało mi ilustracji, zdjęć i wykresów, które na pewno lepiej zobrazowałyby wszystkie te wznoszące się i opadające strumienie powietrza albo różnice między cumulusami i stratusami. I kiedy tak rozpaczałam nad tym rażącym brakiem i niedopatrzeniem, nagle... pojawiły się ilustracje! Szkoda, że stało się to dopiero w połowie książki, bo na pewno czytałoby się ją jeszcze przyjemniej!

A teraz nadszedł czas, żeby przyczepić do kilku nieścisłości, które pojawiły się w tekście. Wiecie, ja nie jestem jakimś super ekspertem, ale gdy już opisuje się siły, działające na kropę wody, to miło byłoby nie pomijać kilku całkiem istotnych. Z innych "wpadek" - w jednym miejscu znajdziemy informację, że około 68% słodkiej wody na Ziemi jest uwięzione w lodowcach, kilka stron później zmienia się to już na 75%. A takie błędy, mimo że drobne, działają mi na nerwy.

Powiem tak - były w tej książce fragmenty, które niesamowicie mi się podobały, ale znalazły się też takie, przy których moja głowa powoli opadała i niestety nie przyswajała zbyt wiele informacji z czytanego tekstu. Na szczęście jej forma pozwala nam nawet ominąć niektóre momenty i dalej bawić się świetnie (oczywiście nie namawiam do tego)! To przyjemna i ciekawa lektura, a wiedza, którą w niej znajdziecie, może okazać się naprawdę przydatna! Dzięki tej książce spojrzycie na niebo z nowej perspektywy, po raz pierwszy odróżniając od siebie poszczególne typy chmur i możliwe, że uda Wam się nawet stwierdzić bez zaglądania do internetu, czy jutro będzie padać!

Jakub Małecki - Saturnin

Saturnin Markiewicz oprócz bardzo oryginalnego imienia nie jest wstanie pochwalić się niczym szczególnym. No, może jeszcze swoją wagą ponad stu kilogramów i osiągnięciami w podnoszeniu ciężarów, czym namiętnie zajmował się w liceum. W pewnym momencie musiał jednak pożegnać się z marzeniem o zostaniu sławnym trójboistą, więc teraz, w wieku lat trzydziestu, mieszka sam w kawalerce w Warszawie, a na życie zarabia jako sprzedawca.

Jego matka rozwódka, żyje na wsi ze swoim ojcem, milczącym, zamkniętym w sobie dziewięćdziesięciolatkiem, który całe dni poświęca pracy, a wieczory spędza wpatrując się w zarośnięty dół, który przed laty był stawem. Pewnego dnia dziadek znika bez śladu, a Saturnin wraca do rodzinnego miasteczka, by pomóc mamie go odnaleźć. Okazuje się jednak, że mogą odkryć znacznie więcej niż to, czego szukali.

Już kiedyś, przy okazji recenzji innej powieści Małeckiego (Nikt nie idzie), wspominałam o tym, że jest to mój autor-wyjątek, po którego książki sięgam w ciemno, mimo że na co dzień nie jestem fanką takich pozycji. Jednak u Małeckiego najzwyklejsze nawet wydarzenia nabierają magii, a opisy brzmią jak poezja. Sposób w jaki operuje słowem sprawia, że serduszko łopocze mi z zachwytu za każdym razem, gdy trafiam na wyrażenie w stylu: "moja mama niesie półtora kilograma słońca w dużej niebieskiej materiałowej torbie". W tej historii również odnajdziemy realizm magiczny i niepokojący oniryzm, a granica pomiędzy światami będzie momentami płynna i rozmyta. 

Saturnin jest cudownie skonstruowaną powieścią, w której bieżące wydarzenia przeplatają się z retrospekcjami z życia głównych bohaterów, ich opowieściami, wspomnieniami i listami, powoli składającymi się w jedną całość. Na naszych oczach historia zaczyna się układać z pojedynczych kafelków, aż w końcu nabiera kształtu obraz Saturnina, jego dzieciństwa, lęków i marzeń, a także okoliczności jego przyjścia na świat, związek rodziców i wydarzenia z przeszłości dziadka.

Mimo wielu przeskoków między różnymi punktami widzenia, postaciami i momentami w czasie, narracja jest bardzo płynna, dynamiczna i niezmiernie absorbująca. Zdecydowanie wpływa na to również niepokojący i abstrakcyjny zabieg (po który Małecki nie sięga zresztą po raz pierwszy), za pomocą którego przedstawia najbardziej mroczne fragmenty tej historii. A także jego postaci - prawdziwe, charakterystyczne i wielowymiarowe. 

W Saturninie poznajemy smutną historię rodziny, na której swoje piętno odcisnęła wojna. To też opowieść o marzeniach, które nigdy nie będą mogły się spełnić, obietnicach sprzed lat, których za wszelką cenę chce się dotrzymać, poczuciu winy, braku pewności siebie, wpływającym na każdy aspekt życia, potrzebie akceptacji i zniekształconych relacjach rodzinnych. Ale to także głęboko intymna książka - w końcu autor wykorzystał w niej historię swojej własnej rodziny. 

Małecki bez wątpienia potrafi wpływać na emocje czytelnika. Jego powieści są głęboko poruszające, przejmujące i dające do myślenia, a ze wszystkich, które dotychczas przeczytałam, ta zrobiła na mnie największe wrażenie - zarówno ze względu na emocje, towarzyszące mi podczas czytania (i już po zakończeniu lektury), jak i na sam pomysł, który jest niesamowicie ciekawy! Prawdę mówi opis na okładce - zmarli faktycznie otrzymują tu głos. 

Simon Beckett - Chemia śmierci

David Hunter pracuje jako lekarz rodzinny w małej miejscowości na końcu świata. Nikt z jego pacjentów nie wie, że jeszcze trzy lata wcześniej prowadził ambitną karierę jednego z najlepszych antropologów sądowych i służył ekspertyzą przy policyjnych śledztwach. Ani że uciekł do tego miasteczka, żeby zapomnieć o osobistej tragedii. Jednak, gdy dzieci podczas zabawy odnajdują w lesie zwłoki, Hunter nie może już dłużej ukrywać swoich wyjątkowych umiejętności i wiedzy. Tym bardziej, że po pewnym czasie znika kolejna kobieta i zaczyna się wyścig z czasem.

Książki z cyklu o Doktorze Hunterze czytałam już chyba z pięć razy i swojego czasu byłam tak oczarowana tym motywem, że poważnie rozważałam karierę medyka sądowego/kryminologa. Okazało się, że w Polsce nie mamy ogromnego zapotrzebowania na tego typu usługi (szkoda!) ani Trupiej Farmy, więc praca ta nie byłaby prawdopodobnie równie niesamowita, co w książce.

Trochę żartuję, bo w końcu nikomu nie życzę źle, ale Beckett opisał tutaj zawód Huntera tak ciekawie, że brzmi jak najlepsza praca na świecie! Albo to ze mną jest coś nie tak, bo czytanie o rozwoju larwalnym much plujek i stadiach rozkładu naprawdę mnie fascynuje. 

Motyw medycyny sądowej zapewnia nam zupełnie inny rodzaj kryminału niż standardowy, w którym głównym bohaterem jest zazwyczaj policjant/detektyw, najlepiej z problemem alkoholowym, a całe śledztwo obserwujemy od strony działania funkcjonariuszy. Ten niecodzienny pomysł urzekł mnie już przed laty i dalej uważam, że to świetny zabieg! Nie tylko wprowadza do gatunku miłą odmianę, ale też na pewno spodoba się każdemu, kogo choć trochę ciekawi chemia, biologia, medycyna czy antropologia.

Beckett wprawnie kreuje niepokojący, thrillerowy klimat - niektóre sceny naprawdę sprawiają, że ciareczka powoli wspina się nam po kręgosłupie. W dodatku akcja rozgrywa się w małej, hermetycznej społeczności, której członkowie myślą, że znają się nawzajem, aż tu nagle... spada na nich nieszczęście i okazuje się, że jednak nie wiedzą o sobie wszystkiego. Ta atmosfera braku zaufania, gdy nawet najbliżsi sąsiedzi zaczynają patrzeć na siebie podejrzliwie, udziela się także czytelnikowi. A napięcie i aura niepewności będą się utrzymywały przez cały czas czytania książki.

Obiecuję Wam, że będziecie chcieli połknąć tę historię w całości - ze względu na przyjemny, lekki styl pisania Becketta, stworzoną przez niego ciekawą fabułę, interesującą postać głównego bohatera, całą tę naukową otoczkę, która jest niezmiernie atrakcyjna, no i oczywiście zagadkę, którą spróbujecie rozwiązać razem z Hunterem. I wiecie co? Napięcie w tej powieści jest wręcz namacalne i tak dobrze zbudowane, że, nawet gdy już przypomniałam sobie, kto zabił, dalej nie mogłam usiedzieć w miejscu z emocji!

Powrót do przygód doktora Huntera był niesamowicie przyjemny i na pewno nie robię tego po raz ostatni. Natomiast jeśli Wy nie czytaliście jeszcze książek z serii Chemia śmierci, to polecam je z całego serduszka. Tym bardziej w nowej odsłonie Wydawnictwa Czarna Owca (chociaż mam sentyment do starego wydania, to nie mogę udawać, że to nowe nie jest świetne!).

Margaret Owen - Wrona

Gdybyś przyszedł na świat w Saborze, należałbyś do jednej z grup panującego tam systemu kastowego. Oczywiście najlepiej byłoby, gdybyś urodził się jako Feniks - członek kasty królewskiej, której przyrodzonym darem jest Ogień. Mógłbyś też być Pawiem i roztaczać wokół siebie urok i Powab, albo Łabędziem, skąpanym w aurze Pożądania, uczoną Sową z darem Pamięci, Sokołem, nieustraszonym wojownikiem, Żurawiem, który zawsze wie, czy ktoś mówi Prawdę. Natomiast zdecydowanie nie chciałbyś być Wroną. 

Wrony stoją najniżej w hierarchii i są traktowane jak istoty gorszego gatunku. W dodatku jako jedyna kasta nie mogą się pochwalić żadnym przyrodzonym darem. To pariasi, których nikt nie darzy nawet odrobiną szacunku, chociaż spełniają niesamowicie istotną rolę - jako jedyni są odporni na działanie wielkiej zarazy, która przetrzebia mieszkańców Saboru. Dlatego celem ich istnienia jest okazywanie miłosierdzia - wymierzanie szybkiej śmierci ofiarom zarazy, palenie zwłok, a potem posłuszne schodzenie ludziom z oczu. 

Fe jest Wroną. Jest też wronią czarownicą, potrafi więc używać magii innych kast, wykorzystując w tym celu zęby lub kości ich członków. Dziewczyna prowadzi w miarę spokojne życie (jeśli można tak w ogóle nazwać rzeczywistość, w której wszyscy Cię nienawidzą i życzą Ci śmierci), do momentu, gdy jej stado zostaje wmieszane w niebezpieczne rozgrywki i spisek. Misja, której mają się podjąć, będzie wymagała wielu poświęceń, bólu i zachodu, a także pokonania uprzedzeń i nienawiści, trawiących społeczeństwo Saboru, co może okazać się w tym wszystkim najtrudniejsze. 

Owen zabiera nas w podróż do fascynującego i bardzo oryginalnie wykreowanego świata - z jednej strony mrocznego, z drugiej pełnego barw i przesyconego magią najróżniejszej maści. Już sam system kastowy, w którym poszczególne grupy są obdarzone różnymi rodzajami magicznych darów, nadających im konkretne funkcje w społeczeństwie, jest naprawdę świetny. A przedstawienie ich przy pomocy gatunków ptaków to bardzo pomysłowy akcent. System magiczny jest ładnie zbudowany i ciekawy, widać, że autorka dobrze go przemyślała i poświęciła mu dużo uwagi, za co ją uwielbiam! Szczególnie urzekł mnie motyw zębów i kości, a przezwisko "kościokrad" brzmi super, musicie przyznać sami!

Zresztą cała ta książka to combo przeróżnych cudownych fantastycznych motywów, których pewnie nikt nawet nie próbowałby ze sobą zestawić. A Owen postanowiła zaszaleć i wyszło jej to niesamowicie! Dlatego znajdziecie w tej historii między innymi jeźdźców mamutów. Skąd? Jak? Dlaczego? A kogo to obchodzi, skoro to brzmi tak super?!

Bohaterowie zostali ładnie wykreowani, są charakterystyczni, zapadają w pamięć, ich dialogi  są błyskotliwe, a zachowania naturalne i takie... niewymuszone. Bardzo dobrze utożsamiają też cechy poszczególnych kast, a na stronach książki poznamy przedstawicieli wielu z nich. Fe (kocham w ogóle imiona Wron i to w jaki sposób są im nadawane - ale o tym dowiecie się z książki!) to przyjemna główna bohaterka - nie jest irytująca, ma charakter i ogólnie jest przykładem silnej kobiecej postaci, a takie uwielbiam. 

Wrona jest napisana lekko, przystępnym językiem, niekiedy stylizowanym na lekko archaiczny, co tylko dodawało książce uroku i klimatu. Autora ma przyjemny styl, potrafi zbudować akcję i (dzięki Bogu) tworzy całkiem przekonujące sceny walki. I, mimo że ogólny zarys fabularny nie jest jakoś niesamowicie oryginalny (dobra, nawet na pewno nie jest), jest to zdecydowanie wciągająca historia. A oryginalne pomysły Owen sprawiają, że czyta się ją jeszcze lepiej!

Jestem tak mile zaskoczona tą książką - na początku oczywiście w oko wpadła mi jej cudowna okładka, ale dopiero treść, ciekawy system magiczny i nieprzeciętne pomysły autorki zdobyły w pełni moje serduszko (chociaż tak naprawdę byłam sprzedana już po kilku pierwszych stronach)! A teraz niecierpliwie czekam na drugą część!

Susanne Collins - Ballada ptaków i węży

Ile razy zastanawialiście się, jak czarny charakter zasłużył na rolę antagonisty? Co sprawiło, że stał się "tym złym"? W końcu będziecie mogli poznać odpowiedź na to pytanie - oto nadszedł czas, byśmy poznali historię Coriolanusa Snowa, najbardziej znienawidzonej postaci w całej trylogii Igrzysk śmierci. Gdy podczas dziesiątych Głodowych igrzysk osiemnastoletni Snow został wytypowany do roli jednego z mentorów, nikt nie wróżył mu jeszcze przyszłości w roli prezydenta Panem (może oprócz jego babci). W dodatku przydzielono mu trybutkę z (a jakże) Dwunastego Dystryktu! A jednak to właśnie od tego momentu jego życie, a także sposób przeprowadzania Igrzysk zaczęły przechodzić wielką przemianę.

Jeśli obawialiście się, że najnowsza powieść Collins nie dorówna pokochanej przez tysiące ludzi trylogii, że to tylko sposób, by dalej wyciskać pieniądze ze źródełka i będzie przez to dużo gorszej jakości, śpieszę, żeby Was uspokoić. Nie zamierzam, co prawda, zagłębiać się w motywy, które skłoniły autorkę do napisania Ballady, ale efekt końcowy zdecydowanie mnie nie zawiódł. Wręcz przeciwnie - uważam, że to najlepsza część! 

Po pierwsze widać, że Collins się rozwija, że nie spoczęła na laurach po niekwestionowanym sukcesie poprzednich książek i dalej może stworzyć coś naprawdę dobrego. Ta część była zdecydowanie najlepiej napisana! Z jednej strony obfitowała w zwroty akcji, a czytelnikowi ciągle towarzyszył taki nieuchwytny rodzaj niepokoju. Z drugiej natomiast, był to bardzo interesujący portret psychologiczny.

Po drugie (to akurat moje całkowicie subiektywne i indywidualne odczucie, z którym jak najbardziej możecie się nie zgadzać) Katniss była po prostu irytująca. Jej zachowanie przez większość czasu okropnie mnie drażniło. A Snow jest naprawdę fascynującą postacią! To ambitny, inteligentny, nieugięty i niesamowicie zaradny chłopak, który przeżywa głęboki konflikt wewnętrzny - między uczuciami i moralnością a pogonią za władzą i potęgą.

Przyznaję, że przez większość czasu trudno było mi połączyć tego czarującego chłopca z cuchnącym krwią tyranem, który posyła ludzi na śmierć bez mrugnięcia okiem. Oczywiście, w jego zachowaniu momentami widać wyrachowanie, okrucieństwo i manię kontrolowania wszystkich i wszystkiego, ale równocześnie jest to część osobowości, z którą jeszcze stara się walczyć. Dlatego obserwowanie, jak się zmienia, jak powoli kształtuje się w nim ten bezduszny potwór, którego znamy z trylogii, jest jeszcze bardziej pasjonujące. Przez cały czas próbowałam wypatrzyć moment, w którym Snow ostatecznie przestanie walczyć i stanie się zły. 

Bardzo podobał mi się również pomysł Collins, by pokazać konflikt między Kapitolem a Dystryktami od drugiej strony - jakie piętno odbił on na Kapitolu i jego mieszkańcach, co utracili, jak wpłynęły na nich straszne wydarzenia i lata, gdy musieli znosić niedostatki wojny, przeżywać bombardowania, głodować i marznąć. Pokazuje, że Kapitolczycy to też ludzie, nie tylko feeria kolorów i nieczułych ekstrawaganckich indywiduów, których znamy z poprzednich książek. I to jest najbardziej realistyczne przedstawienie wojny - nieważne, kto jest "tym dobrym", a kto "tym złym" - ludzie, którzy cierpią, znajdują się po obydwu stronach.

Znajdziemy tutaj też oczywiście wiele nawiązań do poprzednich książek (a raczej do kolejnych części), mnóstwo wstawek, które aż błagają nas, żebyśmy zaraz po przeczytaniu Ballady sięgnęli ponownie po trylogię i spojrzeli na wszystko nowymi oczami! W końcu w tej części dowiadujemy się na przykład, jak Głodowe Igrzyska przybrały znaną nam formę!

Naprawdę trudno jest uczynić z głównego bohatera powieści kogoś, kogo nienawidzą z całego serca wszyscy czytelnicy i nakłonić ich, żeby spróbowali zobaczyć w nim człowieka. A Collins świetnie się to udało. Nie dość, że stworzyła wielowymiarowego, niezwykle interesującego bohatera, to jeszcze wprowadziła zamęt w uczucia swoich odbiorców - bo jak ostatecznie powinniśmy patrzeć na Snowa? Będziecie musieli sami odpowiedzieć sobie na to pytanie po przeczytaniu książki! 

Wasilij Machanienko - Droga Szamana. Etap 1: Początek

Dimitrij Machan, specjalista do spraw bezpieczeństwa komputerowego, zakłada się z nowo poznaną dziewczyną, że uda mu się sforsować założone przez nią zabezpieczenia systemu. Zakład wygrywa, ale niestety przy okazji przegrywa życie, bo trochę niesprawiedliwie zostaje skazany na osiem lat więzienia. Swoją karę będzie odbywał w Barlionie - a dokładniej w kopalni miedzi "Pryka".

Barliona jest grą w wirtualnym średniowiecznym świecie, doprawionym magią, a więźniów wykorzystuje się w niej do zbierania surowców, które następnie są sprzedawane pełnoprawnym graczom. W tym celu spędzają oni cały swój wyrok w podtrzymujących życie kapsułach, podczas gdy ich wirtualne postaci machają kilofem w którejś z setek cyfrowych kopalni. Więźniowie mają szansę opuścić swoje miejsce zsyłki i odbyć resztę wyroku we wspólnym świecie gry, jeśli tylko zdobędą wystarczająco dużo Złotych Monet lub Szacunku. Niewielu się to udaje...

Ale właśnie na to liczy Machan! Jednak po drodze czeka go nieoczekiwanie wiele wyzwań. Będzie musiał, między innymi, grać losowo wygenerowaną postacią - taką, którą nigdy wcześniej się nie interesował, więc nic nie wie ani o jej rozwijaniu, ani specjalnych umiejętnościach i wszystkiego musi się nauczyć dopiero w kopalni (bez dostępu do samouczków!). A my uczymy się razem z nim! 

Dzięki temu dowiadujemy się większości rzeczy na bieżąco, razem z naszym bohaterem. A, jako że książka ma charakter gry, informacje otrzymujemy za pomocą komunikatów i definicji, które są generowane na przykład, gdy Machan zdobywa nowe osiągnięcie. 

LitRPG, czyli mieszanka książki z grą, jest nowym nurtem w literaturze i bardzo kreatywnym pomysłem! To połączenie jest naprawdę niesamowicie ciekawe i nadaje powieści super geekowego charakteru, który uwielbiam! W dodatku gra została utrzymana w klimacie fantasy z krasnoludami, elfami i orkami, więc jestem w niebie. Cały ten świat i język tak niesamowicie mnie cieszy! Mały geek w moim serduszku podskakuje z radości (niczym wewnętrzna bogini Anastasi Steele w Grey'u) za każdym razem, gdy pada słowo takie jak "quest". 

Książka jest zabawna, dobrze napisana, a przede wszystkim niesamowicie wciągająca! Ze wstrzymanym oddechem czekacie na to, jakie looty wylecą z mobów, śledzicie statystyki i wszystkie wyskakujące komunikaty i przez cały czas czujecie się tak, jakby to Wasza postać właśnie dostała +2 do Siły, 200 punktów Doświadczenia albo awansowała na nowy poziom. Wiecie co? Aż nabierzecie ochoty, żeby pograć w Barlionę!

Machan przez większość czasu sprawia wrażenie gracza idealnego. Jest piekielnie bystry, inteligentny i potrafi oszukać grę na tysiąc sposobów. Przy okazji to całkiem miły gość - dba o swoich kolegów, zdecydowanie lubi się poświęcać, ale potrafi też postawić się i walczyć o swoje. Przeczytałam w jakiejś recenzji, że jest wyidealizowany i rzeczywiście - raczej nie ma żadnych większych negatywnych cech, ale nie przeszkadza mi to jakoś szczególnie. Chociaż nie ukrywam, że faktycznie przynajmniej raz coś mogłoby pójść nie po jego myśli. 

Gra tak naprawdę staje się całym życiem i rzeczywistością Machana, ale oprócz niej autor serwuje nam jeszcze fabularny wątek życia bohatera poza Barlioną, który też ma potencjał, choć w tej części został tylko delikatnie zarysowany. W każdym razie i Machan, i my mamy jeszcze wiele przedmiotów do zdobycia, lokacji do eksplorowania i skillów do nauczenia!

Śpieszę więc poinformować, że jeśli zastanawialiście się, czy taki śmieszny mash-up gatunkowy może wypaść dobrze, to odpowiedź brzmi: zdecydowanie może! Po pierwszej części mogę śmiało stwierdzić, że na razie udaje się świetnie! Nie wiem, jakim cudem nigdy wcześniej nie słyszałam o Drodze Szamana, ale cieszę się, że w końcu poznałam tę historię. I Wam polecam zrobić to samo! 

George Zaidan - Składniki. Osobliwa chemia tego, co jemy i czym się smarujemy

Czy patrząc na tytuł tej książki, też macie wrażenie, że powinna opisywać niebezpieczne i szkodliwe składniki w tysiącu przeróżnych rzeczy, których codziennie używamy lub które jemy? Bo ja właśnie takie wyobrażenia miałam o tej pozycji. Okazało się jednak, że jest... trochę o czymś innym, niż się spodziewałam.

Większa część Składników nie skupia się stricte na chemicznym składzie otaczającego nas świata, a na przeglądzie danych z przeróżnych badań na temat kilku wybranych substancji. Przy okazji opisuje też sposób przeprowadzania tychże badań (na przykład ich różne rodzaje), opracowywania wyników (i jak można w nich pokłamać, żeby otrzymać coś, co chcemy otrzymać) oraz tego, jak trudno jest uzyskać wystarczająco wiarygodne dane, żeby na ich podstawie móc stwierdzić z jakim prawdopodobieństwem coś może nas zabić i o ile skróci nasze życie. To bardziej opracowanie wyników i wniosków płynących z dotychczasowych badań, a następnie przeniesienie ich na przystępną, popularnonaukową mowę. Sam autor zaznacza, że zajmuje się tłumaczeniem języka nauki na taki nasz, codzienny.

Nie zrozumcie mnie źle, wcale nie żałuję, że książka ostatecznie przybrała taką, a nie inną formę. Styl Zaidana jest zabawny i błyskotliwy, a sama pozycja zawiera niesamowicie dużo ciekawych informacji. To bardzo przyjemna lektura, która dostarcza nie tylko rozrywki, ale też naprawdę sporo przydatnej wiedzy i świetnych anegdotek, które można potem opowiadać znajomym na imprezach - "Wiecie, co sprawia, że na basenie pachnie, jak pachnie? Myślicie, że to chlor? Otóż, muszę Was zmartwić...".

I to też nie do końca tak, że wcale nie ma tutaj tych tytułowych składników - autor skupia się po prostu na kilku wybranych produktach. Porusza na przykład kwestię kremu do opalania i tego, w jaki sposób chroni nas (lub nie chroni) przed poparzeniem i rakiem skóry. Wspomina też o tych 70 rakotwórczych substancjach, które znajdziemy w papierosach. Tutaj chyba nie trzeba nikomu tłumaczyć, że są one raczej szkodliwe, a jednak! Zaidan zabiera nas w naukową podróż, przedstawiając długotrwały proces zbierania dowodów, które ostatecznie udowodniły negatywny wpływ porannego papieroska na zdrowie (popołudniowego zresztą też).

Jeśli jesteście już zainteresowani tematem, ale chemia nigdy nie była Waszą najmocniejszą stroną i obawiacie się trochę tego aspektu, to śpieszę zapewnić Was, że zupełnie nie powinniście się nim przejmować. Zaidan posługuje się prostym językiem - zupełnie nienaukowym, wręcz potocznym. W dodatku używa dowcipnych, uroczych rysunków i mnóstwa abstrakcyjnych porównań, dzięki którym w przystępny (i przezabawny) sposób tłumaczy nawet najbardziej zawiłe naukowe procedury i chemiczne procesy. Wiele skomplikowanych aspektów zwyczajnie upraszcza, żeby dało się je łatwiej przyswoić. A jego nerdowski humor jest po prostu cudowny!

Do tej pozycji trzeba po prostu odpowiednio podejść. Jeśli sięgniecie po nią z myślą, że dostaniecie zero-jedynkową odpowiedź na pytanie, czy przetworzone jedzenie albo krem do opalania mogą nas zabić i w którym roku naszego życia ta śmierć nadejdzie, to możecie czuć się zawiedzeni. Zaidan postanowił zamiast tego pokazać nam szerszą perspektywę. Próbuje zachęcić nas do własnych rozważań i uświadomić, dlaczego nie powinniśmy ślepo wierzyć w każdy clickbaitowy nagłówek, który wyskoczy nam w internecie. 

Nie odnalazłam w tej książce odpowiedzi na wszystkie pytania, które miałam, gdy do niej siadałam, ale zamiast tego dowiedziałam się wielu innych interesujących rzeczy (a skończyłam studia chemiczne, więc w sumie troszkę wiem zarówno o chemii, jak i o procesie badawczym, pisaniu artykułów naukowych i ich recenzowaniu). Składniki czyta się naprawdę świetnie, a nie dość, że poszerzają nasze horyzonty, to jeszcze możemy się przy nich cudownie bawić!

Jeff Guinn - Co się stało w Jonestown? Sekta Jima Jonesa i największe zbiorowe samobójstwo

Jak niepozorny, trochę dziwny chłopiec z niezamożnej rodziny stał się pomazańcem bożym? Jak zjednał sobie tysiące ludzi, którzy poświęcali życie jego wizji? Jaka droga wiodła od kościoła, którego misją było niesienie pomocy, do największego samobójstwa w nowożytnym świecie?

18 listopada 1978 roku 909 osób popełniło zbiorowe samobójstwo w Jonestown, amerykańskiej osadzie Świątyni Ludu w Gujanie. Przez kilka kolejnych miesięcy cały świat żył tym tragicznym wydarzeniem, które do dzisiejszego dnia pozostaje jedną z najbardziej wstrząsających historii w dziejach Ameryki (a nie ukrywajmy, są to raczej krwawe i smutne dzieje).  

Zachowało się nagranie z dnia, gdy doszło do samobójstwa. Słychać na nim płacz, krzyki i prośby, a na pierwszym planie wybija się głos Jima Jonesa, założyciela Świątyni, który namawia wiernych do zabicia swoich dzieci, a potem siebie. Ale do tego okropnego, przerażającego wydarzenia dochodzi dopiero pod koniec tej historii. Najpierw reportaż skupia się na wszystkim, co do niego doprowadziło - a było tego całkiem sporo.

Tekst jest niezwykle wyczerpujący, to naprawdę ogromna dawka wiedzy - w końcu książka ma prawie 700 stron! Guinn nie pominął żadnego aspektu życia Jonesa - od dzieciństwa, roli, jaką odegrali jego rodzice, pierwszych związków, ślubu, początków działalności, przeciwności, na które się natykał i wielu, wieeeelu innych rzeczy (o których nie zamierzam Wam pisać, żebyście mieli po co czytać tę książkę), aż do jego śmierci.

Autor opiera się na relacjach byłych wiernych, którzy opuścili Świątynię na którymś momencie jej rozwoju, a także kilku ocalałych, którym udało się uniknąć zbiorowego samobójstwa. Wykorzystuje historie Zatroskanych Krewnych, używa materiałów, przechowywanych przez Instytut Jonestown - listów, dokumentów i nagrań z wielogodzinnych kazań Jonesa, a także protokołów z rozprawy sądowej. Czasami bazuje też na swoich własnych obserwacjach i przemyśleniach (wtedy zaznacza ten fakt).

Książka jest bardzo dobrze napisana - nie tylko pod względem merytorycznym, ale również stylistycznym. Czyta się ją niesamowicie dobrze, narracja została umiejętnie i ciekawie poprowadzona, w odpowiednich chwilach budując napięcie lub uderzając w emocje czytelnika. Jedyny szkopuł, to moment, w którym nagle Świątynia zaczęła się bardzo szybko rozwijać. Wydaje mi się, że był on dla odmiany zbyt pobieżnie opisany.

Guinn często i dobitnie kładzie nacisk na to, że Jonesowi nie chodziło tylko i wyłącznie o nieograniczoną władzę i odgrywanie Boga. Że w jakimś stopniu faktycznie chciał pomagać ludziom. W końcu Świątynia Ludu wyróżniała się między innymi tym, że była jednym z pierwszych "kolorowych kościołów", a Jones głośno wygłaszał swoje antyrasistowskie poglądy i walczył z nierównością społeczną, zaś większość wyznawców pozyskiwał w czarnych, biednych dzielnicach. 

Z drugiej strony był niekwestionowanym mistrzem słowa i manipulacji, upozorowywał mistyczne uzdrowienia, żerując na łatwowiernych, miał też urojenia i wyimaginowanych wrogów. Był hipokrytą - czuł, że on i jego najbliżsi są ponad zasadami, które sam narzucił reszcie swoich wyznawców. Bezgraniczne uwielbienie zaślepiło go i przekonało o własnej wielkości do tego stopnia, że w końcu mianował się Bogiem. Ingerował w każdy aspekt życia wiernych - od tego, gdzie śpią i w co się ubierają, do tego, z kim mogą wziąć ślub czy też uprawiać seks. A mimo wszystko większość tych ludzi do ostatnich chwil życia patrzyła na niego z miłością, spijała absurdalne wizje i pomysły z jego ust niczym nektar, a w końcu razem z nim poszła na śmierć. 

Szczerze? Cały czas miałam nadzieję, że ta historia jednak skończy się inaczej, że ktoś zapobiegnie bezsensownej śmierci setek ludzi (w tym dzieci!). Niestety, nie możemy wymazać przeszłości i zapobiec tej katastrofie. Zamiast tego Guinn stara się odpowiedzieć na pytanie, co sprawiło, że tak wielu ludzi było gotowych opuścić swoje rodziny i dotychczasowe życie, złożyć swój los w rękach obcego faceta, a w końcu umrzeć w imię jego wizji. A także kim ostatecznie był Jones - dobrym człowiekiem, który chciał nieść pomoc i walczyć o równe prawa, czy wytrawnym manipulatorem, megalomanem, dążącym do zyskania wiecznego uwielbienia? 

George Orwell, Odyr - Folwark zwierzęcy

Myślę, że nawet ci, którzy nie czytali Folwarku, mają jako takie pojęcie, o czym jest ta powieść. Zwierzęta, zmęczone okropnymi warunkami życia, głodem, wyzyskiem i pracą ponad własne siły, postanawiają zbuntować się przeciwko ludziom, wyganiają swojego dotychczasowego właściciela i zaczynają same zarządzać farmą. Jako że najmądrzejszymi stworzeniami są świnie, to im przypada sprawowanie pieczy nad nowo powstałą społecznością. Niestety okazuje się, że uzyskana "wolność" szybko zmienia się po prostu w kolejną formę niewoli - jednak tym razem ładnie opakowaną w podniosłe słowa i idee.

Twórczość Orwella od dziesięcioleci zachwyca swoim satyrycznym sposobem przedstawiania świata i jego bolączek. Folwark zwierzęcy jest, obok Roku 1984, jedną z jego najbardziej znanych powieści i należy do książek, które po prostu trzeba przynajmniej raz przeczytać. Historia została tu przedstawiona w nieco innej odsłonie, w której główną rolę odgrywa często stosowany w bajkach dla dzieci antropomorfizm, przez co cała opowieść zyskuje baśniowy charakter. 

A ta bajkowość aż się prosi, żeby zaprezentować ją w formie graficznej! Ekspresyjny styl i ciemne kolory są nieco niepokojące, a dzięki temu idealnie oddają charakter powieści. Ilustracje sprawiają wrażenie wręcz niedbałych - kreska jest rozmyta, niektóre postaci zostały przedstawione za pomocą samych konturów.  Na stronach pojawia się stosunkowo niewiele tekstu, a jednak zawarte w nim zostały najważniejsze informacje i główny przekaz Folwarku.

Historia w prosty sposób obrazuje niepokojące autora trendy i wyznawane przez niego prawdy - krytykę totalitaryzmu i nierówności społecznych. Odnajdziecie w tej powieści nawiązania do znanych reżimów i ustrojów politycznych. To alegoria początków komunizmu, antyutopia, w której wzniosłe słowa i obietnice szybko zostają zapomniane lub wypaczone. Władza w niepowołanych rękach (czy też racicach) jest nadużywana, zaczyna kontrolować każdy aspekt życia swoich obywateli, a główna zasada Folwarku, czyli "wszystkie zwierzęta są równe", zyskuje dopisek "ale niektóre są równiejsze". Chciałoby się powiedzieć, że to tylko przerażająca wizja, która nigdy nie powinna się ziścić. Niestety wszyscy znamy ją już z lekcji historii.

Dla tych, którzy już znają tę powieść, ta książka na pewno będzie miłym przypomnieniem. U tych, którzy po raz pierwszy spotkają się z bohaterami Folwarku, pozostanie niedosyt, który aż prosi, żeby zabrać się za oryginał Orwella. A przy okazji we wrześniu Wydawnictwo Jaguar wyda graficzny Rok 1984, którego nie mogę się doczekać!

Laura Kneidl - Someone new

Po cudownej duologii Jednak mnie kochaj, która podbiła serduszko moje i wielu, wielu innych osób (jeśli jeszcze jej nie czytaliście, bardzo Was zachęcam), Kneidl przychodzi do nas z zupełnie nową historią (z jeszcze ładniejszą okładką!). 

Micah ma bogatych rodziców prawników, wychowała się w zbytkach i całe życie myślała, że należy do szczęśliwej, kochającej rodziny. Niestety, to wyobrażenie zaczęło się rozpadać, gdy jej brat został wyrzucony z domu po tym, jak rodzice nie zaakceptowali faktu, że jest gejem. Zapadł się pod ziemię i wygląda na to, że tylko Micah się tym przejmuje. Stara się go za wszelką cenę odszukać, podczas gdy jedynym zmartwieniem jej rodziców jest wymyślenie najbardziej wiarygodnej wymówki jego nieobecności dla swoich bogatych, wysoko postawionych znajomych. 

W dodatku na imprezie, organizowanej w domu rodziców, Micah poznaje kelnera, Juliana, i przypadkiem doprowadza do jego zwolnienia. Niedługo potem okazuje się, że chłopak jest jej nowym sąsiadem i nieszczególnie chce przyjąć jej przeprosiny ani utrzymywać z nią kontakt. A w dodatku ma swoje tajemnice.

Ten opis fabuły (a raczej jej niewielkiej części) może wydawać się niezbyt ekscytujący, ale niech Was to nie zwiedzie - w książce dzieje się dużo, dużo więcej!

Kneidl po raz kolejny pokazuje, że można pisać lekko, przyjemnie i ciekawie, a równocześnie poruszać trudne i bardzo istotne tematy. Bohaterowie Someone new borykają się z tyloma różnymi problemami, od braku akceptacji ze strony najbliższych i wykluczenia ze względu na swoją orientację, przez spełnianie oczekiwań rodziców kosztem swoich marzeń, po nastoletnią ciążę (uwaga, to NIE spojler, tylko historia jednej z pobocznych postaci). Spotykają się oni z ogromną niesprawiedliwością, niezrozumieniem i okropnie krzywdzącymi stereotypami. Ale z drugiej strony, odkrywają też, jak potrzebna jest w życiu przyjaźń i miłość.

Jest tu też zaskakujący wątek, którego zupełnie się nie spodziewałam, ale naprawdę jestem bardzo szczęśliwa i wdzięczna Kneidl za to, że go wykorzystała. To dla mnie główny atut jej książek - autorka nie ma oporów przed sięganiem po naprawdę trudne motywy, porusza mnóstwo kontrowersyjnych tematów, nie boi się  łamać tabu. Jej historie nigdy nie są powierzchowne, czy głupiutkie, zawsze mają głębszy sens, znaczenie i, przede wszystkim, wartość. Duży nacisk kładzie także na ukazanie psychiki swoich postaci i tego, jak ogromny wpływ mają na nich sytuacje, w których się znajdują. Someone new nie jest wyjątkiem. Naprawdę, pokochałam tę książkę jeszcze bardziej w momencie, w którym dowiedziałam się, o czym jest tak naprawdę. 

A w dodatku po prostu dobrze się to czyta. I nieważne, czy jesteśmy akurat świadkami potwornej dramy, kłótni, namiętnych uniesień, miłosnych wyznań (niekoniecznie w tej kolejności), czy na światło dzienne wychodzą najbardziej skryte tajemnice, czy główna bohaterka je śniadanie - każdy z tych momentów jest równie wciągający. 

Lekkie pióro Kneidl kreuje ciekawe postaci, które są takie ludzkie i prawdziwe - mają swoje pasje, nawyki i dziwactwa. Nawet bohaterowie, którzy pojawiają się sporadycznie, otrzymują wyraziste cechy szczególne. Micah i Julian co prawda nie przekonali mnie do siebie równie mocno, co Sage i Luca, ale i tak bawiliśmy się razem bardzo dobrze. Po prostu czegoś mi brakowało w nich i ich relacji. Na pewno nie podobało mi się to, że wydawali się nie mieć za bardzo wspólnych zainteresowań ani tematów, ani czegokolwiek, co faktycznie by ich łączyło, poza swoim uczuciem, co jest, nie ukrywajmy, trochę... smutne. 

Niemniej jednak, są wątki, które powinno się poruszać w literaturze, a już zdecydowanie w literaturze młodzieżowej i young adult, której odbiorcy sami mogą się borykać z takimi problemami i w takiej lekturze odnaleźć ukojenie i akceptację. A jeśli nie są w podobnej sytuacji, to przynajmniej będą mogli się czegoś nauczyć, zrozumieć i wypracować dobre podejście. I książki Kneidl idealnie się do tego nadają. Dostarczają nam dawkę dobrej zabawy, która przy okazji grzeje nasze serduszka, ale też otwiera oczy na coś więcej. 

Robin Wall Kimmerer - Pieśń Ziemi


Na kartach Pieśni Ziemi wykształcona pani botanik, od wielu lat prowadząca pracę badawczą i dydaktyczną na uniwersytecie, spotyka się z wolnym indiańskim duchem, dla którego rośliny to starsi bracia i siostry. A jakby tego było mało, jest ona także poetką, która swoją niesamowitą więź z przyrodą potrafi opisać tak przepięknie, że aż chce się zanurzyć nagie stopy w wilgotnej leśnej murawie. Ta książka to historia kobiety, matki i nauczycielki. To też historia Matki Ziemi. I pierwszej matki, która wypadła ze szczeliny w niebie wprost do oceanu naszego świata.

Z każdego słowa i zdania tej książki przebija ogromny szacunek, jakim Kimmerer darzy przyrodę i wierzenia swoich przodków. To nie tylko Pieśń Ziemi, ale też Pieśń o Ziemi. Autorka snuje przed nami słodko-gorzką opowieść, jak gdybyśmy siedzieli wspólnie przy indiańskim ognisku, czasem doprawioną nutką grozy, zawsze z morałem, z zakończeniem, które daje nam do myślenia. Opowiada o więzi, jaka może istnieć między człowiekiem a naturą, o wzajemnym szacunku, miłości, ale też o obowiązkach, które Ziemia ma wobec nas i tych, które my jesteśmy jej winni (a niezbyt dobrze się z nich wywiązujemy). 

Wszystko w tej książce jest takie barwne, pełne głębi, blasku i nęcąco piękne. Każde zdanie zdaje się pulsować życiem. Pieśni nie czyta się szybko, ją się celebruje. Smakuje się na języku pojedyncze słowa i zwroty, zatrzymuje na chwilę, żeby dokładnie wyobrazić sobie opisywane przez Kimmerer rośliny, zwierzęta i miejsca (albo wyszukuje ich zdjęcia w internecie), rozważa przekonania autorki, rewiduje swoje podejście do życia. 

Język, którym posługuje się Kimmerer jest przepiękny, obrazowy i niezwykle sugestywny. Z jednej strony poetycki, z drugiej bardzo przystępny i lekki. Zachwyca swoją prostotą, a równocześnie niekwestionowanym kunsztem. Autorka potrafi stworzyć za pomocą pióra niesamowity klimat, który sprawi, że zagłębiając się w kolejne rozdziały jej opowieści, poczujecie spokój, akceptację i miłość.

A przy okazji, książka ani przez moment nie wydaje się mdła, przesłodzona, patetyczna, czy irytująco wzniosła, czego odrobinę się obawiałam. Jest za to wzruszająca, łapiąca za serduszko, słodka jak poziomki, które jedliście w dzieciństwie i rześka jak zapach poranku na wakacjach nad jeziorem. 

Z drugiej strony potrafi być też rozdzierająco smutna - uświadamia nam naszą ignorancję, niewdzięczność i niszczycielską naturę, która doprowadziła do ogromnych zniszczeń, zanieczyszczonych zbiorników wodnych, wymarłych gatunków, topiących się lodowców. Ukazuje ogrom ludzkiego okrucieństwa, kiedy przedstawia paskudne działania, jakich podejmowali się koloniści wobec Indian. W końcu jest to też opowieść o przemijaniu i dorastaniu, o rzeczach, które utracimy w ciągu życia, ale także o tych, które możemy zyskać.

Autorka raz po raz zastanawia się, czy da się w pełni szanować przyrodę i żyć z nią w zgodzie w dzisiejszym wszechobecnym konsumpcjonizmie, w którym zawsze mówią nam, że mamy czegoś za mało, ciągle chcemy więcej i wydzieramy to Ziemi, podczas gdy główne zasady Odpowiedzialnych Zbiorów mówią, żebyśmy brali tylko tyle, ile potrzebujemy i nigdy nie więcej niż połowę. Kimmerer zdaje sobie sprawę, że trudno jest przyjąć stare indiańskie obyczaje w naszym konsumpcyjnym świecie. Trudno być wdzięcznym drzewom, które oddały życie za kartkę papieru, którą trzymasz w ręce. Trudno dziękować kwiatom, stojącym w wazonie na Twoim stole, za to, że dały się zerwać. Ale zawsze można próbować!

Czy Pieśń otworzyła moje oczy i od teraz zacznę żyć w zgodzie z naturą i wystrzegać się wszelkiego zepsucia, czy posieję Trzy Siostry na swoim balkonie, będę pozdrawiać przelatującą obok mnie pszczołę i dziękować drzewom za cień? Prawdopodobnie nie, chociażby dlatego, że nie zmieszczę na balkonie kukurydzy, o dyni już nie wspominając (to dwie z Trzech Sióstr).

Wiem natomiast, że była to zachwycająca przygoda, niesamowicie przyjemna, ale też rozwijająca. Wiem także, że coś musi się zmienić w naszym postępowaniu. Że jakkolwiek dziwne by się to nie wydawało nam, dzieciom wiecznego głodu i nieumiarkowania, Ziemi należy się szacunek za wszystkie dary, którymi nas obdarza. Że potrzebuje naszej pomocy. A ta książka jest na pewno krokiem w dobrą stronę.

Jack Campbell - Nieulękły

Legendę Johna "Black Jacka" Geary'ego zna każdy człowiek, zarówno w Sojuszu, jak i we wrogim Syndykacie. W końcu był bohaterem, który w brawurowy sposób poświęcił swoje życie w jednej z pierwszych bitew długiej i wyniszczającej wojny. Został pośmiertnie awansowany do wyższej rangi wojskowej, a jego przydomek pojawił się w każdym podręczniku. 

Cały wiek później oddziały Sojuszu natrafiają na samotną kapsułę ratunkową, unoszącą się w niezmierzonych przestworzach systemu Grendel. W środku znajdują swojego wielkiego bohatera "Black Jacka", który przeżył całe stulecie w stanie hibernacji, a teraz wraca do żywych. Wydarzenia, od których minęło już sto lat zaciekłej wojny, dla Geary'ego miały miejsce dosłownie chwilę temu. Wszyscy jego najbliżsi, przyjaciele i współtowarzysze broni od dawna nie żyją - zresztą, ich dzieci też zdążyły już umrzeć. 

Wciąż nikt nie jest bliżej wygranej, niż w dniu, kiedy wojska Syndykatu zaatakowały Sojusz. Jednak, gdy "Black Jack" powraca z martwych, w ludziach odżywa wiara w to, że ta niekończąca się, wyniszczająca całe pokolenia wojna w końcu zostanie wygrana. Geary musi więc nie tylko odnaleźć się w nowej rzeczywistości, zrozumieć nowoczesną technologię i pogodzić ze śmiercią wszystkich, których znał, ale także sprostać oczekiwaniom, które tysiące pełnych nadziei żołnierzy pokładają w narosłej przez stulecie legendzie.

Przyznaję, że na początku (przez jakieś pierwsze sto stron) nie potrafiłam się wciągnąć w tę historię, a narracja wydawała mi się raczej toporna i drętwa. Momentami dla odmiany stawała się nieznośnie patetyczna, a podniosłe wypowiedzi bohaterów o honorze, walce i poświęceniu przez większość czasu były po prostu miałkie. 

Znajdziemy tu też bardzo typowy podział ról - Syndykat to barbarzyńcy, ciemiężyciele, którzy ograniczają prawa swoich obywateli, wykazują się zerowym poszanowaniem dla życia - zarówno wrogów, jak i swoich własnych ludzi. Ich słowo jest warte tyle, co nic, a okrucieństwo nie zna granic. Po drugiej stronie mamy Sojusz, ludzi czystego serca, dla których najważniejszy jest honor i duma.

Sam Geary jest żołnierzem idealnym - wie, co to obowiązek, bez zająknięcia wykonuje rozkazy, jest mądry, błyskotliwy, z jednej strony to twardziel, z drugiej przejmuje się śmiercią swoich współtowarzyszy, za punkt honoru postawił sobie uratowanie każdego żołnierza we flocie Sojuszu, stara się za wszelką cenę podnieść morale - nie tylko dzięki mocy legendy "Black Jacka", ale także przez najzwyklejsze rozmowy z szeregowcami. 

Jak dotąd nie ma w tej historii niczego szczególnie wyjątkowego, prawda? Na szczęście to jeszcze nie koniec. Otóż w Nieulękłym opisane zostały najbardziej wyjątkowe i najlepsze kosmiczne sceny batalistyczne, jakie dane mi było śledzić. A do tego są całkiem realnie przedstawione! (Oczywiście na tyle, na ile realne mogą być bitwy kosmiczne). 

To nie są Gwiezdne Wojny, w których małe korwety popylają w jedną i drugą stronę z głośnym laserowym pił-pił-pił. Tę książkę odróżnia od innych przede wszystkim to, że zachowany został w niej realizm ogromnych odległości między okrętami. Oznacza to między innymi, że jeśli dwa statki znajdują się w odległości sześciu minut świetlnych, to na wiadomość z jednego trzeba na drugim czekać te 6 minut. Campbell wziął pod uwagę także efekt relatywistyczny, który utrudnia... w sumie wszystko - od komunikacji, przez wykonywanie manewrów, po celowanie we wrogie statki - już przy 0,2 prędkości światła. 

Co prawda sprawia to, że te świetne sceny batalistyczne są strasznie... powolne. Każda reakcja dociera do nas z opóźnieniem. Jeśli ogromny okręt bojowy Syndykatu został zbombardowany w odległości 3 minut świetlnych od nas, to na łunę wybuchu musimy trochę poczekać. I wiecie, co jest w tym najbardziej niesamowite? Że mimo wszystko, lektura trzyma w ogromnym napięciu, a sceny walki czytacie na (dłuuugim) wdechu.

Na szczęście lektura nie jest wyjątkowo skomplikowana, ale wcale nie czyta się jej lekko. Autor poruszył tu mnóstwo problemów - straszne wojenne realia, przemęczenie żołnierzy, tysiące umarłych, dzieciaki, które zaciągają się do wojska, zatracenie swoich wartości, wypaczona moralność, niekompetentne dowództwo. Jest tu też zdecydowanie więcej taktyki wojennej i politycznych utarczek między dowódcami floty niż wartkiej i niesamowicie szybkiej akcji. Chociaż z drugiej strony akcja rozgrywa się przy 0,1 prędkości światła! (Jeśli nie chce Wam się tego liczyć, to jest to 108 milionów km/h)

A do tego dostajemy świetny bonusik, który najprawdopodobniej będzie miał duży wpływ na historię (a przynajmniej taką mam nadzieję!), chociaż teraz został wspomniany tylko mimochodem. 

Przyznaję bez bicia, że nigdy wcześniej nie słyszałam o Zaginionej flocie Campbella, dlatego niesamowicie cieszy mnie to nowe wydanie, dzięki któremu w końcu poznałam historię "Black Jacka". To jedna z najciekawiej skonstruowanych książek sci-fi, jakie czytałam i nie mogę się doczekać dalszych losów floty Sojuszu z Geary'm na czele! 

Erika Engelhaupt - Co za ohyda! Po mrocznej stronie nauki

Jeśli zastanawialiście się kiedyś, czy Wasz pupil będzie ucztował na Waszych zwłokach, jeśli niespodziewanie umrzecie i zostawicie go bez źródła pożywienia, co sprawia, że karaluchy są jednymi z najbardziej niezniszczalnych istot na naszej planecie albo czy faktycznie powinniśmy sikać na poparzone przez meduzę członki, jak w Przyjaciołach, przychodzę z dobrą nowiną. Możecie odetchnąć z ulgą i w końcu odnaleźć upragnione odpowiedzi na wszystkie najdziwniejsze i najobrzydliwsze z nurtujących Was pytań. Ta książka powstała specjalnie dla Was. 

Jednak nie dajcie się zwieźć - chociaż nosi tytuł Co za ohyda!, nie opowiada jedynie o obrzydliwych robalach, które mogą przejąć nasze domy, pasożytach, które zagnieżdżają się w ludzkich mózgach, czy sikach w basenach miejskich. Za tytułową "ohydą" kryje się zdecydowanie dużo więcej, na przykład kwestie, które z niewiadomych powodów od wieków pozostają tematem tabu, takie jak miesiączka i kobiece narządy - przez stulecia wyszydzane i marginalizowane. Wiecie, ile niesamowitych, ale też krzywdzących zwyczajów i zabobonów jest związanych z kobiecym okresem? 

Zresztą, Engelhaupt nie boi się poruszać nawet najbardziej kontrowersyjnych tematów - wręcz przeciwnie, na różnego rodzaju tabu poświęciła cały jeden rozdział! Tak więc nie przeczytamy tylko o niesamowitych zdolnościach adaptacyjnych karaluchów, ale także o... kanibalizmie i nekrofilii! Faktycznie znajdą się tu tematy naprawdę obrzydliwe. Takie, które sprawiają, że człowiek wzdryga się na samą myśl o nich (chociaż każdego z nas może odstręczać co innego). A jednak autorka cały czas stara się nam uświadomić, że wbrew pozorom... lubimy rzeczy obrzydliwe! 

(W końcu czytacie tę recenzję, więc zdecydowanie coś Was do tego ciągnie!)

Przez meandry obrzydliwości i makabry autorka prowadzi nas za pomocą zabawnej, błyskotliwej i niesamowicie wciągającej narracji. Opowiada mnóstwo historii z własnego życia, a na przestrzeni lat doświadczyła wielu abstrakcyjnych przeżyć i odwiedziła naprawdę ogromną liczbę niesamowitych miejsc. Kiedy pisała nowy post na swojego bloga Gory Details (coś jak Drastyczne Szczegóły), a potem do kolumny w National Geographic, robiła gruntowny reasearch, niejednokrotnie odwiedzając instytuty naukowe, fermy czerwi, czy też... degustacje robali! Ta kobieta to dopiero ma życie! 

Wydawałoby się, że nic jej niestraszne i faktycznie - wychodzi z założenia, że w momencie, w którym zagłębia się w jakiś temat, rozkłada go na czynniki pierwsze i opisuje w zabawnej, przystępnej formie, przestaje się go bać! Sama jest raczej ździebko ekscentryczną, ale też niesamowicie sympatyczną osobą i bardzo często można to zauważyć w tej książce. Jej artykuły mogą na pierwszy rzut oka sprawiać wrażenie naukowych, ale czyta się je jak dobre opowieści albo ciekawe anegdotki z imprezy.

Jeśli jeszcze nie przekonałam Was, że to naprawdę niesamowita książka, to dodam tylko, że co chwila będziecie chcieli sprawdzić jakąś ciekawostkę w internecie i nawet się nie obejrzycie, kiedy skończycie, oglądając pana pajączka, który macha kolorowym kuperkiem, żeby zdobyć serce pani pajączkowej swoim tańcem. Mówię Wam - super sprawa! 

Co za ohyda! jest przeogromną dawką ciekawych i zadziwiających informacji, a najlepsze jest to, że wiedza ta nie ogranicza się do jednej dziedziny! Autorka zabiera nas w podróż przez czas i przestrzeń - do egzotycznych krain, naszych piwnic, ale także wgłąb ludzkiego ciała i mózgu. Umiejętnie łączy przeszłość z przyszłością. Często wplata w swoje opowieści stare tradycje dawnych ludów, a z drugiej strony porusza tematy, które w najbliższym czasie mogą zyskać większą popularność lub rozwinąć się i na stałe zagościć w naszej rzeczywistości - czy będziemy mogli przeszczepiać ludzkie głowy? Czy przerzucimy się na wysokobiałkową dietę robalową? 

Książka podzielona jest na rozdziały, w których z kolei znajdziemy po kilka artykułów, traktujących na różne tematy. Teoretycznie można więc czytać ją na raty, wyrywkowo, tylko od czasu do czasu raczyć się kolejną dawką paskudztwa i makabry. Teoretycznie, bo tak naprawdę nie będziecie mogli się od niej oderwać! Czemu czytanie o wszelkiego rodzaju ohydztwach sprawia nam tak dużą przyjemność? Odpowiedź na to pytanie też się tu pojawi.

Ta książka jest genialna! Jestem nią zachwycona i mam nadzieję, że zdołałam Was przekonać, że dokładnie takiej lektury potrzebujecie w swoim życiu! Chciałabym jedynie, żeby została wydana z odrobinę większym rozmachem, ale sama treść spełniła (a raczej przebiła!) wszystkie moje oczekiwania. 

A jeśli chcielibyście więcej książek o podobnej tematyce, to ostatnio polecałam Kiedy umrę, zjesz mnie, kocie?, którą też pokochałam od pierwszego wejrzenia (do recenzji możecie przejść tutaj).

Christina Henry - Alicja

Kiedy Alicji udało się uciec ze Starego Miasta, przez długi czas była w stanie powtarzać tylko nieskładnie jakiś bełkot o mężczyźnie z wielkimi króliczymi uszami. Nic dziwnego, że szybko trafiła do psychiatryka. Ludzie zachodzili w głowę, dlaczego ułożona, bogata dziewczyna z dobrego domu udała się w tak paskudne i niebezpieczne miejsce, jakim jest Stare Miasto? I co jej się tam przydarzyło? Tego Alicja nie pamięta nawet teraz, niemal dziesięć lat później. Tak, tyle właśnie czasu minęło od tajemniczych wydarzeń, które pozbawiły dziewczynę jej życia i skazały na smutną egzystencję w przytłaczających, ponurych ścianach psychiatryka, w którym jej jedynym przyjacielem był Topornik - głos słyszany zza ściany, oko i kawałek brody, widziane przez myszą dziurkę między ich pokojami. 

Wszystko zmienia się w momencie, gdy w szpitalu dochodzi do wypadku i Alicja z Topornikiem wydostają się na zewnątrz. Niestety, nie mogą długo cieszyć się wolnością - na ich barki niemal od razu spada ogromna odpowiedzialność, a zadanie, które ich czeka, będzie tak trudne i niebezpieczne, że dziewczyna nie raz zatęskni za ścianami swojej celi i dawkami ogłupiających proszków. 

Alicja w Krainie Czarów jest dziełem wyjątkowym, abstrakcyjnym, tajemniczym i niepokojącym. Już od ponad stu pięćdziesięciu lat pobudza wyobraźnię kolejnych pokoleń czytelników i pozwala im zanurzyć się wgłąb świata pełnego dziwów, niedopowiedzeń i charakterystycznych, surrealistycznie wykreowanych postaci. Nic dziwnego, że na przestrzeni lat doczekała się wielu przeróżnych adaptacji, opracowań i retellingów. Tym razem historię wzięła na warsztat Christina Henry, autorka horrorów i dark fantasy, która osadziła przygody Alicji w mrocznej i iście makabrycznej scenerii.

W jej książce będziemy mieli okazję spotkać wszystkie najbardziej znane postaci z Krainy Czarów (no dobra, może oprócz Królowej Kier), choć w nieco innej (zazwyczaj dużo paskudniejszej) odsłonie. Sama Alicja  nie występuje tu w roli niewinnej dziewczynki, tylko skrzywdzonej kobiety, która przeżyła piekło. A Stare Miasto zdecydowanie nie zasługuje na miano Wonderlandu. To okrutny i brutalny świat, gdzie na porządku dziennym są wojny gangów, ściąganie haraczy, porwania i mordy na ulicach, zdominowany przez mężczyzn, którzy kobiety traktują jak towar i wykorzystują w celach rozrywkowych albo po prostu gwałcą w zaułkach.  A im głębiej nasi bohaterowie będą się zapuszczać w mroczne uliczki Starego Miasta, tym więcej przerażających rzeczy odkryją. 

W mroczny klimat powieści wpada się od razu, szybko i niepostrzeżenie - niczym wgłąb króliczej nory. Cały czas wisi nad nami (i nad bohaterami) przyprawiający o gęsią skórkę cień tajemniczego, przerażającego Dżaberłaka. Ale oprócz niego w każdej uliczce czyha na bohaterów nowe niebezpieczeństwo - czasami przyziemne, czasami wręcz przeciwnie. Świat wykreowany przez autorkę robi na czytelniku ogromne wrażenie, z jednej strony odstrasza go swoim okrucieństwem, potokami krwi i zdegradowanym społeczeństwem (no chyba, że lubicie takie rzeczy, ja nie będę Was oceniać), z drugiej zaś nęci fantastycznymi motywami i tajemnicami.

Henry postawiła na niejednoznaczne postaci - zarówno Topornik, jak i Alicja nie dają się do końca zdefiniować. Obydwoje zostali doświadczeni przez los, ich zachowania i myśli mogą być momentami bardzo chaotyczne, widać ich wewnętrzną walkę z demonami przeszłości, ale także z samym sobą. Motyw choroby psychicznej i szaleństwa został tu przedstawiony z punktu widzenia samych "szaleńców", co tylko dodaje historii aury oniryzmu i czegoś nie do końca uchwytnego.

Zazwyczaj staram się na bieżąco zapisywać podczas czytania swoje spostrzeżenia, które będę mogła wykorzystać później w recenzji. Otóż, niech głównym wyznacznikiem tego, jak świetną książką jest Alicja będzie fakt, że nie mogłam się od niej oderwać nawet na sekundę. Ani żeby zapisać cokolwiek, ani żeby zmienić pozycję (a ręka ścierpła mi tak bardzo, że prawie umarłam. Ale musiałam doczytać ją do końca!). Ta historia jest naprawdę niesamowita! Nie chcę w żaden sposób umniejszać zasług Carrolla, ale Henry wykorzystała potencjał jego dzieła po mistrzowsku i udało jej się stworzyć cudowną książkę, w której oczarowało mnie wszystko - od samego pomysłu na wykorzystanie i "podrasowanie" tej historii, poprzez mroczny klimacik, na postaciach kończąc.

No i oczywiście trzeba jeszcze wspomnieć o przecudownej okładce i ilustracjach! (To akurat zasługa Macieja Komudy a nie Christiny Henry, ale musicie przyznać, że są idealne!)

Caitlin Doughty - Kiedy umrę, zjesz mnie, kocie?

W tamtym roku skusiłam się na książkę Nekrosytuacje. Perełki z życia grabarza (moją opinię możecie znaleźć tutaj), spodziewając się ciekawej historii pełnej czarnego humoru. Ostatecznie trochę się rozczarowałam, bo pozycja ta nie była szczególnie zabawna. Ale czemu o tym wspominam? Ponieważ okazało się, że wszystko to, czego szukałam w Nekrosytuacjach, odnalazłam w Kiedy umrę, zjesz mnie, kocie?! Ta książka jest po prostu świetna! To idealne połączenie błyskotliwego humoru (często czarnego) i niesamowicie ciekawych informacji.

Zapewniam Was, że zaczniecie się śmiać już podczas czytania wstępu, pomyślicie sobie "ale to będzie cudowna lektura!" i nie będziecie mogli wprost doczekać się, co będzie dalej. Zdradzę Wam, że im dalej, tym lepiej!

Jeśli jednak właśnie pomyśleliście z oburzeniem, że jak to tak można śmiać się ze śmierci i że to się nie godzi, to już wyprowadzam Was z błędu. Autorka zupełnie nie miała zamiaru okazać braku szacunku zmarłym czy też ich krewnym w żałobie. Wręcz przeciwnie! Caitlin Doughty, właścicielka domu pogrzebowego, fanka zwiedzania starych, zapomnianych cmentarzy i aktywistka, poświęca swoje życie na promowanie akceptacji śmierci. Stara się przekonać ludzi, by przestali się bać faktu, że kiedyś każdy z nas umrze, a zamiast tego nauczyć normalnie rozmawiać o przemijaniu i żałobie. Założyła organizację Zakon Dobrej Śmierci (The Order of the Good Death). Promuje również alternatywne metody pochówku, takie jak pochówek naturalny i stara się zrewolucjonizować amerykański rynek pogrzebowy.

W Kiedy umrę, zjesz mnie, kocie? Doughty postanowiła wykorzystać pytania, które bardzo często zadają jej dzieci. Książka podzielona jest na rozdziały, a w każdym z nich autorka odpowiada na jeden z takich interesujących dylematów. Okazało się, że to naprawdę świetny pomysł, bo wszyscy wiemy, że dzieci nie boją się zadawać różnych dziwnych pytań, które dorosłym nie przyszłyby w ogóle do głowy, a nawet jeśli, to pewnie uważaliby za niestosowne zadawać je na głos. 

A w końcu kto nie chciałby znać odpowiedzi na istotne pytanie, czy Twój kot faktycznie zje Twoje gałki oczne, kiedy umrzesz w mieszkaniu, albo czy babcię można po śmierci wysłać w łodzi na środek jeziora i podpalić strzałą. 

Autorka często zwraca się bezpośrednio do czytelnika, tak, jakby faktycznie odpowiadała na pytania małych zaciekawionych dzieciaków - używa zabawnych zwrotów osobowych, spoufala się z nami. Na szczęście nie znaczy to, że tekst został napisany ubogim lub zbyt prostym językiem. Jest błyskotliwy, wciągający, niezmiernie ciekawy, a równocześnie bardzo przystępny. Każde fachowe określenie zostało obrazowo wytłumaczone. 

W swoich odpowiedziach autorka przemyca wiele informacji na temat tego, jak wygląda praca w zakładzie pogrzebowym, ale również w jaki sposób postępuje proces rozkładu po śmierci. Nie powiedziałabym, że jest to książka obrzydliwa albo przeznaczona tylko dla ludzi o mocnych nerwach. Doughty zdecydowanie nie stara się na siłę szokować czytelników (to naprawdę nie jest średniej klasy opowieść w stylu gore). Ale mówi prawdę i to bez owijania w bawełnę, więc jeśli ktoś jest szczególnie wrażliwy, to może powinien się dwa razy zastanowić, zanim sięgnie po tę książkę.

Doughty zdarza się poruszać także kwestie prawne (trudno o nich nie wspomnieć, kiedy jakiś brzdąc zastanawia się, czy będzie mógł w przyszłości przyozdobić kominek czaszką swojego taty). Niestety odnoszą się one jedynie do prawa panującego w poszczególnych stanach Stanów Zjednoczonych. W Polsce natomiast najprawdopodobniej niektóre kwestie mogą się różnić.

Książka została wydana z dbałością o szczegóły, w twardej oprawie, z przyjemną dla oka i zabawną okładką, która (musicie przyznać) już od pierwszego spojrzenia zachęca do przeczytania tej pozycji. A w środku znajdziemy jeszcze urocze ilustracje. 

To naprawdę niesamowicie przyjemna i ciekawa lektura. Niestety, zdecydowanie za krótka! Mam nadzieję, że pozostałe książki Doughty też zostaną u nas wydane, że okażą się równie błyskotliwe i fascynujące i że zyskają rzeszę wiernych fanów. Jestem pierwsza w kolejce! (Edit. jedna z tych pozostałych już została wydana w Polsce!)