Maya Motayne - Nocturna

Wiecie, jaka była moja pierwsza myśl po przeczytaniu Nocturny? "No dobra... nie jestem zachwycona". A przecież ta książka ma wszystko, co powinno mnie zachwycić - przepiękną okładkę, magię, nawiązania do kultury latynoskiej i wystarczająco dużo mrocznych motywów. Faktycznie, okładka to cudo, ta jedna rzecz mnie nie zawiodła. Natomiast cała reszta nie jest już taka kolorowa. Ale wszystko po kolei.

Alfie powraca do swojego królestwa jako nowo mianowany dziedzic, po tym jak książę Dezmin, pierwszy w kolejce do tronu, zginął w przerażających okolicznościach. A przynajmniej tak myślą wszyscy oprócz Alfiego, który upiera się, że istnieje szansa na to, że jego brat żyje, postanawia za wszelką cenę go odnaleźć i przywrócić wszystko do porządku (wspomniałam już, że Alfie bardzo nie chce zostawać królem?). 

Podczas swoich lekkomyślnych i niebezpiecznych poszukiwaniach czarnomagicznych ksiąg, które pomogłyby mu sprowadzić Deza do domu, Alfie poznaje zadziorną i niezależną złodziejkę z mroczną przeszłością (a na imię jej Finn). Ich losy oczywiście łączą się ze sobą poprzez niesamowity zbieg wydarzeń, który to doprowadza do tego, że muszą wspólnie uratować świat przed zagładą, sprowadzoną na ludzkość przez księcia (znów głupio i lekkomyślnie).

System magiczny w książce jest akurat całkiem w porządku. To znaczy, nikt nie wyjaśnił w jaki sposób ta magia sobie w ogóle działa, albo skąd się bierze, ale wiadomo przynajmniej, że najbardziej podstawową i dostępną dla wszystkich odmianą są żywioły. Oprócz tego mamy też magię gabinetową (lubię tę nazwę, jest super!), czyli zaklęcia, które nie przychodzą już naturalnie, tylko trzeba nauczyć się odpowiedniej formuły. 

Ale najważniejsze jest propio, czyli twoja własna i niepowtarzalna zdolność. I tutaj autorka wykazała swoją inwencję twórczą, bo umiejętności głównych bohaterów naprawdę dobrze współgrają z ich charakterem (oprócz głównego bohatera, który raczej nie ma charakteru). Niemniej jednak, ludzi, którzy posiadają propio, można rozpoznać po "niespokojnym" cieniu, który żyje swoim własnym życiem. Z czymś Wam się może kojarzy ten motyw? Bo mi jakoś tak z Nibynocą

Latynoskie nawiązania (które wydają się być całkiem oczywiste, jako że akcja toczy się w mieście San Cristobal, stolicy Królestwa Kastalanii, które jeszcze przy okazji toczyło wojnę z Anglezją) ostatecznie sprowadziły się jedynie do tego, że zaklęcia wykrzykiwano w języku hiszpańskim. Samej latynoskiej kultury było tutaj natomiast... tyle co nic. I to jest ogromny minus w literaturze fantasy - minimalne wykreowanie świata, kiedy można zrobić tak dużo!

Co do mrocznych wątków i motywów, to było ich całkiem sporo - w końcu już sam tytuł Nocturna, oznacza wieczną ciemność, która spowije ziemię. Do tego mamy złego pana, morderstwa, gangsterskie szajki, czyli zdecydowanie rzeczy, które lubię. Dlatego tym bardziej raziły mnie głupiutkie, naiwne wstawki, które sprawiły, że zaczęłam się zastanawiać, ile w ogóle lat mają bohaterowie tej książki. Bo zachowywali się, jakby nie mieli więcej niż trzynaście (albo jakby książka była napisana dla trzynastolatków). I oczywiście zawsze podejmowali najgłupsze z możliwych decyzji, od których chciałeś się po prostu pacnąć w czoło z rezygnacją, tylko po to, żeby można było dalej kręcić na czymś akcję.

A skoro już doszliśmy do bohaterów, to najbardziej polubiłam postać drugoplanową, jedyną, którą Motayne wyposażyła w coś przypominającego osobowość. Główne postaci były dla mnie natomiast dosyć przeciętne i niezbyt wymiarowe, przy czym Finn przez większość czasu po prostu mnie irytowała. Autorka postarała się trochę bardziej przy antagoniście, ale ogólne wrażenie nie jest zbyt dobre. 

Wiecie, jak na debiut, to wcale nie była zła książka. Czytałam zdecydowanie gorsze. Ale nie była też świetna. Od paru lat fantasy przeżywa wielkie bum i powstaje tyle książek, że naprawdę wypadałoby choć odrobinę odejść od najbardziej utartych i wykorzystywanych przez wszystkich schematów. A w Nocturnie nie ma nic nowego, nic niesamowitego... chociaż tak naprawdę nie ma tu w ogóle niczego, co na dłużej przykułoby uwagę. Historia akurat do przeczytania i zapomnienia. Przy okazji, podobno jest baaaardzo mocno inspirowana Odcieniami magii Victorii Schwaab, czego nie mogę potwierdzić, bo nie czytałam tej trylogii, ale jeśli to prawda, to trochę się gryzie z "czymś nowym" w literaturze fantasy. 

Melissa A. Schilling - Genialne umysły. Jak myślą seryjni wynalazcy

Wszyscy słyszeliśmy o Edisonie i jego słynnym E=mc^2, albo o Skłodowskiej, radzie, polonie i Noblu dla kobiety. Doceniamy wagę ich odkryć, ich niesamowity intelekt i poświęcenie dla nauki. Ale czy ktoś z Was kiedykolwiek zastanawiał się, co sprawiło, że słynni wynalazcy, z których spuścizny korzystamy do dziś, dokonali tak ważnych i przełomowych odkryć? Czy możliwe jest, żeby istniał jakiś magiczny zestaw cech szczególnych, które mogą zrobić z kogoś geniusza? Jeśli nigdy nie próbowaliście odpowiedzieć na te pytania, to spokojnie, Melissa Schilling zrobiła to za nas w Genialnych umysłach.


Czytałam w internetach, że ta książka nie będzie zbyt odkrywcza dla kogoś, kto już dobrze zna bibliografie najsłynniejszych wynalazców i odkrywców. Faktycznie coś może w tym być, bo większa jej część to opis życiorysów tych tytułowych "seryjnych wynalazców". Na szczęście dla mnie (i dla tej książki) nigdy jakoś szczególnie nie interesowałam się kompletnym życiorysem Einsteina albo Steve'a Jobsa, dlatego też dowiedziałem z tej książki naprawdę wielu nowych rzeczy. Wiecie, takich bardziej wyczerpujących niż to, że Tesla i Edison prowadzili wojnę o prąd, a Steve Jobs zrobił Apple'a. Naprawdę czułam się jak ignorantka, kiedy dowiedziałam się, jak mało wiem o Jobsie. Ale faktycznie, większość z tych informacji można przeczytać na Wikipedii, tutaj są po prostu zebrane w jednym miejscu z ładną okładką. 


Niemniej jednak, życiorysy wynalazców to nie to, co w założeniu tej książki jest najistotniejsze. Schilling wykorzystuje je jako materiał badawczy, na podstawie którego będzie mogła przeprowadzić swoją analizę i przedstawić wnioski. Odnośnie czego? Otóż tego, czy istnieją jakieś konkretne cechy, które mogą doprowadzić do rozwinięcia u kogoś ponadprzeciętnego intelektu i umiejętności. Albo czy jakieś czynniki otoczenia, w którym rozwija się człowiek, mogą przyczynić się do narodzin geniuszu.

Tymi cechami są między innymi idealizm, czy poczucie własnej skuteczności, natomiast czynnikami - odpowiednie miejsce i czas. Dlatego też badaczka analizuje życiorys poszczególnych przypadków geniuszu, uwzględniając właśnie te elementy i to, jak duży wpływ mogły one mieć na wystąpienie u ludzi ponadprzeciętnych zdolności, dzięki którym w ogromnym stopniu przyczynili się do rozwoju nauki i zasłużyli na naszą pamięć nawet setki lat później. 

Odbywa się to w następujący sposób - każdy rozdział to historia życia jednego z głównych przykładów innowatorskiego geniuszu. Na jej podstawie Schilling przedstawia jedną z cech, które, jak wydedukowała, mogły mieć wpływ na rozwój tegoż geniuszu. Potem natomiast bada, czy dana cecha występowała również u innych badanych obiektów i na tej podstawie wyciąga końcowe wnioski. 

Książę czyta się przyjemnie, ale nie ukrywam, że jest to lektura, podczas której trzeba się naprawdę skupić, żeby skutecznie podążać za ciągiem logicznym w analizie Schilling. Przez niektóre fragmenty trudno jest przebrnąć, ale nie wydaje mi się, żeby wynikało to z ich niesamowitej złożoności (w końcu to nie fizyka kwantowa), tylko raczej bardziej ze sposobu ich opisania. Ale są też dobre momenty, przez które płynie się szybko i przyswaja dużo wiedzy. Równocześnie nie możesz poradzić nic na to, że porównujesz się do opisywanych tu ludzi, zastanawiasz, ile cech wspólnych możesz mieć z największymi geniuszami świata i czy jeszcze jest dla ciebie jakaś szansa. W końcu głównym pytaniem, na które próbuje odpowiedzieć w swojej książce Schilling jest to, czy mamy szansę "wyhodować" taki geniusz w sobie. Końcówka trochę mnie jednak zawiodła, bo ostatecznie nie wiem, czy mam jakąś szansę, czy nie. 

B.B. Easton - Sex/love

Szkolna psycholożka znudzona swoim życiem seksualnym, postanawia powspominać stare czasy i szalone przygody łóżkowe w sekretnym pamiętniku. Jej mąż to ogólnie wzór wszelkich cnót, cudowny mężczyzna, przystojny, inteligentny, ułożony, bogaty. Po psychicznych chłopakach, stalkerach, ćpunach i rockowcach, z którymi spotykała się za młodu, to całkiem miła odmiana, która dała jej stabilizację, normalne, poukładane życie i dwójkę dzieci. Niestety nikt nie jest idealny i mąż BB ma też swoją "mroczną" stronę - w łóżku leży jak kłoda, nie uznaje takich bzdetów, jak trzymanie się za ręce i najprawdopodobniej nie ma żadnych ludzkich uczuć (stąd miano "mężobota"). 

Jednak pewnego dnia Ken (czyli mąż BB) najwyraźniej odkrywa jej dziennik i... postanawia zainspirować się opisaną w nim historią. Kobieta wpada więc na wspaniały pomysł i żeby go rozruszać, zaczyna opisywać coraz bardziej soczyste sceny seksu, traktując je jako terapię behawiorystyczną. 

Styl pisania autorki jest lekki, przyjemny i zabawny. Niekiedy trochę rubaszny albo wręcz wulgarny, bo BB nie boi się używać "brzydkich słów"... albo całych wiązanek. Całą historię poznajemy z zapisów w jej pamiętniku - tym niby sekretnym dla Kena i jeszcze bardziej sekretnym, w którym monitoruje postępy swojej terapii. Książkę czyta się szybko i płynnie. A jeśli chodzi o te części erotyczne, to są jak najbardziej obrazowe, a przy okazji bardzo zgrabnie opisane, bez żadnych cringe'owych określeń ludzkich narządów. 

Nastawiałam się na zabawną komedię połączoną z erotykiem, lekką i głupiutką. I z jednej strony, naprawdę dobrze się bawiłam podczas czytania tej książki. Może nie śmiałam się cały czas i nie do łez, ale doceniam humor BB i były takie momenty, kiedy faktycznie wybuchałam śmiechem. To w sumie mój ulubiony typ humoru, taki abstrakcyjny i głupkowaty. A to znaczy, że niekoniecznie spodoba się wszystkim. 

Ale podczas gdy z połowy książki się śmiałam, druga połowa dała mi depresję. Autentycznie. Kiedy BB opisywała, jak to jej mąż nigdy podczas całego ich dziesięcioletniego związku nie powiedział jej żadnego komplementu i zastanawiała się, czy w ogóle kiedykolwiek ją kochał, było mi jej żal. Naprawdę strasznie jej współczułam. 

W dodatku wszystkie jej związki (włącznie z tym bieżącym) były takie... dysfunkcyjne. I smutne. Zabierając się za tę książkę, zupełnie nie spodziewałam się, że będę musiała zapoznać się z całą gamą patologicznych zachowań patologicznych ludzi, schowaną za fasadą komedii erotycznej. Dziwię się, że nikt nie wspomniał o tym w żadnej recenzji (przynajmniej w tych, które czytałam), bo to była w sumie pierwsza rzecz, która rzuciła mi się w oczy i całkiem porządnie mną wstrząsnęła. 

Na pewno nie jest to pozycja dla wszystkich. Pomijając już fakt, że to erotyk (który miał być w założeniu też historią miłosną - raczej upośledzoną, jeśli mnie spytacie), musicie jeszcze lubić poczucie humoru BB i nie może Was razić cała gama wulgarnych słów, których używa, ani jej kolczyki w sutkach i zgolona na łyso głowa, Nasza główna bohaterka jest całkiem specyficzną osóbką (gdybym kiedyś zobaczyła ją na ulicy w jej czasach młodości, na pewno byśmy się nie zaprzyjaźniły). 

Lukasz Lamża - Światy równoległe

Gdy tylko zobaczyłam okładkę z kotem na fazie, wiedziałam, że muszę mieć tę książkę. A gdy przeczytałam jej podtytuł (Czego uczą nas płaskoziemcy, homeopaci i różdżkarze) wiedziałam, że oto trafiłam do konspiracyjnego raju absurdu. Kocham teorie spiskowe! Pod tym względem jak najbardziej zgadzam się z autorem książki - ludzie potrafią być tak niesamowicie kreatywni w wymyślaniu swoich teorii, a potem faktów popierających te teorie (zaprzeczających zazwyczaj wszelkim prawom fizyki, chemii i racjonalnego myślenia), że nie sposób nie podziwiać tej ich inwencji twórczej! 

W każdym z trzynastu rozdziałów Lamża przybliża nam jedną z chwytliwych "dziwnych teorii", wyjaśnia jej główne zasady i argumenty, których używają jej wyznawcy. Potem zestawia je z faktycznym stanem wiedzy naukowej na obecną chwilę (bo jasne, że w przyszłości ktoś może jeszcze odkryć coś nowego) i wyjaśnia, dlaczego teorie te są z góry przegrane i skazane na pozostanie w mistycznej strefie pseudonauk albo niczym niepopartej konspiry. Godne pochwały jest to, że Lamża zrobił dobry reaserch (obdzwonił nawet kilku niezależnych różdżkarzy!) i skrupulatnie opracował wszystkie za i przeciw. 

Co jest w tym wszystkim najlepsze? Widać szacunek, z jakim napisał swoją książkę. To nie ma być zbiór hejtu i kwasu, to nie ma być wywindowany do granic możliwości sceptycyzm i opluwanie "półmózgów" ani traktowanie ich z góry. Autor naprawdę stara się zrozumieć, co motywuje wyznawców takiej, a nie innej teorii. I nawet jeśli z jednej strony przedstawia nam mity całkowicie abstrakcyjne (jak płaska Ziemia albo kreacjonizm młodoziemski), to z drugiej mówi też o kontrowersyjnych teoriach, które są jak najbardziej na czasie i w które niestety wierzy bardzo wielu ludzi (jak homeopatia... albo ruchy antyszczepionkowe) i wyjaśnia, dlaczego nie są one koniecznie prawdziwe.

Autor skupił się tutaj zdecydowanie bardziej na pseudonaukach (czy też "kiepskich teoriach") niż na teoriach spiskowych (książka, w której ktoś chciałby zawrzeć wszystkie teorie spiskowe musiałaby zostać wydana w jakichś trzynastu tomach). Oczywiście te dwa zjawiska (tzn pseudonauka i teoria spiskowa) są ze sobą zazwyczaj ściśle powiązane, jednak pseudonauka jest o tyle niebezpieczna, że ludzie próbują ją oprzeć o istniejące badania i eksperymenty, zahaczając już o "naukę", co samo w sobie daje im jako taki autorytet i przekonuje wielu ludzi. Lamża natomiast, również naukowo i w oparciu o artykuły, badania i eksperymenty, teorie te rozkłada na czynniki pierwsze i obala. 

Dodatkowo jest to książka bardzo przyjazna dla użytkownika - napisana lekko, przyjemnym językiem, żartobliwym tonem, ale również starannie wyjaśniona w przystępny sposób. Żadne tam wielkie rozprawy naukowe (w końcu trudno mówić poważnie o obliczaniu dziennej produkcji odchodów na arce Noego).

Wszystkie te powyżej opisane aspekty powinny sprawić, że Światy równoległe awansują na pierwsze miejsce moich ulubionych książek. Naprawdę z całego serduszka chciałam być nimi zachwycona. Czemu więc nie jestem? 

Głównie dlatego, że okazało się, że jestem już wytrawnym znawcą "dziwnych teorii". Po prostu mało było w tej książce rzeczy, których bym nie wiedziała. I ja rozumiem, że to miał być tylko zbiór wszystkich tych teorii, więc nie można było rozpisywać się o każdej na tysiąc stron (a przecież sam tylko materiał o płaskoziemcach mógłby bez problemu wystarczyć na oddzielną książkę, oni naprawdę powymyślali tam tysiące różnych cudownych rzeczy!). Ale napisać tylko o tym, że płaskoziemcy twierdzą, że Ziemia jest płaska to trochę niedopatrzenie. Z drugiej strony Lamża zawarł w książce też kilka tematów, o których nawet nie słyszałam (jak powiększanie piersi za pomocą hipnozy!).

Ostatecznie postanowiłam nie oceniać tej książki przez pryzmat mojej niesamowicie rozleglej wiedzy w dziedzinie pseudonauk (wiem, jestem dziwna, to dlatego tak bardzo mnie to interesuje, ale niestety nie mogę nic na to poradzić. Te teorie są momentami tak cudownie abstrakcyjne, że cały czas jestem pod wrażeniem!). Jeśli jesteście pseudonaukowymi świeżynkami i dopiero zaczynacie się interesować tym tematem, albo jeśli szukacie potwierdzenia, że te szczepionki to jednak nie zło wcielone, a rząd nie próbuje nas kontrolować truciznami zrzucanymi nam na głowy, to to książka dla Was. I to bardzo dobra książka. Natomiast, jeśli już liznęliście co nieco i wiecie, jak wygląda grawitacja według płaskoziemców, to możecie nie znaleźć tutaj zbyt wiele nowych informacji (no chyba, że dotychczas interesowali Was tylko wyznawcy płaskiej Ziemi, w takim razie jest tutaj jeszcze dwanaście innych teorii).

Sophie Anderson - Dom na kurzych łapach

Marinka mieszka ze swoją babcią w chatce na kurzych łapkach. I mimo że, kiedy chatka złoży nogi i schowa je pod siebie, może uchodzić za zwyczajne lokum zwyczajnych ludzi, tak naprawdę ani w niej, ani w jej mieszkańcach nie ma zupełnie nic zwyczajnego. 

Otóż, babcia Marinki jest Babą Jagą. A dziewczynka pewnego dnia zostanie jej następczynią. 

Wszyscy znamy postać Baby Jagi, złej staruchy, która przez setki lat wzbudzała w ludziach strach, bohaterki przerażających historii o wiedźmie, mieszkającej w głębi lasu, pożerającej dzieci na śniadanie, bratającej się z biesami i parającej czarną magią. 

A co, jeśli prawda jest trochę inna?

Anderson wykonała w swojej książce jeden z moich ulubionych zabiegów. Wykorzystała znaną postać ze słowiańskiego folkloru, ale przedstawiła ją w zupełnie nowej odsłonie. Albo raczej z nowej perspektywy. W książce bowiem możemy dostrzec, że normalni ludzie faktycznie myślą o Babie Jadze jako o złej wiedźmie, której się boją. Natomiast ona specjalnie stara się to ich wyobrażenie podtrzymywać, ale tylko po to, żeby chronić swoją prawdziwą tożsamość - strażniczki, która pomaga duszom przedostać się przez Bramę do krainy zmarłych. Co jest bardzo, ale to bardzo odpowiedzialnym zadaniem!

Jednak Marinka nie chce brać na swoje barki tak ogromnej odpowiedzialności. Jej myśli kierują się ku miastom, które widzi w oddali, pełnym zwykłych, normalnych ludzi. Doskwiera jej samotność, brak towarzystwa innych dzieci, brak stałego miejsca, w którym mogłaby na dłużej zapuścić korzenie i zdobyć żywych znajomych. Buntuje się przeciwko myśli, że tak miałoby już zawsze wyglądać jej życie. Dziewczyna przekona się jednak, że nie zawsze wszystko idzie po naszej myśli, a nasze czyny mają konsekwencje. Niekiedy bardzo straszne.

Już od pierwszego zdania zapadamy się w ten zaczarowany świat i klimat starych baśni. Anderson sprawnie wykreowała bajkową rzeczywistość, tchnęła życie w swoje postaci i obsypała wszystko odrobiną magicznego pyłku. Udało jej się też przemycić do historii całkiem sporo mrocznych motywów, które bardzo przypadły mi do gustu (mój ulubiony to płotek z ludzkich kości, który Marinka ustawiała wokół chatki przy każdym postoju). Z drugiej strony, widzimy ten świat oczami dwunastoletniej, zbuntowanej dziewczynki, której największym marzeniem jest zerwanie z tradycją i możliwość decydowania o własnym losie. To zaś nadaje książce nowoczesnego wydźwięku, historia jest bowiem jak najbardziej na czasie, co się chwali, ale jednak...

Marinka przez większość książki jest małym, zasmarkanym, rozkapryszonym dzieckiem, które myśli tylko i wyłącznie o sobie. Jej zachowania są egoistyczne, bezmyślne, często doprowadzają do czegoś złego, ale dziewczyna zupełnie nie potrafi uczyć się na błędach, przez co momentami staje się naprawdę irytująca. Ale z drugiej strony, to tylko dwunastolatka (musiałam sobie to często przypominać!), więc nie wiem, czego można by się po niej spodziewać, tym bardziej w obliczu wszystkich nieszczęść, które na nią spadły. Chcę przez to powiedzieć, żebyście nie oceniali Marinki zbyt surowo. To w końcu dwunastolatka, nie można wymagać od niej, żeby zachowywała się jak dorosła, odpowiedzialna i stonowana kobieta. (Zresztą czytałam już książki, w których dużo starsze bohaterki reprezentowały się znacznie gorzej!)

Dom na kurzych łapach to bardzo mądra i życiowa książka, idealnie wpasowuje się w popularny dziś nurt uczenia dziewczynek, że mogą osiągnąć wszystko i walczyć o swoją przyszłość. Ale to nie jedyny poważny temat, który porusza, jest ich tu wręcz zatrzęsienie. Historia ta przypomina nam, żeby doceniać to, co się ma, zanim okaże się, że jest za późno. Uczy, że nie można myśleć tylko o sobie. Pokazuje, że życie nie zawsze jest proste, przyjemne i kolorowe. 

Ważny w powieści jest też motyw śmierci, który jednak jest pokazany nie do końca z tej ponurej strony, która przychodzi nam jako pierwsza na myśl. W książce śmierć jest tylko wstępem do kolejnej podróży i kolejnego życia. Sam rytuał odprawienia zmarłych zostaje przedstawiony jako radosne, a jednocześnie głęboko poruszające wydarzenie. Ale jest to też opowieść o miłości i przyjaźni, i ich znaczeniu w życiu człowieka (szczególnie tak młodego jak Marinka). 

Anderson stworzyła historię, którą zachwyci się i młodszy, i starszy czytelnik. Barwne postaci, magiczny klimat, przyjemny styl pisania, nawiązanie do słowiańskiej mitologii i naprawdę głęboki wydźwięk powieści, wszystko to sprawiło, że Dom na kurzych łapach zdobył mnie za serduszko.  

Sebastien Bohler - Zachłanny mózg

Czyli Jak nienasycony homo sapiens skazuje świat na zagładę. Ostatnio coraz częściej sięgam po książki z takim fatalistycznym dopiskiem. Nie wiem dlaczego. Przecież dostaję od nich depresji i zastanawiam się, czy w ogóle jest sens rodzić dzieci, żeby musiały się użerać z tym rozpadającym się światem...

No, także tego - lepiej porozmawiajmy o książce! 

Bohler porusza w niej tematy, które obecnie są jak najbardziej na czasie (czyli bliski koniec naszej planety), ale robi to z zupełnie nowej perspektywy, że tak powiem "od mózgu strony". Wykazuje, że w gruncie rzeczy wciąż rządzą nami najbardziej przyziemne pobudki, którymi kierują się wszystkie stworzenia na ziemi od milionów lat  - chęć zaspokojenia głodu, prokreacji, wysokiej pozycji w społeczeństwie i osiągnięcia tego wszystkiego jak najmniejszym kosztem. A to wszystko za sprawą prążkowia, czyli części mózgu, która jest odpowiedzialna za nasz instynkt przetrwania. Zawsze, gdy robimy coś, co mu się spodoba, daje nam dopaminowego kopa, natomiast jeśli go nie zadowolimy, odcina nas od dopaminy.

Jaki z tego wniosek? Człowiek myśli o sobie, jako o bardzo wyrafinowanej, niesamowicie inteligentnej formie życia, a jednak pozostaje tak samo bezmyślny i krótkowzroczny jak pierwotne organizmy, które chciały tylko napełnić brzuchy i przekazać swoje geny dalej w świat. Różnica między nami, a taką laboratoryjną myszą polega na tym, że nasza niesamowita inteligencja pozwoliła nam rozwinąć się technologicznie do momentu, kiedy możliwości mamy wręcz nieograniczone. Prążkowie jest w raju, ogarnia je ekstaza i ciągle chce więcej. I to zabije naszą planetę. Tak w skrócie, Bohler opisuje ten motyw dużo dokładniej. 

Cała książka, mimo swojego głębokiego przesłania, wykorzystania naukowych źródeł i przeróżnych eksperymentów, jest bardzo przyjemna w odbiorze. Wszystkie te zawiłe zależności i mądre fakty zostały przedstawione w przystępny sposób, zrozumiały dla przeciętnego obywatela, który nie ma pojęcia o skomplikowanych procesach, zachodzących w jego mózgu (czyli np. dla mnie). Styl Bohlera jest bardzo przyjemny, płynny, momentami wręcz żartobliwy, a całość ma charakter bardziej gawędy niż naukowej rozprawy.

Sama budowa książki jest przejrzysta, tekst został podzielony na rozdziały, te z kolei na podrozdziały o bardzo chwytliwych tytułach (jak "Potomkowie gwałcicieli", "Należy pilnie nic nie robić" i mój faworyt - "Dlaczego koty są gwiazdami internetu"). 

Głównym celem tej książki jest otwarcie nam oczu na niekomfortową sytuację, w której się znaleźliśmy. Nasze prążkowie nie ma hamulców i zapędziło nas prawie na sam skraj przepaści, z którego bardzo trudno już zawrócić. Nawet w momencie, w którym piszę tę recenzję na moim komputerze, przyczyniam się do globalnego ocieplenia. W momencie, w którym będę wrzucać na Instagram zdjęcie tej książki, używając w tym celu mojego smartfona, będę miała swój udział w emisji dwutlenku węgla do atmosfery i w nieodwracalnym wykorzystywaniu nieodnawialnych źródeł wartościowych minerałów. A okazuje się, że wszystko to wynika z egoistycznego dążenia mojego mózgu do samozadowolenia, co jest całkiem przerażające. 

I tutaj kryje się najważniejsze pytanie, które zostało postawione w książce: czy nasze mózgi, wykute podczas milionów lat ewolucji, są w stanie się zmienić? Czy potrafimy się powstrzymać? Ja sama podświadomie czułam oburzenie, czytając o tym, że powinnam na przykład przestać korzystać z wyszukiwarki Google. W końcu ludzkość przez tyle lat walczyła, tworzyła i wymyślała coraz to lepsze i śmielsze rozwiązania, żeby móc prowadzić komfortowe życie, że teraz wydaje nam się niesprawiedliwe, żebyśmy mieli z tego komfortu rezygnować. 

A książka Bohlera brutalnie stawia nas przed faktem, że nie możemy dalej funkcjonować w sposób, do którego jesteśmy przyzwyczajeni. Nie możemy wciąż chcieć więcej i szybciej, bo nasza planeta tego pędu nie wytrzyma. Bo nasze zasoby są ograniczone. Przecież zdajemy sobie z tego sprawę, w końcu wszędzie o tym trąbią. Ale gdy zestawiamy to z realnymi poświęceniami, których musiałaby dokonać ludzkość, nasze mózgi się przegrzewają, wyłączają i nie chcą przyjąć tego do wiadomości.

Bohler przedstawia wnikliwą analizę naszego własnego ja, tłumaczy, jak znaleźliśmy się w miejscu, w którym jesteśmy dzisiaj. Z jego słów spływa na nas ogromna dawka wiedzy i ciekawych faktów, o których nie miałam pojęcia. Jego podejście do tematu jest interesujące i nowatorskie. Mówię Wam, takiej książki jeszcze nie czytaliście! 

Eddy de Wind - Stacja końcowa Auschwitz

Eddy de Wind (który w książce używa alter ego Hans Van Dam) zgłasza się dobrowolnie do pracy w szpitalu obozowym w Westerborku pod warunkiem, że jego matka, która przebywa w obozie, nie zostanie deportowana do Auschwitz. Jego poświęcenie okazuje się jednak bezsensowne, gdyż kobieta opuszcza Westerbork na kilka dni przed jego przyjazdem. Lekarz spędza w obozie przejściowym rok, tam też poznaje młodą pielęgniarkę, Friedel, z którą postanawia się ożenić. Westerbork oferuje Żydom zaskakująco dobre warunki życia, dopuszczając między innymi śluby. Jednak ostatecznie, 14 września 1944, obydwoje zostają deportowani do Auschwitz.

De Wind, czyli książkowy Hans, po przybyciu do Auschwitz stara się o pozycję lekarza. Jak dobrze wiadomo, praca ta daje dużo większe szanse na przeżycie niż nieludzka harówka poza terenem obozu. Friedel, tak jak wszystkie młode kobiety z ich transportu, trafia do bloku dziesiątego. To blok cieszący się złą sławą, w którym lekarze (w tym Mengele, Anioł śmierci i jeden z największych zbrodniarzy wojennych) przeprowadzają eksperymenty dotyczące między innymi płodności (szukając uniwersalnego środka do masowej sterylizacji "gorszych" ras). De Wind stara się przeżyć piekło na ziemi, nieustannie martwiąc się nie tylko o swoje życie, ale też, czy to właśnie tego dnia Friedel zostanie wyznaczona do eksperymentów i użyta jako królik doświadczalny.

Stacja końcowa to książka o wielkiej wartości, zarówno historycznej, jak i społecznej. De Wind napisał ją zaraz po wyzwoleniu obozu w styczniu 1945 roku, dalej przebywając w Auschwitz. Sprawia to, że jego wspomnienia mają szczególny charakter, nie zostały jeszcze w żaden sposób zmodyfikowane przez fakty, które wyszły na światło dzienne w kolejnych dniach, miesiącach i latach. To świadectwo naocznego widza jednej z najbardziej brutalnych tragedii naszego świata, spisane i opublikowane, by kolejne pokolenia nie popełniły tak strasznego błędu (jeśli coś takiego można w ogóle nazwać "błędem"). Dlatego smutny jest fakt, że wspomnienia de Winda bardzo długo nie mogły doczekać się publikacji na dużą skalę, czy też tłumaczenia (upadały kolejne wydawnictwa, które zajmowały się książką). 

To równocześnie psychologiczny obraz różnych grup koegzystujących ze sobą w murach obozu - od muzułmanów, którzy stracili już sens i siły do życia, poprzez więźniów, którzy mieli jeszcze nadzieję, kapo, którzy mogli wykorzystywać swoją pozycje zarówno do dobrych, jak i okropnych celów, kończąc na oprawcach, esesmanach, sprawujących władzę absolutną nad życiem i śmiercią. To analiza psychiki, motywów i pobudek ludzi, zmuszonych do życia w skrajnych warunkach. De Wind został po wojnie psychologiem i przez lata zajmował się badaniem byłych więźniów obozów. Sam również do końca życia mierzył się z traumą, którą pozostawiły po sobie przerażające przeżycia. 

Czytanie tej książki było dla mnie nowym przeżyciem. Jestem już poniekąd zaznajomiona z literaturą obozową, tutaj jednak życie w Auschwitz zostało przedstawione w trochę inny sposób niż ten, z którym spotkałam się dotychczas. Z jednej strony mamy oczywiście do czynienia z najwyższym okrucieństwem, bestialstwem i nędzą, z eksperymentami na ludziach, komorami gazowymi, krematoriami i wszechobecną śmiercią. 

Jednak z drugiej, postaci, które de Wind spotyka na swojej drodze, niejednokrotnie powtarzały stwierdzenia, które były dla mnie... szokujące. Niektórzy twierdzili, że Auschwitz zrobiło się całkiem znośne. Jeden z bohaterów użył nawet słów "teraz jest tu jak w sanatorium". I niby wiem, że działo się to pod koniec 1944 roku, kiedy wojna była już tak naprawdę "na finiszu", ale przecież dalej okrucieństwo i śmierć były w Auschwitz na porządku dziennym. De Wind wspomina o nich wystarczająco często. Czy to po prostu mechanizm obronny więźniów obozu, który pozwalał im przetrwać?

Książek tego typu nie powinno się moim zdaniem oceniać w takich samych kategoriach, co literatury rozrywkowej. Niemniej jednak, styl pisania, jak również ten... inny sposób przedstawienia rzeczywistości obozowej, pozostawiły mnie z mieszanymi uczuciami. Nie umniejsza to w żadnej mierze historycznej wartości książki. Cieszę się, że została w końcu udostępniona dla szerszego grona, a historia de Winda zyskała odbiorców. 

Laura Kneidl - Tylko bądź przy mnie

Kiedy książka kończy się w najgorszym możliwym momencie i w najgorszy możliwy sposób, całe Twoje ciało krzyczy i płacze, i każe Ci przeczytać kolejną część zaraz od razu, kiedy tylko wpadnie w końcu w Twoje rączki. Tak przynajmniej było ze mną. Nie mogłam doczekać się drugiej części, także niebiosom (i wydawnictwu, i autorce) niech będą dzięki, że minęło tylko kilka miesięcy, zanim pojawiła się ona u nas. Okazało się, że było na co czekać.

Wiecie, najdziwniejsze jest to, że ja nawet nie przepadam za romansami. Lubię wątek romantyczny, jeśli jest dodatkiem do głównej historii (najlepiej fantasy albo sci-fi, miłość na statku kosmicznym albo smoku to jest to!), takim urozmaiceniem, ale nie główną osią całej książki. Po Jednak mnie kochaj, czyli pierwszą część Tylko bądź przy mnie, sięgnęłam... w sumie nawet nie wiem czemu, chyba spodobała mi się okładka (ewidentnie mam ze sobą problem) i naprawdę pozytywnie się zaskoczyłam!  

Te książki, wbrew pozorom, to tak dużo więcej niż tylko romans. Zresztą pisałam już o tym w recenzji Jednak mnie kochaj (klik). Niesamowicie budujące jest podążanie losami Sage, gdy walczy z demonami przeszłości i próbuje odbudować swoją osobowość, znaleźć w sobie siłę  i determinację, które całe życie w niej tłumiono. Kiedy stawia kolejne kroki, coraz bardziej pewne i świadome, macie ochotę bić jej brawo. Trzymacie za nią kciuki. Wybaczacie jej irracjonalne zachowania, które tak naprawdę nie wydają się już takie dziwne, kiedy weźmie się pod uwagę jej traumę. Kneidl zbudowała naprawdę bardzo dobry, wierny i poruszający obraz ofiary molestowania i dalej jestem jej wdzięczna, że poruszyła w swoich książkach ten temat. Dzięki temu, oprócz wartości czysto rozrywkowej czy literackiej, zyskują one dużo głębsze przesłanie. 

Doceniam też niesamowitą zdolność autorki do tworzenia postaci. Wszyscy jej bohaterowie są tacy ludzcy, niewymuszeni, prawdziwi. Normalni ludzie w normalnych sytuacjach, z normalnymi przemyśleniami. Nic w książce nie jest na wyrost, dialogi są swobodnie skonstruowane, a dramaty bohaterów... dojrzałe, a nie takie dziecinne i głupiutkie. Jasne, że mamy tutaj wątek tej niesamowitej i jedynej w swoim rodzaju miłości silniejszej niż wszystko, ale no, bądźmy szczerzy, kto chciałby czytać o miłości płytkiej i nijakiej? 

Co do wątku miłosnego, to dalej jest tak samo uroczy i miły. Mimo tego, jak okropnie skończyła się pierwsza część, główni bohaterowie nie mogą pozostać wobec siebie obojętni, ale z drugiej strony obydwoje zostali wiele razy zranieni przez ludzi, którzy powinni być ich opoką i wsparciem. Czy będą potrafili nie ranić siebie nawzajem? I wybaczyć sobie te wszystkie rany, które już zdążyli zadać? I Sage, i Luca (on trochę bardziej) zdobyli moje serduszko, więc bardzo, bardzo im kibicowałam. To takie dwie zbłąkane duszyczki, które odnajdują się w tym brzydkim, okrutnym świecie, powoli uczą się ufać sobie nawzajem i stają się dla siebie oparciem. Naprawdę kocham tę historię. 

Holly Black - Królowa niczego

Chcecie wiedzieć, jaka była moja pierwsza reakcja po przeczytaniu tej książki? "Omg, omg, omg, OMG!" I tak w kółko. Autentycznie nie byłam w stanie nawet zebrać myśli! Ale minęło już parę dni, troszkę ochłonęłam z tych wszystkich emocji i jestem gotowa napisać coś bardziej składnego.

Właśnie, emocje. Dawno żadna książka nie dostarczyła mi ich tak dużo! Może to ze względu na fakt, że akcja zaczęła się już na samym początku książki i nie zwolniła ani na chwilę. W całej powieści nie było chyba żadnego momentu, w którym można by sobie odpocząć i odetchnąć, jedne wydarzenia goniły kolejne, co chwila następowały zawrotne zwroty akcji, których zupełnie się nie spodziewałam i cały, calusieńki czas trzęsłam się z przerażenia, że zaraz wydarzy się... coś! Bo faktycznie, ciągle coś się działo!

Ale może tak być też dlatego, że Holly Black ma niesamowitą smykałkę do tworzenia barwnych postaci z charakterkiem, które zdobywają nasze serduszka, do snucia zdradzieckich intryg, budowania skomplikowanych relacji między bohaterami i kreowania przepięknego świata, pełnego magii ale również okrucieństwa.

Jude, świeżo upieczona małżonka i królowa, jest na wygnaniu w ludzkim świecie. W myślach w kółko przeklina siebie, swoją łatwowierność i naiwność, a do Cardana pała czystą żądzą zemsty. Brakuje jej adrenaliny, gierek i przepychanek na królewskim dworze, magicznego świata, który był jej domem, i, chociaż nie jest w stanie przyznać tego sama przed sobą, brakuje jej też oczywiście Cardana. Dlatego, gdy tylko nadarza się okazja, by niespostrzeżenie wślizgnąć się z powrotem do Elysium, Jude oczywiście od razu z niej korzysta. I momentalnie wraca do brutalnej gry.

Nad Cardanem wisi mroczna przepowiednia, która zwiastuje zniszczenie i śmierć. Madok zawiązuje nowe przymierza i przygotowuje swoje wojska do ataku na tron. Sprzymierzeńcy są niepewni. No i oczywiście pozostaje jeszcze jeden bardzo ważny element historii - jak potoczy się relacja Jude i Cardana?!

Królowa niczego była naprawę dobrym zakończeniem trylogii. Wszystkie istotne wątki zostały sprawnie rozwiązane, pod względem poziomu książka nie odstaje ani trochę od pozostałych części. Trochę nie wiem, co myśleć o nagłej zmianie w Cardanie, który gdzieś stracił większość swojej arogancji i brawury. Brakowało mi trochę przepięknych opisów, za które chyba najbardziej pokochałam twórczość Black. No i uważam, że cała książka była jakaś taka za krótka i za szybka - kilkadziesiąt stron więcej na pewno by jej nie zaszkodziło! 

Jestem równocześnie przeszczęśliwa, że mogłam znowu zapuścić się w głąb tej magicznej, elfiej krainy i zrozpaczona, że to już koniec. Od razu po przewróceniu ostatniej strony Królowej, miałam ochotę zacząć całą trylogię od nowa. Nie pamiętam, kiedy ostatnio jakaś książka wciągnęła mnie tak bardzo i sprawiła mi tyle przyjemności. Nie mogłam się od niej oderwać i choćby świat wokół mnie się walił - nie zwróciłabym na to uwagi, dopóki nie poznałam ostatecznych losów Jude i Cardana, a także reszty Elysium.

Michał Bergel - Iris McBlack. Kryształowe serce

Iris i jej starsza siostra, Oliwia, zostają w tajemniczych okolicznościach porwane sprzed swojego własnego domu i wpadają w łapska złego czarodzieja, który ma wobec nich niecne plany. Młodszej dziewczynie udaje się uciec i przyrzeka sobie, że nie spocznie, póki nie uwolni Oliwii z rąk oprawcy. Okazuje się jednak, że to nie lada wyzwanie, a Iris będzie musiała wyruszyć w podróż po niesamowitej, magicznej krainie, w której za każdym zakrętem kryją się nowe stwory (niekoniecznie przyjazne),  nowe czary (niekoniecznie udane) i nowe tajemnice (niekoniecznie słodkie).

Ten opis może być odrobinę enigmatyczny i niezbyt odkrywczy, ale nie chciałabym napisać Wam zbyt wiele o fabule książki, ponieważ odkrywanie jej samemu daje ogromną frajdę (w sumie jak zawsze podczas czytania książki, ale tutaj szczególnie nie chcę zdradzać Wam żadnych sekretów!). Powiem natomiast od razu jedną rzecz - nie do końca wiem, co myśleć o powieści Bergela.

Z jednej strony, książka zrobiła na mnie niesamowite wrażenie. Jest idealnie wyważonym połączeniem cudownego humoru, wydarzeń podchodzących pod abstrakcję, groteskowych i prześmiesznych dialogów, ciekawie wykreowanych postaci, które na długo zapadają w pamięć. Zawiera też ogromną liczbę naprawdę pomysłowych motywów i takich małych, zabawnych smaczków, które mnie oczarowały. Styl prowadzenia fabuły kojarzy mi się trochę z twórczością Gaimana, co znaczy, że dostajemy mnóstwo dziwnych i abstrakcyjnych wydarzeń i postaci, które musimy po prostu zaakceptować, przyjąć do wiadomości i przejść nad nimi do porządku dziennego, albo raczej... do kolejnych, jeszcze dziwniejszych wydarzeń i postaci!

Dodatkowo, bardzo podoba mi się klimat powieści. Ten lekki i żartobliwy styl pisania sprawia, że na pierwszy rzut oka książka wydaje się baśniowa, prosta i przyjemna, ale ale! Niektóre momenty, motywy i postaci są naprawdę mroczne, a nawet trochę przerażające. W tym zakończenie, którego zupełnie się nie spodziewałam i które złamało mi serduszko!

Jednak z drugiej strony, nie mogłam nie odnieść wrażenia, że gdzieś już widziałam/czytałam/słyszałam o podobnych rzeczach. Znajdziemy w tej książce pomysły, które są, nie ukrywajmy, niezbyt oryginalne. I chociaż niektóre z nich powszechnie występują w literaturze fantasy, tak więc ich obecność w książce nie razi moich odczuć, to mogę wymienić przynajmniej kilka takich, które kojarzą mi się momentalnie z jakimś bardzo znanym dziełem kultury. I trochę mi to przeszkadza.

Właśnie to sprawiło, że miałam problem z oceną tej książki. Bo jeśli przymknąć oko na to kopiowanie pomysłów, albo nawet uznać je za celowy zabieg, który miał doprowadzić do stworzenia niejako kompilacji fantastycznych motywów w jednej książce, to cała reszta jest świetna i warta polecenia. Jeśli szukacie zabawnej lektury, nie jakoś super poważnej, ale też nie do końca dziecinnej (na co mogłaby wskazywać okładka), to to jest książka, której czytanie zdecydowanie sprawi Wam dużo przyjemności i radości.

Philip Bunting - Jak się tu znaleźliśmy

Oto przed Wami urocza książeczka, która odpowiada na bardzo istotne pytanie, nurtujące ludzi już od zarania dziejów: jak się tu znaleźliśmy? I, wbrew pozorom, robi to naprawdę wyczerpująco. Bunting przedstawia (w skrócie, bo w skrócie, but still) historię powstania wszechświata, pierwszej komórki i człowieka rozpoczynając aż od Wielkiego wybuchu (czyli od całkiem całkiem dawna). 

Cała ta podróż przez dzieje świata i ludzkości jest zaprezentowana w przystępny sposób za pomocą śmiesznych ilustracji i prostych zdań. Bardzo sprawnie wprowadza młodych czytelników w niesamowity świat nauki, pokazując im prawdy i fakty, które będą w stanie zrozumieć. Ale uwaga, uwaga, książka ta najpewniej rozbudzi w nich też ciekawość i skłoni do wieeeelu pytań!

Jest napisana przyjemnie i ciepło, lekkim, zabawnym tonem. Autor przemyca w niej kilka żartów, których może nie wyłapać najmłodszy czytelnik, ale starszy na pewno. Mówię Wam, co drugą stronę parskałam śmiechem pod nosem. Kocham połączenia, które sprawiają radość i dzieciom, i ich opiekunom. Bardzo ładne, proste, ale barwne ilustracje są miłe dla oka, przykuwają uwagę i skutecznie obrazują informacje, które autor chce przekazać, tak, by były łatwiej przyswajalne dla maluchów. 

Mam tylko jedno pytanie: czemu to jest takie krótkie?! Ta książeczka ma tylko trzydzieści stron, a zdecydowanie mogłaby ich mieć z dziesięć razy więcej! Tak naprawdę rozumiem, że to pozycja dla dzieciaczków, a nie praca naukowa, ale jest tak przyjemna, że chętnie poczytałabym sobie wersję rozszerzoną dla starszych (byle dalej była z tymi obrazkami i poczuciem humoru!). 

Kurt Vonnegut - Matka Noc

Howard W. Campbell jr., fikcyjny zbrodniarz wojenny (tak, jest on fikcyjną postacią, wykreowaną przez Vonneguta na potrzeby książki) przebywa w izraelskim więzieniu, gdzie spisuje historię swojego życia. Jest rok 1961, szesnaście lat po zakończeniu drugiej wojny światowej, podczas której Campbell odegrał niechlubną rolę, która zapewniła mu uwielbienie i podziw jednych, a równocześnie nienawiść i pogardę drugich (zależy, kto jakie poglądy wyznawał).

Otóż, Campbell jr., Amerykanin z urodzenia, dramaturg i pisarz, który jako mały chłopiec przeprowadził się do Niemiec i przesiąknął do cna tamtejszą kulturą, podczas wojny był odpowiedzialny za rozpowszechnianie nazistowskiej propagandy na obszar Stanów Zjednoczonych. Jak dobrze nam wiadomo, była to propaganda skrajnie antysemicka, rasistowska, uwłaczająca i pełna nienawiści. Dlatego też został uznany za zbrodniarza wojennego. Campbell twierdzi jednak, że tak naprawdę pracował jako amerykański szpieg, a podczas propagandowych transmisji radiowych przemycał zakodowane wiadomości.

Okazuje się, że jest to słowo przeciwko słowu. Przy czym wszystkie słowa pochodzą od jednej i tej samej osoby. Przez lata tysiące ludzi codziennie słyszały przemówienia Campbella, pełne nazistowskich ideałów, które stanowią najlepszy dowód jego winy. Czy można oddzielić sumienie człowieka od poglądów, które wygłasza?

Matka Noc to niejako rozliczenie wojennych zbrodni zarówno przegranej, jak i wygranej strony. Vonnegut, za pomocą charakterystycznej dla siebie groteski i czarnego humoru, opisuje los jednostki i tego, jak w wielkiej machinie państwa jest ona często zapomniana i pozostawiona sama sobie. Jest to powieść jak najbardziej polityczna, poruszająca drażliwe tematy.

Z drugiej strony, wojna staje się też tłem dla analizy psychiki człowieka, który próbuje usprawiedliwić swoje okropne czyny wyższym celem, ale tak naprawdę sam nie jest do końca pewny, czy robił dobrze, czy źle. Co prawda Campbell napisał o sobie, jako o osobie, która "czyniła zło, mówiąc sobie w duchu: >>Moje dobre ja, prawdziwe ja, ja stworzone przez Boga, jest we mnie głęboko ukryte<<". Z drugiej jednak strony, nie przedstawia siebie jako czystego jak łza człowieka, który z całego serca nienawidził Nazistów i został szpiegiem, żeby ich zniszczyć. Wręcz przeciwnie, przez większą część wojny żył z nimi w dobrej komitywie.

Vonnegut przedstawił taki oto morał swojej książki: "Jesteśmy tym, kogo udajemy, i dlatego musimy bardzo uważać, kogo udajemy". I to jest chyba najsmutniejsze w tym wszystkim. W pewnym momencie Campbell już sam nie wie, kim tak naprawdę jest. Nazywa się "nazistą z reputacji i bezpaństwowcem z przekonania", gdyż nie czuje przynależności do żadnego miejsca. Ani sensu swojego istnienia. Ani chęci do życia.

Książki Vonneguta to dla mnie magia. Tematy, nieważne jak trudne i ponure by nie były, w jego wykonaniu stają się wielowymiarowe, łatwiejsze do przełknięcia i do przemyślenia. Mimo że są podane, wydawałoby się, na zimo, bez emocji i gęsto okraszone ironią, wzbudzają w czytelniku tak wiele różnych uczuć oraz przemyśleń. Historia Campbella pozostawia nas z niedosytem, niepokojem i pustką gdzieś w okolicy serduszka.

Łukasz Pośpiech - Widma Zapomnianej Planety

Potwornie długo odkładałam czytanie tej książki, bo zawsze było coś innego do zrobienia. I w końcu okazało się, że przez cały ten czas odmawiałam sobie naprawdę świetnej lektury. Oto przed Wami kombinacja niecodzienna, gdyż Widma Zapomnianej Planety łączą ze sobą sci-fi, mistycyzm, przepowiednie, nowe światy, obce planety i zaawansowane cywilizacje przyszłości (albo raczej przeszłości), a to wszystko... w klimacie westernu.

Aristona Redda, głównego bohatera i narratora powieści, poznajemy, gdy przygotowuje się do pojedynku rewolwerowego (jak na western przystało). Cała książka to natomiast opis wydarzeń, które do tego pojedynku doprowadziły, poczynając od feralnego dnia, kiedy to Ariston poszedł się wysikać w nieodpowiednim miejscu, co zapoczątkowało całą lawinę nieszczęść. Nagle stał się jedną z najbardziej poszukiwanych osób na Nowym Kontynencie i został zamieszany w grę, z której istnienia dotychczas nie zdawał sobie nawet sprawy.

Czasy są niespokojne, społeczeństwo stoi na skraju starego wieku, toczą je niepokój i fatalistyczne wizje przyszłości, pogańskie kulty na skraju fanatyzmu zyskują zastępy wiernych, a potentaci ozmy (ichniejszego paliwa) panoszą się coraz bardziej. Niesamowicie podobał mi się ten klimat, czasami mroczny, a czasami wręcz przeciwnie - humorystyczny i lekki. 

Autorowi udało się też bardzo dobrze oddać realia życia w wykreowanym przez siebie świecie. Z jednej strony widzimy rozwój technologiczny na poziomie westernu, czyli rewolwery, kolej, która dopiero zaczyna łączyć bardziej odległe miasta z resztą świata. Każda nowinka techniczna wprawia ludzi w osłupienie. Z drugiej następuje zderzenie z postępem cywilizacyjnym na niesamowicie wysokim poziomie za sprawą pozostałości po tajemniczych przodkach, którzy prawdopodobnie dawno temu zamieszkiwali planetę. W oczach zabobonnych ludów stają się wręcz bogami. Kim tak naprawdę są? Skąd się wzięli? I co się z nimi stało? 

Całość dopełniają ładnie wykreowane, ciekawe postaci z całego przekroju społeczeństwa. Ariston to taki uroczy chłopaczek, którego nie można nie lubić, naiwny, który dopiero uczy się, jak naprawdę funkcjonuje okrutny i bezduszny świat. Van Eyck, sławny łowca głów, dodaje książce pikanterii. A na swojej drodze spotkamy też wiele innych barwnych postaci. 

Pośpiech narzucił sobie (i bohaterom) szybkie tempo (hihihi, właśnie zdałam sobie sprawę z tego, co napisałam), akcja płynie wartko, jedne wydarzenia gonią kolejne, bohaterowie są przez większość czasu w ruchu, a dzięki temu czytelnik nigdy się nie nudzi, a także ma okazję poznawać kolejne mniej lub bardziej ciekawe miasteczka, miasta i wioski oraz mentalność i zwyczaje mieszkających w nich ludzi.

Wątek miłosny jest moim zdaniem troszkę naciągany, ale z drugiej strony to jest western, moi drodzy, tu są konie, pustynia, rewolwery, pościgi, wybuchy i nie ma zbyt dużo czasu na miłość. A tak serio, ten fakt nie zepsuł mi ogólnego dobrego wrażenia, chociaż nie ukrywam, że przez chwilkę miałam takie wtf.  

Są jednak dwie rzeczy, które bolą mnie w tej książce. Pierwsza z nich to zdecydowanie okładka, która niestety zupełnie nie zachęca (przynajmniej mnie), a szkoda, bo wnętrze jest naprawdę warte uwagi! Natomiast druga to to, że, moim zdaniem, kiedy już tworzy się całkiem nowy kontynent na całkiem nowej planecie, to można by pokusić się o trochę więcej całkiem nowych, wymyślonych stworzeń i roślin, i rzeczy. 

Heather Morris - Podróż Cilki

Cilka, słowacka Żydówka, którą poznaliśmy już w Tatuażyście z Auschwitz, trafiła do obozu koncentracyjnego w 1942 roku, w wieku zaledwie 16 lat. Szybko została wypatrzona przez jednego z kierowników, Johanna Schwarzhubera, który postanowił uczynić z niej swoją... w sumie nawet nie wiem, jak to nazwać. Swoją prywatną prostytutkę mimo woli? Powierzył też Cilce rolę blokowej w baraku śmierci, gdzie najbardziej chore i wyniszczone kobiety spędzały swoje ostatnie godziny, zanim zostały przewiezione do krematoriów.

W styczniu 1945 obóz został wyzwolony przez sowietów. Okazało się jednak, że koszmar Cilki jeszcze długo się nie skończy. Do radzieckich żołnierzy dotarły bowiem informacje o niesławnej "roli" dziewczyny. Znała też wyjątkowo dużo języków, co rzuciło na nią dodatkowe podejrzenia. Ostatecznie została oskarżona o szpiegostwo i kolaborację z wrogiem, a następnie zesłana na ciężkie roboty do gułagu w Workucie na Syberii.

W kolejnym obozie, niby podobnym do Auschwitz, a jednak zupełnie odmiennym, dziewczyna musia nauczyć się nowej hierarchii i nowych zasad, znaleźć sojuszników i wywalczyć sobie miejsce, które pozwoli jej przetrwać wszystkie te lata uwięzienia. Nieustannie też mierzy się z poczuciem winy, spowodowanym przez jej rolę w baraku śmierci w Auschwitz i z traumą, którą przeżyła jeszcze jako nastolatka.

Mimo, a może właśnie z tego powodu, że Cilka dorastała w obozie koncentracyjnym, stała się silną kobietą z charakterem, którego nie złamało nawet piekło Auschwitz. Jest wygadana, butna, nie potrafi pochylić głowy i odwrócić oczu, gdy dzieje się coś złego. Równocześnie czuje, że nie zasługuje na dobro, które otrzymuje od innych. Z uporem odmawia przyjęcia lepszej pracy, lepszych warunków życia, bo czuje, że nie jest ich godna. Jej misją w gułagu staje się więc pomoc innym i jedynie to pozwala jej walczyć z demonami przeszłości. Ale czy to na pewno zasługa jej dobrego serduszka, czy też trochę próba odkupienia win?

Autorka ma ładny styl pisania, potrafi sprawnie skonstruować świat przedstawiony i emocjonująco opisywać wydarzenia. Niestety, nieodmiennie mam wrażenie, że wszystkie fakty i wydarzenia w jej książkach są takie... wymuskane. Przygładzone. Niewystarczająco brutalne i okrutne. W szkole czytaliśmy "Inny świat" Herlinga-Grudzińskiego, w którym rzeczywistość w gułagu była naprawdę przerażająca. Tutaj natomiast wszystko jest takie odrealnione. Z jednej strony wiemy, że życie w łagrach było paskudne i straszne, ale z drugiej nie odczuwamy tego za bardzo, bo Morris oszczędza nam co bardziej drastycznych szczegółów (w sumie to większości drastycznych szczegółów). Momentami miałam nawet wrażenie, że o tych więźniów całkiem dobrze tam dbali. W końcu mieli cały magazyn leków. Wyobraźcie sobie, leków!

Dowiedziałam się też jakiś czas temu, że po wydaniu Tatuażysty rozpętała się burza, a badaczka z Centrum Badań Muzeum Auschwitz napisała rozległy artykuł, w którym wytyka wszystkie błędy, nieścisłości i przekłamania, jakich Morris dopuściła się podczas pisania swojej powieści. Mając to na uwadze, zaraz po przeczytaniu Cilki, zagłębiłam się w odmęty internetów, żeby sprawdzić na ile ta książka jest zgodna z prawdą. I okazało się, że nie jest.

Nie chcę tutaj pisać elaboratu na temat tego, na ile historia przedstawiona przez Morris jest przekłamana. Powiem tylko, że już samo to, że wysoko postawiony SS-man miał podobno romans z żydowską więźniarką jest według wielu historyków wątpliwym motywem. Wszyscy wiemy, że o Żydach mówiono wtedy same świństwa, porównywano ich do zwierząt, obarczano winą za całe zło tego świata, a nazistowski żołnierz, który utrzymywałby stosunki z Żydówką, zostałby bardzo dotkliwie ukarany za hańbienie swojej rasy.

Autorka zarzeka się jednak, że jest to powieść oparta na prawdziwej historii (tak samo, jak w przypadku Tatuażysty), poparta gruntownymi badaniami. Ale z drugiej strony twierdzi, że nie zajmuje się literaturą faktu, tylko fikcją literacką. No i bądź tu mądry. Zainteresowanym polecam troszkę pogrzebać, a ja wrzucam Wam tu dwa artykuły (klikklik).

Ostatecznie uważam, że książka sama w sobie jest naprawdę dobra, pełna emocji, barwnych postaci i, co najważniejsze, nadziei. Mimo że powieść ta ma wątpliwą wartość stricte naukową czy historyczną, to jednak mówi o ważnych wydarzeniach i trudnych tematach w przystępny sposób. No bo powiedzcie mi, kto z przyjemnością czytał tego wspomnianego wcześniej Grudzińskiego? A z Cilki, wykreowanej przez Morris, bije taka siła i niezłomność, że poznawanie jej losów jest jak najbardziej wciągające i emocjonujące. Musimy jednak traktować książkę trochę z przymrużeniem oka i nie wierzyć ślepo we wszystkie przedstawione w niej "fakty".

Jakub Przytarski - #EraTindera

Nie przepadam za pisaniem negatywnych recenzji równie mocno, co za czytaniem kiepskich książek. Niestety w przypadku #EraTindera musiałam najpierw męczyć się podczas czytania, a teraz ponownie, podczas recenzowania, bo nie jestem w stanie napisać o niej zbyt wiele dobrego.

Opis książki zapewnia nas, że oto sięgamy po coś innego, coś nowego, bo to w końcu "nie jest kolejna cukierkowa historia miłosna" i musi ją przeczytać każdy, kto "myśli, że o relacjach damsko-męskich w dobie internetu napisano już wszystko".

Otóż po przeczytaniu stwierdzam, że chyba jednak napisano już wszystko, a Przytarski zdecydowanie się do tego nie przyczynił. Ta książka nie oferuje zupełnie niczego oryginalnego ani odkrywczego. Wręcz przeciwnie. Autor serwuje nam jedynie utarte schematy, a główny bohater, głosem wielkiego guru i wyroczni do spraw damsko-męskich, wypowiada same najbardziej oklepane "prawdy" i "fakty", które słyszeliśmy już wszędzie i to z milion razy, głównie krzywdzące, płytkie i uogólnione.

Zastanawiam się, po co w ogóle autor pokusił się o napisanie książki fabularnej, skoro cała "fabuła" ma być tylko mdłym tłem do niekończących się monologów i przemyśleń głównego bohatera. Serio, wszystkie dialogi w tej książce są sztuczne i nierealne. Z reguły po prostu ten nasz główny bohater (będę tak o nim mówić, ponieważ jego imię jest wielką tajemnicą) wypowiada się przez jakieś trzydzieści stron na temat tego, jak to on się zna na kobietach i relacjach, a jego "rozmówca" co jakieś pięć stron wrzuca dwa zdania, w których całkowicie się z nim zgadza albo prosi o więcej jego niesamowitych mądrości i zastanawia się, jak mógł bez nich dotychczas żyć. 

Sama historia jest banalna i niezbyt wciągająca, a przy okazji musimy ją poznawać poprzez szereg retrospekcji, które omijają całkiem ważne dla fabuły wydarzenia (pewnie dlatego, że nie ma w nich seksu, a dialog też musiałby być o czymś innym niż seks). Dodatkowo wszyscy bohaterowie są praktycznie tacy sami, bez wyrazu, bez charakteru, oparci na najbardziej oklepanych i schematycznych wzorcach. Myślicie, że przesadzam? No to spójrzmy.

Główny bohater to emocjonalnie skrzywdzony, zamknięty w sobie facet, który swoją niesamowitą charyzmą od razu przyciąga kobiece spojrzenia, ale nie potrafi się zaangażować w żaden związek, dopóki nie pojawia się ona. Przychodzi Wam do głowy jakaś inna książka, w której znajdziemy podobnego bohatera? Bo mi z dziesięć. 

Jego przyjaciel to typowy ruchacz, który myśli tylko penisem, jest tępy, ale przynajmniej wygląda jak Adonis, a oczywiste jest przecież, że dziewczyny w naszych czasach nie lecą na nic poza wyglądem. Ale jeśli faceci naprawdę myślą o swoich penisach "jego majestatyczność", albo "mój dostojny przyjaciel", to nie wiem, czy chcę dłużej żyć na tym świecie. 

Diana, czyli główna bohaterka, oczywiście zachowuje się jak "typowa kobieta", nie wie, czego chce, wodzi biednych chłopców za nos, odwala jakieś dziwne akcje, płacze, a jej serce można zdobyć, gdy się ją sponiewiera podczas seksu (sukces gwarantowany).

Aha, a wszystkie jej koleżanki są biedne, porzucone i dowartościowują się jedynie dawaniem dupy chłopcom z Tindera, ale potem od razu do nich piszą i nie wiedzą, czemu ci chłopcy już nigdy im nie odpisują. 


Przy okazji, nasz główny bohater jest typem, którego z całego serca nie znoszę. Mówi, że nie pokusiłby się nigdy o stwierdzenie, że wie, co myślą kobiety, żeby potem przez kolejne dziesięć stron rozwodzić się nad tym, co myślą kobiety. Mówi, że nie jest szowinistą, zarzucając jak najbardziej szowinistyczną gadką. Mówi, że pójście z kimś do łóżka na pierwszej randce jest fe, chyba że to akurat on do niego idzie. No i w końcu mówi też, że nie cierpi hipokrytów, ale, nie ukrywajmy, idealnie pasuje do tego określenia. 


Te trzy sceny seksu, które znajdziecie w książce, to zdecydowanie najlepsze momenty (ponieważ wtedy główny bohater przynajmniej na chwilę przerywa swój monolog). Znalazło się w nich trochę dziwnych, momentami śmiesznych, określeń i zwrotów, ale to akurat byłam w stanie przeboleć. Z drugiej strony, autor zarzeka się, że to nie jest erotyk, a jednak każdy jeden "dialog" dotyczy albo seksu, albo tych "relacji damsko-męskich", które w głównej mierze opierają się na... seksie. I nawet jeśli bohaterowie zakochują się w sobie bez opamiętania, to nie wynika to z jakiejś normalnej rozmowy (innej niż o seksie) albo spędzania razem czasu (w sposób inny niż uprawiając seks). I to są zdrowe, normalne relacje damsko-męskie.

Ale wiecie, co wkurza mnie najbardziej? Że ja teoretycznie należę do tego pokolenia. Do pokolenia Tindera. Że moi znajomi do niego należą. A naprawdę na palcach jednej ręki mogę policzyć jakieś pojedyncze jednostki, które zachowują się w tak irytująco głupi sposób, jaki przedstawił w swojej książce Przytarski. Albo myślą w tak krzywdzący sposób. Albo mają tak upośledzone relacje. 

Uważam, że wywindowana ocena tej książki na lubimyczytac.pl to jakiś żart. No bo halo, 8.5 to już prawie arcydzieło, które powinno walczyć o kolejnego Nobla.

(Wspomnę jeszcze tylko, że to nie tak, że mam coś do Tindera, albo do ludzi, którzy z niego korzystają. Sama miałam Tindera, miłości tam nie szukałam i nie znalazłam, ale było to całkiem śmieszne doświadczenie. Znam też ludzi, którzy są ze sobą, a poznali się właśnie tam. Natomiast w książce, która ma nazwę tej aplikacji w tytule, Tinder wcale nie odgrywał jakiejś dużej roli.)

@booksoverhoes