H.G. Wells - Wyspa doktora Moreau

Edward Pendrick, rozbitek ocalały z katastrofy statku Piękna Pani, trafia na tajemniczą wyspę, zamieszkaną przez doktora Moreau i jego pomocnika Montgomery'ego, którzy udzielają mu schronienia. Szybko okazuje się, że oprócz tej dwójki, przebywają na niej stworzenia... dość niespotykane. Są to niepokojące i plugawe dla ludzkiego oka wytwory eksperymentów Moreau, hybrydy zwierząt, w których doktor stara się zaszczepić ludzkie cechy. 

Dzisiaj wizja Wellsa nie wydaje się już czymś równie niezwykłym i na pewno nie robi takiego wrażenia, jak w czasach, w których powstała książka (czyli pod koniec XIX wieku!). W końcu w literaturze, filmach i komiksach możemy znaleźć mnóstwo podobnych motywów: potwornych eksperymentów, hybryd ludzi i zwierząt, czy też zwierząt zyskujących ludzkie cechy i rozum (weźmy choćby Planetę małp). Nie sprawiło to jednak, że jego powieść stała się mniej przerażająca. Dokonały tego nie tyle same opisy wyglądu hybrydowych istot, które w moim odczuciu nie były jakieś szczególnie straszne, co ich psychika, niepokojący sposób zachowania, karykatura człowieczeństwa, którą starały się podtrzymywać. A także opis jęków, bólu i męki, jakich doświadczały podczas eksperymentów. 

Wellsowi udało się w tak krótkiej powieści poruszyć niespodziewanie wiele tematów i problemów, które zaprzątają ludzkie umysły, jak widać, już od setek lat. Jednak teraz, gdy mamy ku temu coraz więcej środków i zaawansowaną technologię, wydają się nawet bardziej prawdopodobne i bliższe! W niezwykle interesującym posłowiu dr Gołuński nawiązał do Frankensteina, jako że obydwa klasyki poruszają etyczne i moralne problemy związane z istotą człowieczeństwa. Co to znaczy być człowiekiem? Czy człowieka można stworzyć? Czy człowiek może sam zostać Stwórcą na podobieństwo Boga? 

Tym samym książka ta jest też zderzeniem religii z teorią Darwina (która w chwili powstawania powieści była jeszcze zasadniczo świeżą koncepcją). Niezmiernie zaskoczyło mnie, że autor dopuścił się w swojej powieści aktów momentami wręcz bezbożnych, ukazując, jak łatwo można wykreować bóstwo, cały otaczający je kult i ideologię.

Wizja Wellsa jest straszna i katastrofalna, a ja cały czas nie mogłam powstrzymać się od porównywania tej małej, zamkniętej i odciętej od świata wysepki z ogółem naszego społeczeństwa. W dystopijnym świecie doktora Moreau istnienie niby-ludzi, zwierzęcych hybryd, nie ma żadnego sensu ani celu, a powrót do zezwierzęcenia i widmo zagłady cały czas unosi się nad ich głowami. Czy i ludzkość może czekać taka przyszłość? 

To książka, której nadrzędnym celem jest zmuszenie czytelnika do myślenia, do refleksji nad tyloma różnymi aspektami naszego życia. Nie spodziewałam się, że będzie tak niesamowicie poruszająca i w równym stopniu zaangażuje odbiorcę. Przedstawione w niej obrazy są co prawda skrajne i groteskowe, jednak dzięki temu jeszcze dobitniej przemawiają do naszej wyobraźni. Wellsowi udało się też ubrać ten ogromny konflikt moralny, etyczny i filozoficzny w szatę typowej przygodówki, w której wartka akcja nie pozwala czytelnikowi oderwać się od lektury. To ponadczasowy klasyk, po który zdecydowanie warto sięgnąć. 

Manuela Gretkowska - Faworyty

Mieszane odczucia towarzyszyły mi i podczas lektury Faworyt, i po ich skończeniu, a także teraz - jakiś miesiąc później, kiedy w końcu siadam do recenzji. Na pewno była to jedna z najbardziej zaskakujących książek, jakie dane mi było kiedykolwiek przeczytać, jednak nie pod względem niesamowicie krętej fabuły, pełnej zagadek i tajemnic, ponieważ niczego takiego tutaj nie doświadczycie. Bardziej chodzi o formę tej książki.

Nazwanie jej niekonwencjonalną byłoby ogromnym niedopowiedzeniem, ale naprawdę trudno jest ją jednoznacznie określić. Wszystko w tej książce wydaje się groteskowe i wynaturzone - niewybredne sceny seksu, rubaszny język, niesmaczne zachowania postaci i karykatury relacji między bohaterami, a także oryginalny styl pisania, z nietypową składnią, do której trzeba się najpierw przyzwyczaić, żeby w ogóle coś z tej historii wynieść.

Sięgając po Faworyty spodziewałam się dobrej dworskiej intrygi. W końcu to opowieść o trzech wpływowych kobietach - Elisabeth Lubomirskiej, Izabeli Czartoryskiej i Magdalenie Sapiesze, które walczą między sobą o względy Stasia - króla Poniatowskiego i wpływy na jego dworze. 

I już na początku przeżyłam wstrząs, gdyż niewiele było w książce tej intrygi między paniami, za to zdecydowanie dużo pizd (nienawidzę tego słowa i kiedy zobaczyłam je w tekście, aż się wzdrygnęłam. Serio.) i kutasów. Tak. Dokładnie w takim tonie utrzymane są opisy erotyczne i nie tylko, bo w książce Gretkowskiej większość rzeczy i tak w końcu, prędzej czy później, nawiązuje do seksu.

Autorka postawiła na naturalizm, turpizm, przerysowanie. Jej Warszawa to sterty gówna, u swoich bohaterów uwypukla wszystkie mankamenty i niedoskonałości, małe piersi, ślady po ospie, deformacje, makijaż, który odchodzi od twarzy płatami jak tynk. Brakowało mi tylko pcheł wyskakujących z fikuśnie udrapowanych peruk. Gretkowska ośmiesza modne trendy i poglądy epoki, a przy okazji łamie wszelkie konwenanse: z najbardziej znanych polskich szlachciców robi półgłówków i pijaków, z księży seksoholików, z króla niedojdę, z rodzinnych i małżeńskich relacji czystą patologię.

Tak jak wspomniałam, nie ma tu niesamowicie wartkiej akcji, ale nie ma też żadnego punktu kulminacyjnego, wyraźnego celu, do którego zmierza fabuła. Przez cały czas zastanawiałam się, w którym momencie Gretkowska stwierdzi, że to już koniec. Akcja wciągnęła mnie tak naprawdę dopiero gdzieś w połowie książki, kiedy w końcu udało mi się związać z niektórymi postaciami i zainteresować ich losami.

Historia przedstawionych tu kobiet jest gorzka i smutna. Niby zyskują namiastkę władzy, rozkładając nogi przed tym czy innym wysoko postawionym panem, ale tak naprawdę pozostają marionetkami w rękach innych panów. Niektóre z nich pragną jedynie miłości, a zamiast tego są wykorzystywane w politycznych rozgrywkach przez swoich mężów i ojców. 

W opisie książki można przeczytać, że to opowieść niehistoryczna, a jednak oddaje ogólny zarys wydarzeń i nastroje społeczne za panowania Poniatowskiego. Gretkowska wybrała jeden z najbardziej niechlubnych momentów w naszej historii. Polska stoi przed rozbiorami, caryca Katarzyna ingeruje w każdą decyzję sejmu, szlachta myśli tylko o swoich korzyściach i za plecami króla rozmawia się z wrogami narodu, natomiast Poniatowski wydaje się najbardziej przejmować tym, kogo dzisiaj będzie prał batem po gołym tyłku, podczas gdy jego rządy i kraj zapadają się coraz głębiej w stertę gówna, równie wielką, jak ta, którą widzi z okien swojego pałacu.

Jest to na pewno interesująca i zaskakująca pozycja. Zdecydowanie nie spodoba się wszystkim. Powiedziałabym, że to jedna z tych książek, które można albo kochać, albo nienawidzić, tyle, że ja sama znajduję się gdzieś pomiędzy tymi dwoma uczuciami. Tak więc chyba można ją kochać, nienawidzić, albo do końca życia zastanawiać się... co to w ogóle było. 

Peter A. Flannery - Mag bitewny (księga II)

Druga księga Maga bitewnego kontynuuje historię Falka, jego przyjaciół i całego ludu Furii, nad którym wisi coraz bliższa wizja ostatecznej wojny z chordami Opętanych. Zbliża się też moment, w którym Falko powinien przystąpić do Rytuału Assai i, jeśli przejdzie go pomyślnie, przywołać smoka. Jednak chłopak dalej nie jest w stanie władać magią ofensywną, a magowie zrobią wszystko, żeby nie przeszedł próby pomyślnie. 

Meredith cały czas stara się odkryć prawdę na temat Wielkiego Opętania, ale jest to tajemnica tak straszna i porażająca, że jej ujawnienie może raz na zawsze odmienić utarty porządek rzeczy. A Marchio Dolor wysyła w świat swojego Pogromcę, powstałego tylko w jednym celu - by miażdżyć Wielkie Dusze. Czy magowie bitewni są gotowi na walkę z tak potwornym przeciwnikiem? Czy Falko zdoła pokonać przeciwności czekające na niego w mrocznych rytualnych korytarzach? Jaki smok odpowie na jego wezwanie? I najważniejsze pytanie - czy królestwa Furii postanowią w końcu zjednoczyć się pod potężnym naporem wroga?

Akcja w tej części składa się w dużej mierze ze scen batalistycznych, kolejnych potyczek między armiami Furii a legionami Opętanych albo krwawych pojedynków magów bitewnych i demonów. Moim zdaniem jest to jedna z największych, niekwestionowanych zalet książki, gdyż sceny te są naprawdę świetnie napisane, dramatyczne, wciągające, poruszające i niesamowicie ciekawe. Podczas lektury czytelnik doświadcza ogromu emocji, a kolejne opisy pochłania z zapartym tchem i nieraz... łzami w oczach. 

Tak właśnie, wzrok Was nie myli. Jest to oczywiście powieść brutalna, mroczna i pełna przemocy, ale też niesamowicie poruszająca. Ja sama przepłakałam pół książki. I to wcale nie był ten rodzaj wzruszonka, kiedy w oku zakręci się pojedyncza łezka. Łzy lały mi się po twarzy potokami, a w niektórych momentach autentycznie szlochałam. Nie spodziewałam się zupełnie, że ta książka będzie aż tak wzruszająca i piękna, ale również dojmująco smutna. Flannery potrafi oczarować swoich czytelników przepięknymi popisami honoru, poświęcenia i odwagi. Jednak równie łatwo może w ułamku sekundy złamać ich serduszka. 

Nie jestem w stanie stwierdzić, która część podobała mi się bardziej. O ile w przypadku pierwszej zwracałam uwagę na jej sztampowość i wykorzystanie utartych schematów, o tyle w drugiej zupełnie mi to nie przeszkadzało. Jest to historia pod wieloma względami przewidywalna, a jednak dalej trzyma w napięciu tak ogromnym, że ledwo można oderwać się od czytania. Wiem, że wiele osób oceniło Maga nisko własnie ze względu na tę powtarzalność, twierdząc, że niczego nowego do fantastyki nie wnosi i że prawdziwi wyjadacze gatunku nie odnajdą w nim niczego godnego uwagi. Nie mogę się z tym zgodzić. Przeczytałam w swoim życiu już całkiem sporo fantasy, a jednak niewiele książek wzbudziło we mnie tyle emocji i mogło pochwalić się tak dobrymi scenami walki (naprawdę uważam, że to ogromny plus, wiecie, jak często autorzy traktują je po macoszemu?). 

Jestem też niezmiennie oczarowana motywem smoków, a szczególnie ich pamięci rasowej, która okazała się bardzo ciekawym pomysłem. Zresztą, kogo ja oszukuję, jeśli w książce pojawiają się smoki, magowie i bitwy, na pewno będę szczęśliwa. Natomiast na niekorzyść książki przemawia na pewno zakończenie - spodziewałam się czegoś... lepszego. Czegoś, co zrobiłoby na mnie większe wrażenie. Nie podoba mi się też zbyt szybka przemiana Falka z chucherka w niesamowitego maga.

Może nie jest to książka, która zmieni Wasze życie, ale na pewno zafunduje Wam ogromną dawkę emocji, a także po prostu dobrej zabawy. A chyba o to w tym wszystkim chodzi, prawda? Dlatego myślę, że i początkujący fani fantastyki, i zagorzali jej czytelnicy znajdą w niej coś dla siebie. 

Violetta Krasnowska - Będziesz siedzieć. O polskim systemie niesprawiedliwości

Człowiek skazany za zabójstwo na 25 lat pozbawienia wolności na podstawie tylko jednego donosu - i to jeszcze złożonego przez osobę, której nawet nie było na miejscu zdarzenia? Podczas gdy świadkowie zarzekają się w sądzie, płaczą i powtarzają, że nie widzieli oskarżonego? I gdy nie wskazują na niego żadne realne dowody? Niemożliwe, prawda? Cóż, u nas wszystko jest możliwe.

To zresztą nie jedyny przykład wyroku, który skazał niewinną osobę na wiele lat więzienia. Na odbijanie się od sądów kolejnej instancji, składanie apelacji, tysiące próśb o wykonanie badania wariografem i coraz bardziej rozpaczliwe próby zachowania resztek nadziei. W swojej książce Krasnowska przedstawia siedem takich historii. Na pewno jest ich zdecydowanie więcej.

W reportażu pojawiają się wywiady z ofiarami tych niesprawiedliwych wyroków, z ich obrońcami, a także z pracownikami Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka, którzy codziennie na swoich biurkach znajdują dziesiątki listów od osób, uważających, że zostały niesłusznie skazane. Część tych historii jest najprawdopodobniej wyssana z palca, ale znajdują się też takie przypadki, kiedy wszystko wskazuje na to, że ktoś został niesłusznie oskarżony. I tym ludziom Fundacja stara się pomóc, nieraz przez całe lata. W książce pojawiają się także fragmenty zeznań, uzasadnienia wyroków sądowych i odrzuconych apelacji - niektóre są naprawdę absurdalne. Są też opisy zbrodni, nieraz bardzo dramatyczne i pełne przerażających szczegółów.

Oskarżeni mówią Krasnowskiej o swojej długoletniej walce, która dla niektórych z nich wciąż trwa. Tak, część tych ludzi dalej odsiaduje wyroki, podczas gdy prawdziwi mordercy być może dalej są na wolności. Mówią o tym, jak zostali wyrwani ze swojego życia, i to jeszcze w młodości. Nawet jeśli już wyszli z więzienia albo jeśli zostaną jeszcze uniewinnieni, straconych lat nie uda im się już nigdy odzyskać. 

Przerażające jest też to, że nikt nie odpowiedział (i najprawdopodobniej nigdy nie odpowie) za wyrządzone im krzywdy. Policjanci, który źle wykonali swoje obowiązki, w rażący sposób nie zastosowali się do procedur, prokuratura, która przeprowadziła śledztwo po łebkach, starając się wszystkie dowody przyporządkować do tego jednego oskarżonego, zamiast rzetelnie badać każdy trop. Bo tak było łatwiej? Sądy, które nawet nie zwróciły uwagi na uchybienia i nieścisłości w aktach oskarżenia. Bo po co?

Podczas czytania tej książki nie opuszczało mnie wrażenie, że wszystkie opisane tu sytuacje wydają się zwyczajnie absurdalne. Jak ktoś pozwolił na coś takiego? Jak ktoś mógł nie zauważyć, że to się wszystko w ogóle nie trzyma kupy? Natomiast druga myśl, która dalej obija mi się gdzieś z tyłu głowy, jest naprawdę przerażająca. Tak naprawdę może to spotkać każdego z nas. Człowiek może być całkowicie niewinny, ale znaleźć się w złym miejscu w złym czasie. Albo mieć kilku źle życzących mu ludzi. I nagle ląduje za kratkami. Wydaje nam się to nierealne, bo w końcu niewinna osoba na pewno nie zostałaby skazana, prawda? Przecież sprawiedliwość zwycięża! Okazuje się jednak, że nie zawsze.

Muszę niestety zwrócić uwagę na sposób, w jaki reportaż został napisany. Bardzo trudno było mi się przebić przez kilka pierwszych stron i cały czas myślałam tylko "tego się nie da czytać". Zdania miały dziwną składnię, styl był wręcz niedbały, do tego te wieczne powtórzenia (nie z rodzaju tych zamierzonych, które mają położyć na coś szczególny nacisk) i błędy typu "okazał się być sprawcą" zamiast po prostu "okazał się sprawcą". Na szczęście w miarę czytania przyzwyczaiłam się do tego stylu i zwracałam mniejszą uwagę na niedociągnięcia, a większą na samą treść, bo trzeba przyznać, że wciąga bez reszty.

Będziesz siedzieć to mocny i trudny reportaż. Obnaża mankamenty systemu karnego, lenistwo i krótkowzroczność jego pracowników, wynikające z nacisków "z góry" albo po prostu z chęci jak najszybszego zamknięcia sprawy. Opowiada smutne, bolesne historie niewinnych ludzi i opowiada je dobrze. Widać świetne przygotowanie autorki, która rzetelnie przedstawia fakty, ale nie boi się też pokazywać swojego oburzenia. Reportaż zbudza w czytelniku całą gamę emocji, od niedowierzania przez smutek po bezsilność. Tym bardziej, że dotyczy naszego własnego polskiego podwórka.

Randall Munroe - How to? Jak? Absurdalne rozwiązania codziennych problemów

Dalej jestem pod ogromnym wrażeniem faktu, że komuś udało się napisać książkę tak absurdalną i tak mądrą równocześnie! Z jednej strony mogłoby się wydawać, że co drugie napisane tu zdanie to czysta abstrakcja, ale tak naprawdę można z niej wyłowić tyle ciekawych informacji! A przy okazji bardzo dobrze się bawić.

Chcecie wiedzieć, na czym polega jej fenomen? Otóż, weźcie jakiś najbardziej banalny, codzienny problem, potem skomplikujcie go do granic możliwości i spróbujcie rozwiązać w najgłupszy sposób, jaki przyjdzie Wam do głowy. Voila!

Autorowi udało się stworzyć zbiór porad całkowicie groteskowych i zupełnie nikomu niepotrzebnych. Taki trochę anty-poradnik, bo większości z przedstawionych tutaj rozwiązań chyba nikt nie powinien próbować w domu! Ale najcudowniejsze w tym wszystkim jest to, że cały czas, nawet przy najgłupszych z najgłupszych wizji, dalej opierał się na nauce, a w każdym jego wywodzie zachowany jest idealny ciąg logiczny. I nagle okazało się, że znając podstawowe prawa fizyczne i trochę matematyki, można policzyć zupełnie wszystko! Wystarczy wykorzystać wzór na naprężenie obwodowe, żeby dowiedzieć się, ile twardego sera gruyère należy użyć do zbudowania basenu o głębokości 90 cm! Czy to nie brzmi wspaniale? (A już na pewno dla producenta sera, u którego będziecie składać zamówienie!)

Momentami jednak ten typowo naukowy język może wydawać się odrobinę przytłaczający i zniechęcający dla osoby, która na co dzień nie wykonuje przekształceń wzorów na potrzeby mniej lub bardziej absurdalnych obliczeń. Na szczęście takich fragmentów jest tylko kilka, a cała książka została stworzona w bardzo przystępny sposób - zarówno, jeśli chodzi o błyskotliwy, ale prosty styl pisania, jak i ogromną liczbę zabawnych rysunków poglądowych. 

Jestem jednak trochę zawiedziona strasznie nierównym poziomem tekstu. Niektóre rozdziały były przezabawne do tego stopnia, że płakałam ze śmiechu, a najlepsze fragmenty czytałam każdemu, kto akurat znalazł się w polu rażenia. Ale inne wydawały się po prostu nużące. I nie zrozumcie mnie źle, uważam, że to niezwykle wartościowa i naprawdę ciekawa lektura. Niestety nie aż w takim stopniu, w jakim chciałam.

Dla przykładu w rozdziale Jak wykonać lądowanie awaryjne pierwszy scenariusz rozbawił mnie do łez, byłam zachwycona i już nie mogłam doczekać się reszty, ale potem każdy kolejny stawał się coraz bardziej... no może nie tyle nudny, bo Randallowi nie brakuje niesamowitych pomysłów, ale jakiś taki nijaki, mniej wciągający, mniej błyskotliwie opisany. 

Przestawiając tę sytuację w bardziej matematyczny sposób (spokojnie, żartuję), gdyby cała książka była taka, jak jej najlepsze momenty, dostałaby ode mnie 11/10, a także dozgonną miłość i uwielbienie. Gdyby cała była taka, jak te najgorsze, dostałaby 5 i byłabym bardzo smutna. Ostatecznie plasuje się gdzieś pomiędzy. Nie będę na tę okazję wyliczać całek (ani średnich, średnie są jeszcze nudniejsze), polecam Wam ją z czystym serduszkiem, ale dalej trochę ubolewam nad tym, że mogła być dużo lepsza. 

Sarah J. Maas - Dom Ziemi i Krwi cz. II

Stało się dokładnie to, czego się spodziewałam. Crescent City pozostawiło mnie z książkowym kacem i rozdartym serduszkiem, których nie złagodzi nic, poza kolejnym tomem (tak naprawdę istnieje spora szansa, że kolejny tom jeszcze je pogłębi). Wspominałam już kiedyś w recenzji Królestwa popiołów (ostatniej części Szklanego tronu, możecie ją przeczytać tutaj), że twórczość Maas to moje guilty pleasure. Nie jest to najbardziej ambitna literatura na świecie, ale ZAWSZE dostarcza mi tyle emocji, że ledwo mogę usiedzieć w miejscu, grzeje serduszko, przeraża, trzyma w napięciu, wzrusza. No i oczywiście oferuje tak wielu potencjalnych kaandydatów na book crusha, że wystarczy ich dla każdej zakochanej fanki.

Muszę jednak przyznać, że początkowo wcale nie byłam zachwycona drugą częścią Domu ziemi i krwi (w przeciwieństwie do pierwszej, która naprawdę zrobiła na mnie świetne wrażenie! Zresztą, moją opinię znajdziecie tu o). Przez długi czas nie podobało mi się, w którą stronę zmierza ta historia. Byłam zawiedziona i powoli godziłam się już z faktem, że nowa książka Maas mnie nie zachwyci (w sumie byłby to już drugi taki przypadek, bo pierwszej części Dworów nie trawię... Ale w stosunku do Księżycowego miasta miałam dużo większe nadzieje).  

Jednak potem przeczytałam ostatnie 150 stron, które wszystko mi wynagrodziły. Jakie to było dobre! Po pierwsze, popłakałam się przynajmniej trzy razy. Po drugie, akcja trzymała w takim napięciu, że czytałam ją na jednym wdechu i byłam takim kłębkiem nerwów i emocji, że ledwo dotrwałam do końca książki! Nic więcej Wam nie powiem, ale warto było na to czekać! Maas ma taką manierę, że wszystkie sceny muszą być u niej równie teatralne i dramatyczne, co w hollywoodzkich filmach akcji. Bohaterowie jej książek są jak Tom Cruise w Mission Impossible albo Keanu Reeves w Johnie Wicku. Co zupełnie, ani odrobinkę mi nie przeszkadza, ponieważ kocham tę konwencję! Po trzecie - romans, romans i jeszcze raz romans! A po czwarte - jak ja uwielbiam silne kobiece postaci w książkach! Takie, które potrafią same o siebie zawalczyć, pomachać mieczem, postrzelać z karabinu. I tutaj Maas zupełnie mnie nie zawiodła! 

Zresztą, Bryce zachwycałam się już w recenzji pierwszej części. Niestety trochę nie podoba mi się fakt, że w miarę, jak dziewczyna odzyskuje chęć do życia, staje się coraz mniej pyskata, wygadana i błyskotliwa, a coraz bardziej... nijaka. Teraz jednak chciałabym wspomnieć o Huncie, ponieważ w jego kreacji autorka odeszła nieco od swojego standardowego głównego męskiego bohatera. Co prawda dalej jest super przystojnym, niedostępnym, dwustuletnim aniołem (Maas zdecydowanie jest fanką skrzydeł), który ciska błyskawicami, ma mroczną przeszłością i złamane serce, więc z jednej strony wszystko jest w normie. Ale z drugiej, momentami wydaje się taki... normalny i zwyczajny. Tu sobie obejrzy mecz, tu sobie wypije browarka i po prostu równy z niego gość. Nie jestem do końca przekonana, czy to dobrze, bo trochę go jeszcze nie czuję, ale mam nadzieję, że zmieni się to w trakcie czytania kolejnego tomu. 

Przy okazji, mimo, że początkowo podchodziłam sceptycznie do konwencji urban fantasy, za którą nieszczególnie przepadam, ostatecznie pomysł na połączenie magii i nowoczesnej technologii zaczął mnie coraz bardziej przekonywać, bo autorka naprawdę dobrze go wykorzystała. 

Świat Księżycowego miasta jest mroczny, ale równocześnie barwny, różnorodny i bardzo ciekawie skonstruowany. Nie mogę się już doczekać kolejnego tomu! Tym bardziej, że zupełnie nie mam pojęcia, w którą stronę skierują się losy bohaterów, ale mam wrażenie, że tak naprawdę wszystkie najlepsze rzeczy jeszcze przed nami! 

Charlie N. Holmberg - Papierowy mag

Ceony, świeżo upieczona absolwentka Szkoły Magów Tagis Praff, pragnie w końcu spełnić swoje największe marzenie i zostać Wytapiaczem, posługującym się magią metalu. Niestety, okazuje się, że od lat zbyt mało osób wybiera specjalizację w magii papieru, uważanej za nudną i bezwartościową, dlatego to właśnie dziewczyna zostaje zmuszona do tego, żeby się jej podjąć. W tym celu rozpoczyna praktykę u ekscentrycznego maga Emery'ego i... wpada po uszy w konflikt, z którego istnienia dotychczas nie zdawała sobie nawet sprawy.

System magiczny, w którym magowie mogą kontrolować materiały wytworzone ludzką ręką (takie jak metal, plastik, papier czy szkło) jest taki inny, oryginalny, nieoczywisty i naprawdę bardzo ciekawy! Daje też nieograniczone wręcz możliwości! Z tego, co zrozumiałam, Holmberg uczyła się pisać u Sandersona (to moje marzenie!) i faktycznie widać to po świeżym sposobie, w jaki podeszła do kwestii magii. Szkoda tylko, że system ten jest opisany jedynie pobieżnie i tylko w odniesieniu do magii papieru, a jego ogromny potencjał pozostał niewykorzystany.

Prowadzenie akcji w abstrakcyjnym i niecodziennym miejscu było naprawdę świetnym rozwiązaniem. Bardzo ciekawy był również sposób, w jaki to miejsce się zmieniało - z magicznego w bardziej organiczne (nie powiem Wam nic więcej, przeczytacie - zobaczycie o co mi chodzi). W tym przypadku autorka zdecydowanie wykorzystała możliwości, które dawał jej ten pomysł!

Niestety, to jedyne zalety Papierowego maga, bardzo istotne, ale jednak niewystarczające. (No dobra, jest jeszcze piękna okładka.)

Przez cały czas nie mogłam pozbyć się wrażenia, że czytam opowiadanie na Wattpadzie. I to nie jedno z tych lepszych. Książka została napisana nieumiejętnie i pomija wiele, zdawałoby się, ważnych aspektów, jak choćby porządne wykreowanie bohaterów, którzy tutaj są po prostu nijacy. Co prawda w paru momentach Ceony siliła się na bycie zabawną, ale zupełnie jej to nie wychodziło. Natomiast już na początku książki dała się poznać jako pretensjonalna, irytująca dziewczyna, która wybrzydza, jakby była królową Anglii. Emery wydawał się nawet uroczy, ale niestety nie pozwoliło mu to uratować książki, a sposób, w jaki został przedstawiony w przeszłości i jego zachowanie były dla mnie w pewnych momentach zupełnie niezrozumiałe. Z całej tej obsady najbardziej polubiłam psa. 

Jeśli chodzi o akcję, moim głównym zarzutem jest to, że wszystko działo się zbyt szybko i stawało się aż nierealne (a mówimy o świecie, w którym istnieje magia!). Ceony miała odbyć przynajmniej dwuletnią praktykę, po czym większości rzeczy nauczyła się w ciągu pierwszego tygodnia, bo przyswojenie każdej nowej umiejętności zajmowało jej najwyżej dzień. Nie brzmi to jakoś szczególnie skomplikowanie, prawda?

Wątek miłosny, mimo że był oczywisty od samego początku, zawiązał się nagle, nie wiedzieć skąd i bez żadnego powodu. Jasne, że w większości książek bohaterowie potrzebują jedynie kilku dni, żeby zakochać się w sobie do szaleństwa i na resztę życia, ale oni zazwyczaj przynajmniej ze sobą ROZMAWIAJĄ, wymieniają więcej niż pięć zdań na krzyż. Nie wystarczy po prostu wprowadzić ich do jednego pomieszczenia.

Fabuła też zupełnie do mnie nie przemawiała. Większą jej część poznajemy na podstawie krótkich retrospekcji, które miały nam (i Ceony) przestawić zarys historii, ale żadna z nich nie odpowiedziała na bardzo istotne pytania: jaki jest w ogóle cel i motywacja głównej antagonistki i jej towarzyszy? Czemu podjęła takie a nie inne decyzje?

Zamiast przedstawić czytelnikom więcej ważnych wiadomości odnośnie fabuły, systemu magicznego, czy bohaterów, autorka postanowiła co chwila raczyć nas nieistotnymi i niepotrzebnymi informacjami. W ciągu 230 stron Ceony dwa razy zrobiła pranie. Jakby zapasy czystej bielizny były najważniejszym aspektem tej historii. Kilka razy pojawił się opis, jak to dziewczyna plecie sobie warkocz z boku głowy, który był wstawką zupełnie bezwartościową. Zresztą tak samo, jak dokładne przedstawienie tego, co ugotowała na obiad.

Znalazł się też moment, w którym wielce spostrzegawcza Ceony zauważyła, że Emery jest leworęczny. Chyba, bo szczerze już nawet nie pamiętam, o którą rękę chodziło. A wiecie dlaczego? Bo to było zupełnie nieistotne. Gdyby szedł za tym jakiś ciąg dalszy - na przykład, że leworęczni magowie są dużo zdolniejsi. Ale nie. To zdanie zupełnie nic nie wniosło! Możecie pomyśleć, że trochę za bardzo się czepiam, ale jeśli cała historia ma niewiele ponad 200 stron, a w tym czasie autorka ciągle marnuje miejsce na tysiąc niepotrzebnych faktów, to nie wystarcza go na super rzeczy, które powinny były się tu znaleźć! I książka wiele na tym traci. 

A przy okazji, gdzie jest ten steampunkowy klimat? Bo moim zdaniem nie pojawił się tu ani jeden motyw, który mógłby w ogóle stać obok steampunku.

Nie jest to książka okropnie zła, ale zdecydowanie nie jest też dobra. Mimo wszystko jeszcze nie skreślam tej historii. Papierowy mag jest pierwszą częścią trylogii i modlę się, żeby w kolejnych pojawiło się coś więcej. Na ten moment serduszko aż mnie boli z powodu jawnego niewykorzystania świetnego pomysłu. Ta książka mogła być taka cudowna! Naprawdę chciałabym, żeby kolejne części udowodniły, że wszystko może się jeszcze skończyć dobrze!

Alix E. Harrow - Dziesięć tysięcy drzwi

January Scaller miała siedem lat, gdy po raz pierwszy przeszła przez Drzwi. Wspomnienie tej chwili wyblakło w jej pamięci w ciągu następnej dekady, spędzonej na nauce francuskiego i dobrych manier, by zadowolić swojego dobroczyńcę, pana Locke'a. Żeby zasłużyć na miano dobrej dziewczynki, której na pewno nie przystoi rozmyślanie o jakichś dziwnych drzwiach, prowadzących w inne miejsca. Dziewczynki ubranej w koronkowe sukienki z falbankami i traktowanej poniekąd jak kolejny eksponat w wielkiej rezydencji, wypełnionej skarbami z najbardziej egzotycznych miejsc na świecie.

Jednak January nigdy nie chciała być dobrą dziewczynką, posłuszną laleczką, która nie mówi bez pozwolenia i myśli tylko o nowej sukience. Jest butna, ma własne zdanie, chciałaby zwiedzać świat, potajemnie zaczytuje się w powieściach przygodowych, drukowanych w odcinkach w gazecie, to niespokojny, półdziki duch, żądny wrażeń. Na szczęście jej życie zostaje nagle wywrócone do góry nogami, gdy w jej ręce wpada tajemnicza książka i okazuje się, że znalezione przez nią drzwi były tylko jednymi z tysięcy. A splot niefortunnych wydarzeń sprawia, że być może w końcu będzie miała szansę przeżyć przygodę.

Jedną z największych zalet powieści Harrow, którą można zauważyć już od pierwszej strony, jest to, jak przepięknie została ona napisana. Autorka sprawnie bawi się słowem, by za jego pomocą nadać zwykłym rzeczom nowe znaczenie. Tworzy inspirujące obrazy, a jej lekkie pióro idealnie oddaje klimat stworzonego świata. Zachwyca językiem, barwnymi opisami, przemyśleniami głównej bohaterki i sposobem, w jaki prowadzi ona swoją opowieść.

W tę książkę można się zapaść, powoli wsiąkać w historię i styl pisania, które opływają czytelnika, gdy zanurza się coraz głębiej w fascynującej fabule. Przed jego oczami zarysowuje się czarująca wizja tysiąca światów, które są niemal na wyciągnięcie ręki i tylko czekają, żeby je odkryć. Światów tak różnych od naszego, pełnych magii, niesamowitych stworzeń, budowli i artefaktów. Umiejscowienie akcji na początku XX wieku było strzałem w dziesiątkę. To w końcu czas przemian, rozwoju i "nowoczesności", ale dalej pozostaje w nim jeszcze trochę miejsca na odkrywanie nieznanych lądów, prowadzenie ekspedycji badawczych i oczywiście na magię. 

Harrow nawiązuje w swojej historii do motywu baśni, mitologii, opowieści i ich wpływu na życie ludzi. W cudownie magiczny sposób zwraca uwagę na moc, jaką może mieć słowo. Przy okazji odnajdziemy tu książkę w książce, a historie na dwu płaszczyznach, przeszłość i teraźniejszość, będą się uzupełniać i przeplatać ze sobą.

Niektóre aspekty fabuły są przewidywalne, co jednak zupełnie nie odbiera przyjemności z czytania (jeśli macie wątpliwości, spójrzcie w górę na wszystkie zalety tej książki). W pewnej recenzji przeczytałam, że dla młodszego czytelnika historia nie będzie aż tak oczywista, ale zapewniam Was, że starszego też może w kilku miejscach zaskoczyć! 

Dziesięć tysięcy drzwi to przecudowna młodzieżówka, która w swojej treści przemyca istotne prawdy i wartości. Mówi o potędze miłości i przyjaźni, walce o swoje marzenia, byciu sobą, nawet, gdy inni próbują nas za wszelką cenę zmienić i dopasować do własnych norm i ram. Ale porusza też inne problemy, które są bardzo aktualne, i na które koniecznie powinno się zwracać uwagę młodzieży (czuję się bardzo staro, gdy to piszę) - nierówność w traktowaniu ludzi o odmiennym kolorze skóry, orientacji, płci.

Ta książka jest godna polecenia z wielu różnych powodów! Rzadko kiedy zdarza mi się czytać debiut, który wypada tak dobrze i jest w stanie w równym stopniu oczarować czytelnika. W tym przypadku zdecydowanie możecie oceniać książkę po okładce - obydwie są naprawdę urzekające. 

Sarah J. Maas - Dom Ziemi i Krwi cz. I

Bryce za dnia pracuje w galerii Griffin Antiquities, gdzie sprzedaje dzieła sztuki i nie do końca legalne artefakty, na zlecenie swojej pracodawczyni poluje też na kolejne starożytne skarby. W nocy zaś prowadzi beztroskie życie młodej imprezowiczki, przepełnione alkoholem, narkotykami, rozdzierającą uszy muzyką w nocnych klubach i przypadkowym seksem w obskurnych łazienkach. A przynajmniej do czasu, kiedy miastem wstrząsa przerażające, krwawe morderstwo, które sprawia, że świat Bryce rozsypuje się na kawałki.

Na wstępie powiem, że nie przepadam za urban fantasy, a z nim mamy tutaj poniekąd do czynienia - nie jest to, co prawda, nasz świat, natomiast technologia jest rozwinięta na podobnym poziomie, dostajemy więc telefony, karabiny, samochody, przeszklone wieżowce, a do tego... Fae, Anioły i magię. Być może lubicie takie połączenie i będziecie zachwyceni wykreowaną w książce rzeczywistością, ale nawet jeśli nie jesteście wielkimi fanami tych motywów w fantastyce, to najprawdopodobniej i tak to przebolejecie - po pierwsze dlatego, że to w końcu Maas, a wszyscy kochamy Maas, a po drugie, fabuła i postaci na pewno Wam to zrekompensują.

Te postaci! Jak one są dobrze wykreowane. Maas zawsze tworzy silne główne bohaterki, ale w przypadku Bryce przeszła samą siebie. Oczywiście dziewczyna jest wygadana, zbuntowana, niezależna, głośno mówi o swojej nienawiści do zaborczych samców Fae i potrafi nieźle zaleźć za skórę. Jest pół człowiekiem-pół Fae, ale teoretycznie nie otrzymała żadnych magicznych zdolności po swoim nadprzyrodzonym tatku i nie wyróżnia się niczym szczególnym, poza swoim ciętym językiem i zamiłowaniem do absurdalnie wręcz wysokich obcasów. A przynajmniej jeszcze niczym się nie wyróżnia. Nie można jednak nie wspomnieć o pozostałych bohaterach, którzy wcale nie są gorzej przedstawieni i szybko zdobywają nasze serduszka. Nawet poboczne postaci, takie jak szefowa Bryce albo Lele, mają tyle charakteru, że nie można ich nie lubić. 

Na pewno tysiąc razy słyszeliście już (a jeśli nie, to jeszcze usłyszycie), że w Domu Ziemi i Krwi poznajemy zupełnie nową Maas. I faktycznie podczas czytania Crescent City miałam nieodparte wrażenie, że wcześniej autorka musiała się powstrzymać, a teraz w końcu mogła być w pełni sobą. Przekleństwa wylewają się ze stron książki potokami, o niezobowiązującym seksie mówi się bez ogródek i niewybrednie, świat jest brutalny, brudny i brzydki, a historia łamie serduszko już na pierwszych stronach. Ale nie bójcie się, oczywiście dalej wszyscy bohaterowie są niemożliwie piękni. 

Świat został wykreowany spójnie i z rozmachem - jego historia, system rządów, funkcjonowanie, hierarchia, nawet układ miasta - wszystko jest dopracowane dużo bardziej niż w przypadku Dworów czy Szklanego Tronu. Niestety sprawiło to, że czasami akcja zwalniała, a my dostawaliśmy opis tego czy innego aspektu, za czym nie przepadam, chociaż widać, że Maas starała się płynnie wpleść te opisy w ciąg fabuły, więc zgrzyty są niewielkie. Jest to świat, w którym ludzie są traktowani jak najgorszy sort istot, wykorzystywani przez magiczne stworzenia, a pół-Fae, pokroju Bryce, wcale nie mają się lepiej. Maas zafundowała nam też mnogość innych magicznych postaci, które nie pojawiły się w jej poprzednich sagach. Fae, wampiry, czarownice, demony i różne inne ciekawe istoty funkcjonują w jednym społeczeństwie i wiecie co? Efekt końcowy jest naprawdę świetny!

Zauważyłam w recenzjach, że pod adresem tej książki skierowane są dwa główne zarzuty - jest w niej za dużo przekleństw a akcja zbyt wolno się rozwija. Powiem tak, jeśli kogoś rażą wulgaryzmy, będą go razić w każdych ilościach. Moim zdaniem pasowały do klimatu, który Maas starała się stworzyć w swojej powieści i zupełnie mi nie przeszkadzały. W końcu to nie jest tak, że w każdym zdaniu pojawiają się przynajmniej dwa przekleństwa. Nie odczułam też zbyt powolnego rozwoju akcji, wręcz przeciwnie, podobało mi się, że jest tutaj tak dużo codziennego życia, normalnych momentów, że poznajemy stopniowo świat i bohaterów, atmosfera nieznacznie się zagęszcza, a tajemnice nawarstwiają powoli.

Crescent City to niesamowita mieszanka, nie tylko pod względem różnorodności magicznych stworzeń. Fantasy przeplata się tu z kryminałem, przed nami mnóstwo tajemnic do rozwiązania, no i oczywiście jest jeszcze zalążek romansu! Aż boję się zaczynać drugą część, bo wiem, że znów pozostawi mnie z książkowym kacem poziom milion. Dlatego odkładam czytanie jak najdłużej się da, tym bardziej, że drugi tom podobno ma być wydany dopiero pod koniec przyszłego roku! No dobra, kogo ja oszukuję, pisanie tej recenzji przypomniało mi, jak bardzo podobała mi się sama książka i chyba nie będę w stanie powstrzymywać się dłużej!

Holly Black - Las na granicy światów

W lesie stała trumna, a za jej szklaną powłoką można było dostrzec chłopca o rogach i szpiczastych uszach. Znały go wszystkie okoliczne dzieciaki, młodzież urządzała libacje, tańcząc na jego trumnie, tak samo jak wcześniej ich rodzice i rodzice ich rodziców. Zakochani chłopcy i dziewczęta przez dziesięciolecia wzdychali do elfiego przystojniaka, ale nikt nie kochał go równie mocno, co Hazel i jej brat, Ben. Od małego przychodzili do lasu, by spędzić czas ze swoim królewiczem (założyli, że musiał nim być), wymyślali historie na temat jego przeszłości i takie, w których budzi się, żeby do nich dołączyć. Szeptem zdradzali mu swoje największe sekrety i najskrytsze marzenia, na początku dziecięce, z czasem zaś coraz bardziej dojrzałe. A książę spał, niewzruszony i obojętny na ich uczucia.


To znaczy do momentu, kiedy komuś w końcu udało się potłuc szkło trumny i go uwolnić. Co z kolei sprowadziło na wszystkich nieszczęście w postaci najstraszniejszego potwora z głębi lasu, zmory z mrożących krew w żyłach legend, zwanej Rozpaczą.

Miasteczko Fairfold istnieje na pograniczu normalnego i magicznego świata. Od pokoleń zdarzają się tutaj rzeczy niespotykane nigdzie indziej, niedające się racjonalnie wyjaśnić, słowem - magiczne. Przemieszanie współczesnego świata z tym baśniowym nadaje książce niesamowity klimat. A przy okazji nic nie jest tutaj tak naprawdę oczywiste - ludzie trochę wierzą w tę nadprzyrodzoność, ale jednak nie do końca. Niby niektórzy widzieli elfy na własne oczy, nawet doświadczyli ich magicznych zdolności, ale ich racjonalne umysły wciąż nie są w stanie w pełni otworzyć się na tę magię. A jednak mieszkańcy miasteczka zdają się akceptować fakt, że to elfy są odpowiedzialne za niefortunne zaginięcia lub śmierć turystów, wiedzą też, jak się przed nimi bronić, które jagody wkładać do kieszeni i z czego pleść ochronne naszyjniki. Albo do którego głogu przywiązać wstążkę, żeby Król Olszyn spełnił ich życzenie.

Świat magiczny u Black jest cudowny, jestem nim zachwycona w każdej jej książce, uwielbiam fakt, że fantastyczne stworzenia niekoniecznie zawsze są ładne, że mogą być też okropne, obrzydliwe,  sękate i poskręcane (i to nie tylko w przypadku najbardziej przerażających potworów), a nawet te przepiękne okazują się tak naprawdę przerażające i okrutne. To nie jest bajkowa sielanka, tylko brutalny świat, w którym magiczne istoty domagają się krwi nędznych śmiertelników. 


W Lesie większa część akcji rozgrywa się w, wydawałoby się, normalnej współczesnej rzeczywistości, tyle, że na wskroś przesiąkniętej czarami. I z jednej strony brakowało mi trochę tego całkowicie magicznego świata z Trylogii Okrutnego Księcia (chociaż pojawiły się tu nawiązania do niego, które były miłym zaskoczeniem), ale z drugiej kocham wszystkie te ludzkie przesądy, takie jak skisłe mleko zapowiadające, że stanie się coś złego. Zresztą, wspomniałam już, że to zawieszenie pomiędzy dwoma światami dało naprawdę niesamowity efekt. W dodatku atmosfera strachu i grozy jest w książce wręcz namacalna. Kiedy w środku nocy czytałam jeden z najstraszniejszych momentów, autentycznie czułam niepokój i ciareczkę na pleckach.

Dobra, a teraz po zachwytach przejdźmy do rzeczy, które mi się nie podobały. Po pierwsze, główna bohaterka jest irytująca, jej brat jest irytujący, książę jest irytujący, zachowania bohaterów są okropnie cringe'owe, a sposób, w jaki Black wykreowała nastolatków, sprawiał, że co chwila miałam ochotę pacnąć się w czoło. W dodatku relacja między Benem, Hazel i księciem była niesamowicie dziwna, a nawet trochę niepokojąca. 


Po drugie - romantyczne dialogi? Kompletna porażka. Czytelnicy Trylogii mogli już co prawda przywyknąć do tego, że u Black historie miłosne nie są zbyt cukierkowe, ale w Lesie to wszystko było aż mdłe, niezgrabne i wyzute z emocji. Albo nagle te emocje brały się znikąd. A między bohaterami czuć zero chemii.

Książka poruszyła też naprawdę poważny problem rodziców, którzy nie są zbyt przejęci wychowaniem swoich dzieci. Niestety, ten wątek był cały czas spychany na ubocze i ostatecznie pozostał taki niedopowiedziany.

Wiecie, co jeszcze było niedopowiedziane? Zakończenie. Zdecydowanie nastąpiło zbyt szybko, wszystko stało się tak nagle i nieskładnie. Wyglądało to tak, jakby autorka miała jakiś plan (całkiem ciekawy), ale nie do końca go zrealizowała. Co sprawiło, że pod koniec czytania czułam już tylko niedosyt.

Pomysł na historię był naprawdę dobry, jednak wykonanie mnie nie zachwyciło. Oczywiście, jeśli chodzi o tajemniczy, mroczny klimat i fantastyczny świat, to Black udało się je cudownie wykreować (chociaż nie ukrywam, że wolałabym jeszcze więcej tych magicznych wstawek i zabobonów!). Plusuję też za wprowadzenie motywu LGBT+, chociaż, tak jak mówiłam, romantyczne momenty nie były zbyt przekonujące. Natomiast postaci, ich relacje i rozwinięcie fabuły zdecydowanie nie są mocną stroną tej książki. Gdyby tak trochę bardziej rozbudować wątki, postawić na jeszcze większe napięcie i utrudnić naszym bohaterom życie, wszystko mogłoby wyglądać dużo lepiej. 

Olivia Beirne - Lista, która zmieniła moje życie

Georgia prowadzi spokojne życie, w którym największych wrażeń dostarczają jej coraz bardziej absurdalne pomysły szefowej na temat swojego ślubu (co dziewczynie jest nie na rękę, bo to ona musi potem spełniać te niestworzone zachcianki i rezerwować białe gołębice). Jednak koniec monotonnego życia zbliża się nieubłaganie. Siostra Georgii nie jest w stanie wypełnić wszystkich pozycji z listy rzeczy do zrobienia przed trzydziestką i prosi ją o pomoc. Dziewczyna będzie miała tylko kilka miesięcy, żeby zrealizować dziesięć przerażających, okropnych pomysłów, które zdecydowanie wychodzą poza jej strefę komfortu (mieści się w niej głównie spanie do późna, picie wina, leżenie plackiem przed telewizorem i rysowanie). 

Na pierwszy ogień idzie randka z facetem z Tindera. 

I od razu wszystko toczy się nie tak, jak powinno. Gorgia to ten typ bohaterki, której cały czas przydarzają się absurdalne sytuacje i niesamowite zbiegi okoliczności, a liczba niezręcznych momentów, które przeżyła, na pewno pozwoliłaby jej pobić jakiś rekord. Na szczęście zazwyczaj udaje jej się wyjść z nich obronną ręką z jednego powodu - jest w tym wszystkim tak niesamowicie urocza! 

Dawno nie widziałam tak dobrze wykreowanej i ciekawej bohaterki! To ta nieśmiała, trochę nieporadna i roztrzepana dziewczyna, która musi przemyśleć wszystko tysiąc razy aż doprowadzi temat do całkowitej abstrakcji. Jej postać jest barwna i ujmująca, a przemyślenia nie przestają zaskakiwać swoją błyskotliwością. Przy okazji są takie życiowe, prawdziwe i, co najważniejsze, niesamowicie zabawne!

Czytając książkę, co chwila wybuchałam śmiechem i nie mogłam się doczekać kolejnych rewelacji Georgii. To idealna pozycja na poprawę humoru i świetny przepis na miły wieczór. Przez większość czasu powieść jest lekka, przyjemna, ale porusza też niesamowicie trudny i smutny temat, bardzo istotny dla historii, która w pewnych momentach jest wzruszająca do łez, zaś w innych tak zabawna, że można płakać ze śmiechu.

Natomiast wątek miłosny mógłby się w niej w ogóle nie pojawić i nie wydaje mi się, żeby książka dużo na tym straciła. Został potraktowany po macoszemu, większość dialogów z głównym męskim bohaterem była krótka, urwana i prawie niczego nie wniosła do historii. Autorka położyła dużo większy nacisk na ukazanie głębokiej więzi między siostrami, co było naprawdę dobrym rozwiązaniem, grzejącym serduszko, a przy okazji odbiegającym od standardowego schematu wykorzystywanego w tego typu powieściach. 

Oczywiście, sam pomysł na fabułę nie jest szczególnie oryginalny, w dodatku momentami Lista była po prostu przewidywalna... ale tylko w ten ujmujący sposób komedii romantycznych! Z drugiej strony, przewrotnie pokazuje, że nie zawsze facet jest najważniejszy (czy w takim razie to dalej komedia romantyczna?)! No i została przedstawiona z punku widzenia cudownie wyrazistej i przezabawnej bohaterki! Uwielbiam Georgię, wspominałam już o tym? Jestem pewna, że wiele osób będzie się z nią utożsamiać (a przynajmniej ja tak robiłam! Chociaż może niekoniecznie w kwestii rozmiaru biustu, Gorgia panicznie bała się, że przy zbyt gwałtownym ruchu odleci jej na plecy).

To bardzo miła, ciepła i rozczulająca książka, napisana lekkim, przyjemnym stylem. Słodko-gorzka historia wzbudzi w Was całą gamę emocji, nie będziecie mogli oderwać się od czytania, na zmianę wybuchając śmiechem i ocierając łzy, a po skończeniu na pewno szybko zatęsknicie za Georgią!

H.P. Lovecraft, François Baranger - W górach szaleństwa (tom I)

Na przełomie 1930 i 1931 roku zespół naukowców z Uniwersytetu Miskatonic prowadził ekspedycję badawczą na skutej wiecznym lodem Antarktydzie. Podczas standardowych odwiertów przypadkiem doszło do niesamowitego, ale brzemiennego w skutkach odkrycia. Dwa lata później profesor Dyer, kierownik tejże ekspedycji, postanawia w końcu wyjawić przerażające szczegóły, które dotąd ukrywał przed światem, a nawet przed współtowarzyszami, bojąc się, że zostanie posądzony o fałszowanie dowodów lub czyste szaleństwo. Albo, co gorsza, że ktoś inny postanowi zweryfikować jego opowieści. Jednak czas nagli, kolejni naukowcy planują wyprawę w to samo miejsce, a to, co tam znajdą... nigdy nie powinno zostać odkryte.

Twórczość Lovecrafta od dziesięcioleci pobudza wyobraźnię czytelników na całym świecie, jego pełne grozy, makabryczne i szaleńcze wizje stały się inspiracją dla wielu późniejszych twórców literatury, muzyki i filmu. W wykreowanym przez niego uniwersum umieszczono także akcję licznych gier planszowych i komputerowych, a motywy Przedwiecznych czy Necronomiconu, tajemniczej księgi, opisującej najbardziej przerażające i plugawe koszmary, na stałe wpisały się do popkultury.

Zresztą, moją przygodę z Lovecraftem rozpoczęłam właśnie od gier planszowych - Horroru w Arkham, Eldrich Horror i Posiadłości szaleństwa (która jest jedną z moich ulubionych i gorąco ją polecam!). Wykreowany w nich świat tak mnie oczarował, że zdecydowałam się sięgnąć do źródła i przepadłam bez reszty.

W górach szaleństwa to jedno z bardziej rozpoznawalnych opowiadań Lovecrafta, nic więc dziwnego, że zostało ono wydane w wielu różnych odsłonach (sama czytałam je już w zbiorze Zgroza w Dunwich i inne przerażające opowieści, również Wydawnictwa Vesper). Natomiast ta najnowsza, z ilustracjami francuskiego artysty, Françoisa Barangera (nie wiem, czy można to tak odmieniać, francuski to dziwny język), jest jak dotąd najbardziej zachwycająca.


Książkę rozpoczyna piękna przedmowa Maxime'a Chattama, którą zdecydowanie warto przeczytać przed lekturą części właściwej. Jego zachwyt już na wstępie udziela się czytelnikowi, który nie może się doczekać, żeby na własne oczy przekonać się o prawdziwości jego spostrzeżeń.

I zdecydowanie się nie zawiedzie! Baranger wiernie oddaje w swoich dziełach najmniejsze nawet detale, podpisy na mapach, szron na szybach. Jego ilustracje wręcz do złudzenia przypominają fotografie, a kreska jest nie tylko realistyczna, ale też niezwykle przyjemna dla oka. Artysta zachwyca grą światła, o czym wspomina w przedmowie Chattam, która nadaje grafikom cudowny klimat, zarówno w przypadku bezkresnej lodowej pustyni, jak i bardziej przerażających obrazów, które pojawiają się z czasem.

Za klimat opowiada również charakterystyczny dla Lovecrafta styl pisania, trudny, starodawny język, naukowy żargon. Brak jakichkolwiek dialogów rekompensuje on opisami dokładnymi aż do najdrobniejszych detali, nagromadzeniem przymiotników, dzięki którym z chirurgiczną precyzją tworzy plastyczne obrazy, oddziałujące na naszą wyobraźnię. Opowiadanie to szczególnie porusza w duszy czytelnika cząstkę niespełnionego podróżnika i odkrywcy, któremu marzą się dalekie podróże i niesamowite odkrycia. W końcu akcja rozgrywa się w czasach, w których istniały jeszcze na mapach niezbadane lądy, pełne tajemnic białe plamy, gdzie potencjalnie mogły być ukryte najwspanialsze cuda (albo najgorsze koszmary).


W górach szaleństwa jest obszernym opowiadaniem, dlatego w tym nowym wydaniu zostało podzielone na dwa tomy. Na premierę drugiego będziemy musieli prawdopodobnie poczekać do przyszłego roku. A jest na co czekać! Pierwsza część to tylko zapowiedź grozy, przedsionek piekła. Skupia się głównie na szczegółowym opisie wyprawy na Antarktydę i pierwszych niecodziennych odkryciach, które każą nam z coraz większą ekscytacją i napięciem przewracać kolejne strony. A znając dalszy ciąg opowiadania, już nie mogę się doczekać, żeby zobaczyć, jak będzie wyglądał tom drugi!

Całość została zamknięta w twardej okładce z obwolutą. Pomimo pokaźnych gabarytów, książkę czyta się wygodnie i przyjemnie, w każdej chwili można też oderwać się od tekstu i przenieść wzrok na ilustracje, kontemplować, zachwycać się tym, jak pięknie przedstawiają opisywane akurat wydarzenia. Duży format pozwala na dostrzeżenie najmniejszych detali, a przy okazji sprawia, że tekst jest dobrze widoczny i ładnie wkomponowany w obrazy. Każda strona jest zaprojektowana z najwyższą dbałością o szczegóły, dlatego niezmiernie raziły mnie dwa błędy w druku, które w niej zauważyłam. Wiecie, dwa błędy to niby nic takiego, ale w dziele wydanym z takim rozmachem nie powinny się znaleźć.

Twórczość Lovecrafta zachwyca zawsze, a w tej nowej odsłonie została wyniesiona na jeszcze wyższy poziom. To zdecydowanie obowiązkowa pozycja dla wszystkich zagorzałych fanów, ale jeśli dopiero zamierzacie rozpocząć swoją przygodę w tym upiornym i przerażającym świecie, to czemu nie mielibyście tego zrobić z tak przepięknie wydaną książką w dłoni? Nie ukrywam, że jeżeli w takiej formie ukażą się pozostałe najważniejsze dzieła Lovecrafta, będę najszczęśliwszą osobą na świecie!

Alice Lugen - Tragedia na Przełęczy Diatłowa. Historia bez końca

W nocy z 1 na 2 lutego 1959 na wschodnim stoku góry Chołatczachl (na potrzeby uzyskania większego dramatyzmu tłumaczy się ją jako Góra Umarłych) doszło do tajemniczego wydarzenia, w którym śmierć poniosło dziewięciu uczestników wyprawy pod kierownictwem Igora Diatłowa, mającej zdobyć szczyt Otorten. W środku nocy rozcięli oni od wewnątrz swój namiot, wybiegli na trzydziestostopniowy mróz bez kurtek i w samych skarpetkach, oddalili się na około półtora kilometra od obozu, gdzie próbowali rozpalić ognisko, a potem... wszyscy umarli. 

Dramatyczne wydarzenia, które rozegrały się na Przełęczy Diatłowa, wtedy jeszcze bliżej nieokreślonej, bezimiennej części lasu w dolnych partiach północnego Uralu, pobudzają wyobraźnię tysięcy ludzi po dziś dzień. I dalej nie zostały wyjaśnione. Powstały na ten temat tysiące książek, reportaży, artykułów, postów na blogach, filmików na youtubie, wątpliwy horror, a także, jakżeby inaczej, pokaźna liczba teorii spiskowych (od tajnych szpiegów amerykańskich aż do ingerencji obcej cywilizacji). Nawet obecnie co jakiś czas można usłyszeć o "nowych dowodach", kolejnych hipotezach, wynikach ponownych badań DNA, świadkach, którzy nagle chcą dodać coś od siebie, "niesamowitych odkryciach, które zmienią wszystko" i innych chwytliwych informacjach.

Tak jak mówi podtytuł, jest to historia bez końca. Historia, która najprawdopodobniej będzie spędzać sen z powiek kolejnym pokoleniom i pozostanie jedną z wielu nierozwiązanych zagadek ludzkości. Z tej książki nie dowiemy się, jaka była prawdziwa przyczyna śmierci grupy Diatłowa, bo tak naprawdę nikt nie jest w stanie stwierdzić jej ze stuprocentową pewnością. Oczywiście, niektóre hipotezy wydają się bardziej prawdopodobne od innych (niestety kosmici są na przegranej pozycji, a to moja ulubiona teoria!). Czego w takim razie dowiemy się z lektury? 

Otóż, poznamy historie wszystkich uczestników wyprawy, przeczytamy opisy ich życia, zobaczymy zdjęcia. Szczegółowo prześledzimy każdy dzień wyprawy do momentu, w którym urywają się wszystkie zapisy w dziennikach jej członków. Będziemy mogli zapoznać się z przebiegiem poszukiwań i śledztwa, aż do jego niespodziewanego zakończenia. Autorka omawia też hipotezy, które powstały w pierwszych latach po tragedii, a także współcześnie, gdy sprawa została na nowo wzięta pod lupę po zaskakującym oświadczeniu, wydanym przez Prokuratora Lwa Iwanowa. Oczywiście to nie wszystkie aspekty, które zostaną tu poruszone, ale nie będę zdradzać Wam żadnych smaczków ani ciekawostek. Powiem tylko, że od razu zauważyłam rozbieżność między przedstawionymi tu informacjami, a artykułami na portalach internetowych. I kto ma rację? 

Narracja jest przyjemna i bardzo ciekawa, wszystkie istotne fakty i informacje zostały rzetelnie przedstawione. Autorka czasami pisze z humorem, doprawia swój tekst błyskotliwymi przemyśleniami i uwagami, czasami natomiast czuć powiew tajemnicy i grozy, gdy nagle pojawia się stwierdzenie w stylu "nie miał świadomości, że jego pesymistyczna wizja okaże się prorocza". Lugen zwraca uwagę nawet na drobne szczegóły i nieścisłości, rzeczy, które powinny być odnalezione w obozie, ale ich zabrakło, zachowanie uczestników wyprawy. 

Odkrywa również nieudolność władz, zakłamanie, machlojki i przekręty, które stosowano w ZSRR w czasach zimnej wojny, mówi o drażliwych informacjach, które pozostawały ukryte przez dziesiątki lat. Przedstawia naprawdę absurdalne sytuacje w sposobie funkcjonowania państwa i smutne realia panujące w Związku Radzieckim.

Nie ukrywajmy, tragedia na Przełęczy Diatłowa to fascynująca historia, która dodatkowo została w książce opisana w tak ciekawy sposób, że czytałam ją z zapartym tchem i cały czas miałam nadzieję na zupełnie inne zakończenie. Jej główni bohaterowie byli młodymi, pełnymi energii i pasji ludźmi, tylko trochę młodszymi ode mnie, radosną grupą przyjaciół, która śpiewała na dworcu, tańczyła przy ognisku, cieszyła się na myśl o przygodzie. Poznajemy ich na stronach tej książki, czytamy słowa, które zapisali w swoich dziennikach, oglądamy ich twarze na zdjęciach. I przez cały czas mamy świadomość, jak tragiczny spotkał ich koniec.

Jeśli dla kogoś będzie to pierwsze spotkanie z tajemniczą historią grupy Diatłowa albo jeśli dotychczas jego wiedza opierała się głównie na teoriach spiskowych dotyczących kosmitów (piątka!), to ta książka na pewno będzie dla niego niesamowicie pasjonująca. Natomiast, jeśli ktoś jest na bieżąco z aktualnym stanem wiedzy (a informacji w internecie można znaleźć mnóstwo! Tylko pamiętajcie, żeby szukać wiarygodnych źródeł), prawdopodobnie nie znajdzie tu zbyt wielu nowych informacji. 

James Wyllie - Żony nazistów. Kobiety kochające zbrodniarzy

Wszyscy znamy nazwiska zbrodniarzy wojennych, najbliższych współpracowników Hitlera, doradców, sekretarzy, szefów SS, Gestapo, odpowiedzialnych za ostateczne rozwiązanie kwestii żydowskiej, którzy zapisali się na kartach historii swoim okrucieństwem, masowymi mordami, fanatycznym oddaniem ideom nazizmu. Goebbels, Himmler, Hess, Göring, Bormann, Heydrich.

Jednak jak często wspomina się o ich żonach? Kobietach, które stały przy nich przez cały czas: podczas przewrotów, torowania sobie drogi do władzy, walki o pozycję u boku Hitlera, a w końcu także w czasie drugiej wojny światowej. Co tak naprawdę wiemy o Magdzie Goebbels, Margarete Himmler, Ilse Hess, Gerdzie Bormann, Linie Heydrich, Carin i Emmy Göring? Czy były świadome zbrodni popełnianych przez mężów i w pełni ich popierały? A może to tylko kolejne ofiary nazizmu, które o niczym nie miały pojęcia?

Brylowały w towarzystwie, występowały w propagandowych spotach społecznych, walczyły między sobą o względy Hitlera. I czerpały z nich korzyści. Gdy inne kobiety mogły kupić jedną parę pończoch rocznie, one ubierały się u paryskich projektantów. Gdy obywatele Rzeszy otrzymywali coraz mniejsze racje żywnościowe, one organizowały wystawne przyjęcia i podawały takie frykasy jak kawior. Gdy państwo popadało w coraz większe ubóstwo, brakowało nawet podstawowych produktów, one otrzymywały paczki z proszkiem do prania, cukrem i kawą.

Z drugiej strony, żyły w ustroju, który głosił, że nadrzędną rolą kobiety jest rodzenie dzieci. Że nie powinna się ona zajmować polityką. Sam Hitler nie lubił, gdy w jego towarzystwie panie wyrażały swoje poglądy i mieszały się do "męskich" spraw. Musiały więc bardzo uważać, ponieważ ich potknięcie mogło ściągnąć gniew i nieprzychylność Führera nie tylko na nie, ale także na mężów i całe rodziny. Były to kobiety smutne, niedoceniane, stłamszone, zdradzane, zostawiane same sobie na wiele miesięcy, kiedy ich mężowie zajmowali się sprawami wielkiej wagi państwowej albo po prostu znajdowali coraz to nowe kochanki. Zapomniane i stęsknione. Prawdziwe. Ludzkie.

To aspekt książki, który zrobił na mnie największe wrażenie. Pióro Wylliego, jego sposób prowadzenia narracji i przedstawiania historii bardziej w formie opowieści niż suchych faktów sprawiły, że po raz pierwszy spojrzałam na przedstawione tu postaci historyczne, jak na prawdziwych, realnych ludzi. To nie tylko twarze na czarno-białych zdjęciach. To nie tylko budzące grozę nazwiska z podręczników.

Ale przez to jeszcze bardziej porażający stał się dysonans między ich ludzką stroną a potwornymi, bezdusznymi czynami. W mojej głowie raz po raz pojawiały się  pytania: jak można równocześnie być zimnokrwistym mordercą, kochającym mężem i czułym ojcem? Jak można być oddaną, wzorową matką, a potem otruć szóstkę swoich dzieci?

Załamywałam nad tą książką ręce i kręciłam z niedowierzaniem głową. Niektóre przedstawione tu fakty i historie wydawały mi się czystą, niepojętą abstrakcją. Dalej nie wiem, jak pogodzić ze sobą obrazy tych ludzi, przedstawionych tu kobiet i ich mężów. Wydaje mi się zupełnie niewyobrażalne, że Margarete Himmler była pielęgniarką, opiekowała się rannymi podczas pierwszej wojny światowej, podczas drugiej zarządzała działaniami Czerwonego Krzyża. Ponieważ ta sama kobieta przechadzała się ze swoją córką po ogrodzie, uprawianym przez wygłodzonych, ledwie żywych więźniów obozu koncentracyjnego, beztrosko podziwiając zioła rosnące na podlanych łzami i krwią grządkach...

Tytuł sugeruje, że książka ta traktuje o żonach nazistów, jednak Wyllie nie ogranicza się jedynie do opisania ich życia. Porusza tak wiele różnych wątków, prowadzi nas przez początki ruchu nazistowskiego w Niemczech, przejęcie władzy przez nazistów, Anschluss, wybuch II wojny światowej, a także czasy już po jej zakończeniu, a sama książka jest podzielona chronologicznie na cztery główne części. Oprócz historii nazistowskich żon (lub kochanek), przedstawia także wydarzenia z życia ich mężów, samego Hitlera i Rzeszy, które były ściśle powiązane z losami kobiet.

Autor powołuje się na wiele źródeł, opracowań, notek prasowych, posiłkuje się jednak także prywatną korespondencją, dziennikami i bibliografiami napisanymi przez samych bohaterów Żon nazistów lub ich najbliższych - tak jak książka Liny Heydrich, w której opisała swoje życie z mężem (i zarzeka się, że był on przecudownym człowiekiem). Możemy niejako wejść z buciorami w prywatne życie tych ludzi, przeczytać fragmenty ich listów miłosnych i najskrytszych myśli, spisanych w pamiętnikach. 

Wbrew pozorom (biorąc pod uwagę tematykę), styl, w którym utrzymana jest książka, pozostaje raczej luźny, swobodny, momentami wręcz kolokwialny, gdy autor posuwa się do użycia stwierdzeń w stylu "Magda nie była idiotką". Zabieg ten sprawia, że lektura staje się przystępna dla odbiorcy. Jest to na pewno bardzo interesująca pozycja, która dostarcza ogromnej dawki wiedzy, wzbudza w czytelniku niesamowicie wiele sprzecznych emocji i skłania do refleksji. Łączy w sobie tak wiele różnych aspektów, historię, politykę, codziennie życie ludzi zwykłych, a także tych uprzywilejowanych i ogromną przepaść między nimi, wszystko to przedstawiając w sposób niezwykle interesujący. 

Jedynym mankamentem jest nieco chaotyczny sposób prowadzenia narracji - autor "skakał" pomiędzy faktami z życia poszczególnych żon, niekiedy cofał w czasie, by powołać się na pewne momenty z przeszłości, które doprowadziły do późniejszych wydarzeń. Zdarzyło mi się zgubić wątek, nie wiedziałam do której kobiety odnosi się dana historia (tym bardziej, że na początku ich imiona mogą się nam jeszcze mylić). Natomiast nie jest to rzecz, która zaważyłaby na pozytywnym odbiorze książki. 

Całość została wydana z najwyższą dbałością o szczegóły i zachowaniem estetyki - w dużym formacie, twardej oprawie, z tłoczonymi literami na okładce, zdjęciami w środku, schludną i przyjemną dla oka szatą graficzną. Naprawdę, sam wygląd tej książki zachęca do czytania!

@booksoverhoes