Eric-Emmanuel Schmitt - Felix i niewidzialne źródło

Mały Felix prowadzi szczęśliwe życie w Paryżu. Niby jego mama, Fatou, wiele mówi o swoich afrykańskich korzeniach czy o ojcu Felixa, jednak chłopakowi tak naprawdę niczego nie brakuje. Fatou jest całym jego światem, najlepszą przyjaciółką i wzorem do naśladowania. Natomiast ojca i resztę rodziny w życiu chłopca zastępują stali goście w kawiarni, którą prowadzi jego matka. Szczęście nie może jednak trwać wiecznie. Splot nieszczęśliwych wypadków sprawia, że Fatou przestaje się uśmiechać i odzywać, a w jej oczach pojawia się przerażająca pustka. 

Lekarze mówią, że to depresja. Niestety wujek Felixa, który na jego prośbę przyjeżdża z Afryki, przedstawia dużo gorsze wyjaśnienie - Fatou jest po prostu martwa. Chłopiec zrobi wszystko, by przywrócić mamę do dawnego stanu i tak oto, razem z dwunastoletnim Felixem, zagłębiamy się w świat afrykańskich wierzeń, szamanów i duchów przodków.

Felix i niewidzialne źródło, jak również Oskar i Pani Róża i wiele innych książek Schmitta tworzy cały cykl historii, których głównym motywem jest poszukiwanie sensu życia. Autor w każdej z nich nawiązuje do innego nurtu, religii lub filozofii. I tak oto Oskar i Pani Róża (mówię o tej książce, ponieważ zakładam, że większość naszego społeczeństwa przeczytała ją w szkole) traktuje o chrześcijaństwie. A w Felixie i niewidzialnym źródle głównym motywem jest animizm (jak dowiedziałam się z ostatnich stron). 

Ta krótka książeczka (170 stron!) opowiada o tym, jak ogromną rolę w życiu grają nasze korzenie, tradycje i przeszłość. O sensie egzystencji i o tym, co dzieje się z człowiekiem, gdy ten sens traci. W skrócie, oferuje bardzo ładne przesłani. Niestety, forma, w jakiej zostało przedstawione, trochę kuleje.

Z jednej strony mamy tu niesamowicie charakterystyczne postaci, które są aż przerysowane i stanowią niespotykaną wręcz mieszankę kulturową, rasową i orientacyjną. I ten fakt bardzo mi się podoba, wiecie, to, że w tak krótkiej książeczce autor zdołał powołać do życia cały przekrój społeczeństwa. 

Z drugiej strony kultura afrykańska, która jest tu głównym motywem, zostało potraktowana po macoszemu. I to aż boli, ponieważ te wierzenia są tak ciekawe i pełne magii, że na ich podstawie można by stworzyć coś naprawdę niesamowitego i wycisnąć z nich tak dużo. A Schmitt powyrywał z nich kilka wątków, upchał całą tę barwną kulturę na paru stronach i zarządził koniec. Pozostawiając mnie (i pewnie wielu innych czytelników) z ogromnym poczuciem niedosytu.

Nie pasował mi też zupełnie fakt, że Felix sprawiał wrażenie zdecydowanie zbyt dojrzałego jak na swój wiek i używał słów takich jak "gówniarz". I jest całkiem irytującym narratorem.

Chciałabym móc napisać, że to przepiękna historia z niesamowicie mądrym przesłaniem, która urzecze Was wykreowanym światem, oczaruje i zapadnie w pamięć. Niestety, nie mogę tego zrobić. Pamiętam, że płakałam podczas czytania Oskara i Pani Róży. I może to porównanie nie jest najlepsze, bo wszyscy wiemy, jak kończy się Oskar i Pani Róża. Ale chodzi mi o to, że tutaj nic nie złapało mnie za serduszko ani nic nie zachwyciło. 

Przeczytaj też

0 komentarze:

Publikowanie komentarza