Samantha Shannon - Zakon Drzewa Pomarańczy

Już od tak dawna marzyłam, żeby wziąć tę książkę w ręce, otworzyć i zanurzyć się w pięknie wykreowanej, fantastycznej historii o... smokach! I w końcu nadszedł ten moment! Czy Zakon spełnił moje oczekiwania??

Shannon zabiera nas w swojej powieści do świata zagrożonego powrotem Bezimiennego, potwornego monstrum, które przed wiekami wyłoniło się spod Góry Trwogi i prawie zniszczyło ziemię. Świata, który boi się kolejnej wojny z wyrmami i Żałoby Wieków. Świata, w którym krwawe żniwo zbiera smocza gorączka, a dwie zupełnie przeciwne sobie religie doprowadziły do podziału na dwa odizolowane od siebie kontynenty.

Sabran jest królową Inys, na której barkach spoczywają losy ludzkości. Religia Cnót głosi bowiem, że dopóki ród Berethnet (czyli jej ród) trwa, dopóty nie powróci Bezimienny. Ead to czarodziejka, wyszkolona zabójczyni, ukryta na dworze Inys w szatach pokojówki, członkini tajnego Zakonu, z którego istnienia większość świata nawet nie zdaje sobie sprawy. Obydwie zostały wychowane w nienawiści do smoków, wyrmów, w których trzewiach płonie wieczny ogień i których jedynym celem jest sianie spustoszenia oraz przynoszenie śmierci. Sługów Bezimiennego. Tane natomiast mieszka po drugiej stronie oceanu, w kraju, gdzie smoki otaczane są czcią i uwielbieniem. Całe życie poświęciła nauce, żeby dostąpić najwyższego zaszczytu i zostać... jeźdźcą smoków.

Loth, przyjaciel Sabran, spadkobierca Złotoborzy, zostaje wysłany w roli posła na niebezpieczną misję, która najprawdopodobniej skończy się jego śmiercią. A Niclays Roos to zapijaczony naukowiec z długami, aspirujący na alchemika, który stracił miłość swojego życia i od tego czasu stacza się coraz bardziej na dno. Ale dalej potrafi nieźle namieszać.

Czasy są niepewne. Wyrmy coraz częściej budzą się ze snu, w który zapadły po Żałobie Wieków. Krążą plotki, jakoby na niebie można zobaczyć wielkie zachodnice, najbardziej oddanych żołnierzy Bezimiennego. Bluźniercy mówią nawet, że to nie od płodności Sabran jest uzależniony powrót potwora. Czy podzielony świat jest gotowy na bitwę ze swoim największym wrogiem?

Dobra, całkiem obszerne to wprowadzenie. Przejdźmy do konkretów. To mocno feministyczna pozycja - mamy tu do czynienia nie z królestwem, a z królewiectwem, rządzonym przez pokolenia kobiet, z Zakonem sióstr wyznających wiarę w Matkę, a troje kluczowych głównych bohaterów to również kobiety. O Lothcie prawie nic nie ma, a Niclays... niezbyt rozumiem jego dużą rolę w czymkolwiek.

Świat jest bardzo ładnie wykreowany, z rozbudowaną historią i tradycją, ale opisy skupiają się głównie na wschodnim kontynencie, podczas gdy ten zachodni wydał mi się dużo ciekawszy i bardzo chętnie dowiedziałabym się o nim więcej. Nazwy geograficzne są super cudowne i inspirujące, mapka wygląda pięknie. Shannon zbudowała mocne fundamenty pod naprawdę dobre uniwersum, mam nadzieję, że jeszcze z niego skorzysta i wyciśnie z niego dużo więcej. 

Co do systemu magicznego, to jest całkiem dobrze przedstawiony, jeśli chodzi o funkcjonowanie świata, wyjaśnienie pochodzenia wyrmów, smoków, Bezimiennego i samej magii. Kuleje natomiast, gdy trzeba opisać, jak ludzie z tej magii korzystają. W sumie w ogóle nie ma tu jakiegoś głębszego opisu sposobu, w jaki funkcjonuje "czarowanie". A szkoda, bo dla mnie to istotna część fantasy.

Książka jest bardzo ładnie napisana, dialogi są naturalne, opisy obrazowe. No i "zachodnice" to najcudowniejsza nazwa dla smoka na świecie! Niestety, niekiedy zdarzało się, że zdania były bardzo źle złożone, a powtórzenia aż bolały. Wiecie ile razy w dwóch linijkach można użyć pochodnych słowa "prawda"? Wystarczająco dużo, żeby czytało się to nieprzyjemnie. 

Ogromnym minusem tej książki było... zakończenie. Kiedy przez tysiąc stron wszystko zmierza do wielkiego finału, to nie można sobie tak o rozwiązać akcji w stron dwadzieścia. No halo. Tak się nie robi! W ogóle wszystko przychodziło wszystkim zbyt łatwo. Straszne questy, które teoretycznie nie miały najmniejszej żadnej nadziei na powodzenie, to dla bohaterów bułka z masłem i kończyły się, jeszcze zanim się zaczęły. Wielka bitwa trwa tak krótko, że to aż smutne. Moim zdaniem lepiej byłoby zrobić z tego duologię, ale przynajmniej odrobinkę skomplikować... cokolwiek, bo to było po prostu rozczarowujące. Nie mogę nawet powiedzieć, że przewidywalne, bo naprawdę nie mogłam przewidzieć, że wszystko zawsze będzie się kończyło tak szybko. 

Jeśli jestem trochę krytyczna wobec tej książki, to tylko dlatego, że miałam co do niej ogromne wymagania, podbite jeszcze przez wszystkie pozytywne recenzje i dłuuuugi czas oczekiwania. Ostatecznie jestem zadowolona, ale niekoniecznie zachwycona. Chociaż, jak można narzekać na książkę, w której podstawowym motywem są smoki? <3 Ale właśnie! Zdecydowanie za mało tych smoków! Proszę następnym razem zrobić z nich głównych bohaterów!

Przeczytaj też

0 komentarze:

Prześlij komentarz

@booksoverhoes