Michael Miller, Adrianne Strickland - Cień

 
Qole ma tylko 17 lat, ale już została okrzyknięta najlepszym pilotem w galaktyce. Jednak zamiast zdobywać sławę i uznanie, dziewczyna mieszka na biednej planecie Alaxak na końcu świata, gdzie na starym rodzinnym statku zajmuje się poławianiem cienia. Cień to taka dziwna, tajemnicza substancja, która mogłaby być najlepszym źródłem energii, ale jest zbyt niestabilna i zagraża życiu. Ludzie, którzy byli wystawieni na jej działanie od setek lat (tak jak Qole i jej przodkowie), w młodym wieku wpadają w obłęd i umierają. Są oni jednak jedyną nadzieją na opanowanie cienia, bo ich ciała w jakiś sposób się z nim łączą, więc nie umierają od razu po ekspozycji. Z tego powodu tajemniczy Nev werbuje się na statek Qole i próbuje zdobyć jej zaufanie.

To nie jest wielka odyseja kosmiczna. Zdecydowanie. Sprawa z tą książką wygląda tak, że była naprawdę ciekawa, czytało się ją szybko i przyjemnie, tylko, że... gdzie się podział klimat sci-fi?!


Przecież w literaturze sci-fi można wymyślić naprawdę wszystko. Nowe rasy? Proszę bardzo. Kosmici? Oczywiście. Niesamowite planety z nieznaną wcześniej fauną i florą? Jasne. Super-ultra-nowoczesna technologia? Raczej, że tak. A tutaj... prawie nic z tego się nie pojawiło. Wszyscy bohaterowie są ludźmi. Autorzy pokazali nam trzy planety, ale tak pobieżnie, że nie było w nich niczego wyjątkowego, a super technologia ograniczyła się do pistoletu i miecza magnetycznego. Rozumiem, że rys historyczny jest taki, że po Wielkim Upadku ludzkość musiała powrócić do starej technologii, ale halko, to jest dalej technologia, dzięki której zdobyli gwiazdy i planety, więc mogłaby być chociaż trochę... niesamowita.


Dodatkowo, jak na kosmiczną sagę, której akcja rozgrywa się w dużej mierze w kosmosie i na statkach kosmicznych, to było w niej rozczarowująco mało kosmicznych walk (czytaj - zero). A skoro już mówimy o walkach, to naprawdę bardzo lubię, kiedy są porywające i pełne akcji, a w Cieniu było z tym bardzo średnio. Większość opisów walki wygląda mniej więcej tak (to nie jest cytat): "Wow, ale oni się bili! Ile emocji! Tak się bardzo bili i wirowali, i się bili". Albo tak (to akurat jest cytat): "grad kopniaków, bloków, ciosów i uników zakończony odskokiem". I to jest mniej więcej tyle. Tak serio, to był chyba jeden bardziej emocjonujący opis, a ja (już o tym kiedyś wspominałam) wychodzę z założenia, że jeśli tworzy się przygodowe fantasy albo sci-fi, w którym ludzie mają się bić, to trzeba potrafić dobrze napisać o tym, jak się biją.

Dobra, trochę sobie pomarudziłam, więc teraz jestem już gotowa, żeby porozmawiać o plusach tej książki. A wbrew pozorom, parę się ich znalazło!


Pierwsza rzecz to bohaterowie. Nev jest ostentacyjnie pewny siebie i ma słabość do teatralnego zachowania, ale w ten taki nienachalny sposób, gdzie możemy mu to wybaczyć, bo ogólnie to uroczy chłopiec z dobrym serduszkiem. Qole musi codziennie mierzyć się z brzemieniem przodków i niezbyt optymistyczną wizją przyszłości, a dodatkowo czuje się odpowiedzialna za resztę załogi (mimo, że wszyscy jej załoganci są tak naprawdę starsi od niej). Postaci drugoplanowe też są bardzo fajnie wykreowane, ciekawe, mają swoje tajemnice, charakter, znaki szczególne. Podbijają serduszka, albo wręcz przeciwnie - od pierwszej chwili ich nie lubimy. Ale znajdą się też takie, co do których nie możemy być do końca pewni...


Bardzo podobał mi się też motyw cienia - i jako super źródła energii, i jako tajemniczej substancji, która daje ludziom dziwne zdolności i umiejętności. Nie chcę pisać o tym zbyt dużo, żeby nie psuć Wam zabawy.

Pojawia się tu też tajemnicza katastrofa z przeszłości (zwana Wielkim Upadkiem), która pozostawiła świat bez portali transportacyjnych i zmusiła ludzkość do cofnięcia się w rozwoju technologicznym. A do tego to niby młodzieżówka i przez większość czasu jest taka urocza, miła, troszkę naiwna. Ale czasami robi się całkiem niebezpiecznie, mrocznie i brutalnie. I to naprawdę robi swoje! A przynajmniej w moim odczuciu, bo ja lubię jak jest trochę mrocznie. 

Wszystko miało ręce i nogi. Zdania były ładne i składne, język przyjemny. Mogłabym się przyczepić jedynie do paru momentów, w których jest opisane działanie cienia - były chaotyczne i nie do końca można było sobie to wszystko zwizualizować. No i te walki...

Nie chcę, żebyście odnieśli mylne wrażenie, bo zaczęłam od wymieniania minusów powieści. Cień naprawdę mi się podobał. Chętnie sięgnę po drugą część i może nawet miło się zaskoczę, jeśli autorzy postanowią chociaż odrobinę rozbudować w niej swój świat.

***
Recenzja
Cień
Michael Miller
Adrianne Strickland

Przeczytaj też

0 komentarze:

Prześlij komentarz

@booksoverhoes