Katherine Center - Milion nowych chwil

Maggie jest piękna, młoda i ambitna, właśnie ma rozpocząć wymarzoną pracę na wspaniałym stanowisku, a jej przystojny chłopak z bajki lada chwila się oświadczy. Całe życie stoi przed nią otworem i wszystko wydaje się perfekcyjne, do momentu gdy... Maggie zostaje poważnie ranna w wypadku samolotowym. 

Nagle traci całe swoje piękne życie i już nigdy nic nie będzie takie, jak dawniej. Do tego dochodzą jeszcze rodzinne tajemnice i konflikty, z którymi oczywiście musi się zmierzyć w najgorszym dla siebie możliwym momencie. I przydzielają jej najbardziej zmierzłego i opryskliwego terapeutę w całym szpitalu. A jej chłopak okazuje się być strasznie beznadziejnym dzieciakiem, o którego wszyscy z jakiegoś powodu martwią się bardziej niż o nią, mimo, że wyszedł z wypadku bez szwanku.

Ta książka zaskoczyła mnie, i równocześnie zachwyciła, swoim podejściem do tak trudnego tematu. Albo w sumie do wielu trudnych tematów. O których będę mówiła na tyle tajemniczo, żeby nic Wam nie zaspojlerować. W każdym razie, pomimo tych wszystkich okropnych rzeczy, które się w niej działy, książka była niesamowicie urocza, słodka, miła, zabawna. Autentycznie zabawna. Główna bohaterka, jakby na przekór swojej traumie i depresji, i życiu, które rozpadło się jej na kawałeczki, prowadziła tak błyskotliwe dialogi, że momentami śmiałam się na głos. Jej postać, a także postać jej siostry, były barwne, ciekawe i pełne życia. Niektóre wydarzenia były aż zbyt przesłodzone albo do bólu urocze, ale w ten taki miły sposób, w którym robi Ci się cieplutko na serduszku i masz ochotę się rozpłynąć. 


Z drugiej strony, również te smutne fragmenty, kiedy Maggie dopada depresja, zwątpienie i brak chęci do życia, są opisane bardzo realnie i prawdziwie i przypominają nam, że to nie są przelewki, a dziewczyna boryka się z naprawdę poważnymi i tragicznymi rzeczami.

Tyle rzeczy skłania tutaj do przemyśleń, do spojrzenia na różne sprawy z innego punktu widzenia. Weźmy choćby taki przykład: matka Maggie wydawała mi się być nieczułą, apodyktyczną kobietą, która starała się ułożyć córce całe życie, a do szybszej rekonwalescencji próbowała ją zmotywować, grożąc, że żaden mężczyzna już nigdy nie będzie chciał uprawiać z nią seksu. Wtf. Za każdym razem, gdy czytałam, co wygaduje, zastanawiałam się, dlaczego Maggie jeszcze nie kazała jej wyjść. Ale w ostatecznym rozrachunku to była dobra, czuła kobieta o wielkim serduszku, tylko trochę wyniszczona.

Tak więc niech Was nie zwiedzie swobodny ton i lekkość z jaką została napisana, to bardzo mądra i poruszająca książka. I nawet jeśli momentami jest troszkę naiwna albo przewidywalna, to niesie ze sobą dużo dobrego, ważne przesłanie i wiele przyjemności z czytania.

***
Recenzja
Milion nowych chwil
Katherine Center

C.L. Taylor - Teraz zaśniesz

"Siedmiu gości. Siedem sekretów. Jeden zabójca." 

Te sześć słów na okładce sprawiło, że byłam sprzedana. Autentycznie. Już od samego początku. A w dodatku miałam skojarzenie z "The Hateful Eight" Tarantina, a ja naprawdę kocham Tarantina! Z każdą kolejną stroną było tylko lepiej. Przeczytałam całą książkę w trzy godziny. Serio. Wciągnęłam się od razu i nie byłam w stanie oderwać się od niej, dopóki nie poznałam już jej sekretu.

Anna musi żyć z poczuciem winy tak ogromnym, że nawet nie jest w stanie spać. Jeden moment, jedna pomyłka sprawiała, że jej idealne, stabilne życie rozpadło się na milion kawałeczków. To samo stało się zresztą z jej psychiką, nie potrafi sobie poradzić z traumą, zamyka się na najbliższych. A potem zaczyna jej się wydawać, że ktoś ją śledzi, obserwuje i prześladuje. 

Dlatego postanawia zmienić swoje życie o 180 stopni, porzuca ambitną karierę i wyjeżdża na szkocką wyspę Rum, malusieńką, odciętą od reszty świata, na której jest tylko trzydziestu jeden mieszkańców, jedna szkoła, licząca czterech uczniów i jeden hotel, w którym to Anna zaczyna pracować. 

Okazuje się jednak, że jej złe fatum podąża za nią nawet na ten zapomniany koniec świata. W hotelu zatrzymuje się siedmiu gości i Anna jest pewna, że jeden z nich nie przyjechał tam, żeby beztrosko wędrować po górzystych terenach Rumu. Przybył tylko i wyłącznie z jednego powodu - żeby zakończyć jej życie. 

Ta atmosfera strachu, tajemnicy i ciągłej potrzeby oglądania się przez ramię, wprawia czytelnika w tak mroczny nastrój. Wszyscy goście są podejrzanymi w tej łamigłówce, a raczej grze o życie. Nikomu nie można ufać. Będziecie razem z Anną analizować każde najbardziej niewinne słowo, każdy mniej lub bardziej podejrzany gest. Z czasem okaże się, że goście hotelu mają swoje problemy i mroczne lub smutne tajemnice, które po kolei zaczną wypływać na światło dzienne, zmieniając Wasze zdanie o bohaterach, rzucając na nich nowe podejrzenia. 

Przyznaję, że do samego końca nie mogłam zdecydować, kto wydaje mi się najbardziej prawdopodobnym podejrzanym. Momentami miałam takie "aha! to na pewno on/ona!", a potem w kolejnej chwili nie byłam już tego taka pewna. Dodatkowo, różne wydarzenia na wyspie bardzo komplikują życie mieszkańców hotelu i narażają ich na dużo ekstremalnych sytuacji, w których zachowują się bardzo... niepokojąco. 

Książkę czyta się na jednym wdechu, wydarzenia rozgrywają się na naszych oczach w niesamowitym tempie, a do tego cały czas towarzyszy nam uczucie niepokoju, powoli zaciskające się na naszych serduszkach. Potrzebuję więcej książek takich jak Teraz zaśniesz! Zdecydowanie nie zawiodła moich oczekiwań, dostarczyła mi ogromnej dawki emocji, dreszczyku na pleckach i wszystkiego tego, co powinny fundować nam thrillery!

Aha, no i ostatnie strony sprawiły, że ten niepokoik, który towarzyszył mi podczas czytania, wcale nie zniknął...

***
Recenzja
Teraz zaśniesz
C.L. Taylor

Lucinda Riley - Sekret Heleny



Helena odziedzicza po swoim ojcu chrzestnym domek na Cyprze o wdzięcznej nazwie Pandora i postanawia spędzić tam wakacje ze swoją rodziną. Powraca więc w miejsce, w którym była ostatnio jako nastolatka, ponad dwadzieścia lat temu, i w którym przeżyła swoją pierwszą wielką miłość. Na Cypr zamierza przyjechać też całkiem spora grupa mniej lub bardziej lubianych przyjaciół, znajomych i członków rodziny, co będzie stanowiło wybuchową mieszankę. 

Sytuacja życiowa Heleny jest troszkę zagmatwana. Od dziesięciu lat ma idealnego, kochającego męża, któremu urodziła dwójkę słodkich dzieciaczków. Ale ma też starszego syna, Alexa, i nigdy nie zdradziła nikomu, kto jest jego ojcem. Dodatkowo, jej mąż ma córkę z poprzedniego małżeństwa, z którą kontakty bardzo utrudnia wredna była żona. 


Po przyjeździe na Cypr w życiu Heleny pojawia się na nowo Alexis, jej wielka miłość. Przez te ponad dwadzieścia lat od ich ostatniego spotkania zdążył się ożenić, spłodzić synów, prowadzić rodzinną winiarnię, potem zostać wdowcem, ale cały czas przechowywał w sercu miłość do Heleny. A to tylko jeden z wielu czynników, które doprowadzają do tego, że po latach puszka Pandory (co już zwiastowała nazwa domku) w końcu się otwiera i nagle okazuje się, że tytuł książki, to niedomówienie, bo na światło dzienne wychodzi zdecydowanie więcej niż jeden sekret, a na wszystkich spada lawina katastrof, nieszczęść, smutków, kłótni i ciężaru odkrytych prawd. 

Sekret Heleny porusza tak wiele ponadczasowych problemów, że długo by wymieniać. Jest tu małżeństwo bez miłości, dziecko, które nie czuje się kochane, zapatrzony w siebie, znęcający się nad innymi gnojek, dojrzały ponad wiek chłopiec, który nie zna swojego ojca, alkoholik. Problemy wielu ludzi splatają się ze sobą pod dachem Pandory. A te sekrety - nie będziecie mogli się doczekać, żeby w końcu je odkryć. I mogę Wam zagwarantować, że zupełnie nie będziecie się spodziewać tego, co odkryjecie. 

Helena jest odmalowana jako olśniewająca kobieta, piękna, pełna życia, utalentowana, najlepsza na świecie matka, która jest spoiwem całej rodziny. Jej nieobecność jest dotkliwie odczuwalna, brak jej ciepłego głosu natychmiast wydobywa z ukrycia wszystkie zgrzyty. Wiecie, kolejne nawiązanie do greckiej mitologii - piękna Helena, wokół której robi się niezła awantura. 

Ale muszę przyznać, że... nie do końca ją polubiłam. Jej zachowanie było momentami groteskowe, czasami bardzo denerwujące. Najbardziej zapadła mi w pamięć scena z początku książki, gdy okazało się, że Alex się odwodnił, a ona, po wysłuchaniu porad lekarza, poszła sobie beztrosko zobaczyć, czy uda się napełnić basen wodą. Wtf? Najlepsza matka na świecie. 

Zdecydowanie dużo przyjemniejszą postacią był dla mnie Alex, który jest narratorem w książce. Riley bardzo fajnie przedstawiła trzynastolatka z jego trzynastoletnimi dylematami, pierwszymi miłostkami, wizją nowej szkoły, ale także z tymi mało dziecięcymi problemami (jak fakt, że nie wie, kim jest jego ojciec i będzie musiał stawić czoło sekretom Heleny).

Gdybym miała opisać każdą z postaci, które odgrywają w tej książce ważną rolę, to wyszłaby z tego taka mała książka sama w sobie. Po pierwsze, jest ich naprawdę całkiem sporo, ale tak naprawdę chodzi mi nie tyle o ilość, co o jakość. Są to postaci cudownie wykreowane, wręcz namacalne i prawie prawdziwe. Począwszy od przeuroczych brzdąców, przez Alexa i pozostałe starsze dzieciaki, kończąc na dorosłych, zamieszkujących Pandorę - Riley każdego z nich potraktowała z należytą uwagą, zapewniła mu przeszłość, stworzyła przekonujący charakter, żywe dialogi.

Dzięki temu Pandora zyskała też realnie uroczy i przyjemny klimat wakacyjnego domku, tak, że faktycznie chciałoby się wskoczyć do chłodnej wody w basenie i zwiedzić urocze zakątki Cypru. Wykreowany przez Riley świat jest magiczny i barwny, nawet pomimo zbierających się nad nim chmur i cieni.

W końcu książka opowiada też na parę istotnych pytań: czy można uciec przed przeszłością i nawet ważniejsze - czy można uciec przed prawdą? Czy ostatecznie dopadnie bohaterów i każe im się zmierzyć oko w oko z konsekwencjami? I czy dadzą sobie z tym radę?

***
Recenzja
Sekret Heleny
Lucinda Riley

Michael Miller, Adrianne Strickland - Cień

 
Qole ma tylko 17 lat, ale już została okrzyknięta najlepszym pilotem w galaktyce. Jednak zamiast zdobywać sławę i uznanie, dziewczyna mieszka na biednej planecie Alaxak na końcu świata, gdzie na starym rodzinnym statku zajmuje się poławianiem cienia. Cień to taka dziwna, tajemnicza substancja, która mogłaby być najlepszym źródłem energii, ale jest zbyt niestabilna i zagraża życiu. Ludzie, którzy byli wystawieni na jej działanie od setek lat (tak jak Qole i jej przodkowie), w młodym wieku wpadają w obłęd i umierają. Są oni jednak jedyną nadzieją na opanowanie cienia, bo ich ciała w jakiś sposób się z nim łączą, więc nie umierają od razu po ekspozycji. Z tego powodu tajemniczy Nev werbuje się na statek Qole i próbuje zdobyć jej zaufanie.

To nie jest wielka odyseja kosmiczna. Zdecydowanie. Sprawa z tą książką wygląda tak, że była naprawdę ciekawa, czytało się ją szybko i przyjemnie, tylko, że... gdzie się podział klimat sci-fi?!


Przecież w literaturze sci-fi można wymyślić naprawdę wszystko. Nowe rasy? Proszę bardzo. Kosmici? Oczywiście. Niesamowite planety z nieznaną wcześniej fauną i florą? Jasne. Super-ultra-nowoczesna technologia? Raczej, że tak. A tutaj... prawie nic z tego się nie pojawiło. Wszyscy bohaterowie są ludźmi. Autorzy pokazali nam trzy planety, ale tak pobieżnie, że nie było w nich niczego wyjątkowego, a super technologia ograniczyła się do pistoletu i miecza magnetycznego. Rozumiem, że rys historyczny jest taki, że po Wielkim Upadku ludzkość musiała powrócić do starej technologii, ale halko, to jest dalej technologia, dzięki której zdobyli gwiazdy i planety, więc mogłaby być chociaż trochę... niesamowita.


Dodatkowo, jak na kosmiczną sagę, której akcja rozgrywa się w dużej mierze w kosmosie i na statkach kosmicznych, to było w niej rozczarowująco mało kosmicznych walk (czytaj - zero). A skoro już mówimy o walkach, to naprawdę bardzo lubię, kiedy są porywające i pełne akcji, a w Cieniu było z tym bardzo średnio. Większość opisów walki wygląda mniej więcej tak (to nie jest cytat): "Wow, ale oni się bili! Ile emocji! Tak się bardzo bili i wirowali, i się bili". Albo tak (to akurat jest cytat): "grad kopniaków, bloków, ciosów i uników zakończony odskokiem". I to jest mniej więcej tyle. Tak serio, to był chyba jeden bardziej emocjonujący opis, a ja (już o tym kiedyś wspominałam) wychodzę z założenia, że jeśli tworzy się przygodowe fantasy albo sci-fi, w którym ludzie mają się bić, to trzeba potrafić dobrze napisać o tym, jak się biją.

Dobra, trochę sobie pomarudziłam, więc teraz jestem już gotowa, żeby porozmawiać o plusach tej książki. A wbrew pozorom, parę się ich znalazło!


Pierwsza rzecz to bohaterowie. Nev jest ostentacyjnie pewny siebie i ma słabość do teatralnego zachowania, ale w ten taki nienachalny sposób, gdzie możemy mu to wybaczyć, bo ogólnie to uroczy chłopiec z dobrym serduszkiem. Qole musi codziennie mierzyć się z brzemieniem przodków i niezbyt optymistyczną wizją przyszłości, a dodatkowo czuje się odpowiedzialna za resztę załogi (mimo, że wszyscy jej załoganci są tak naprawdę starsi od niej). Postaci drugoplanowe też są bardzo fajnie wykreowane, ciekawe, mają swoje tajemnice, charakter, znaki szczególne. Podbijają serduszka, albo wręcz przeciwnie - od pierwszej chwili ich nie lubimy. Ale znajdą się też takie, co do których nie możemy być do końca pewni...


Bardzo podobał mi się też motyw cienia - i jako super źródła energii, i jako tajemniczej substancji, która daje ludziom dziwne zdolności i umiejętności. Nie chcę pisać o tym zbyt dużo, żeby nie psuć Wam zabawy.

Pojawia się tu też tajemnicza katastrofa z przeszłości (zwana Wielkim Upadkiem), która pozostawiła świat bez portali transportacyjnych i zmusiła ludzkość do cofnięcia się w rozwoju technologicznym. A do tego to niby młodzieżówka i przez większość czasu jest taka urocza, miła, troszkę naiwna. Ale czasami robi się całkiem niebezpiecznie, mrocznie i brutalnie. I to naprawdę robi swoje! A przynajmniej w moim odczuciu, bo ja lubię jak jest trochę mrocznie. 

Wszystko miało ręce i nogi. Zdania były ładne i składne, język przyjemny. Mogłabym się przyczepić jedynie do paru momentów, w których jest opisane działanie cienia - były chaotyczne i nie do końca można było sobie to wszystko zwizualizować. No i te walki...

Nie chcę, żebyście odnieśli mylne wrażenie, bo zaczęłam od wymieniania minusów powieści. Cień naprawdę mi się podobał. Chętnie sięgnę po drugą część i może nawet miło się zaskoczę, jeśli autorzy postanowią chociaż odrobinę rozbudować w niej swój świat.

***
Recenzja
Cień
Michael Miller
Adrianne Strickland

Ałbena Grabowska - Nowy Świat


W postapokaliptycznym świecie po buncie maszyn, trójka dzieciaków ucieka z Kolebki, która w teorii miała być ostoją dla biednych pokońcoświatowych sierot, okazała się jednak ośrodkiem naukowym, w którym dzieciakom usuwano pamięć, mieszano w głowie, a potem przeprowadzano na nich eksperymenty. Dlatego też każde z naszych trzech głównych bohaterów ma wyjątkowe zdolności. Estra potrafi czytać w myślach, Sky ma umysł o ogromnej pojemności, do którego można zgrywać dane jak na wielki dysk wymienny, a Maroon jest hybrydą lwa z człowiekiem. Aha, no i mają też gadającego kota, Freuda.

Pomysł jest dobry, z dużym potencjałem i początkowo z zachwytem myślałam, że oto mam przed sobą kawał naprawdę dobrej książki. Nawet ten bunt maszyn, który, nie ukrywajmy, jest jednym z najbardziej wyeksploatowanych motywów w literaturze, nie przeszkadzał mi jakoś szczególnie. Cyfrowo stworzona Wyżyna dla najbardziej uprzywilejowanych, na których reszta biedaków musi ciułać, to w sumie kolejny powtarzalny motyw, który jednak można było fajnie ograć. Natomiast Kolebka, w której pracują Ojcowie i Matki, brzmiała jak super sprawa (tzn. na tyle, na ile super może być ośrodek, gdzie eksperymentuje się na dzieciach).

Ale potem wszystko zaczęło się psuć...


Pani Grabowska nie wykorzystała w pełni ani nowoczesnej technologii, ani stworzonego przez siebie świata. Wszystkiego było za mało, opisy były bardzo skąpe i nie pomagały w poruszeniu wyobraźni, do tego mam zastrzeżenia do paru spraw natury logistycznej, jak i fizyczno-przestrzennej.

Sky, który jest naszym pierwszoosobowym narratorem, był naprawdę beznadziejny w swojej roli. Nie dość, że nie można o nim zbyt dużo powiedzieć, to jeszcze jest tym typem bohatera, który przesypia albo jest nieprzytomny podczas najważniejszych momentów w akcji, potem trzeba mu na szybko wytłumaczyć, co się działo, kiedy go nie było, a wychodzi to tak, że ani on, ani czytelnik nic nie ogrania.

Wątek miłosny był... nawet nie mdły, tylko zupełnie bezpodstawny, wciśnięty na siłę, nienaturalny, niespójny i porzucony nagle bez żadnego konkretnego wytłumaczenia. W takiej formie, w jakiej został podany, książka zupełnie go nie potrzebowała.

Dodatkowo, znalazłam pełno nieścisłości, które pozostawiły po sobie tylko niesmak, no bo jak tak można... Na przykład Sky otwiera rano oczy z komentarzem, że tak miło mu się spało i dobrze wypoczął, po czym dwa akapity później wspomina o tym, że całą noc budził się co chwila, bo śniło mu się, że torturują jego przyjaciela. Kto mógłby wypocząć podczas czegoś takiego?!

Na końcu zapanował już kompletny chaos, kiedy wszyscy zmieniali strony tysiąc razy i ostatecznie nie wiadomo już było, kto jest z kim, przeciwko komu i dlaczego. Pani Grabowska przegięła trochę ze zwrotami akcji. Zamiast "o nie, jak on/ona/oni mogli to zrobić?!" miałam takie "halo, ale co się tu w ogóle dzieje?!".

Zakończenie był rozczarowujące, w tym sensie, że całą książkę dążymy do czegoś, do tego jednego momentu, do punktu kulminacyjnego i rozwiązania, a ostatecznie jest ono takie... potraktowane po macoszemu, bez sensu i meh. A zachowanie Estry na ostatnich dziesięciu stronach było po prostu dziwne, jakby pani Grabowska nagle wyrzuciła bohaterkę, którą znaliśmy przez całą książkę i wprowadziła zupełnie nową.

Może jestem tak krytyczna, bo ten początek sprawił, że naprawdę miałam nadzieję na coś dużo lepszego, dlatego tak bardzo, bardzo się zawiodłam. Jedyny aspekt, który podobał mi się przez cały czas, to Maroon, bardzo słodki dzieciak. Do niego nie mam żadnych obiekcji.

***
Recenzja
Nowy świat
Ałbena Grabowska

Tana French - Wiedźmie drzewo


Toby ma idealne życie, dobrą pracę, cudowną dziewczynę, mieszkanie, pieniądze, przyjaciół i wszystko zawsze idzie po jego myśli. Do momentu, gdy dwóch gości włamuje się w nocy do jego mieszkania i przy okazji pobija go do nieprzytomności. Chłopak cudem unika śmierci, ale nie jest już równie sprawny (zarówno fizycznie, jak i psychicznie), co dotychczas. Dodatkowo, mierzy się z depresją, strachem przed wychodzeniem z domu i atakami paniki. Przeprowadza się z dziewczyną (Melissą) do rodzinnego domu, w którym za dzieciaka spędzał wakacje ze swoimi kuzynami pod okiem niezamężnego wujka Hugo, który teraz ma guza mózgu i powoli umiera, więc pomysł rodziny jest taki, że Toby będzie doglądał Hugo, Hugo będzie doglądał Toby'ego, a Melissa ich obydwu. I żyją sobie tak w trójkę w przyjemnej atmosferze, dopóki w jednym z drzew w ogródku nie zostaje znaleziony... ludzki szkielet. 

Zauważyłam, że ta książka spotkała się z raczej chłodnym odbiorem i wieloma negatywnymi opiniami. Mój instynkt wytrawnego detektywa (a tak naprawdę goodreads i lubimy czytać) doprowadził mnie do następującej konkluzji: wierni fani Tany są zawiedzeni poziomem Drzewa w porównaniu do jej poprzednich dzieł. Ja (niestety dla mnie, stety dla książki) takiego porównania nie mam, ponieważ było to moje pierwsze spotkanie z tą panią, dlatego też moja opinia nie będzie negatywna. 

Przeczytałam też w tych komentarzach, że akcja naprawdę długo się rozwija i to akurat najprawdziwsza prawda. "Wstęp" do historii "właściwej" (czyli do odkrycia morderstwa i dochodzenia w sprawie morderstwa) miał około 150-200 stron! Ale, jeśli mam być szczera, to ta część podobała mi się dużo bardziej od tej "kryminalnej". Przez ten początek się płynie. Powoli, bo powoli, ale jak przyjemnie! Kunszt pisarski pani French tchnie z każdego jednego zdania. Gdyby nigdy nie znaleźli tego szkieletu, a opowieść snuła się wolno wokół Toby'ego, Melissy i Hugo, mieszkających sobie w starym wiktoriańskim domu, to wcale nie byłabym zawiedziona. 

Jeśli chodzi o kryminały, to jestem przyzwyczajona raczej do rozwiązania, w którym jakiś błyskotliwy, ale nadużywający alkoholu detektyw (Jo Nesbo), ewentualnie ładna policjantka z ekscentrycznym pomocnikiem (Lucyfer, Castle) prowadzą dochodzenie, trafiają na coraz więcej zagadkowych poszlak i ostatecznie rozwiązują morderstwo w wielkim finale, a potem wszyscy biją im brawo. Tutaj jest zupełnie inaczej. Oglądamy całą historię z punktu widzenia Toby'ego, który jest w sumie jednym z podejrzanych, a w dodatku niezbyt błyskotliwym, czy ekscentrycznym, ponieważ po wypadku jego umysł nie pracuje na najwyższych obrotach. Do tego stopnia, że chłopak nawet sam nie wie, czy może przypadkiem to nie on zabił... Dlatego całe "dochodzenie" w jego wydaniu jest raczej koślawe i skupia się bardziej na tym, że Toby dowiaduje się rzeczy o sobie, a nie o biednym nieboszczyku. 


Dlatego, jeśli szukacie trzymającej w napięciu, ociekającej akcją i wybuchami powieści
detektywistycznej, to to nie jest dobra opcja. Ale jeśli kręci Was mocno rozwinięty wątek psychologiczny, głęboka analiza postaci i trudne tematy, to tutaj zdecydowanie znajdziecie coś dla siebie. 

Jedyne, do czego mogę się przyczepić, to końcówka, która bardzo mnie rozczarowała i zostawiła z mieszanymi uczuciami. Nie chodzi mi o to, że to było złe zakończenie, które należy shejtować, ale raczej, że zrobiło mi się przykro, bo miałam nadzieję, że wypadki potoczą się zupełnie inaczej. Aha, no i Toby był naprawdę tak strasznie zadufaną w sobie, samolubną osobą, że to aż nieprawdopodobne.






***
Recenzja
Wiedźmie drzewo
Tana French

@booksoverhoes