Sylvain Neuvel - Tylko ludzie


Jeśli nie przeczytaliście jeszcze żadnej książki z Archiwów Temidy albo tylko pierwszą z nich, proszę nie scrollować dalej! Zamiast tego zapraszam do recenzji odpowiednio Śpiących gigantów (część I) albo Przebudzonych bogów (część druga). 

Sprawa wygląda tak, że twórczość Neuvela oczarowała mnie od pierwszej strony Śpiących gigantów i od tego momentu nie zawiodła ani razu. Dlaczego? Bo dostarcza mi dokładnie tego, czego się po niej spodziewam. A przy okazji jest też przecudowna, zapierająca dech w piersiach i kocham ją z całego serduszka.

Ten styl narracji składający się z zapisów rozmów, wpisów z pamiętników, fragmentów artykułów - to jest po prostu mistrzostwo! Wiem, że zachwycam się w nim w każdej recenzji każdej części, ale nie mogłabym o tym nie wspomnieć, bo to właśnie jedna z największych zalet tych książek. Tak niesamowicie buduje napięcie i dostarcza tak ogromnej dawki emocji, a przy tym nadaje wydarzeniom niesamowitego tempa. Nie musimy mozolnie przebijać się przez przydługie opisy scenerii, możemy się skupić tylko i wyłącznie na akcji i to skupić tak dokładnie, że mamy uczucie, jakbyśmy stali obok i brali w niej udział. To naprawdę niesamowite doświadczenie. I mówię to ja, która kocham długie opisy!

Kolejnym niezaprzeczalnym atutem tej książki są jej bohaterowie. Każdy z nich jest barwny, interesujący, a dzięki temu, że czytam ich wypowiedzi niejako z pierwszej ręki, czuję się, jakbym znała ich od lat. I najważniejsza rzecz - dialogi to prawdziwe mistrzostwo. Neuvel musi być całkiem fajnym gościem, skoro udało mu się stworzyć postaci, których rozmowy zawsze są niesamowicie inteligentne i zabawne, a rzucane mimochodem uwagi tak błyskotliwe, że zachwycam się każdym jednym słowem.

Jeśli chodzi o samą fabułę, to byłam nią mocno zaskoczona. Myślałam, że większość z niej skupi się na innej planecie, na którą zostali przeniesieni bohaterowie (pod koniec poprzedniej części). Okazuje się jednak, że wydarzenia na Ziemi, na którą Rose, Vincent i Eva powracają po dziewięciu latach, są dużo bardziej zajmujące niż jakieś tam obce planety w innych galaktykach. Serio. Tutaj akurat odczułam takie małe rozczarowanko, bo ta kosmiczna cywilizacja była taka... zwyczajna. Zupełnie nie powalała na kolana, więc jeśli spodziewaliście się high sci-fi z niesamowitą technologią i latającymi statkami kosmicznymi, to możecie czuć się zawiedzeni. Te wszystkie rzeczy są tam wspomniane, ale mimochodem, autor zupełnie się na nich nie skupia.

Dużo większy nacisk kładzie na obecną sytuację na Ziemi (czego w sumie mogłam się spodziewać po tytule, ale nieee...). A dzieje się na niej dużo niedobrego. Ludzkość źle radzi sobie z faktem, że została zaatakowana przez super rozwiniętą kosmiczną cywilizację, która bez problemu urządziła czystkę i to jeszcze dlatego, że większość ludzi ma w sobie geny kosmitów. Niefajna sprawa. Ta książka to też dobry psychologiczny obraz naszej społeczności, pokazuje, do czego zdolni są ludzie, gdy czują się zagrożeni, wytyka nam ignorancję, okrucieństwo i skrajną głupotę. 

Biorąc pod uwagę wszystkie plusy (ogromne) i minusy (niewielkie) Tylko ludzi (dziwnie wkomponowuje się ten tytuł w zdanie), ogłaszam, że wynik końcowy jest jak najbardziej pozytywny. Czyta się ją tak szybko, że nawet nie dotrze do Was, że to już koniec, dopóki nie przewrócicie ostatniej strony. Zaskoczy Was na pewno więcej niż raz. Bohaterowie nie zdradzają od razu wszystkiego, co działo się z nimi przez dziewięć lat nieobecności i tak naprawdę prawie do samego końca nie znamy całej sytuacji, więc wait for it. 

Moja miłość do Archiwum Temidy płonie mocno i na pewno nie przeminie. Czekam z utęsknieniem na kolejne powieści Neuvela. Mam nadzieję, że zachwycą mnie jeszcze bardziej, chociaż może to niedobrze, bo duże wymagania mogą sprawić, że ostatecznie się zawiodę... Proszę mnie nie zawodzić, Panie Neuvel, liczę na Pana z całego serduszka!

Sylvain Neuvel - Przebudzeni bogowie


Link do recenzji pierwszej części tu o, proszę się tam skierować, jeśli dopiero macie zamiar rozpocząć swoją przygodę z twórczością Sylvaina Neuvela. 

Jakieś dziewięć lat po wydarzeniach ze Śpiących gigantów nasi bohaterowie żyją sobie spokojnie, uczą się coraz lepiej obsługiwać robotem, jeżdżą po świecie, żeby przejść się w jednej i drugiej defiladzie (ale nie za bardzo, bo niszczą asfalt). Aż tu nagle pewnego pięknego dnia, ni stąd ni zowąd, na samym środku Londynu pojawia się... nowy robot. Nie jakiś tam kawałek, noga czy przedramię, tylko cały, sprawny, ogromny robot, w którym najprawdopodobniej siedzą jego prawowici właściciele...

Czego chcą obcy? Nawiązać kontakt z Ziemią? Podzielić się wiedzą na temat kolosów, teraz, gdy ludziom udało się aktywować jednego z nich? Odebrać to, co należy do nich? A może po prostu pozbyć się konkurencji i zabić każdą jedną istotę na Ziemi?

Omg, każda strona tej książki dostarcza tyle emocji, że po prostu trzeba ją przeczytać na raz! Narracja, którą pokochałam w pierwszej części, nie zmienia się ani troszkę i dalej wprowadza ten sam niesamowity klimat i sprawia, że czujesz się tak, jakbyś faktycznie był w samym centrum wydarzeń i prawie słyszysz przerażenie w głosach bohaterów i przyspieszony rytm ich serc... a może to twoje serce? (Które bije z ekscytacji, gdy nie wiadomo, czy zaraz nie umrze twój ulubiony bohater.) 

Otóż - umrze. Poumiera ich całkiem sporo. Skąd się wziął ten trend we współczesnej literaturze, że przynajmniej jedna z super-najlepszych-na-świecie postaci musi umrzeć? Dzięki panie Martin...

Przy okazji rozwiane zostają tajemnice wokół tego tajemniczego pana, który niejako zarządza całym majdanem. Wiem, że wszyscy na to czekali! A do tego gość zaczyna pokazywać jakiekolwiek ludzkie uczucia (na przykład jakieś śladowe przywiązanie do innych bohaterów, których zna już przecież od lat), a mimo to, dalej pozostaje tak samo błyskotliwy i zabawny, za co kocham i jego, i całą książkę. 

A skoro już jesteśmy przy tajemnicach, to wyjaśnia się też dziwna sprawa związana z Rose (końcówka pierwszej części pozostawiła nas w końcu z jednym wielkim "wtf?!"), a także kilka kwestii związanych z robotem i jego historią. W sumie to w tej części wyjaśnia się mnóstwo rzeczy. A gdy już Ci się wydaje, że wszystkie tajemnice wyszły na światło dzienne, że więcej tu już nie ma, ostatnia strona tworzy piękne otwarte zakończenie, które zwiastuje, że część trzecia dostarczy jeszcze większej dawki emocji (mam nadzieję).

Nic więcej nie powiem, żeby nie zepsuć Wam ani odrobinę zabawy. No dobra, może dodam tylko tyle, że oceny tej książki są całkiem wysokie (7,5 na lubimy czytać, 4,1 na goodreads), ale ja daję jej mocne 11/10, bo z jakiegoś powodu zakochałam się w niej bez pamięci! Dziękuję.

***
Recenzja
Przebudzeni bogowie
Sylvain Neuvel

Sarah J. Maas - Królestwo popiołów


Długo męczyłam się z przemyśleniami na temat tej książki i ostatecznie dochodzę do wniosku, że twórczość pani Maas to takie moje guilty pleasure. Wciąga od pierwszej strony, bawi, wzrusza, pozwala Ci podkochiwać się potajemnie (tzn. w tajemnicy przed Twoim chłopcem) w całej drużynie Rowana, ale nie wymaga od Ciebie wiele i Ty też nie powinieneś zbyt wiele wymagać. 

Dlatego, jeśli czekaliście z zapartym tchem na wielkie finałowe bitwy, opisy batalistyczne, zapierające dech w piersiach walki, to... tego nie uświadczycie. Zakończenie było w ogóle mocno przewidywalne i nie wgniotło mnie w fotel. Moje serduszko nie zabiło szybciej w żadnym z tych niby pełnych napięcia, kluczowych momentów. Maas niestety postawiła jedynie na kilka mocno dramatycznych i teatralnych scen. A pomiędzy nimi?

Większość tej ponad tysiąc-stronicowej finalnej części skupia się na ogarnięciu, kto już z kim spał, a kto z kim jeszcze nie i dlaczego. A do ogarnięcia jest naprawdę całkiem pokaźna kolekcja par. Kiedy to się tak namnożyło, to ja nie wiem, ale nagle okazało się, że mamy nie tylko Rowaelin, ale też Manorian, Elorcan, Lysaedion, Chaorene i te inne, których nawet nie jestem w stanie nazwać... Oczywiście to, że wszyscy łączą się w pary, jest trochę naiwne i przesłodzone, ale ostatecznie za to najbardziej kochamy Maas, prawda? Na pewno macie jakąś swoją ulubioną. Ja mam! :D

Nie wiem, dlaczego przez moment spodziewałam się czegoś więcej. Przecież to właśnie ten typ książki, w którym zgraja zakochanych w sobie dwudziestoparolatków ma wziąć na barki losy świata w wojnie ze złem i mrokiem. I nikt nie widzi nic dziwnego w tym, że wszystkim dowodzą dzieciaki. Nie wspominając już o tym, że wszystko to dzieje się w jakieś półtora roku, a Aelin zmienia w tym czasie miłość swojego życia trzy razy.

Tak naprawdę nic nie mogę zarzucić Maas, jej styl pisania jest, jak zawsze, na wysokim poziomie, wszystko ma ręce i nogi i łączy się w spójną całość. Maas ma przy tym niesamowity wręcz dar wyciskania z czytelników łez, więc nim się spostrzegłam, leciały mi po policzkach całymi potokami. I to nawet nie podczas faktycznie smutnych fragmentów, tylko w tych przepięknych, wzruszających i chwytających za serduszko. A jeśli akurat nie płakałam, to małe ciareczki zachwytu i wzruszonka przechodziły mnie po pleckach jakieś tysiąc razy. A ten króciutki fragment o mężczyźnie i kobiecie, wpatrującym się w gwiazdy - przeurocze! 

Jakoś tak ciężko mi na serduszku z myślą, że to już koniec. Czytając Szklany tron lata temu, nie pomyślałabym, że ta historia się tak rozwinie! Zaraz po przeczytaniu Królestwa popiołów weszłam w fan-arty i fan-fici i od razu poczułam, że już tęsknię za wszystkimi bohaterami Szklanego tronu. Wbrew pozorom, zajmowali część mojego serduszka przez parę ostatnich lat i trudno się tak po protu z nimi pożegnać. To kolejny niekwestionowany atut Maas - tworzy bohaterów, których jesteśmy w stanie pokochać z całego serca. Oczywiście nie wszystkich, niektórzy strasznie mnie zawiedli.

Zawiodło mnie też parę rozwiązań, do których posunęła się Maas w tej stricte fabularnej części, niezwiązanej z historiami miłosnymi. Miałam nadzieję na inny rozwój wydarzeń i tak oto zakończenie sagi pozostawiło mnie z lekkim niedosytem. Nie przeszkadzało mi to jednak w czytaniu i pochłonęłam książkę w zastraszającym tempie.

Jeśli zastanawiacie się, czy na pewno chcecie przeczytać Królestwo popiołów, to mówię Wam, że chcecie. A przynajmniej powinniście chcieć. Książka może i przeraża trochę swoją objętością, ale przypominam, że jest to ponad tysiąc stron wypełnionych naszymi ulubionymi bohaterami. A jeśli jakiś fragment będzie przedstawiał historię postaci, której losy nieszczególnie Was interesują, to na szczęście szybko się skończy i przeniesie w inne miejsce, także nie jest najgorzej!

Natomiast jeżeli zastanawiacie się, czy w ogóle zaczynać swoją przygodę ze Szklanym tronem, to powinniście przestać się zastanawiać i biec do księgarni. Albo biblioteki. Obiecuję, że nie zmarnujecie czasu. Aż Wam zazdroszczę, że cała historia jest jeszcze przed Wami! 

Przy okazji mam cały folder z fan-ficowymi dialogami, przy których śmiałam się do łez, ale nie mogę ich Wam jeszcze pokazać, bo spojlery... Także czytajcie szybciutko! Premiera drugiej części Królestwa już 15 maja! <3

***
Recenzja
Królestwo popiołów
Część I & II
Sarah J. Maas

@booksoverhoes