Tracey Mathias - Czas wyborów


Po Brexicie do władzy w Wielkiej Brytanii dochodzi Partia, która wprowadza politykę British Born. Oznacza to mniej więcej tyle, że większość imigrantów (nawet tych legalnych, którzy oficjalnie pracowali i żyli w kraju) musi porzucić swoje dotychczasowe życie i opuścić państwo, gdyż ponieważ zasoby Wielkiej Brytanii są ograniczone, więc powinny w pierwszej kolejności przysługiwać pełnoprawnym obywatelom z dziada pradziada. 

Zmienia się to niestety niejako w nagonkę, "nielegalni" są zgłaszani i szczuci, boją się wychodzić na ulice z powodu ciągłych kontroli dokumentów, pomieszkują w piwnicach, ukrywani przez tych z rodowitych Brytyjczyków, którzy mają trochę serca i przyzwoitości. Na każdym przystanku autobusowym, billboardzie i stacji metra można zobaczyć plakaty, ulotki są dostarczane z poranną pocztą i każde z nich przypomina codziennie, że nielegalnych obywateli należy niezwłocznie zgłosić, a za udzielenie im pomocy egzekwowane będą kary.

W takiej właśnie scenerii poznajemy Zarę, która pochodzi z Rumunii i obecnie ukrywa się z matką, czekając na ponowne wybory. Jeśli wygra je opozycyjna partia, Koalicja, British Born zostanie zniesione. Matka Zary będzie mogła wrócić do pracy, Zara pójść na studia (to bardzo utalentowana dziewczyna) i wrócą do normalnego życia.

To jednak nie wszystko. Pewnego dnia, gdy British Born dopiero wchodziło w życie, Zara udała się na przyjęcie ze swoją przyjaciółką Sophie. Podczas przyjęcia zdarzył się przykry wypadek, Sophie umarła, a jedyną osobą, która wie, w jakich okolicznościach się to stało, jest właśnie Zara. Dziewczyna nie może jednak złożyć zeznania na policji, gdyż na pewno zostanie wtedy deportowana, dlatego czeka na ponowne wybory, żeby w końcu móc przemówić.

Przy okazji Zara jest zakochana w Ashu, który nie dość, że jest jak najbardziej legalny, to jeszcze jest bratem Sophie i nie wie ani o tym, że Zara przyjaźniła się z Sophie, ani że zna prawdę o jej śmierci, ani że jest "nielegalna". Trochę to wszystko poplątane.  

Przeczytałam tę książkę naprawdę szybko i myślę, że to najprawdopodobniej dlatego, że składa się na nią głównie sama akcja. Nie ma tu zbyt wielu opisów, a jeśli już jakieś się pojawiają, to zdecydowanie nie są na poziomie fauny i flory Sienkiewicza. Ten zabieg dał naprawdę dobry efekt. 

Tracey Mathias wykreowała ciekawą antyutopię. Momentami kojarzyła mi się z Rokiem 1984 (tylko bez Wielkiego Brata, który podgląda obywateli nawet w ich domach), momentami z Mrocznymi umysłami. Początkowo myślałam, że to nie do końca taka straszna i mroczna wizja, bo oczywiście deportują ludzi i odbierają im dotychczasowe życie, ale w końcu ani ich nie torturują, ani nie zabijają, a wszystko odbywa się całkiem kulturalnie. Ale potem przeczytałam, jak wygląda od wewnątrz taki obóz deportacyjny, jak pracuje policja, jak funkcjonuje rząd i jak ludzie uzyskują immunitet, jeśli zapłacą wystarczająco dużo. I troszkę to jednak zmieniło mój odbiór tej książki. Nie wiem na ile taki scenariusz jest prawdopodobny, ale też szczególnie nie przeszkadzało mi to podczas czytania. To w końcu dalej tylko fikcja. 

Podsumowując, nie jest to zdecydowanie książka z gatunku słodkich i płytkich young adult, w których bohaterowie robią do siebie maślane oczy przez bite 400 stron. To przystępna, niewymagająca pozycja. Język jest ładny, chociaż prosty, poruszone zostają poważne problemy. Co prawda, niektóre fragmenty wydają się zbyt podkoloryzowane, rodem z hollywoodzkiego filmu akcji, a całość jest całkiem naiwna, ale i tak Czas wyborów zrobił na mnie dużo lepsze wrażenie, niż się spodziewałam.

***
Recenzja
Czas wyborów
Tracey Mathias

Przeczytaj też

0 komentarze:

Prześlij komentarz

@booksoverhoes