C.L. Taylor - Teraz zaśniesz

"Siedmiu gości. Siedem sekretów. Jeden zabójca." 

Te sześć słów na okładce sprawiło, że byłam sprzedana. Autentycznie. Już od samego początku. A w dodatku miałam skojarzenie z "The Hateful Eight" Tarantina, a ja naprawdę kocham Tarantina! Z każdą kolejną stroną było tylko lepiej. Przeczytałam całą książkę w trzy godziny. Serio. Wciągnęłam się od razu i nie byłam w stanie oderwać się od niej, dopóki nie poznałam już jej sekretu.

Anna musi żyć z poczuciem winy tak ogromnym, że nawet nie jest w stanie spać. Jeden moment, jedna pomyłka sprawiała, że jej idealne, stabilne życie rozpadło się na milion kawałeczków. To samo stało się zresztą z jej psychiką, nie potrafi sobie poradzić z traumą, zamyka się na najbliższych. A potem zaczyna jej się wydawać, że ktoś ją śledzi, obserwuje i prześladuje. 

Dlatego postanawia zmienić swoje życie o 180 stopni, porzuca ambitną karierę i wyjeżdża na szkocką wyspę Rum, malusieńką, odciętą od reszty świata, na której jest tylko trzydziestu jeden mieszkańców, jedna szkoła, licząca czterech uczniów i jeden hotel, w którym to Anna zaczyna pracować. 

Okazuje się jednak, że jej złe fatum podąża za nią nawet na ten zapomniany koniec świata. W hotelu zatrzymuje się siedmiu gości i Anna jest pewna, że jeden z nich nie przyjechał tam, żeby beztrosko wędrować po górzystych terenach Rumu. Przybył tylko i wyłącznie z jednego powodu - żeby zakończyć jej życie. 

Ta atmosfera strachu, tajemnicy i ciągłej potrzeby oglądania się przez ramię, wprawia czytelnika w tak mroczny nastrój. Wszyscy goście są podejrzanymi w tej łamigłówce, a raczej grze o życie. Nikomu nie można ufać. Będziecie razem z Anną analizować każde najbardziej niewinne słowo, każdy mniej lub bardziej podejrzany gest. Z czasem okaże się, że goście hotelu mają swoje problemy i mroczne lub smutne tajemnice, które po kolei zaczną wypływać na światło dzienne, zmieniając Wasze zdanie o bohaterach, rzucając na nich nowe podejrzenia. 

Przyznaję, że do samego końca nie mogłam zdecydować, kto wydaje mi się najbardziej prawdopodobnym podejrzanym. Momentami miałam takie "aha! to na pewno on/ona!", a potem w kolejnej chwili nie byłam już tego taka pewna. Dodatkowo, różne wydarzenia na wyspie bardzo komplikują życie mieszkańców hotelu i narażają ich na dużo ekstremalnych sytuacji, w których zachowują się bardzo... niepokojąco. 

Książkę czyta się na jednym wdechu, wydarzenia rozgrywają się na naszych oczach w niesamowitym tempie, a do tego cały czas towarzyszy nam uczucie niepokoju, powoli zaciskające się na naszych serduszkach. Potrzebuję więcej książek takich jak Teraz zaśniesz! Zdecydowanie nie zawiodła moich oczekiwań, dostarczyła mi ogromnej dawki emocji, dreszczyku na pleckach i wszystkiego tego, co powinny fundować nam thrillery!

Aha, no i ostatnie strony sprawiły, że ten niepokoik, który towarzyszył mi podczas czytania, wcale nie zniknął...

***
Recenzja
Teraz zaśniesz
C.L. Taylor

Lucinda Riley - Sekret Heleny



Helena odziedzicza po swoim ojcu chrzestnym domek na Cyprze o wdzięcznej nazwie Pandora i postanawia spędzić tam wakacje ze swoją rodziną. Powraca więc w miejsce, w którym była ostatnio jako nastolatka, ponad dwadzieścia lat temu, i w którym przeżyła swoją pierwszą wielką miłość. Na Cypr zamierza przyjechać też całkiem spora grupa mniej lub bardziej lubianych przyjaciół, znajomych i członków rodziny, co będzie stanowiło wybuchową mieszankę. 

Sytuacja życiowa Heleny jest troszkę zagmatwana. Od dziesięciu lat ma idealnego, kochającego męża, któremu urodziła dwójkę słodkich dzieciaczków. Ale ma też starszego syna, Alexa, i nigdy nie zdradziła nikomu, kto jest jego ojcem. Dodatkowo, jej mąż ma córkę z poprzedniego małżeństwa, z którą kontakty bardzo utrudnia wredna była żona. 


Po przyjeździe na Cypr w życiu Heleny pojawia się na nowo Alexis, jej wielka miłość. Przez te ponad dwadzieścia lat od ich ostatniego spotkania zdążył się ożenić, spłodzić synów, prowadzić rodzinną winiarnię, potem zostać wdowcem, ale cały czas przechowywał w sercu miłość do Heleny. A to tylko jeden z wielu czynników, które doprowadzają do tego, że po latach puszka Pandory (co już zwiastowała nazwa domku) w końcu się otwiera i nagle okazuje się, że tytuł książki, to niedomówienie, bo na światło dzienne wychodzi zdecydowanie więcej niż jeden sekret, a na wszystkich spada lawina katastrof, nieszczęść, smutków, kłótni i ciężaru odkrytych prawd. 

Sekret Heleny porusza tak wiele ponadczasowych problemów, że długo by wymieniać. Jest tu małżeństwo bez miłości, dziecko, które nie czuje się kochane, zapatrzony w siebie, znęcający się nad innymi gnojek, dojrzały ponad wiek chłopiec, który nie zna swojego ojca, alkoholik. Problemy wielu ludzi splatają się ze sobą pod dachem Pandory. A te sekrety - nie będziecie mogli się doczekać, żeby w końcu je odkryć. I mogę Wam zagwarantować, że zupełnie nie będziecie się spodziewać tego, co odkryjecie. 

Helena jest odmalowana jako olśniewająca kobieta, piękna, pełna życia, utalentowana, najlepsza na świecie matka, która jest spoiwem całej rodziny. Jej nieobecność jest dotkliwie odczuwalna, brak jej ciepłego głosu natychmiast wydobywa z ukrycia wszystkie zgrzyty. Wiecie, kolejne nawiązanie do greckiej mitologii - piękna Helena, wokół której robi się niezła awantura. 

Ale muszę przyznać, że... nie do końca ją polubiłam. Jej zachowanie było momentami groteskowe, czasami bardzo denerwujące. Najbardziej zapadła mi w pamięć scena z początku książki, gdy okazało się, że Alex się odwodnił, a ona, po wysłuchaniu porad lekarza, poszła sobie beztrosko zobaczyć, czy uda się napełnić basen wodą. Wtf? Najlepsza matka na świecie. 

Zdecydowanie dużo przyjemniejszą postacią był dla mnie Alex, który jest narratorem w książce. Riley bardzo fajnie przedstawiła trzynastolatka z jego trzynastoletnimi dylematami, pierwszymi miłostkami, wizją nowej szkoły, ale także z tymi mało dziecięcymi problemami (jak fakt, że nie wie, kim jest jego ojciec i będzie musiał stawić czoło sekretom Heleny).

Gdybym miała opisać każdą z postaci, które odgrywają w tej książce ważną rolę, to wyszłaby z tego taka mała książka sama w sobie. Po pierwsze, jest ich naprawdę całkiem sporo, ale tak naprawdę chodzi mi nie tyle o ilość, co o jakość. Są to postaci cudownie wykreowane, wręcz namacalne i prawie prawdziwe. Począwszy od przeuroczych brzdąców, przez Alexa i pozostałe starsze dzieciaki, kończąc na dorosłych, zamieszkujących Pandorę - Riley każdego z nich potraktowała z należytą uwagą, zapewniła mu przeszłość, stworzyła przekonujący charakter, żywe dialogi.

Dzięki temu Pandora zyskała też realnie uroczy i przyjemny klimat wakacyjnego domku, tak, że faktycznie chciałoby się wskoczyć do chłodnej wody w basenie i zwiedzić urocze zakątki Cypru. Wykreowany przez Riley świat jest magiczny i barwny, nawet pomimo zbierających się nad nim chmur i cieni.

W końcu książka opowiada też na parę istotnych pytań: czy można uciec przed przeszłością i nawet ważniejsze - czy można uciec przed prawdą? Czy ostatecznie dopadnie bohaterów i każe im się zmierzyć oko w oko z konsekwencjami? I czy dadzą sobie z tym radę?

***
Recenzja
Sekret Heleny
Lucinda Riley

Michael Miller, Adrianne Strickland - Cień

 
Qole ma tylko 17 lat, ale już została okrzyknięta najlepszym pilotem w galaktyce. Jednak zamiast zdobywać sławę i uznanie, dziewczyna mieszka na biednej planecie Alaxak na końcu świata, gdzie na starym rodzinnym statku zajmuje się poławianiem cienia. Cień to taka dziwna, tajemnicza substancja, która mogłaby być najlepszym źródłem energii, ale jest zbyt niestabilna i zagraża życiu. Ludzie, którzy byli wystawieni na jej działanie od setek lat (tak jak Qole i jej przodkowie), w młodym wieku wpadają w obłęd i umierają. Są oni jednak jedyną nadzieją na opanowanie cienia, bo ich ciała w jakiś sposób się z nim łączą, więc nie umierają od razu po ekspozycji. Z tego powodu tajemniczy Nev werbuje się na statek Qole i próbuje zdobyć jej zaufanie.

To nie jest wielka odyseja kosmiczna. Zdecydowanie. Sprawa z tą książką wygląda tak, że była naprawdę ciekawa, czytało się ją szybko i przyjemnie, tylko, że... gdzie się podział klimat sci-fi?!


Przecież w literaturze sci-fi można wymyślić naprawdę wszystko. Nowe rasy? Proszę bardzo. Kosmici? Oczywiście. Niesamowite planety z nieznaną wcześniej fauną i florą? Jasne. Super-ultra-nowoczesna technologia? Raczej, że tak. A tutaj... prawie nic z tego się nie pojawiło. Wszyscy bohaterowie są ludźmi. Autorzy pokazali nam trzy planety, ale tak pobieżnie, że nie było w nich niczego wyjątkowego, a super technologia ograniczyła się do pistoletu i miecza magnetycznego. Rozumiem, że rys historyczny jest taki, że po Wielkim Upadku ludzkość musiała powrócić do starej technologii, ale halko, to jest dalej technologia, dzięki której zdobyli gwiazdy i planety, więc mogłaby być chociaż trochę... niesamowita.


Dodatkowo, jak na kosmiczną sagę, której akcja rozgrywa się w dużej mierze w kosmosie i na statkach kosmicznych, to było w niej rozczarowująco mało kosmicznych walk (czytaj - zero). A skoro już mówimy o walkach, to naprawdę bardzo lubię, kiedy są porywające i pełne akcji, a w Cieniu było z tym bardzo średnio. Większość opisów walki wygląda mniej więcej tak (to nie jest cytat): "Wow, ale oni się bili! Ile emocji! Tak się bardzo bili i wirowali, i się bili". Albo tak (to akurat jest cytat): "grad kopniaków, bloków, ciosów i uników zakończony odskokiem". I to jest mniej więcej tyle. Tak serio, to był chyba jeden bardziej emocjonujący opis, a ja (już o tym kiedyś wspominałam) wychodzę z założenia, że jeśli tworzy się przygodowe fantasy albo sci-fi, w którym ludzie mają się bić, to trzeba potrafić dobrze napisać o tym, jak się biją.

Dobra, trochę sobie pomarudziłam, więc teraz jestem już gotowa, żeby porozmawiać o plusach tej książki. A wbrew pozorom, parę się ich znalazło!


Pierwsza rzecz to bohaterowie. Nev jest ostentacyjnie pewny siebie i ma słabość do teatralnego zachowania, ale w ten taki nienachalny sposób, gdzie możemy mu to wybaczyć, bo ogólnie to uroczy chłopiec z dobrym serduszkiem. Qole musi codziennie mierzyć się z brzemieniem przodków i niezbyt optymistyczną wizją przyszłości, a dodatkowo czuje się odpowiedzialna za resztę załogi (mimo, że wszyscy jej załoganci są tak naprawdę starsi od niej). Postaci drugoplanowe też są bardzo fajnie wykreowane, ciekawe, mają swoje tajemnice, charakter, znaki szczególne. Podbijają serduszka, albo wręcz przeciwnie - od pierwszej chwili ich nie lubimy. Ale znajdą się też takie, co do których nie możemy być do końca pewni...


Bardzo podobał mi się też motyw cienia - i jako super źródła energii, i jako tajemniczej substancji, która daje ludziom dziwne zdolności i umiejętności. Nie chcę pisać o tym zbyt dużo, żeby nie psuć Wam zabawy.

Pojawia się tu też tajemnicza katastrofa z przeszłości (zwana Wielkim Upadkiem), która pozostawiła świat bez portali transportacyjnych i zmusiła ludzkość do cofnięcia się w rozwoju technologicznym. A do tego to niby młodzieżówka i przez większość czasu jest taka urocza, miła, troszkę naiwna. Ale czasami robi się całkiem niebezpiecznie, mrocznie i brutalnie. I to naprawdę robi swoje! A przynajmniej w moim odczuciu, bo ja lubię jak jest trochę mrocznie. 

Wszystko miało ręce i nogi. Zdania były ładne i składne, język przyjemny. Mogłabym się przyczepić jedynie do paru momentów, w których jest opisane działanie cienia - były chaotyczne i nie do końca można było sobie to wszystko zwizualizować. No i te walki...

Nie chcę, żebyście odnieśli mylne wrażenie, bo zaczęłam od wymieniania minusów powieści. Cień naprawdę mi się podobał. Chętnie sięgnę po drugą część i może nawet miło się zaskoczę, jeśli autorzy postanowią chociaż odrobinę rozbudować w niej swój świat.

***
Recenzja
Cień
Michael Miller
Adrianne Strickland

Ałbena Grabowska - Nowy Świat


W postapokaliptycznym świecie po buncie maszyn, trójka dzieciaków ucieka z Kolebki, która w teorii miała być ostoją dla biednych pokońcoświatowych sierot, okazała się jednak ośrodkiem naukowym, w którym dzieciakom usuwano pamięć, mieszano w głowie, a potem przeprowadzano na nich eksperymenty. Dlatego też każde z naszych trzech głównych bohaterów ma wyjątkowe zdolności. Estra potrafi czytać w myślach, Sky ma umysł o ogromnej pojemności, do którego można zgrywać dane jak na wielki dysk wymienny, a Maroon jest hybrydą lwa z człowiekiem. Aha, no i mają też gadającego kota, Freuda.

Pomysł jest dobry, z dużym potencjałem i początkowo z zachwytem myślałam, że oto mam przed sobą kawał naprawdę dobrej książki. Nawet ten bunt maszyn, który, nie ukrywajmy, jest jednym z najbardziej wyeksploatowanych motywów w literaturze, nie przeszkadzał mi jakoś szczególnie. Cyfrowo stworzona Wyżyna dla najbardziej uprzywilejowanych, na których reszta biedaków musi ciułać, to w sumie kolejny powtarzalny motyw, który jednak można było fajnie ograć. Natomiast Kolebka, w której pracują Ojcowie i Matki, brzmiała jak super sprawa (tzn. na tyle, na ile super może być ośrodek, gdzie eksperymentuje się na dzieciach).

Ale potem wszystko zaczęło się psuć...


Pani Grabowska nie wykorzystała w pełni ani nowoczesnej technologii, ani stworzonego przez siebie świata. Wszystkiego było za mało, opisy były bardzo skąpe i nie pomagały w poruszeniu wyobraźni, do tego mam zastrzeżenia do paru spraw natury logistycznej, jak i fizyczno-przestrzennej.

Sky, który jest naszym pierwszoosobowym narratorem, był naprawdę beznadziejny w swojej roli. Nie dość, że nie można o nim zbyt dużo powiedzieć, to jeszcze jest tym typem bohatera, który przesypia albo jest nieprzytomny podczas najważniejszych momentów w akcji, potem trzeba mu na szybko wytłumaczyć, co się działo, kiedy go nie było, a wychodzi to tak, że ani on, ani czytelnik nic nie ogrania.

Wątek miłosny był... nawet nie mdły, tylko zupełnie bezpodstawny, wciśnięty na siłę, nienaturalny, niespójny i porzucony nagle bez żadnego konkretnego wytłumaczenia. W takiej formie, w jakiej został podany, książka zupełnie go nie potrzebowała.

Dodatkowo, znalazłam pełno nieścisłości, które pozostawiły po sobie tylko niesmak, no bo jak tak można... Na przykład Sky otwiera rano oczy z komentarzem, że tak miło mu się spało i dobrze wypoczął, po czym dwa akapity później wspomina o tym, że całą noc budził się co chwila, bo śniło mu się, że torturują jego przyjaciela. Kto mógłby wypocząć podczas czegoś takiego?!

Na końcu zapanował już kompletny chaos, kiedy wszyscy zmieniali strony tysiąc razy i ostatecznie nie wiadomo już było, kto jest z kim, przeciwko komu i dlaczego. Pani Grabowska przegięła trochę ze zwrotami akcji. Zamiast "o nie, jak on/ona/oni mogli to zrobić?!" miałam takie "halo, ale co się tu w ogóle dzieje?!".

Zakończenie był rozczarowujące, w tym sensie, że całą książkę dążymy do czegoś, do tego jednego momentu, do punktu kulminacyjnego i rozwiązania, a ostatecznie jest ono takie... potraktowane po macoszemu, bez sensu i meh. A zachowanie Estry na ostatnich dziesięciu stronach było po prostu dziwne, jakby pani Grabowska nagle wyrzuciła bohaterkę, którą znaliśmy przez całą książkę i wprowadziła zupełnie nową.

Może jestem tak krytyczna, bo ten początek sprawił, że naprawdę miałam nadzieję na coś dużo lepszego, dlatego tak bardzo, bardzo się zawiodłam. Jedyny aspekt, który podobał mi się przez cały czas, to Maroon, bardzo słodki dzieciak. Do niego nie mam żadnych obiekcji.

***
Recenzja
Nowy świat
Ałbena Grabowska

Tana French - Wiedźmie drzewo


Toby ma idealne życie, dobrą pracę, cudowną dziewczynę, mieszkanie, pieniądze, przyjaciół i wszystko zawsze idzie po jego myśli. Do momentu, gdy dwóch gości włamuje się w nocy do jego mieszkania i przy okazji pobija go do nieprzytomności. Chłopak cudem unika śmierci, ale nie jest już równie sprawny (zarówno fizycznie, jak i psychicznie), co dotychczas. Dodatkowo, mierzy się z depresją, strachem przed wychodzeniem z domu i atakami paniki. Przeprowadza się z dziewczyną (Melissą) do rodzinnego domu, w którym za dzieciaka spędzał wakacje ze swoimi kuzynami pod okiem niezamężnego wujka Hugo, który teraz ma guza mózgu i powoli umiera, więc pomysł rodziny jest taki, że Toby będzie doglądał Hugo, Hugo będzie doglądał Toby'ego, a Melissa ich obydwu. I żyją sobie tak w trójkę w przyjemnej atmosferze, dopóki w jednym z drzew w ogródku nie zostaje znaleziony... ludzki szkielet. 

Zauważyłam, że ta książka spotkała się z raczej chłodnym odbiorem i wieloma negatywnymi opiniami. Mój instynkt wytrawnego detektywa (a tak naprawdę goodreads i lubimy czytać) doprowadził mnie do następującej konkluzji: wierni fani Tany są zawiedzeni poziomem Drzewa w porównaniu do jej poprzednich dzieł. Ja (niestety dla mnie, stety dla książki) takiego porównania nie mam, ponieważ było to moje pierwsze spotkanie z tą panią, dlatego też moja opinia nie będzie negatywna. 

Przeczytałam też w tych komentarzach, że akcja naprawdę długo się rozwija i to akurat najprawdziwsza prawda. "Wstęp" do historii "właściwej" (czyli do odkrycia morderstwa i dochodzenia w sprawie morderstwa) miał około 150-200 stron! Ale, jeśli mam być szczera, to ta część podobała mi się dużo bardziej od tej "kryminalnej". Przez ten początek się płynie. Powoli, bo powoli, ale jak przyjemnie! Kunszt pisarski pani French tchnie z każdego jednego zdania. Gdyby nigdy nie znaleźli tego szkieletu, a opowieść snuła się wolno wokół Toby'ego, Melissy i Hugo, mieszkających sobie w starym wiktoriańskim domu, to wcale nie byłabym zawiedziona. 

Jeśli chodzi o kryminały, to jestem przyzwyczajona raczej do rozwiązania, w którym jakiś błyskotliwy, ale nadużywający alkoholu detektyw (Jo Nesbo), ewentualnie ładna policjantka z ekscentrycznym pomocnikiem (Lucyfer, Castle) prowadzą dochodzenie, trafiają na coraz więcej zagadkowych poszlak i ostatecznie rozwiązują morderstwo w wielkim finale, a potem wszyscy biją im brawo. Tutaj jest zupełnie inaczej. Oglądamy całą historię z punktu widzenia Toby'ego, który jest w sumie jednym z podejrzanych, a w dodatku niezbyt błyskotliwym, czy ekscentrycznym, ponieważ po wypadku jego umysł nie pracuje na najwyższych obrotach. Do tego stopnia, że chłopak nawet sam nie wie, czy może przypadkiem to nie on zabił... Dlatego całe "dochodzenie" w jego wydaniu jest raczej koślawe i skupia się bardziej na tym, że Toby dowiaduje się rzeczy o sobie, a nie o biednym nieboszczyku. 


Dlatego, jeśli szukacie trzymającej w napięciu, ociekającej akcją i wybuchami powieści
detektywistycznej, to to nie jest dobra opcja. Ale jeśli kręci Was mocno rozwinięty wątek psychologiczny, głęboka analiza postaci i trudne tematy, to tutaj zdecydowanie znajdziecie coś dla siebie. 

Jedyne, do czego mogę się przyczepić, to końcówka, która bardzo mnie rozczarowała i zostawiła z mieszanymi uczuciami. Nie chodzi mi o to, że to było złe zakończenie, które należy shejtować, ale raczej, że zrobiło mi się przykro, bo miałam nadzieję, że wypadki potoczą się zupełnie inaczej. Aha, no i Toby był naprawdę tak strasznie zadufaną w sobie, samolubną osobą, że to aż nieprawdopodobne.






***
Recenzja
Wiedźmie drzewo
Tana French

Taran Matharu - Wybrany

Na wstępie zaznaczę tylko, że nigdy nie czytałam Summonera, nie mam żadnego sentymentu do pana Matharu i zupełnie nie wiedziałam, czego się spodziewać po tej książce. Oprócz tego, że okładka jest super. Proszę nie oceniać. 

Cade trafia do poprawczaka za kradzież laptopów, w którą wrobił go kolega z pokoju w super dobrej, prywatnej szkole. Nie zyskuje tam zbyt wielu przyjaciół, bo jest takim drobnym chucherkiem, inteligentnym chłopaczkiem z hinduskimi korzeniami, więc stara się po prostu w spokoju odsiedzieć swój "wyrok" i nikomu nie wchodzić w drogę. 

Ale ta część jest tak naprawdę mało istotna, bo prawdziwa akcja zaczyna się w momencie, kiedy Cade w jednej sekundzie leży sobie w łóżku w tym poprawczaku, a w następnej zostaje w magiczny sposób przeniesiony na skałę pośrodku pustyni, pod którą czai się na niego wielki, straszny potwór. 

Okazuje się, że do tego dziwnego świata (piekła? innej planety? obcego wymiaru?) ktoś przeniósł też paru innych chłopaków z poprawczaka (w tym, oczywiście, łobuza sadystę, któremu sprawia przyjemność gnębienie innych i którego Cade strasznie się boi). Chłopcy muszą spróbować przeżyć w nieprzyjaznym świecie i ogarnąć, jak wrócić do domu i co się w ogóle dzieje. A dzieje się całkiem sporo dziwnych rzeczy. Na swojej drodze trafią na martwe ciała rzymskich legionistów z II wieku, dwudziestowieczny jacht, ziggurat i wiele innych ziemskich artefaktów. 

Przy okazji nad ich głowami cały czas unosi się Kodeks, dziwne urządzenie, które wygląda jak z przyszłości, mówi i odlicza im czas do tajemniczej rundy kwalifikacyjnej. Tam tam taaaam...

Mam problem z przypisaniem tej książki do odpowiedniej grupy wiekowej. Bardzo prosty język i niewymagający styl skłania mnie raczej w stronę młodego odbiorcy, ale ilość martwych ciał zdecydowanie mówi coś innego. Z drugiej strony, momentami czułam się ewidentnie za stara na tę książkę - jest napisana tak lekko i... pozytywne, że nawet jeśli dzieją się złe rzeczy, to i tak wiemy, że pewnie wszystko będzie dobrze i miło, i fajnie.

Co nie zmienia faktu, że dobrze się bawiłam! Zawodnika czyta się szybko i przyjemnie, od razu zapada się w ten dziwny świat i spowijające go tajemnice. Zagadka wabi i domaga się rozwiązania. Co chwila pojawiają się też nowe miejsca, stworzenia i osoby, które wprowadzają czytelnika w jeszcze większe zdziwienie. 

Zdecydowanie brakowało mi większej uwagi poświęconej zbudowaniu świata. Albo raczej opisaniu go w bardziej wyczerpujący sposób, bo świat wydaje się super, ale jest go za mało. Z drugiej strony, bohaterowie są charakterystyczni. Może nie wykreowani tak perfekcyjnie, że nie da ich odróżnić od żywych ludzi, ale wystarczająco, żeby zapadali w pamięć. 

Będę się trzymać jednak tego, że to lekka młodzieżówka, na pewno nie dla każdego fana fantastyki. Jeśli szukacie high epic fantasy, to przejedziecie się na całej linii, ale jeśli chcecie po prostu miło spędzić parę godzin nad niewymagającą, przyjemną lekturą, to ta przypadnie Wam do gustu! 

***
Recenzja
Wybrany
Taran Matharu

Beth O'Leary - Współlokatorzy

We wszystkich materiałach promocyjnych można przeczytać, że "tym debiutem zachwycił się cały świat" i wiecie co? Zupełnie się nie dziwię! Ta książka ma tak przyjemny klimat, tak grzeje serduszko, bawi, smuci i złości w odpowiednich momentach, że ja też jestem zachwycona!

Gdy ją czytałam, miałam nadzieję, że nigdy się nie skończy. A gdy już się skończyła, miałam ochotę zacząć od nowa. Autentycznie, nawet w tej chwili patrzę na nią z utęsknieniem, kiedy tak sobie stoi na półce z tą przeuroczą historią skrytą w pięknej okładce. Mam zamiar wcisnąć ją po kolei jak największej grupie moich znajomych, a potem do niej wrócić :D

To o co tyle szumu? Otóż Beth O'Leary rysuje przed nami dosyć nietypową historię. Tiffy, po nieprzyjemnym rozstaniu z chłopakiem, postanawia odzyskać niezależność i wyprowadzić się na swoje. Niestety, jej fundusze nie są zbyt pokaźne, więc okazuje się, że najatrakcyjniejszą ofertą, jaką udaje jej się znaleźć, jest... dzielenie łóżka z nieznajomym. Zasady są absurdalne, ale bardzo proste - ona będzie miała dla siebie całe mieszkanie (w tym łóżko) od 18:00 do 8:00, kiedy jej współlokator pracuje na nocną zmianę, a także w weekendy. W ten sposób nigdy się nie spotkają i będą mogli żyć w miarę normalnie i niezależnie od siebie. 

Okazuje się, że to jednak wcale nie takie proste, kiedy Tiffy wprowadza się do mieszkania (i życia) Leona (to ten właściciel mieszkania) z całym swoim inwentarzem dziwnych ubrań (jest fanką najdziwniejszych ubrań na świecie) i jeszcze dziwniejszych bibelotów, które rozkłada w każdym wolnym miejscu. A potem zaczynają pisać do siebie liściki na karteczkach samoprzylepnych i nagle okazuje się, że można z kim mieszkać, nigdy go nie spotykając i jeszcze się z tym kimś zaprzyjaźnić!

Przy okazji to nie jest po prostu kolejna banalna romantyczna historia. To znaczy jest, do tego momentami całkiem przewidywalna, co wcale nie psuje radości z czytania. W końcu tego chcemy od tej książki - żeby była miła, urocza i żeby można się w niej zakochać po uszy. Ale, ale, to jeszcze nie wszystko! Okazuje się, że były chłopak Tiffy zostawił ją z pokaźnym bagażem złych i nieprzyjemnych emocji, z którymi dziewczyna nie może sobie poradzić. Nie chcę Wam zdradzać za dużo, ale Tiffy jest całkiem mocno popsuta, a O'Leary pokazała to po mistrzowsku. 

Pierwsze, na co zawsze zwracam uwagę, to czy książka jest dobrze napisana. Nie tyle pod względem ordynarnych błędów, bo zawsze mam nadzieję, że takie rzeczy po korekcie nie powinny się już pojawiać, ale czy zdania są składne i ładne, czy język jest atrakcyjny i czy będzie mi się to przyjemnie czytało. I tutaj już po pierwszej stronie wiedziałam, że odpowiedź na te pytania brzmi "tak". 

Bohaterowie są barwni, ciekawi, inteligentni i wcale nie mówię tutaj tylko o głównej dwójce, ale też wszystkich pobocznych postaciach. O każdej z nich mogłabym się długo rozwodzić i znam naprawdę niewiele książek, w których drugoplanowi bohaterowie byliby tak porządnie rozwinięci. Wiecie, to nawet nie są jakieś przydługie dygresje, które zaburzałyby rytm książki, tylko takie małe wstawki, które pokazują, że każdy ma swój charakter. 

Znalazło się jednak parę rzeczy, które nie do końca mi grały. Tiffy więcej niż raz była opisana jako strasznie wysoka i "duża", przez co długo nie umiałam przestać sobie wyobrażać wielkiej baby w dziwnych ubraniach. Natomiast Leon jest małomówny i zamknięty w sobie, więc łatwo można wyobrazić go sobie jako ponurego mruka. Nie róbcie tego! 

Dodatkowo niektóre zachowania i przemyślenia Tiffy sprawiały, że jedyne, co przychodziło mi do głowy to "WTF?!", a kiedy opowiadałam o nich bratu, mówił tylko "ta dziewczyna jest głupia...". Ale trzeba pamiętać, że Tiffy naprawdę przeżyła parę ciężkich rzeczy i tak serio, to wcale jej się nie dziwię. Mimo wszystkich tych złych wspomnień, dalej pozostała uroczą, radosną i barwną osóbką, a jej zabawne liściki i błyskotliwe komentarze nadają magii całej historii.

To idealna książka na miły wieczór, miłe popołudnie, miły poranek przy kawie, miłą ławkę w słonecznym parku. Książka, która nieodwołalnie zdobyła moje serduszko, mimo, że zupełnie się po niej tego nie spodziewałam. I jestem pewna, że zdobędzie też Wasze serca, a potem pozostawi je z uczuciem spełnienia i szczęścia. Koniec. 

***
Recenzja
Współlokatorzy
Beth O'Leary

Sylvain Neuvel - Tylko ludzie


Jeśli nie przeczytaliście jeszcze żadnej książki z Archiwów Temidy albo tylko pierwszą z nich, proszę nie scrollować dalej! Zamiast tego zapraszam do recenzji odpowiednio Śpiących gigantów (część I) albo Przebudzonych bogów (część druga). 

Sprawa wygląda tak, że twórczość Neuvela oczarowała mnie od pierwszej strony Śpiących gigantów i od tego momentu nie zawiodła ani razu. Dlaczego? Bo dostarcza mi dokładnie tego, czego się po niej spodziewam. A przy okazji jest też przecudowna, zapierająca dech w piersiach i kocham ją z całego serduszka.

Ten styl narracji składający się z zapisów rozmów, wpisów z pamiętników, fragmentów artykułów - to jest po prostu mistrzostwo! Wiem, że zachwycam się w nim w każdej recenzji każdej części, ale nie mogłabym o tym nie wspomnieć, bo to właśnie jedna z największych zalet tych książek. Tak niesamowicie buduje napięcie i dostarcza tak ogromnej dawki emocji, a przy tym nadaje wydarzeniom niesamowitego tempa. Nie musimy mozolnie przebijać się przez przydługie opisy scenerii, możemy się skupić tylko i wyłącznie na akcji i to skupić tak dokładnie, że mamy uczucie, jakbyśmy stali obok i brali w niej udział. To naprawdę niesamowite doświadczenie. I mówię to ja, która kocham długie opisy!

Kolejnym niezaprzeczalnym atutem tej książki są jej bohaterowie. Każdy z nich jest barwny, interesujący, a dzięki temu, że czytam ich wypowiedzi niejako z pierwszej ręki, czuję się, jakbym znała ich od lat. I najważniejsza rzecz - dialogi to prawdziwe mistrzostwo. Neuvel musi być całkiem fajnym gościem, skoro udało mu się stworzyć postaci, których rozmowy zawsze są niesamowicie inteligentne i zabawne, a rzucane mimochodem uwagi tak błyskotliwe, że zachwycam się każdym jednym słowem.

Jeśli chodzi o samą fabułę, to byłam nią mocno zaskoczona. Myślałam, że większość z niej skupi się na innej planecie, na którą zostali przeniesieni bohaterowie (pod koniec poprzedniej części). Okazuje się jednak, że wydarzenia na Ziemi, na którą Rose, Vincent i Eva powracają po dziewięciu latach, są dużo bardziej zajmujące niż jakieś tam obce planety w innych galaktykach. Serio. Tutaj akurat odczułam takie małe rozczarowanko, bo ta kosmiczna cywilizacja była taka... zwyczajna. Zupełnie nie powalała na kolana, więc jeśli spodziewaliście się high sci-fi z niesamowitą technologią i latającymi statkami kosmicznymi, to możecie czuć się zawiedzeni. Te wszystkie rzeczy są tam wspomniane, ale mimochodem, autor zupełnie się na nich nie skupia.

Dużo większy nacisk kładzie na obecną sytuację na Ziemi (czego w sumie mogłam się spodziewać po tytule, ale nieee...). A dzieje się na niej dużo niedobrego. Ludzkość źle radzi sobie z faktem, że została zaatakowana przez super rozwiniętą kosmiczną cywilizację, która bez problemu urządziła czystkę i to jeszcze dlatego, że większość ludzi ma w sobie geny kosmitów. Niefajna sprawa. Ta książka to też dobry psychologiczny obraz naszej społeczności, pokazuje, do czego zdolni są ludzie, gdy czują się zagrożeni, wytyka nam ignorancję, okrucieństwo i skrajną głupotę. 

Biorąc pod uwagę wszystkie plusy (ogromne) i minusy (niewielkie) Tylko ludzi (dziwnie wkomponowuje się ten tytuł w zdanie), ogłaszam, że wynik końcowy jest jak najbardziej pozytywny. Czyta się ją tak szybko, że nawet nie dotrze do Was, że to już koniec, dopóki nie przewrócicie ostatniej strony. Zaskoczy Was na pewno więcej niż raz. Bohaterowie nie zdradzają od razu wszystkiego, co działo się z nimi przez dziewięć lat nieobecności i tak naprawdę prawie do samego końca nie znamy całej sytuacji, więc wait for it. 

Moja miłość do Archiwum Temidy płonie mocno i na pewno nie przeminie. Czekam z utęsknieniem na kolejne powieści Neuvela. Mam nadzieję, że zachwycą mnie jeszcze bardziej, chociaż może to niedobrze, bo duże wymagania mogą sprawić, że ostatecznie się zawiodę... Proszę mnie nie zawodzić, Panie Neuvel, liczę na Pana z całego serduszka!

Sylvain Neuvel - Przebudzeni bogowie


Link do recenzji pierwszej części tu o, proszę się tam skierować, jeśli dopiero macie zamiar rozpocząć swoją przygodę z twórczością Sylvaina Neuvela. 

Jakieś dziewięć lat po wydarzeniach ze Śpiących gigantów nasi bohaterowie żyją sobie spokojnie, uczą się coraz lepiej obsługiwać robotem, jeżdżą po świecie, żeby przejść się w jednej i drugiej defiladzie (ale nie za bardzo, bo niszczą asfalt). Aż tu nagle pewnego pięknego dnia, ni stąd ni zowąd, na samym środku Londynu pojawia się... nowy robot. Nie jakiś tam kawałek, noga czy przedramię, tylko cały, sprawny, ogromny robot, w którym najprawdopodobniej siedzą jego prawowici właściciele...

Czego chcą obcy? Nawiązać kontakt z Ziemią? Podzielić się wiedzą na temat kolosów, teraz, gdy ludziom udało się aktywować jednego z nich? Odebrać to, co należy do nich? A może po prostu pozbyć się konkurencji i zabić każdą jedną istotę na Ziemi?

Omg, każda strona tej książki dostarcza tyle emocji, że po prostu trzeba ją przeczytać na raz! Narracja, którą pokochałam w pierwszej części, nie zmienia się ani troszkę i dalej wprowadza ten sam niesamowity klimat i sprawia, że czujesz się tak, jakbyś faktycznie był w samym centrum wydarzeń i prawie słyszysz przerażenie w głosach bohaterów i przyspieszony rytm ich serc... a może to twoje serce? (Które bije z ekscytacji, gdy nie wiadomo, czy zaraz nie umrze twój ulubiony bohater.) 

Otóż - umrze. Poumiera ich całkiem sporo. Skąd się wziął ten trend we współczesnej literaturze, że przynajmniej jedna z super-najlepszych-na-świecie postaci musi umrzeć? Dzięki panie Martin...

Przy okazji rozwiane zostają tajemnice wokół tego tajemniczego pana, który niejako zarządza całym majdanem. Wiem, że wszyscy na to czekali! A do tego gość zaczyna pokazywać jakiekolwiek ludzkie uczucia (na przykład jakieś śladowe przywiązanie do innych bohaterów, których zna już przecież od lat), a mimo to, dalej pozostaje tak samo błyskotliwy i zabawny, za co kocham i jego, i całą książkę. 

A skoro już jesteśmy przy tajemnicach, to wyjaśnia się też dziwna sprawa związana z Rose (końcówka pierwszej części pozostawiła nas w końcu z jednym wielkim "wtf?!"), a także kilka kwestii związanych z robotem i jego historią. W sumie to w tej części wyjaśnia się mnóstwo rzeczy. A gdy już Ci się wydaje, że wszystkie tajemnice wyszły na światło dzienne, że więcej tu już nie ma, ostatnia strona tworzy piękne otwarte zakończenie, które zwiastuje, że część trzecia dostarczy jeszcze większej dawki emocji (mam nadzieję).

Nic więcej nie powiem, żeby nie zepsuć Wam ani odrobinę zabawy. No dobra, może dodam tylko tyle, że oceny tej książki są całkiem wysokie (7,5 na lubimy czytać, 4,1 na goodreads), ale ja daję jej mocne 11/10, bo z jakiegoś powodu zakochałam się w niej bez pamięci! Dziękuję.

***
Recenzja
Przebudzeni bogowie
Sylvain Neuvel

Sarah J. Maas - Królestwo popiołów


Długo męczyłam się z przemyśleniami na temat tej książki i ostatecznie dochodzę do wniosku, że twórczość pani Maas to takie moje guilty pleasure. Wciąga od pierwszej strony, bawi, wzrusza, pozwala Ci podkochiwać się potajemnie (tzn. w tajemnicy przed Twoim chłopcem) w całej drużynie Rowana, ale nie wymaga od Ciebie wiele i Ty też nie powinieneś zbyt wiele wymagać. 

Dlatego, jeśli czekaliście z zapartym tchem na wielkie finałowe bitwy, opisy batalistyczne, zapierające dech w piersiach walki, to... tego nie uświadczycie. Zakończenie było w ogóle mocno przewidywalne i nie wgniotło mnie w fotel. Moje serduszko nie zabiło szybciej w żadnym z tych niby pełnych napięcia, kluczowych momentów. Maas niestety postawiła jedynie na kilka mocno dramatycznych i teatralnych scen. A pomiędzy nimi?

Większość tej ponad tysiąc-stronicowej finalnej części skupia się na ogarnięciu, kto już z kim spał, a kto z kim jeszcze nie i dlaczego. A do ogarnięcia jest naprawdę całkiem pokaźna kolekcja par. Kiedy to się tak namnożyło, to ja nie wiem, ale nagle okazało się, że mamy nie tylko Rowaelin, ale też Manorian, Elorcan, Lysaedion, Chaorene i te inne, których nawet nie jestem w stanie nazwać... Oczywiście to, że wszyscy łączą się w pary, jest trochę naiwne i przesłodzone, ale ostatecznie za to najbardziej kochamy Maas, prawda? Na pewno macie jakąś swoją ulubioną. Ja mam! :D

Nie wiem, dlaczego przez moment spodziewałam się czegoś więcej. Przecież to właśnie ten typ książki, w którym zgraja zakochanych w sobie dwudziestoparolatków ma wziąć na barki losy świata w wojnie ze złem i mrokiem. I nikt nie widzi nic dziwnego w tym, że wszystkim dowodzą dzieciaki. Nie wspominając już o tym, że wszystko to dzieje się w jakieś półtora roku, a Aelin zmienia w tym czasie miłość swojego życia trzy razy.

Tak naprawdę nic nie mogę zarzucić Maas, jej styl pisania jest, jak zawsze, na wysokim poziomie, wszystko ma ręce i nogi i łączy się w spójną całość. Maas ma przy tym niesamowity wręcz dar wyciskania z czytelników łez, więc nim się spostrzegłam, leciały mi po policzkach całymi potokami. I to nawet nie podczas faktycznie smutnych fragmentów, tylko w tych przepięknych, wzruszających i chwytających za serduszko. A jeśli akurat nie płakałam, to małe ciareczki zachwytu i wzruszonka przechodziły mnie po pleckach jakieś tysiąc razy. A ten króciutki fragment o mężczyźnie i kobiecie, wpatrującym się w gwiazdy - przeurocze! 

Jakoś tak ciężko mi na serduszku z myślą, że to już koniec. Czytając Szklany tron lata temu, nie pomyślałabym, że ta historia się tak rozwinie! Zaraz po przeczytaniu Królestwa popiołów weszłam w fan-arty i fan-fici i od razu poczułam, że już tęsknię za wszystkimi bohaterami Szklanego tronu. Wbrew pozorom, zajmowali część mojego serduszka przez parę ostatnich lat i trudno się tak po protu z nimi pożegnać. To kolejny niekwestionowany atut Maas - tworzy bohaterów, których jesteśmy w stanie pokochać z całego serca. Oczywiście nie wszystkich, niektórzy strasznie mnie zawiedli.

Zawiodło mnie też parę rozwiązań, do których posunęła się Maas w tej stricte fabularnej części, niezwiązanej z historiami miłosnymi. Miałam nadzieję na inny rozwój wydarzeń i tak oto zakończenie sagi pozostawiło mnie z lekkim niedosytem. Nie przeszkadzało mi to jednak w czytaniu i pochłonęłam książkę w zastraszającym tempie.

Jeśli zastanawiacie się, czy na pewno chcecie przeczytać Królestwo popiołów, to mówię Wam, że chcecie. A przynajmniej powinniście chcieć. Książka może i przeraża trochę swoją objętością, ale przypominam, że jest to ponad tysiąc stron wypełnionych naszymi ulubionymi bohaterami. A jeśli jakiś fragment będzie przedstawiał historię postaci, której losy nieszczególnie Was interesują, to na szczęście szybko się skończy i przeniesie w inne miejsce, także nie jest najgorzej!

Natomiast jeżeli zastanawiacie się, czy w ogóle zaczynać swoją przygodę ze Szklanym tronem, to powinniście przestać się zastanawiać i biec do księgarni. Albo biblioteki. Obiecuję, że nie zmarnujecie czasu. Aż Wam zazdroszczę, że cała historia jest jeszcze przed Wami! 

Przy okazji mam cały folder z fan-ficowymi dialogami, przy których śmiałam się do łez, ale nie mogę ich Wam jeszcze pokazać, bo spojlery... Także czytajcie szybciutko! Premiera drugiej części Królestwa już 15 maja! <3

***
Recenzja
Królestwo popiołów
Część I & II
Sarah J. Maas

Tom Phillips - Ludzie: Krótka historia o tym, jak spieprzyliśmy wszystko


Ta książka dostaje ode mnie zdecydowanie 10/10. Po pierwsze, za tytuł, który jest super. Po drugie, za trzy pierwsze akapity, które wystarczyły, żebym się w niej zakochała i zapadła przyjemnie w żartobliwy styl pisania Philipsa. Ale nie dajcie się zwieść, Ludzie... zaczynają się może i niewinnie, śmiesznie i przyjemnie, ale kończą mocnym, stanowczym przesłaniem, które jest bardzo na czasie.

To nie tylko zbiór ciekawych faktów, o których większość z nas nie wie, zabawnych, ale prawdziwych anegdotek i popularnonaukowej wiedzy, to historia ludzkości w pigułce. I ta pigułka zdecydowanie nie przedstawia nas z dobrej strony. Jest dokładnie tak, jak autor sugeruje w tytule - potrafimy zepsuć wszystko, czego się dotkniemy. Podczas czytania miałam nieodparte skojarzenie z Nagrodami Darwina (wiecie, to te takie nagrody, które dostaje się za najgłupszą śmierć).

Znajdziecie tu wszystko - ekologię, ekonomię, technologię, politykę, historię, socjologię, psychologię, filozofię i dużo, dużo innych trudnych słów, czyli każdy coś dla siebie. A jeśli nie lubicie trudnych słów, to na pewno ucieszy Was fakt, że książka jest napisana naprawdę przystępnym, przyjemnym językiem, który zrozumie każdy laik (wiem, o czym mówię). Phillips potrafi tak miło pisać o antybiotykach, które przestają działać na zmutowane szczepy wirusów i dziurze ozonowej, przez którą wszyscy spłoniemy. 

Podczas tej krótkiej lektury dowiedziałam się tylu nowych rzeczy! Lubię dowiadywać się nowych rzeczy, żeby potem zabłysnąć w towarzystwie anegdotką typu "a wiedzieliście, że..." i żeby wszyscy myśleli z podziwem "łaaa, jaka ona jest mądra i oczytana". A tak serio, to lubię dowiadywać się nowych rzeczy, bo dowiadywanie się nowych rzeczy jest super, a książki, które pozwalają nam się dowiedzieć tych nowych rzeczy (i to jeszcze w tak przystępnej formie) są mistrzostwem i spełniają dokładnie taką rolę, jaką powinny spełniać książki - bawią i uczą. I Ludzi... można do nich zdecydowanie zaliczyć.

Bo pomimo tego miłego i zabawnego klimatu, książka Phillipsa porusza naprawdę poważne tematy i otwiera oczy na wiele naglących problemów naszego świata (jeśli jeszcze do tej pory nie zdawaliście sobie z nich sprawy albo trochę je ignorowaliście). Ale spokojnie, na pewno nie dostaniecie depresji podczas czytania, nie wpadniecie też w czarną rozpacz, uświadamiając sobie bezbrzeżność ludzkiej głupoty. Jeśli w Waszych oczach pojawią się łzy, to będą one najprawdopodobniej wywołane śmiechem. 

Z drugiej strony, mam nadzieję, że Wasze serduszka poruszą się jednak troszeczkę i po przeczytaniu ostatniej strony poświęcicie przynajmniej minutkę na refleksję na temat tego, jak bardzo prawdziwe są słowa autora i co mogliśmy, albo co jeszcze możemy zrobić inaczej, żeby nie zniszczyć ostatecznie wszystkiego, co nas otacza. Tak było w moim przypadku i za to też kocham tę książkę!

***
Recenzja
Ludzie: Krótka historia o tym,
jak spieprzyliśmy wszystko
Tom Phillips

Wojciech Dutka - Czerń i purpura


Czerń i purpura to opowieść oparta na prawdziwej, niezwykłej historii miłości młodego austriackiego esesmana do żydowskiej więźniarki w obozie koncentracyjnym Auschwitz. W książce są to fikcyjne postaci - Franz Weimert i Milena Zieger. W prawdziwym życiu nazywali się Franz Wunsch i Helena Citronova i w internetach można znaleźć wiele źródeł, potwierdzających ich istnienie, a nawet zdjęcia!

Książka czyta się sama, bo, nie ukrywajmy, temat jest chwytliwy, a historia niesamowita. W końcu miłość esesmana do Żydówki to osobliwa sprawa. Tym bardziej, że wszechobecna propaganda, przywódcy Hitlerjugend, a później szkoleniowcy SS cały czas wmawiali chłopakowi, że Żydzi to podludzie, chorzy umysłowo, o zbrukanych duszach i obrzydliwych zapędach seksualnych, lubujący się głównie w gwałcie na młodych Polkach.

Autor dobrze odmalowuje przed nami, jak zmieniało się nastawienie społeczeństwa przed wojną, jak działała propaganda hitlerowców, jakie reperkusje dotykały Żydów. Później opisuje zło, smutek, wszechobecną śmierć i rozpacz panujące w obozach koncentracyjnych. Nie boi się wspominać o obrzydliwych seksualnych napaściach, o przypadkach kanibalizmu na współwięźniach, o ludziach, doprowadzonych do ostateczności głodem i nieludzkim traktowaniem.


Takie tematy nie wzbudzają mojego smutku. Nie zrozumcie mnie źle, wiem, że to przerażający i dojmująco smutny fragment naszej historii. Nie roniłam jednak gorzkich łez nad książką. Zamiast tego, byłam po prostu zła. Zła na ograniczonych, zaślepionych chorą propagandą ludzi. Na ich nieme przyzwolenie na okrucieństwo. Na to, że głupia stara baba poczuła się urażona, że nie mogła się wjebać w kolejkę przed Żydówką, więc postanowiła nasłać na nią swojego syna z bojówki. Na ciemnotę, zacofanie, skrajny idiotyzm społeczeństwa. Na "dobrych obywateli", którzy donosili władzom o ukrywających się ludziach. Na całą chorą filozofię "nadludzi" i nieludzi, którzy nie zasługują na życie. Na esesmanów, którzy narzekali, że muszą stać w upale, podczas gdy w komorach gazowych obok nich miliony niewinnych ludzi traciły właśnie życie. A potem bujali swoje dzieci do snu i popijali koniak, który wykradli z bagażu zamordowanych. Na przywódców krajów, którzy zgadzali się masowo wywozić Żydów do Auschwitz i jeszcze płacili Rzeszy gruby hajs za każdego pozbytego się w ten sposób Żyda. Na socjopatów, dla których wyznacznikiem honoru była liczba osób rozstrzelanych podczas jednej egzekucji.

Gdyby to zależało ode mnie, to podczas procesów norymberskich i całej tej reszty głosowałabym za stworzeniem dla nich nowego obozu koncentracyjnego, w którym mogliby gnić do końca swoich dni. Amen.

Ale nie o tym miałam pisać, to dalej recenzja. Jak widzicie, książka ta na pewno głęboko porusza. Dodatkowym atutem jest fakt, że nie skupia się jedynie na wydarzeniach w Auschwitz, gdy już losy głównych bohaterów splotły się ze sobą. Opisuje ich życie od młodszych lat, pokazuje, jak ukształtowały się ich charaktery w czasach przedwojennych, jaki wpływ miały na nich rodzina, wychowanie, ich odmienne religie. Ta książka to nie tylko powieść fikcyjno-historyczna, to także głęboka analiza psychologiczna postaci.


Ukazuje rozterki Franza, jego próby usprawiedliwienia samego siebie i swoich strasznych czynów, jego wewnętrzną walkę z sumieniem i zasadami wiary chrześcijańskiej, w której został wychowany (zanim zaczął mordować z zimną krwią był ministrantem). Przy okazji Franz nie jest w żaden sposób przedstawiany w lepszym świetle, jego winy są jasno wyartykułowane, mimo, że cała ta psychoanaliza ma chyba za zadanie pokazać, że życie niejako go do tego zmusiło.

Pokazuje też ciężar psychiczny z jakim musiała zmierzyć się Milena. Nie dość, że żyła w obozie koncentracyjnym, gdzie każdy dzień naznaczony był śmiercią, to jeszcze ciężko było jej pogodzić się z faktem, że jedyna pomoc, na jaką mogła liczyć, pochodziła od wroga, który stał za zagładą jej narodu i którego szczerze nienawidziła. Czy można być wdzięcznym komuś takiemu? Czy można dostrzec w nim człowieka?

Z bardziej technicznej strony, zupełnie nie podobał mi się styl pisania, ciągłe powtórzenia, dziwne zdania i jeszcze więcej powtórzeń. W niektórych miejscach taki zabieg mógł mieć uzasadnienie, jednak na ogół bardzo mnie raził i ciężko było mi przebrnąć przez początek powieści. Natomiast przestało mi to przeszkadzać (prawie), gdy już wciągnęłam się w historię i bardziej od ładnych zdań, interesowały mnie losy bohaterów.

Zgadzam się z autorem, który wyraził zdumienie faktem, że nikt wcześniej nie pokusił się o spisanie tej historii w tak rozbudowanej formie. Cieszę się, że Wojciech Dutka podjął się tego zadania. Nie jest to moim zdaniem utwór o wielkich walorach literackich, jednak uważam, że jak najbardziej warto sięgnąć po tę książkę ze względu na poruszane w niej bardzo ważne tematy, jak i niesamowitą główną historię.

***
Recenzja
Czerń i purpura
Wojciech Dutka

Mindee Arnett - Onyx & Ivory


Ostatnio mam ochotę na jakieś super hiper epic fantasy, które zapiera dech w piersiach i pozostaje w serduszku na całe życie. No i Onyx & Ivory to zdecydowanie nie jest taki rodzaj książki. Ale dalej jest całkiem spoko.

Na początku byłam średnio nastawiona do tej historii, ponieważ gdzieś już słyszałam o potworach wychodzących po zmroku, przed którymi ludzie muszą się kryć w magicznie strzeżonych osadach - kłania się cykl demoniczny Bretta. Na szczęście okazało się, że tutaj historia wcale nie jest zdeterminowana przez te potworki (gadźce) i składa się na nią dużo więcej rzeczy!

Po pierwsze, magia - mamy legalnych magistów i nielegalnych dzikunów. Ci pierwsi są szanowanymi członkami społeczeństwa, którzy przechadzają się w szatach, maskach i z maczugami wypełnionymi szlachetnymi kamieniami, w które przelewają swoją moc i zaklęcia. Ci drudzy muszą się ukrywać i żyć w ciągłym strachu, ponieważ jeśli zostaną złapani przez złotych - jeden z zakonów magistów - będą poddani Oczyszczeniu i zabici. 

Kate, jak można się spodziewać, należy do drugiej grupy. Jest dzikunką, która potrafi kontrolować zwierzęta. Głównie skupia się na koniach, czego nauczył ją jej tatko, kiedy jeszcze żył i był nadwornym koniuszym arcykróla Rime. I też był dzikunem.

Jej ojciec to ważna postać w książce, mimo, że nie żyje już, gdy poznajemy Kate. Został stracony po tym, jak zaatakował arcykróla. Nikt nigdy nie wyjaśnił, co doprowadziło go do tak haniebnej zdrady. Teraz Kate ukrywa się na wygnaniu w Farhold - mieście po drugiej stronie Rime, najbardziej odległym od swojego rodzinnego domu - stolicy. Stara się prowadzić normalne życie, nie jest to jednak proste, gdy ma się miano zdrajczyni Kate

Jej nowe życie kurierki pocztowej zostaje wywrócone do góry nogami, gdy do Farhold przybywa jeden z arcyksiążąt Rime, Corwin. Oczywiście, jest to ten książę, z którym przyjaźniła się od dziecka, gdy jeszcze mieszkała w stolicy i który jest jej wielką miłością. Podczas podróży kurierskiej, Kate wpada na rozbitą przez gadźce karawanę królewską, odnajduje ledwie żywego Corwina, ratuje mu życie, uczucia odżywają na nowo i tak dalej. 


Dużo można by pisać o tej książce, bo fabuła jest faktycznie bardzo rozbudowana. Nie mam na to jednak wystarczająco dużo miejsca, nie chcę też psuć Wam zabawy. Co prawda, rozwikłałam główną tajemnicę po jakichś trzydziestu stronach, ale nie odebrało mi to przyjemności z czytania. I dalej trochę się zaskoczyłam na końcu! 

Bohaterowie są porządnie wykreowani, niestety, głównie na schematach powielanych w większości książek. Wątek miłosny nie jest przesłodzony (to dobrze!), ale nie jest też szczególnie ciekawy (to niezbyt dobrze!).

Dużym mankamentem jest to, że Arnett nie potrafi pisać scen walki. Koniec, kropka. Żadna z nich nie była ani odrobinę porywająca. A w świecie, w którym ludzie codziennie muszą walczyć z potworami, innymi ludźmi i przeciwnościami losu, sceny walki są ważną (i rozległą) częścią fabuły.

Jeśli chodzi o świat, to dostajemy ładną mapkę, krótką lekcję historii, wytłumaczenie powszechnej nienawiści do dzikunów i niewiele więcej. Arnett niby podrzuca nam takie małe magiczne smaczki, na przykład zaklęte karty do gry, ale chciałabym się dowiedzieć czegoś jeszcze o świecie i systemie magicznym, bo to jedne z najbardziej interesujących mnie aspektów w powieściach fantasy. Będzie na to jednak jeszcze czas w kolejnych częściach (tak, coś musi się pojawić, zakończenie nie pozostawia co do tego wątpliwości) i mam nadzieję, że autorka dobrze wykorzysta tę okazję. 

Tak naprawdę to historia z potencjałem na dobrą sagę. Pomysł jest ciekawy, chociaż większość motywów oklepana, delikatnie mówiąc. Moim zdaniem autorka powinna po prostu wydusić z niego dużo, dużo więcej. I popracować nad scenami walki! A przy okazji podoba mi się, że w tłumaczeniu postawiono na oryginalny tytuł. 

***
Recenzja
Onyx & Ivory
Mindee Arnett

Tracey Mathias - Czas wyborów


Po Brexicie do władzy w Wielkiej Brytanii dochodzi Partia, która wprowadza politykę British Born. Oznacza to mniej więcej tyle, że większość imigrantów (nawet tych legalnych, którzy oficjalnie pracowali i żyli w kraju) musi porzucić swoje dotychczasowe życie i opuścić państwo, gdyż ponieważ zasoby Wielkiej Brytanii są ograniczone, więc powinny w pierwszej kolejności przysługiwać pełnoprawnym obywatelom z dziada pradziada. 

Zmienia się to niestety niejako w nagonkę, "nielegalni" są zgłaszani i szczuci, boją się wychodzić na ulice z powodu ciągłych kontroli dokumentów, pomieszkują w piwnicach, ukrywani przez tych z rodowitych Brytyjczyków, którzy mają trochę serca i przyzwoitości. Na każdym przystanku autobusowym, billboardzie i stacji metra można zobaczyć plakaty, ulotki są dostarczane z poranną pocztą i każde z nich przypomina codziennie, że nielegalnych obywateli należy niezwłocznie zgłosić, a za udzielenie im pomocy egzekwowane będą kary.

W takiej właśnie scenerii poznajemy Zarę, która pochodzi z Rumunii i obecnie ukrywa się z matką, czekając na ponowne wybory. Jeśli wygra je opozycyjna partia, Koalicja, British Born zostanie zniesione. Matka Zary będzie mogła wrócić do pracy, Zara pójść na studia (to bardzo utalentowana dziewczyna) i wrócą do normalnego życia.

To jednak nie wszystko. Pewnego dnia, gdy British Born dopiero wchodziło w życie, Zara udała się na przyjęcie ze swoją przyjaciółką Sophie. Podczas przyjęcia zdarzył się przykry wypadek, Sophie umarła, a jedyną osobą, która wie, w jakich okolicznościach się to stało, jest właśnie Zara. Dziewczyna nie może jednak złożyć zeznania na policji, gdyż na pewno zostanie wtedy deportowana, dlatego czeka na ponowne wybory, żeby w końcu móc przemówić.

Przy okazji Zara jest zakochana w Ashu, który nie dość, że jest jak najbardziej legalny, to jeszcze jest bratem Sophie i nie wie ani o tym, że Zara przyjaźniła się z Sophie, ani że zna prawdę o jej śmierci, ani że jest "nielegalna". Trochę to wszystko poplątane.  

Przeczytałam tę książkę naprawdę szybko i myślę, że to najprawdopodobniej dlatego, że składa się na nią głównie sama akcja. Nie ma tu zbyt wielu opisów, a jeśli już jakieś się pojawiają, to zdecydowanie nie są na poziomie fauny i flory Sienkiewicza. Ten zabieg dał naprawdę dobry efekt. 

Tracey Mathias wykreowała ciekawą antyutopię. Momentami kojarzyła mi się z Rokiem 1984 (tylko bez Wielkiego Brata, który podgląda obywateli nawet w ich domach), momentami z Mrocznymi umysłami. Początkowo myślałam, że to nie do końca taka straszna i mroczna wizja, bo oczywiście deportują ludzi i odbierają im dotychczasowe życie, ale w końcu ani ich nie torturują, ani nie zabijają, a wszystko odbywa się całkiem kulturalnie. Ale potem przeczytałam, jak wygląda od wewnątrz taki obóz deportacyjny, jak pracuje policja, jak funkcjonuje rząd i jak ludzie uzyskują immunitet, jeśli zapłacą wystarczająco dużo. I troszkę to jednak zmieniło mój odbiór tej książki. Nie wiem na ile taki scenariusz jest prawdopodobny, ale też szczególnie nie przeszkadzało mi to podczas czytania. To w końcu dalej tylko fikcja. 

Podsumowując, nie jest to zdecydowanie książka z gatunku słodkich i płytkich young adult, w których bohaterowie robią do siebie maślane oczy przez bite 400 stron. To przystępna, niewymagająca pozycja. Język jest ładny, chociaż prosty, poruszone zostają poważne problemy. Co prawda, niektóre fragmenty wydają się zbyt podkoloryzowane, rodem z hollywoodzkiego filmu akcji, a całość jest całkiem naiwna, ale i tak Czas wyborów zrobił na mnie dużo lepsze wrażenie, niż się spodziewałam.

***
Recenzja
Czas wyborów
Tracey Mathias

Jakub Małecki - Nikt nie idzie


Małecki jest jednym z moich wyjątków - jego książki odbiegają od pozycji, po które zazwyczaj sięgam, ale jakoś cały czas mnie do nich ciągnie. Mają w sobie po prostu coś magicznego i głęboko poruszającego.

W Nikt nie idzie śledzimy historię życia kilku bohaterów, zupełnie odmiennych, których losy splatają się ze sobą w bardzo nieoczekiwany sposób. Nie chcę zdradzać zbyt dużo na temat samej fabuły, żeby nikomu nie psuć zabawy, dlatego powiem tylko, że jest to książka o zwyczajnych dramatach zwyczajnych ludzi, w których możemy czasami zobaczyć samych siebie.

Dodatkowo Małecki przemyca w swoich historiach takie małe proste rzeczy, które wszyscy robią, nawet jeśli nie zdają sobie z tego sprawy. I w momencie, w którym czytasz taki fragment, nagle zwracasz uwagę na to, jakie to normalne, że też tak masz, że przecież...
I jakoś tak od razu robi ci się bardziej swojsko, a bohaterowie stają się bardziej realni.


Na klimat powieści bardzo pozytywnie wpływa też jego styl pisania. Krótkie zdania. Stwierdzenia. Takim samym tonem wypowiedziane informacje o pogodzie, śmierci dziecka, i rozstaniu. Z jednej strony wydaje się to takie nienaturalne, a z drugiej takie... jak najbardziej normalne. Proste i bez owijania w bawełnę. Tak bym określiła jego styl. Bez owijania w bawełnę. 

A przy okazji ta książka, tak samo jak inne jego książki, jest tak głęboko niepokojąca, mimo (a może właśnie dlatego), że nie ma tu żadnego oniryzmu, żadnych zaświatów, duchów, potworów, tylko zwykli ludzie i problemy, które mogą przydarzyć się każdemu z nas. Ten fakt naprawdę mnie przestraszył i wprawił w straszny smutek podczas czytania, bo nigdy nic nie wiadomo i moje życie może się potoczyć tak niefajnie, jak tutaj. Małecki zdecydowanie potrafi grać na emocjach czytelników. 

No i dochodzi do tego jeszcze zakończenie, po którym przewracasz stronę, żeby dowiedzieć się, co się ostatecznie wydarzy, jak to się wszystko skończy, rozwiąże, a tutaj okazuje się, że więcej stron nie ma i to już jednak był koniec, i niczego więcej się nie dowiesz. Ała.

Podobał mi się bardzo motyw kultury japońskiej i książka, od której wziął się tytuł powieści, bardzo fajny pomysł, muszę kiedyś go wykorzystać do stworzenia czegoś podobnego. Podobał mi się również motyw muzyki i nieszczęsnego fortepianu. Obydwa okazały się bardzo psychologiczne i głębokie, dodały postaciom charakteru, ukazały, jak różne wydarzenia z odległej i bliskiej przyszłości kształtują ludzką osobowość. Bardzo fajny zabieg.

Ostatecznie jednak książka pozostawiła mnie z bardzo mieszanymi uczuciami. To nie tak, że mi się nie podobała, po prostu była moim zdaniem tak dojmująco smutna. I to wcale nie smutkiem, od którego troszkę się wzruszysz i otrzesz łezkę z oka, tylko takim ciężko osiadającym na serduszku i zgniatającym je powoli. Wciąż jednak uważam, że to dobra książka. Powieści Małeckiego mają w sobie coś pociągającego, co nie pozwala ich odłożyć, dopóki nie dotrzemy do końca... który, jak już napisałam, niewiele wyjaśnia. But still!

***
Recenzja
Nikt nie idzie
Jakub Małecki

Katherine Arden - Dziewczyna z wieży


Link do recenzji pierwszej części, Niedźwiedzia i słowika, macie tutaj o, proszę tapnąć. W skrócie mogę ją podsumować w paru słowach: jestem nią oczarowana do granic możliwości i zakochana po uszy.

Dlatego też, kiedy miałam zacząć czytać Dziewczynę z wieży, z jednej strony aż niecierpliwie przebierałam nóżkami, a z drugiej autentycznie się bałam. No bo co jeśli druga część nie będzie tak samo piękna i cudowna, jak pierwsza? Co jeśli się rozczaruję, a potem wpadnę w czarną rozpacz?

Okazało się (na szczęście!), że Dziewczyna z wieży w niczym nie ustępuje Niedźwiedziowi i słowikowi. Co prawda, jest w niej trochę mniej czartów, bo duża część akcji rozgrywa się w Moskwie, gdzie zbyt często dzwonią cerkiewne dzwony, ale pojawia się parę nowych stworzeń, których nie poznaliśmy jeszcze w pierwszej części i są one całkiem super, a przy okazji strasznie creepy, kiedy na przykład patrzą na Wasię czarnymi zapadniętymi oczodołami.

Wasia po śmierci ojca ucieka z Leśnej Ziemi i postanawia, że zostanie podróżniczką. Ciągnie ją do dalekiego świata, chce zobaczyć miasta, morza, wiecznie zielone krainy, w których nie ma zimy. Na grzbiecie Słowika czuje się niepokonana, niezależna i zupełnie nie przekonują jej ani prośby, ani sugestie Mrozka, żeby wróciła do domu i oddała się spokojnemu życiu. Mrozko, swoją drogą, jest całkiem uroczy, jak na demona zimy i śmierci. A na nawet nie lubię zimy. I śmierci też, I guess... Czemu świat nie zachwyca się nim tak jak Rhysem czy Cardanem?

Okazuje się jednak, że nowe życie wcale nie jest tak kolorowe, jak dziewczyna myślała i może stać się momentami naprawdę niebezpieczne. Dodatkowo, tajemniczy bandyci palą ruskie wioski, porywają dziewczynki i odchodzą, nie pozostawiając za sobą żadnego śladu, nad głową Wielkiego Księcia Moskiewskiego wisi groźba wojny, a nad całą Moskwą niebezpieczeństwo nie do końca przyziemnej natury, z którym znowu musi sobie poradzić Wasia.

Wasia jest w sumie całkiem naiwna i dziecinna, i niektóre złe rzeczy wynikają tylko i wyłącznie z jej winy. Ale nawet w takich momentach nie można przestać jej lubić ani za bardzo się na nią złościć. Zresztą, kto nie chciałby być taką magiczną osóbką, która widzi wszystkie mary i czarty! Chyba, że mary wyglądają strasznie i budzą w środku nocy upiornym szlochem, ta część akurat mi się nie podoba.

Lekkie pióro autorki, ładnie wykreowani bohaterowie, ciekawe pomysły na nowe postaci, nowe wydarzenia, nowe czary, nowe miejsca, dobrze zaplanowana fabuła i stopniowo budowane napięcie, wszystko to składa się na cudowną historię, od której nie można się oderwać.

Ta książka oczaruje Was jak stara baśń opowiadana przy trzaskających na ognisku polanach, przy śniegu skrzącym się na gałęziach świerków i czartach, przysłuchujących się jej tuż zza granicy światła rzucanego przez płomienie. Zapadniecie się w pięknie wykreowany świat mroźnej zimy i może nawet kątem oka uda Wam się dostrzec zarys śnieżnego demona, podróżującego w zamieci na białej klaczy. Albo niepozorny ruch domownika, który ze swojej kryjówki pod stołem roztacza opiekę nad domostwem.

A przy okazji nie chodzi tu jedynie o niesamowity klimat i baśniowość (chociaż w głównej mierze tak i to tak bardzo kocham!). Arden poruszyła też ważny problem kobiet, które nie miały dużego wyboru, jeśli chodzi o swoje życie, czy przyszłość. Mogły albo wyjść za mąż i umrzeć, wyniszczone po urodzeniu dziesiątki dzieci, albo zamknąć się w klasztorze. Nic innego w ogóle nie mieściło się w głowie, aż tu nagle Wasia, wolny i niepokorny duch, stwierdziła, że żadna z tych opcji jej się nie podoba i postanowiła podróżować po świecie, przebrana za chłopca. Bum. Feminizm. Bum. Prawa kobiet.

W każdym razie, Dziewczyna z wieży wypadła w moich oczach przecudownie. Na ostatnich 80 stronach nie mogłam oddychać z wrażenia i musiałam zrobić sobie ze trzy przerwy, żeby serduszko nie stanęło mi od nadmiaru emocji. Ale tak naprawdę oczarowało mnie każde jedno zdanie, nie tylko te ostatnie.

Zamknęłam książkę z myślą, że potrzebuję trzeciej części zaraz, już, w tej chwili, żeby przeczytać ją na jednym oddechu, a potem płakać, że to już koniec i więcej nie spotkam się z jej bohaterami. Naprawdę strasznie zakochałam się w tej historii.

***
Recenzja
Dziewczyna z wieży
Winternight Trilogy
Katherine Arden

Katherine Arden - Niedźwiedź i słowik


Katherine Arden urzekła mnie swoją historią. Dotknęła takiego miejsca w moim serduszku, które kocha wszelkiego rodzaju mity, baśnie i dziecięce bajki, ale też upiorno-przerażające historie, od których włoski jeżą się na karku. Jestem dziwną osobą... 

W każdym razie, Niedźwiedź i słowik to książka przepełniona po brzegi magią, mitologicznymi stworzeniami, starymi baśniami i wierzeniami naszych słowiańskich przodków. Historia, która roi się od domowników, cerujących skarpety, leszych, strzegących lasów, rusałek, wabiących młodzieńców w chłodne odmęty jezior, banników, spowitych w parę izb łaziebnych. Duchów, które były obecne w życiu prostych ludzi, zanim nadeszło chrześcijaństwo, a nawet jeszcze wiele lat później, gdy wiara w Boga była już wszechobecna. Ludzie dalej zostawiali swoim małym bożkom skórki chleba i szklanki mleka w zamian za opiekę, pomoc, albo żeby ich nie rozgniewać. Były ważną częścią życia, wiary i tradycji, mimo, że nikt nigdy ich nie widział. 
Nikt oprócz Wasi. Wasi, której babka wjechała do Kremla na siwym koniu, samotna, brudna i obdarta, jednak roztaczała wokół siebie taki czar, że zdobyła serce samego Wielkiego Księcia Moskiewskiego. Ponoć jej zdolności nie ograniczały się tylko do uroku osobistego i niektórzy nazwaliby je wręcz magicznymi.

Wasia jest dziwnym dzieckiem. Gdy wącha wiatr, wie, kiedy spadnie śnieg. Biega po lesie, jakby była jego panią. Jest wpół dzika, butna, bezczelna i niepodobna do żadnej panienki. No i jeszcze widzi wszystkie stworzenia, o których mówią legendy i podania. 

Gdy jednak do domu Wasi wprowadza się jej bogobojna macocha, a później do wioski przyjeżdża nowy pop, który za wszelką cenę chce wyplenić z ludzi stare wierzenia, domowe bóstwa i opiekuńcze duchy powoli zaczynają tracić swoją moc. A im bardziej ludzie boją się gniewu bożego i ogni piekielnych, tym silniejsze staje się pradawne zło, które żywi się ich lękiem. Nad rodziną Wasi i całą jej wioską wisi wielkie niebezpieczeństwo i tylko ona jedna w pełni zdaje sobie z niego sprawę.

Tak jak już wspomniałam, świat w Niedźwiedziu i słowiku jest niesamowity i magiczny. Katherine Arden kreuje go naprawdę przepięknie, tworzy historię tak zgrabnie uplecioną ze słowiańskich mitów, ze człowiek wsiąka w nią i nie chce się wynurzać. Styl pisania autorki jest bardzo przyjemny, zwięzły, pozbawiony długich, niepotrzebnych opisów i pobocznych wątków, a jednak dalej ładny. Może nie poetycki, ale taki właśnie, jakby siedziało się przy piecu pewnego wyjątkowo mroźnego zimowego wieczoru i słuchało opowieści starej babuszki.

Bohaterów od razu kochamy lub nie lubimy. Mimo, że nie są opisani w jakiś super szczegółowy sposób, to bardzo szybko zaczynają grać na naszych uczuciach i w myślach. A do tego poznajemy jeszcze całą gamę mitycznych stworzeń, co sprawia, że ja jestem sprzedana. Tak po prostu.

Ta pięknie wydana książeczka zachwyciła mnie zarówno swoim zewnętrzem, jak i wnętrzem. Mimo, że przedstawiona w niej historia wcale nie jest kolorowa, a raczej ponura i momentami wręcz upiorna, to zostawia po sobie takie miłe uczucie w serduszku. Arden cudownie żongluje dawkami grozy od której zamiera serduszko i bajki dla dzieci. Nie mogłam oderwać się od czytania i nie do końca była to zasługa samej akcji, która momentami nie jest wcale wartka jak leśny potok, tylko całej tej magicznej otoczki. Właśnie otwieram Dziewczynę z wieży (czyli drugą cześć trylogii) i świadomość, że mogę powrócić do Wasi, Mrozka i zaśnieżonej Rosji sprawia, że uśmiecham się sama do siebie!

***
Recenzja
Niedźwiedź i słowik
The Winternight Trilogy
Katherine Arden

@booksoverhoes