Sylvain Neuvel - Tylko ludzie


Jeśli nie przeczytaliście jeszcze żadnej książki z Archiwów Temidy albo tylko pierwszą z nich, proszę nie scrollować dalej! Zamiast tego zapraszam do recenzji odpowiednio Śpiących gigantów (część I) albo Przebudzonych bogów (część druga). 

Sprawa wygląda tak, że twórczość Neuvela oczarowała mnie od pierwszej strony Śpiących gigantów i od tego momentu nie zawiodła ani razu. Dlaczego? Bo dostarcza mi dokładnie tego, czego się po niej spodziewam. A przy okazji jest też przecudowna, zapierająca dech w piersiach i kocham ją z całego serduszka.

Ten styl narracji składający się z zapisów rozmów, wpisów z pamiętników, fragmentów artykułów - to jest po prostu mistrzostwo! Wiem, że zachwycam się w nim w każdej recenzji każdej części, ale nie mogłabym o tym nie wspomnieć, bo to właśnie jedna z największych zalet tych książek. Tak niesamowicie buduje napięcie i dostarcza tak ogromnej dawki emocji, a przy tym nadaje wydarzeniom niesamowitego tempa. Nie musimy mozolnie przebijać się przez przydługie opisy scenerii, możemy się skupić tylko i wyłącznie na akcji i to skupić tak dokładnie, że mamy uczucie, jakbyśmy stali obok i brali w niej udział. To naprawdę niesamowite doświadczenie. I mówię to ja, która kocham długie opisy!

Kolejnym niezaprzeczalnym atutem tej książki są jej bohaterowie. Każdy z nich jest barwny, interesujący, a dzięki temu, że czytam ich wypowiedzi niejako z pierwszej ręki, czuję się, jakbym znała ich od lat. I najważniejsza rzecz - dialogi to prawdziwe mistrzostwo. Neuvel musi być całkiem fajnym gościem, skoro udało mu się stworzyć postaci, których rozmowy zawsze są niesamowicie inteligentne i zabawne, a rzucane mimochodem uwagi tak błyskotliwe, że zachwycam się każdym jednym słowem.

Jeśli chodzi o samą fabułę, to byłam nią mocno zaskoczona. Myślałam, że większość z niej skupi się na innej planecie, na którą zostali przeniesieni bohaterowie (pod koniec poprzedniej części). Okazuje się jednak, że wydarzenia na Ziemi, na którą Rose, Vincent i Eva powracają po dziewięciu latach, są dużo bardziej zajmujące niż jakieś tam obce planety w innych galaktykach. Serio. Tutaj akurat odczułam takie małe rozczarowanko, bo ta kosmiczna cywilizacja była taka... zwyczajna. Zupełnie nie powalała na kolana, więc jeśli spodziewaliście się high sci-fi z niesamowitą technologią i latającymi statkami kosmicznymi, to możecie czuć się zawiedzeni. Te wszystkie rzeczy są tam wspomniane, ale mimochodem, autor zupełnie się na nich nie skupia.

Dużo większy nacisk kładzie na obecną sytuację na Ziemi (czego w sumie mogłam się spodziewać po tytule, ale nieee...). A dzieje się na niej dużo niedobrego. Ludzkość źle radzi sobie z faktem, że została zaatakowana przez super rozwiniętą kosmiczną cywilizację, która bez problemu urządziła czystkę i to jeszcze dlatego, że większość ludzi ma w sobie geny kosmitów. Niefajna sprawa. Ta książka to też dobry psychologiczny obraz naszej społeczności, pokazuje, do czego zdolni są ludzie, gdy czują się zagrożeni, wytyka nam ignorancję, okrucieństwo i skrajną głupotę. 

Biorąc pod uwagę wszystkie plusy (ogromne) i minusy (niewielkie) Tylko ludzi (dziwnie wkomponowuje się ten tytuł w zdanie), ogłaszam, że wynik końcowy jest jak najbardziej pozytywny. Czyta się ją tak szybko, że nawet nie dotrze do Was, że to już koniec, dopóki nie przewrócicie ostatniej strony. Zaskoczy Was na pewno więcej niż raz. Bohaterowie nie zdradzają od razu wszystkiego, co działo się z nimi przez dziewięć lat nieobecności i tak naprawdę prawie do samego końca nie znamy całej sytuacji, więc wait for it. 

Moja miłość do Archiwum Temidy płonie mocno i na pewno nie przeminie. Czekam z utęsknieniem na kolejne powieści Neuvela. Mam nadzieję, że zachwycą mnie jeszcze bardziej, chociaż może to niedobrze, bo duże wymagania mogą sprawić, że ostatecznie się zawiodę... Proszę mnie nie zawodzić, Panie Neuvel, liczę na Pana z całego serduszka!

Sylvain Neuvel - Przebudzeni bogowie


Link do recenzji pierwszej części tu o, proszę się tam skierować, jeśli dopiero macie zamiar rozpocząć swoją przygodę z twórczością Sylvaina Neuvela. 

Jakieś dziewięć lat po wydarzeniach ze Śpiących gigantów nasi bohaterowie żyją sobie spokojnie, uczą się coraz lepiej obsługiwać robotem, jeżdżą po świecie, żeby przejść się w jednej i drugiej defiladzie (ale nie za bardzo, bo niszczą asfalt). Aż tu nagle pewnego pięknego dnia, ni stąd ni zowąd, na samym środku Londynu pojawia się... nowy robot. Nie jakiś tam kawałek, noga czy przedramię, tylko cały, sprawny, ogromny robot, w którym najprawdopodobniej siedzą jego prawowici właściciele...

Czego chcą obcy? Nawiązać kontakt z Ziemią? Podzielić się wiedzą na temat kolosów, teraz, gdy ludziom udało się aktywować jednego z nich? Odebrać to, co należy do nich? A może po prostu pozbyć się konkurencji i zabić każdą jedną istotę na Ziemi?

Omg, każda strona tej książki dostarcza tyle emocji, że po prostu trzeba ją przeczytać na raz! Narracja, którą pokochałam w pierwszej części, nie zmienia się ani troszkę i dalej wprowadza ten sam niesamowity klimat i sprawia, że czujesz się tak, jakbyś faktycznie był w samym centrum wydarzeń i prawie słyszysz przerażenie w głosach bohaterów i przyspieszony rytm ich serc... a może to twoje serce? (Które bije z ekscytacji, gdy nie wiadomo, czy zaraz nie umrze twój ulubiony bohater.) 

Otóż - umrze. Poumiera ich całkiem sporo. Skąd się wziął ten trend we współczesnej literaturze, że przynajmniej jedna z super-najlepszych-na-świecie postaci musi umrzeć? Dzięki panie Martin...

Przy okazji rozwiane zostają tajemnice wokół tego tajemniczego pana, który niejako zarządza całym majdanem. Wiem, że wszyscy na to czekali! A do tego gość zaczyna pokazywać jakiekolwiek ludzkie uczucia (na przykład jakieś śladowe przywiązanie do innych bohaterów, których zna już przecież od lat), a mimo to, dalej pozostaje tak samo błyskotliwy i zabawny, za co kocham i jego, i całą książkę. 

A skoro już jesteśmy przy tajemnicach, to wyjaśnia się też dziwna sprawa związana z Rose (końcówka pierwszej części pozostawiła nas w końcu z jednym wielkim "wtf?!"), a także kilka kwestii związanych z robotem i jego historią. W sumie to w tej części wyjaśnia się mnóstwo rzeczy. A gdy już Ci się wydaje, że wszystkie tajemnice wyszły na światło dzienne, że więcej tu już nie ma, ostatnia strona tworzy piękne otwarte zakończenie, które zwiastuje, że część trzecia dostarczy jeszcze większej dawki emocji (mam nadzieję).

Nic więcej nie powiem, żeby nie zepsuć Wam ani odrobinę zabawy. No dobra, może dodam tylko tyle, że oceny tej książki są całkiem wysokie (7,5 na lubimy czytać, 4,1 na goodreads), ale ja daję jej mocne 11/10, bo z jakiegoś powodu zakochałam się w niej bez pamięci! Dziękuję.

***
Recenzja
Przebudzeni bogowie
Sylvain Neuvel

Sarah J. Maas - Królestwo popiołów


Długo męczyłam się z przemyśleniami na temat tej książki i ostatecznie dochodzę do wniosku, że twórczość pani Maas to takie moje guilty pleasure. Wciąga od pierwszej strony, bawi, wzrusza, pozwala Ci podkochiwać się potajemnie (tzn. w tajemnicy przed Twoim chłopcem) w całej drużynie Rowana, ale nie wymaga od Ciebie wiele i Ty też nie powinieneś zbyt wiele wymagać. 

Dlatego, jeśli czekaliście z zapartym tchem na wielkie finałowe bitwy, opisy batalistyczne, zapierające dech w piersiach walki, to... tego nie uświadczycie. Zakończenie było w ogóle mocno przewidywalne i nie wgniotło mnie w fotel. Moje serduszko nie zabiło szybciej w żadnym z tych niby pełnych napięcia, kluczowych momentów. Maas niestety postawiła jedynie na kilka mocno dramatycznych i teatralnych scen. A pomiędzy nimi?

Większość tej ponad tysiąc-stronicowej finalnej części skupia się na ogarnięciu, kto już z kim spał, a kto z kim jeszcze nie i dlaczego. A do ogarnięcia jest naprawdę całkiem pokaźna kolekcja par. Kiedy to się tak namnożyło, to ja nie wiem, ale nagle okazało się, że mamy nie tylko Rowaelin, ale też Manorian, Elorcan, Lysaedion, Chaorene i te inne, których nawet nie jestem w stanie nazwać... Oczywiście to, że wszyscy łączą się w pary, jest trochę naiwne i przesłodzone, ale ostatecznie za to najbardziej kochamy Maas, prawda? Na pewno macie jakąś swoją ulubioną. Ja mam! :D

Nie wiem, dlaczego przez moment spodziewałam się czegoś więcej. Przecież to właśnie ten typ książki, w którym zgraja zakochanych w sobie dwudziestoparolatków ma wziąć na barki losy świata w wojnie ze złem i mrokiem. I nikt nie widzi nic dziwnego w tym, że wszystkim dowodzą dzieciaki. Nie wspominając już o tym, że wszystko to dzieje się w jakieś półtora roku, a Aelin zmienia w tym czasie miłość swojego życia trzy razy.

Tak naprawdę nic nie mogę zarzucić Maas, jej styl pisania jest, jak zawsze, na wysokim poziomie, wszystko ma ręce i nogi i łączy się w spójną całość. Maas ma przy tym niesamowity wręcz dar wyciskania z czytelników łez, więc nim się spostrzegłam, leciały mi po policzkach całymi potokami. I to nawet nie podczas faktycznie smutnych fragmentów, tylko w tych przepięknych, wzruszających i chwytających za serduszko. A jeśli akurat nie płakałam, to małe ciareczki zachwytu i wzruszonka przechodziły mnie po pleckach jakieś tysiąc razy. A ten króciutki fragment o mężczyźnie i kobiecie, wpatrującym się w gwiazdy - przeurocze! 

Jakoś tak ciężko mi na serduszku z myślą, że to już koniec. Czytając Szklany tron lata temu, nie pomyślałabym, że ta historia się tak rozwinie! Zaraz po przeczytaniu Królestwa popiołów weszłam w fan-arty i fan-fici i od razu poczułam, że już tęsknię za wszystkimi bohaterami Szklanego tronu. Wbrew pozorom, zajmowali część mojego serduszka przez parę ostatnich lat i trudno się tak po protu z nimi pożegnać. To kolejny niekwestionowany atut Maas - tworzy bohaterów, których jesteśmy w stanie pokochać z całego serca. Oczywiście nie wszystkich, niektórzy strasznie mnie zawiedli.

Zawiodło mnie też parę rozwiązań, do których posunęła się Maas w tej stricte fabularnej części, niezwiązanej z historiami miłosnymi. Miałam nadzieję na inny rozwój wydarzeń i tak oto zakończenie sagi pozostawiło mnie z lekkim niedosytem. Nie przeszkadzało mi to jednak w czytaniu i pochłonęłam książkę w zastraszającym tempie.

Jeśli zastanawiacie się, czy na pewno chcecie przeczytać Królestwo popiołów, to mówię Wam, że chcecie. A przynajmniej powinniście chcieć. Książka może i przeraża trochę swoją objętością, ale przypominam, że jest to ponad tysiąc stron wypełnionych naszymi ulubionymi bohaterami. A jeśli jakiś fragment będzie przedstawiał historię postaci, której losy nieszczególnie Was interesują, to na szczęście szybko się skończy i przeniesie w inne miejsce, także nie jest najgorzej!

Natomiast jeżeli zastanawiacie się, czy w ogóle zaczynać swoją przygodę ze Szklanym tronem, to powinniście przestać się zastanawiać i biec do księgarni. Albo biblioteki. Obiecuję, że nie zmarnujecie czasu. Aż Wam zazdroszczę, że cała historia jest jeszcze przed Wami! 

Przy okazji mam cały folder z fan-ficowymi dialogami, przy których śmiałam się do łez, ale nie mogę ich Wam jeszcze pokazać, bo spojlery... Także czytajcie szybciutko! Premiera drugiej części Królestwa już 15 maja! <3

***
Recenzja
Królestwo popiołów
Część I & II
Sarah J. Maas

Tom Phillips - Ludzie: Krótka historia o tym, jak spieprzyliśmy wszystko


Ta książka dostaje ode mnie zdecydowanie 10/10. Po pierwsze, za tytuł, który jest super. Po drugie, za trzy pierwsze akapity, które wystarczyły, żebym się w niej zakochała i zapadła przyjemnie w żartobliwy styl pisania Philipsa. Ale nie dajcie się zwieść, Ludzie... zaczynają się może i niewinnie, śmiesznie i przyjemnie, ale kończą mocnym, stanowczym przesłaniem, które jest bardzo na czasie.

To nie tylko zbiór ciekawych faktów, o których większość z nas nie wie, zabawnych, ale prawdziwych anegdotek i popularnonaukowej wiedzy, to historia ludzkości w pigułce. I ta pigułka zdecydowanie nie przedstawia nas z dobrej strony. Jest dokładnie tak, jak autor sugeruje w tytule - potrafimy zepsuć wszystko, czego się dotkniemy. Podczas czytania miałam nieodparte skojarzenie z Nagrodami Darwina (wiecie, to te takie nagrody, które dostaje się za najgłupszą śmierć).

Znajdziecie tu wszystko - ekologię, ekonomię, technologię, politykę, historię, socjologię, psychologię, filozofię i dużo, dużo innych trudnych słów, czyli każdy coś dla siebie. A jeśli nie lubicie trudnych słów, to na pewno ucieszy Was fakt, że książka jest napisana naprawdę przystępnym, przyjemnym językiem, który zrozumie każdy laik (wiem, o czym mówię). Phillips potrafi tak miło pisać o antybiotykach, które przestają działać na zmutowane szczepy wirusów i dziurze ozonowej, przez którą wszyscy spłoniemy. 

Podczas tej krótkiej lektury dowiedziałam się tylu nowych rzeczy! Lubię dowiadywać się nowych rzeczy, żeby potem zabłysnąć w towarzystwie anegdotką typu "a wiedzieliście, że..." i żeby wszyscy myśleli z podziwem "łaaa, jaka ona jest mądra i oczytana". A tak serio, to lubię dowiadywać się nowych rzeczy, bo dowiadywanie się nowych rzeczy jest super, a książki, które pozwalają nam się dowiedzieć tych nowych rzeczy (i to jeszcze w tak przystępnej formie) są mistrzostwem i spełniają dokładnie taką rolę, jaką powinny spełniać książki - bawią i uczą. I Ludzi... można do nich zdecydowanie zaliczyć.

Bo pomimo tego miłego i zabawnego klimatu, książka Phillipsa porusza naprawdę poważne tematy i otwiera oczy na wiele naglących problemów naszego świata (jeśli jeszcze do tej pory nie zdawaliście sobie z nich sprawy albo trochę je ignorowaliście). Ale spokojnie, na pewno nie dostaniecie depresji podczas czytania, nie wpadniecie też w czarną rozpacz, uświadamiając sobie bezbrzeżność ludzkiej głupoty. Jeśli w Waszych oczach pojawią się łzy, to będą one najprawdopodobniej wywołane śmiechem. 

Z drugiej strony, mam nadzieję, że Wasze serduszka poruszą się jednak troszeczkę i po przeczytaniu ostatniej strony poświęcicie przynajmniej minutkę na refleksję na temat tego, jak bardzo prawdziwe są słowa autora i co mogliśmy, albo co jeszcze możemy zrobić inaczej, żeby nie zniszczyć ostatecznie wszystkiego, co nas otacza. Tak było w moim przypadku i za to też kocham tę książkę!

***
Recenzja
Ludzie: Krótka historia o tym,
jak spieprzyliśmy wszystko
Tom Phillips

Wojciech Dutka - Czerń i purpura


Czerń i purpura to opowieść oparta na prawdziwej, niezwykłej historii miłości młodego austriackiego esesmana do żydowskiej więźniarki w obozie koncentracyjnym Auschwitz. W książce są to fikcyjne postaci - Franz Weimert i Milena Zieger. W prawdziwym życiu nazywali się Franz Wunsch i Helena Citronova i w internetach można znaleźć wiele źródeł, potwierdzających ich istnienie, a nawet zdjęcia!

Książka czyta się sama, bo, nie ukrywajmy, temat jest chwytliwy, a historia niesamowita. W końcu miłość esesmana do Żydówki to osobliwa sprawa. Tym bardziej, że wszechobecna propaganda, przywódcy Hitlerjugend, a później szkoleniowcy SS cały czas wmawiali chłopakowi, że Żydzi to podludzie, chorzy umysłowo, o zbrukanych duszach i obrzydliwych zapędach seksualnych, lubujący się głównie w gwałcie na młodych Polkach.

Autor dobrze odmalowuje przed nami, jak zmieniało się nastawienie społeczeństwa przed wojną, jak działała propaganda hitlerowców, jakie reperkusje dotykały Żydów. Później opisuje zło, smutek, wszechobecną śmierć i rozpacz panujące w obozach koncentracyjnych. Nie boi się wspominać o obrzydliwych seksualnych napaściach, o przypadkach kanibalizmu na współwięźniach, o ludziach, doprowadzonych do ostateczności głodem i nieludzkim traktowaniem.


Takie tematy nie wzbudzają mojego smutku. Nie zrozumcie mnie źle, wiem, że to przerażający i dojmująco smutny fragment naszej historii. Nie roniłam jednak gorzkich łez nad książką. Zamiast tego, byłam po prostu zła. Zła na ograniczonych, zaślepionych chorą propagandą ludzi. Na ich nieme przyzwolenie na okrucieństwo. Na to, że głupia stara baba poczuła się urażona, że nie mogła się wjebać w kolejkę przed Żydówką, więc postanowiła nasłać na nią swojego syna z bojówki. Na ciemnotę, zacofanie, skrajny idiotyzm społeczeństwa. Na "dobrych obywateli", którzy donosili władzom o ukrywających się ludziach. Na całą chorą filozofię "nadludzi" i nieludzi, którzy nie zasługują na życie. Na esesmanów, którzy narzekali, że muszą stać w upale, podczas gdy w komorach gazowych obok nich miliony niewinnych ludzi traciły właśnie życie. A potem bujali swoje dzieci do snu i popijali koniak, który wykradli z bagażu zamordowanych. Na przywódców krajów, którzy zgadzali się masowo wywozić Żydów do Auschwitz i jeszcze płacili Rzeszy gruby hajs za każdego pozbytego się w ten sposób Żyda. Na socjopatów, dla których wyznacznikiem honoru była liczba osób rozstrzelanych podczas jednej egzekucji.

Gdyby to zależało ode mnie, to podczas procesów norymberskich i całej tej reszty głosowałabym za stworzeniem dla nich nowego obozu koncentracyjnego, w którym mogliby gnić do końca swoich dni. Amen.

Ale nie o tym miałam pisać, to dalej recenzja. Jak widzicie, książka ta na pewno głęboko porusza. Dodatkowym atutem jest fakt, że nie skupia się jedynie na wydarzeniach w Auschwitz, gdy już losy głównych bohaterów splotły się ze sobą. Opisuje ich życie od młodszych lat, pokazuje, jak ukształtowały się ich charaktery w czasach przedwojennych, jaki wpływ miały na nich rodzina, wychowanie, ich odmienne religie. Ta książka to nie tylko powieść fikcyjno-historyczna, to także głęboka analiza psychologiczna postaci.


Ukazuje rozterki Franza, jego próby usprawiedliwienia samego siebie i swoich strasznych czynów, jego wewnętrzną walkę z sumieniem i zasadami wiary chrześcijańskiej, w której został wychowany (zanim zaczął mordować z zimną krwią był ministrantem). Przy okazji Franz nie jest w żaden sposób przedstawiany w lepszym świetle, jego winy są jasno wyartykułowane, mimo, że cała ta psychoanaliza ma chyba za zadanie pokazać, że życie niejako go do tego zmusiło.

Pokazuje też ciężar psychiczny z jakim musiała zmierzyć się Milena. Nie dość, że żyła w obozie koncentracyjnym, gdzie każdy dzień naznaczony był śmiercią, to jeszcze ciężko było jej pogodzić się z faktem, że jedyna pomoc, na jaką mogła liczyć, pochodziła od wroga, który stał za zagładą jej narodu i którego szczerze nienawidziła. Czy można być wdzięcznym komuś takiemu? Czy można dostrzec w nim człowieka?

Z bardziej technicznej strony, zupełnie nie podobał mi się styl pisania, ciągłe powtórzenia, dziwne zdania i jeszcze więcej powtórzeń. W niektórych miejscach taki zabieg mógł mieć uzasadnienie, jednak na ogół bardzo mnie raził i ciężko było mi przebrnąć przez początek powieści. Natomiast przestało mi to przeszkadzać (prawie), gdy już wciągnęłam się w historię i bardziej od ładnych zdań, interesowały mnie losy bohaterów.

Zgadzam się z autorem, który wyraził zdumienie faktem, że nikt wcześniej nie pokusił się o spisanie tej historii w tak rozbudowanej formie. Cieszę się, że Wojciech Dutka podjął się tego zadania. Nie jest to moim zdaniem utwór o wielkich walorach literackich, jednak uważam, że jak najbardziej warto sięgnąć po tę książkę ze względu na poruszane w niej bardzo ważne tematy, jak i niesamowitą główną historię.

***
Recenzja
Czerń i purpura
Wojciech Dutka

Mindee Arnett - Onyx & Ivory


Ostatnio mam ochotę na jakieś super hiper epic fantasy, które zapiera dech w piersiach i pozostaje w serduszku na całe życie. No i Onyx & Ivory to zdecydowanie nie jest taki rodzaj książki. Ale dalej jest całkiem spoko.

Na początku byłam średnio nastawiona do tej historii, ponieważ gdzieś już słyszałam o potworach wychodzących po zmroku, przed którymi ludzie muszą się kryć w magicznie strzeżonych osadach - kłania się cykl demoniczny Bretta. Na szczęście okazało się, że tutaj historia wcale nie jest zdeterminowana przez te potworki (gadźce) i składa się na nią dużo więcej rzeczy!

Po pierwsze, magia - mamy legalnych magistów i nielegalnych dzikunów. Ci pierwsi są szanowanymi członkami społeczeństwa, którzy przechadzają się w szatach, maskach i z maczugami wypełnionymi szlachetnymi kamieniami, w które przelewają swoją moc i zaklęcia. Ci drudzy muszą się ukrywać i żyć w ciągłym strachu, ponieważ jeśli zostaną złapani przez złotych - jeden z zakonów magistów - będą poddani Oczyszczeniu i zabici. 

Kate, jak można się spodziewać, należy do drugiej grupy. Jest dzikunką, która potrafi kontrolować zwierzęta. Głównie skupia się na koniach, czego nauczył ją jej tatko, kiedy jeszcze żył i był nadwornym koniuszym arcykróla Rime. I też był dzikunem.

Jej ojciec to ważna postać w książce, mimo, że nie żyje już, gdy poznajemy Kate. Został stracony po tym, jak zaatakował arcykróla. Nikt nigdy nie wyjaśnił, co doprowadziło go do tak haniebnej zdrady. Teraz Kate ukrywa się na wygnaniu w Farhold - mieście po drugiej stronie Rime, najbardziej odległym od swojego rodzinnego domu - stolicy. Stara się prowadzić normalne życie, nie jest to jednak proste, gdy ma się miano zdrajczyni Kate

Jej nowe życie kurierki pocztowej zostaje wywrócone do góry nogami, gdy do Farhold przybywa jeden z arcyksiążąt Rime, Corwin. Oczywiście, jest to ten książę, z którym przyjaźniła się od dziecka, gdy jeszcze mieszkała w stolicy i który jest jej wielką miłością. Podczas podróży kurierskiej, Kate wpada na rozbitą przez gadźce karawanę królewską, odnajduje ledwie żywego Corwina, ratuje mu życie, uczucia odżywają na nowo i tak dalej. 


Dużo można by pisać o tej książce, bo fabuła jest faktycznie bardzo rozbudowana. Nie mam na to jednak wystarczająco dużo miejsca, nie chcę też psuć Wam zabawy. Co prawda, rozwikłałam główną tajemnicę po jakichś trzydziestu stronach, ale nie odebrało mi to przyjemności z czytania. I dalej trochę się zaskoczyłam na końcu! 

Bohaterowie są porządnie wykreowani, niestety, głównie na schematach powielanych w większości książek. Wątek miłosny nie jest przesłodzony (to dobrze!), ale nie jest też szczególnie ciekawy (to niezbyt dobrze!).

Dużym mankamentem jest to, że Arnett nie potrafi pisać scen walki. Koniec, kropka. Żadna z nich nie była ani odrobinę porywająca. A w świecie, w którym ludzie codziennie muszą walczyć z potworami, innymi ludźmi i przeciwnościami losu, sceny walki są ważną (i rozległą) częścią fabuły.

Jeśli chodzi o świat, to dostajemy ładną mapkę, krótką lekcję historii, wytłumaczenie powszechnej nienawiści do dzikunów i niewiele więcej. Arnett niby podrzuca nam takie małe magiczne smaczki, na przykład zaklęte karty do gry, ale chciałabym się dowiedzieć czegoś jeszcze o świecie i systemie magicznym, bo to jedne z najbardziej interesujących mnie aspektów w powieściach fantasy. Będzie na to jednak jeszcze czas w kolejnych częściach (tak, coś musi się pojawić, zakończenie nie pozostawia co do tego wątpliwości) i mam nadzieję, że autorka dobrze wykorzysta tę okazję. 

Tak naprawdę to historia z potencjałem na dobrą sagę. Pomysł jest ciekawy, chociaż większość motywów oklepana, delikatnie mówiąc. Moim zdaniem autorka powinna po prostu wydusić z niego dużo, dużo więcej. I popracować nad scenami walki! A przy okazji podoba mi się, że w tłumaczeniu postawiono na oryginalny tytuł. 

***
Recenzja
Onyx & Ivory
Mindee Arnett

Tracey Mathias - Czas wyborów


Po Brexicie do władzy w Wielkiej Brytanii dochodzi Partia, która wprowadza politykę British Born. Oznacza to mniej więcej tyle, że większość imigrantów (nawet tych legalnych, którzy oficjalnie pracowali i żyli w kraju) musi porzucić swoje dotychczasowe życie i opuścić państwo, gdyż ponieważ zasoby Wielkiej Brytanii są ograniczone, więc powinny w pierwszej kolejności przysługiwać pełnoprawnym obywatelom z dziada pradziada. 

Zmienia się to niestety niejako w nagonkę, "nielegalni" są zgłaszani i szczuci, boją się wychodzić na ulice z powodu ciągłych kontroli dokumentów, pomieszkują w piwnicach, ukrywani przez tych z rodowitych Brytyjczyków, którzy mają trochę serca i przyzwoitości. Na każdym przystanku autobusowym, billboardzie i stacji metra można zobaczyć plakaty, ulotki są dostarczane z poranną pocztą i każde z nich przypomina codziennie, że nielegalnych obywateli należy niezwłocznie zgłosić, a za udzielenie im pomocy egzekwowane będą kary.

W takiej właśnie scenerii poznajemy Zarę, która pochodzi z Rumunii i obecnie ukrywa się z matką, czekając na ponowne wybory. Jeśli wygra je opozycyjna partia, Koalicja, British Born zostanie zniesione. Matka Zary będzie mogła wrócić do pracy, Zara pójść na studia (to bardzo utalentowana dziewczyna) i wrócą do normalnego życia.

To jednak nie wszystko. Pewnego dnia, gdy British Born dopiero wchodziło w życie, Zara udała się na przyjęcie ze swoją przyjaciółką Sophie. Podczas przyjęcia zdarzył się przykry wypadek, Sophie umarła, a jedyną osobą, która wie, w jakich okolicznościach się to stało, jest właśnie Zara. Dziewczyna nie może jednak złożyć zeznania na policji, gdyż na pewno zostanie wtedy deportowana, dlatego czeka na ponowne wybory, żeby w końcu móc przemówić.

Przy okazji Zara jest zakochana w Ashu, który nie dość, że jest jak najbardziej legalny, to jeszcze jest bratem Sophie i nie wie ani o tym, że Zara przyjaźniła się z Sophie, ani że zna prawdę o jej śmierci, ani że jest "nielegalna". Trochę to wszystko poplątane.  

Przeczytałam tę książkę naprawdę szybko i myślę, że to najprawdopodobniej dlatego, że składa się na nią głównie sama akcja. Nie ma tu zbyt wielu opisów, a jeśli już jakieś się pojawiają, to zdecydowanie nie są na poziomie fauny i flory Sienkiewicza. Ten zabieg dał naprawdę dobry efekt. 

Tracey Mathias wykreowała ciekawą antyutopię. Momentami kojarzyła mi się z Rokiem 1984 (tylko bez Wielkiego Brata, który podgląda obywateli nawet w ich domach), momentami z Mrocznymi umysłami. Początkowo myślałam, że to nie do końca taka straszna i mroczna wizja, bo oczywiście deportują ludzi i odbierają im dotychczasowe życie, ale w końcu ani ich nie torturują, ani nie zabijają, a wszystko odbywa się całkiem kulturalnie. Ale potem przeczytałam, jak wygląda od wewnątrz taki obóz deportacyjny, jak pracuje policja, jak funkcjonuje rząd i jak ludzie uzyskują immunitet, jeśli zapłacą wystarczająco dużo. I troszkę to jednak zmieniło mój odbiór tej książki. Nie wiem na ile taki scenariusz jest prawdopodobny, ale też szczególnie nie przeszkadzało mi to podczas czytania. To w końcu dalej tylko fikcja. 

Podsumowując, nie jest to zdecydowanie książka z gatunku słodkich i płytkich young adult, w których bohaterowie robią do siebie maślane oczy przez bite 400 stron. To przystępna, niewymagająca pozycja. Język jest ładny, chociaż prosty, poruszone zostają poważne problemy. Co prawda, niektóre fragmenty wydają się zbyt podkoloryzowane, rodem z hollywoodzkiego filmu akcji, a całość jest całkiem naiwna, ale i tak Czas wyborów zrobił na mnie dużo lepsze wrażenie, niż się spodziewałam.

***
Recenzja
Czas wyborów
Tracey Mathias

Jakub Małecki - Nikt nie idzie


Małecki jest jednym z moich wyjątków - jego książki odbiegają od pozycji, po które zazwyczaj sięgam, ale jakoś cały czas mnie do nich ciągnie. Mają w sobie po prostu coś magicznego i głęboko poruszającego.

W Nikt nie idzie śledzimy historię życia kilku bohaterów, zupełnie odmiennych, których losy splatają się ze sobą w bardzo nieoczekiwany sposób. Nie chcę zdradzać zbyt dużo na temat samej fabuły, żeby nikomu nie psuć zabawy, dlatego powiem tylko, że jest to książka o zwyczajnych dramatach zwyczajnych ludzi, w których możemy czasami zobaczyć samych siebie.

Dodatkowo Małecki przemyca w swoich historiach takie małe proste rzeczy, które wszyscy robią, nawet jeśli nie zdają sobie z tego sprawy. I w momencie, w którym czytasz taki fragment, nagle zwracasz uwagę na to, jakie to normalne, że też tak masz, że przecież...
I jakoś tak od razu robi ci się bardziej swojsko, a bohaterowie stają się bardziej realni.


Na klimat powieści bardzo pozytywnie wpływa też jego styl pisania. Krótkie zdania. Stwierdzenia. Takim samym tonem wypowiedziane informacje o pogodzie, śmierci dziecka, i rozstaniu. Z jednej strony wydaje się to takie nienaturalne, a z drugiej takie... jak najbardziej normalne. Proste i bez owijania w bawełnę. Tak bym określiła jego styl. Bez owijania w bawełnę. 

A przy okazji ta książka, tak samo jak inne jego książki, jest tak głęboko niepokojąca, mimo (a może właśnie dlatego), że nie ma tu żadnego oniryzmu, żadnych zaświatów, duchów, potworów, tylko zwykli ludzie i problemy, które mogą przydarzyć się każdemu z nas. Ten fakt naprawdę mnie przestraszył i wprawił w straszny smutek podczas czytania, bo nigdy nic nie wiadomo i moje życie może się potoczyć tak niefajnie, jak tutaj. Małecki zdecydowanie potrafi grać na emocjach czytelników. 

No i dochodzi do tego jeszcze zakończenie, po którym przewracasz stronę, żeby dowiedzieć się, co się ostatecznie wydarzy, jak to się wszystko skończy, rozwiąże, a tutaj okazuje się, że więcej stron nie ma i to już jednak był koniec, i niczego więcej się nie dowiesz. Ała.

Podobał mi się bardzo motyw kultury japońskiej i książka, od której wziął się tytuł powieści, bardzo fajny pomysł, muszę kiedyś go wykorzystać do stworzenia czegoś podobnego. Podobał mi się również motyw muzyki i nieszczęsnego fortepianu. Obydwa okazały się bardzo psychologiczne i głębokie, dodały postaciom charakteru, ukazały, jak różne wydarzenia z odległej i bliskiej przyszłości kształtują ludzką osobowość. Bardzo fajny zabieg.

Ostatecznie jednak książka pozostawiła mnie z bardzo mieszanymi uczuciami. To nie tak, że mi się nie podobała, po prostu była moim zdaniem tak dojmująco smutna. I to wcale nie smutkiem, od którego troszkę się wzruszysz i otrzesz łezkę z oka, tylko takim ciężko osiadającym na serduszku i zgniatającym je powoli. Wciąż jednak uważam, że to dobra książka. Powieści Małeckiego mają w sobie coś pociągającego, co nie pozwala ich odłożyć, dopóki nie dotrzemy do końca... który, jak już napisałam, niewiele wyjaśnia. But still!

***
Recenzja
Nikt nie idzie
Jakub Małecki

Katherine Arden - Dziewczyna z wieży


Link do recenzji pierwszej części, Niedźwiedzia i słowika, macie tutaj o, proszę tapnąć. W skrócie mogę ją podsumować w paru słowach: jestem nią oczarowana do granic możliwości i zakochana po uszy.

Dlatego też, kiedy miałam zacząć czytać Dziewczynę z wieży, z jednej strony aż niecierpliwie przebierałam nóżkami, a z drugiej autentycznie się bałam. No bo co jeśli druga część nie będzie tak samo piękna i cudowna, jak pierwsza? Co jeśli się rozczaruję, a potem wpadnę w czarną rozpacz?

Okazało się (na szczęście!), że Dziewczyna z wieży w niczym nie ustępuje Niedźwiedziowi i słowikowi. Co prawda, jest w niej trochę mniej czartów, bo duża część akcji rozgrywa się w Moskwie, gdzie zbyt często dzwonią cerkiewne dzwony, ale pojawia się parę nowych stworzeń, których nie poznaliśmy jeszcze w pierwszej części i są one całkiem super, a przy okazji strasznie creepy, kiedy na przykład patrzą na Wasię czarnymi zapadniętymi oczodołami.

Wasia po śmierci ojca ucieka z Leśnej Ziemi i postanawia, że zostanie podróżniczką. Ciągnie ją do dalekiego świata, chce zobaczyć miasta, morza, wiecznie zielone krainy, w których nie ma zimy. Na grzbiecie Słowika czuje się niepokonana, niezależna i zupełnie nie przekonują jej ani prośby, ani sugestie Mrozka, żeby wróciła do domu i oddała się spokojnemu życiu. Mrozko, swoją drogą, jest całkiem uroczy, jak na demona zimy i śmierci. A na nawet nie lubię zimy. I śmierci też, I guess... Czemu świat nie zachwyca się nim tak jak Rhysem czy Cardanem?

Okazuje się jednak, że nowe życie wcale nie jest tak kolorowe, jak dziewczyna myślała i może stać się momentami naprawdę niebezpieczne. Dodatkowo, tajemniczy bandyci palą ruskie wioski, porywają dziewczynki i odchodzą, nie pozostawiając za sobą żadnego śladu, nad głową Wielkiego Księcia Moskiewskiego wisi groźba wojny, a nad całą Moskwą niebezpieczeństwo nie do końca przyziemnej natury, z którym znowu musi sobie poradzić Wasia.

Wasia jest w sumie całkiem naiwna i dziecinna, i niektóre złe rzeczy wynikają tylko i wyłącznie z jej winy. Ale nawet w takich momentach nie można przestać jej lubić ani za bardzo się na nią złościć. Zresztą, kto nie chciałby być taką magiczną osóbką, która widzi wszystkie mary i czarty! Chyba, że mary wyglądają strasznie i budzą w środku nocy upiornym szlochem, ta część akurat mi się nie podoba.

Lekkie pióro autorki, ładnie wykreowani bohaterowie, ciekawe pomysły na nowe postaci, nowe wydarzenia, nowe czary, nowe miejsca, dobrze zaplanowana fabuła i stopniowo budowane napięcie, wszystko to składa się na cudowną historię, od której nie można się oderwać.

Ta książka oczaruje Was jak stara baśń opowiadana przy trzaskających na ognisku polanach, przy śniegu skrzącym się na gałęziach świerków i czartach, przysłuchujących się jej tuż zza granicy światła rzucanego przez płomienie. Zapadniecie się w pięknie wykreowany świat mroźnej zimy i może nawet kątem oka uda Wam się dostrzec zarys śnieżnego demona, podróżującego w zamieci na białej klaczy. Albo niepozorny ruch domownika, który ze swojej kryjówki pod stołem roztacza opiekę nad domostwem.

A przy okazji nie chodzi tu jedynie o niesamowity klimat i baśniowość (chociaż w głównej mierze tak i to tak bardzo kocham!). Arden poruszyła też ważny problem kobiet, które nie miały dużego wyboru, jeśli chodzi o swoje życie, czy przyszłość. Mogły albo wyjść za mąż i umrzeć, wyniszczone po urodzeniu dziesiątki dzieci, albo zamknąć się w klasztorze. Nic innego w ogóle nie mieściło się w głowie, aż tu nagle Wasia, wolny i niepokorny duch, stwierdziła, że żadna z tych opcji jej się nie podoba i postanowiła podróżować po świecie, przebrana za chłopca. Bum. Feminizm. Bum. Prawa kobiet.

W każdym razie, Dziewczyna z wieży wypadła w moich oczach przecudownie. Na ostatnich 80 stronach nie mogłam oddychać z wrażenia i musiałam zrobić sobie ze trzy przerwy, żeby serduszko nie stanęło mi od nadmiaru emocji. Ale tak naprawdę oczarowało mnie każde jedno zdanie, nie tylko te ostatnie.

Zamknęłam książkę z myślą, że potrzebuję trzeciej części zaraz, już, w tej chwili, żeby przeczytać ją na jednym oddechu, a potem płakać, że to już koniec i więcej nie spotkam się z jej bohaterami. Naprawdę strasznie zakochałam się w tej historii.

***
Recenzja
Dziewczyna z wieży
Winternight Trilogy
Katherine Arden

Katherine Arden - Niedźwiedź i słowik


Katherine Arden urzekła mnie swoją historią. Dotknęła takiego miejsca w moim serduszku, które kocha wszelkiego rodzaju mity, baśnie i dziecięce bajki, ale też upiorno-przerażające historie, od których włoski jeżą się na karku. Jestem dziwną osobą... 

W każdym razie, Niedźwiedź i słowik to książka przepełniona po brzegi magią, mitologicznymi stworzeniami, starymi baśniami i wierzeniami naszych słowiańskich przodków. Historia, która roi się od domowników, cerujących skarpety, leszych, strzegących lasów, rusałek, wabiących młodzieńców w chłodne odmęty jezior, banników, spowitych w parę izb łaziebnych. Duchów, które były obecne w życiu prostych ludzi, zanim nadeszło chrześcijaństwo, a nawet jeszcze wiele lat później, gdy wiara w Boga była już wszechobecna. Ludzie dalej zostawiali swoim małym bożkom skórki chleba i szklanki mleka w zamian za opiekę, pomoc, albo żeby ich nie rozgniewać. Były ważną częścią życia, wiary i tradycji, mimo, że nikt nigdy ich nie widział. 
Nikt oprócz Wasi. Wasi, której babka wjechała do Kremla na siwym koniu, samotna, brudna i obdarta, jednak roztaczała wokół siebie taki czar, że zdobyła serce samego Wielkiego Księcia Moskiewskiego. Ponoć jej zdolności nie ograniczały się tylko do uroku osobistego i niektórzy nazwaliby je wręcz magicznymi.

Wasia jest dziwnym dzieckiem. Gdy wącha wiatr, wie, kiedy spadnie śnieg. Biega po lesie, jakby była jego panią. Jest wpół dzika, butna, bezczelna i niepodobna do żadnej panienki. No i jeszcze widzi wszystkie stworzenia, o których mówią legendy i podania. 

Gdy jednak do domu Wasi wprowadza się jej bogobojna macocha, a później do wioski przyjeżdża nowy pop, który za wszelką cenę chce wyplenić z ludzi stare wierzenia, domowe bóstwa i opiekuńcze duchy powoli zaczynają tracić swoją moc. A im bardziej ludzie boją się gniewu bożego i ogni piekielnych, tym silniejsze staje się pradawne zło, które żywi się ich lękiem. Nad rodziną Wasi i całą jej wioską wisi wielkie niebezpieczeństwo i tylko ona jedna w pełni zdaje sobie z niego sprawę.

Tak jak już wspomniałam, świat w Niedźwiedziu i słowiku jest niesamowity i magiczny. Katherine Arden kreuje go naprawdę przepięknie, tworzy historię tak zgrabnie uplecioną ze słowiańskich mitów, ze człowiek wsiąka w nią i nie chce się wynurzać. Styl pisania autorki jest bardzo przyjemny, zwięzły, pozbawiony długich, niepotrzebnych opisów i pobocznych wątków, a jednak dalej ładny. Może nie poetycki, ale taki właśnie, jakby siedziało się przy piecu pewnego wyjątkowo mroźnego zimowego wieczoru i słuchało opowieści starej babuszki.

Bohaterów od razu kochamy lub nie lubimy. Mimo, że nie są opisani w jakiś super szczegółowy sposób, to bardzo szybko zaczynają grać na naszych uczuciach i w myślach. A do tego poznajemy jeszcze całą gamę mitycznych stworzeń, co sprawia, że ja jestem sprzedana. Tak po prostu.

Ta pięknie wydana książeczka zachwyciła mnie zarówno swoim zewnętrzem, jak i wnętrzem. Mimo, że przedstawiona w niej historia wcale nie jest kolorowa, a raczej ponura i momentami wręcz upiorna, to zostawia po sobie takie miłe uczucie w serduszku. Arden cudownie żongluje dawkami grozy od której zamiera serduszko i bajki dla dzieci. Nie mogłam oderwać się od czytania i nie do końca była to zasługa samej akcji, która momentami nie jest wcale wartka jak leśny potok, tylko całej tej magicznej otoczki. Właśnie otwieram Dziewczynę z wieży (czyli drugą cześć trylogii) i świadomość, że mogę powrócić do Wasi, Mrozka i zaśnieżonej Rosji sprawia, że uśmiecham się sama do siebie!

***
Recenzja
Niedźwiedź i słowik
The Winternight Trilogy
Katherine Arden

Laini Taylor - Muza koszmarów

Jeśli nie czytaliście Marzyciela, ale macie to w planach, zdecydowanie odradzam zaglądanie do dalszej części tej recenzji, bo tylko popsujecie sobie zabawę. 

***

Jak dobrze wiemy, Sarai spadła.

Zsunęła się z dłoni serafina, nadziała na bramę i no cóż... umarła. Tak naprawdę. Na szczęście, czy też nieszczęście, małej Minyi udało się złapać jej duszę, zanim ta rozpuściła się w odmętach nicości i zaświatów. Jednak zamiast obdarzyć ją miłością, wolnością i szczęściem, Minya postanowiła wykorzystać Sarai, żeby szantażować Lazla i ostatecznie zemścić się na Szlochu

W tym momencie zakończył się Marzyciel i w tym też momencie powracamy do naszych bohaterów, którzy próbują ułożyć sobie na nowo życie - Sarai jako duch-niewolnik, a Lazlo jako boski pomiot z jedną z najbardziej pożądanych umiejętności, mocą, by kształtować boski metal. Będą musieli uratować Szloch przed Minyą i jej armią dusz, które zbierała od piętnastu lat, a Minyę przed nią samą, zamkniętą dalej w dniu, w którym dokonała się Rzeź. A także uporać się z nowym zagrożeniem, którego nikt się nie spodziewa. Tam tam tam...

Dodatkowo, wprowadzone zostają dwie nowe postacie - Kora i Nova, których największym marzeniem jest, by pewnego dnia przyleciał po nie okręt Mesarthimów (to ci niebiescy), obudził ich moce i zabrał je ze sobą, tak jak kiedyś zabrał ich matkę. Ich obecność zdecydowanie urozmaica fabułę, a przy okazji pozwala nam dowiedzieć się wielu nowych rzeczy o niebieskich najeźdźcach. 

Odkryte zostają też stare tajemnice, wiele rzeczy wychodzi na światło dzienne, a różne historie i
wydarzenia w końcu nabierają sensu. Niektóre wcale nie są przyjemne i troszkę ściskają nam serduszko ze smutku. A już na pewno bohaterom książki. 

Czytając Muzę, przypomniałam sobie, że już w Marzycielu coś mi nie pasowało w stylu pisania Laini Taylor. Nie w samej historii, fabule i postaciach, bo te są całkiem porządnie wykreowane. W Muzie autorka skupiła się bardzo na psychologicznych profilach bohaterów, ich przeszłości i motywacji. A także na dużo dokładniejszym i szerszym zarysie historyczno-geograficznym, jeśli można to tak nazwać. 

Nie jestem w stanie do końca sprecyzować, co mi przeszkadzało, chyba jakoś tak dziwnie zbudowane zdania i opisy, trochę nieskładne na moje oko. A do tego te niezbyt realne momenty, kiedy dookoła dzieje się mordercza akcja, wszyscy niby są przerażeni i na skraju śmierci, ale Laini nagle stwierdza, że to dobry czas, żeby zarzucić jakimś zabawnym dialogiem między bohaterami. 

No i mamy jeszcze te przesłodzone rozmowy Lazla z Sarai. Każda scena Lazla z Sarai jest przesłodzona. Dobra, może nie każda, ale na pewno zdecydowana większość. Nie zrozumcie mnie źle, ja tam całkiem lubię, kiedy bohaterowie znajdują się, magicznie w sobie zakochują (po trzech, ewentualnie pięciu dniach) i trwają sobie tacy zakochani i szczęśliwi (względnie szczęśliwi, biorąc pod uwagę fakt, że Sarai tak naprawdę umarła). Ale bez przesady. 

Początek nieco się dłuży, tam jest właśnie sporo tej psychologicznej rozkminy, długich opisów i ciężko wpasować się w rytm powieści. Natomiast od połowy książki akcja nagle rozkręca się tak, jakby autorka chciała nam zrekompensować z nawiązką przydługawy początek. Jeśli zaczniecie już tę część, nie będziecie mogli odłożyć Muzy, dopóki nie dowiecie się, jak wszystko się kończy. Tutaj nagle zapomniałam, że coś mi nie gra w stylu Taylor, tak pochłonęły mnie wydarzenia i zwroty akcji. A przy okazji wszystko potoczyło się w kierunku, którego zupełnie się nie spodziewałam po przeczytaniu Marzyciela. Tak więc punkty za to zaskoczonko, pani Taylor

Jak to wygląda w podsumowaniu? Wszystko jest odrobinę zbyt ładne, cukierkowe i naiwne, ale jeśli przymkniemy na to oko (a przynajmniej ja, może Wam się spodoba i wcale nie będziecie czuli potrzeby zamykania oczu), to otrzymujemy bardzo przyjemną i szybką lekturę, ładne uzupełnienie pierwszej części, po które zdecydowanie warto sięgnąć, jeśli polubiliście się z Lazlo Strangem i baśniowo-sennym klimatem Marzyciela


***
Recenzja
Muza koszmarów
(Strange The Dreamer II
Marzyciel II)
Laini Taylor

Tomi Adeyemi - Children of Blood and Bone (Dzieci krwi i kości)


Stwierdziłam, że, jako że Dzieci krwi i kości zostały już wydane po polsku, to może w końcu wypadałoby jednak machnąć jakąś recenzję, bo zabieram się tak do niej już z pół roku... Także oto ona, zapraszam!

Zelie mieszka w Orishy, państwie, w którym bogowie odwrócili się od swoich wyznawców i pewnego dnia odebrali im magię. Król Saran wykorzystał ten moment i zorganizował wielki Najazd, podczas którego wymordował wszystkich maji (czyli władających magią), osieracając tysiące dzieci i rozbijając setki rodzin, w tym rodzinę Zelie.

Zelie nie ma łatwo. Jest diviner, czyli magicznym dzieckiem, które w pewnym momencie obudziłoby w sobie magię i stało się maji (gdyby magia dalej istniała). W obecnym reżimie jest szykanowana, traktowana przez urzędników i żołnierzy króla jak podczłowiek, żyje w nieustannym strachu o swoje życie i ciągle na nowo przeżywa noc, podczas której widziała morderstwo swojej matki (która była potężną maji). A jej długie białe włosy, których nawet nie da się zafarbować, zawsze będą zdradzać jej haniebne pochodzenie i dziedzictwo.

Pewnego dnia Zelie i jej brat, Tzain, zostają zaplątani w super ważnego questa, który ma na celu przywrócenie magii i nadziei wszystkim diviners, kiedy to Zelie pomaga córce króla uciec ze stolicy. Okazuje się, że księżniczka Amari wykradła magiczny zwój. Kiedy dotyka go diviner, jego magia powraca i staje się maji.

Jednak, żeby nie było zbyt łatwo, przez całą podróż depcze im po piętach królewski syn, Inan, który z całego serca wyznaje zasady ojca: maji to potwory, które powinny zniknąć z powierzchni ziemi, plaga, którą trzeba wyplenić. Inan zrobi wszystko, żeby powstrzymać Zelie i odzyskać zwój. Ale ma też swoją mroczną tajemnicę, którą musi utrzymać w sekrecie za wszelką cenę. Inaczej czeka go śmierć.

Akcja zaczyna się na poważnie tak gdzieś mniej więcej w połowie drugiej strony i od tego czasu nie zwalnia ani na chwilę. Serio. Ciężko jest w ogóle nabrać powietrze, Tomi Adeyemi nie daje nawet sekundy wytchnienia ani nam, ani swoim bohaterom. No dobra. Może raz. Ale tylko po to, żeby potem znów uderzyć ciągiem wydarzeń tak strasznych, poplątanych i wciągających, że naprawdę nie można się oderwać od książki.

Świat magiczny, bogowie i wszystkie te moce są naprawdę przecudowne. I jeszcze bazują na afrykańskich wierzeniach, co jest zdecydowanie niespotykanym motywem! Każdy klan ma swoją moc, swój symbol i swoje bóstwo, do którego modli się o siłę i wsparcie. Żałuję co prawda, że ten wątek nie był bardziej rozwinięty, a cały system nie był lepiej opisany i liczę na zdecydowanie więcej w kolejnych częściach. Ale ale, na oficjalnej stronie książki można sobie zrobić quiz, który przyporządkuje nas do odpowiedniego klanu!

Wątek romantyczny z drugiej strony, zupełnie mnie nie urzeka. Wszystko to wychodzi jakoś tak koślawo i nieładnie. Nie jestem w stanie zrozumieć motywacji bohaterów (głównie męskiego przedstawiciela, który zachowuje się jak skończony idiota i nie można na niego liczyć, i zawsze robi zupełne przeciwieństwo tego, co powinien). Jakoś tak nie wierzę w tę miłość. Jest brzydka, niedojrzała i wyniszczająca.

Tomi Adeyemi ładnie kreuje w swojej książce dwa kobiece charaktery, które są od siebie zupełnie różne. Nie mamy tu wcale oklepanego schematu super silnej bohaterki, która pokona wszystkie przeciwności. Zelie jest przepełniona strachem, smutkiem, goryczą i mrokiem, z którym sama nie potrafi sobie poradzić. Ale dalej stara się być silna i chronić swoich bliskich. Z drugiej strony mamy Amari , która jest zbyt słaba, żeby się postawić, zupełnie nie wierzy w siebie i straszna z niej ciućma, ale jednak, kiedy sytuacja tego wymaga, mamy nadzieję, że będzie mogła stanąć na wysokości zadania.

Co do męskich charakterów, to tutaj Adeyemi się nie popisała. Tzaina jest bardzo niewiele, natomiast Inan toczy wewnętrzną walkę, która przez większość czasu jest po prostu irytująca, a przy okazji robi dużo dziwnych rzeczy. Nie przepadam za gościem.

A do tego wszystkiego Zelie odziedziczyła moc po swojej matce, co znaczy, że jest Reaperem (Kosiarzem? Żniwiarzem? Nie wiem, jak to przetłumaczyli) i potrafi władać życiem i śmiercią, i przywoływać zmarłych! How cool is that?! Uuu, pisanie tej recenzji przypomniało mi, że Dzieci krwi i kości w sumie całkiem mi się podobały i bardzo chętnie położyłabym łapki na drugiej części (a to już w marcu! <3 to znaczy, amerykańska premiera będzie w marcu).

Jarosław Grzędowicz - Pan lodowego ogrodu


Powiadali, że wyszedł wprost z fal Północnego Morza i że spłodził go ich lodowaty, wściekły bezmiar, a powiła zapłodniona przez morze topielica.
Powiadali, że wyszedł z Pustkowi Trwogi, gdzie powstał jako płód czyichś nieczystych myśli, inny niż pozostałe Cienie. Inny, bo we wszystkim podobny do człowieka.
Mówili, że był synem Hinda, boga wojów, spłodzonym ze śmiertelną kobietą, podczas jednej z jego wędrówek po świecie pod postacią włóczęgi.
Mówili, że zrodził go piorun, który zabił stojącą na wydmach Sikranę Słony Wiatr, córkę wielkiego żeglarza Stiginga Krzyczącego Topora. Stała samotnie w burzy na klifie, wypatrując na horyzoncie żagla statku swojego ukochanego. Martwa, powiła płomienie i wojownika.
Mówili, że pojawił się wprost z nocy. Jadąc na wielkim jak smok koniu, z jastrzębiem siedzącym na ramieniu i wilkiem biegnącym obok.
Mówili różne bzdury.
Było całkiem inaczej.
Prawda jest taka, że wypluły go gwiazdy.

Już sam ten fragment sprawiłby, że pokochałabym Pana Lodowego Ogrodu z całego mojego serduszka. A do tego dochodzą jeszcze cztery książki, pełne przepięknych opisów, barwnych postaci i wszystkiego, czego pragnie dusza małego fana fantastyki. Czy tam sci-fi, bo jest tu też troszkę sci-fi.

W końcu cała historia zaczyna się od tego, że Vuko Drakkainen zostaje wysłany na tajną misję na inną planetę - Midgaard. Tak więc mamy tu rakietę, trochę nowoczesnej technologii (w tym super przekokszony miecz) i cyfral, czyli takiego grzyba-pasożyta, który jest bazą danych/komputerem sterującym organizmem i boostującym zmysły, zaimplementowanym w mózgu głównego bohatera. Ale ale, na planecie, na której ląduje Vuko, mają średniowiecze i prawdopodobnie magię. I bum. Przepiękne połączenie. To się podobno nazywa science fantasy

Vuko ma za zadanie odnaleźć członków misji badawczej, z którymi dwa lata temu urwał się kontakt, zniszczyć wszystkie ślady ich obecności na Midgaardzie i zabrać naukowców do domu (jeśli jest jeszcze co zabierać...). Nie trafia jednak na dobry moment. Nad Midgaardem wisi groźba wojny bogów i Martwego Śniegu, po jednej stronie kontynentu tajemnicza kapłanka Nahel Ifrija przywraca okrutny kult Podziemnej Matki, po drugiej stronie Ludzie Węże dopuszczają się bestialskich mordów na całych osadach, porywają dzieci i wszyscy używają zdecydowanie zbyt dużo tajemniczego czynnika M, który zaburza ład i porządek świata. 

O i jest jeszcze drugi główny bohater, Filar, niedoszły cesarz i spadkobierca Tygrysiego Tronu, który musi podążać za przeznaczeniem (tylko tak naprawdę nie wie, gdzie), żeby uratować swój kraj ze szponów Nahel Ifriji i Podziemnej Matki. Filar nie jest może tak zabawny jak Vuko, ale jego fragmenty też są super ciekawe.

Dlatego lektura tych książek wyglądała mniej więcej tak, że za każdym razem, gdy rozdział Vuka się kończył (w najmniej odpowiednim momencie), a zaczynał rozdział Filara, było mi przykro, bo chciałam wiedzieć, co będzie dalej! Ale z kolei, kiedy kończył się wspomniany wyżej fragment o małym cesarzu i wracałam do Vuka, wcale nie byłam szczęśliwa, bo zdążyłam się już wciągnąć w historię chłopaka. I tak w kółko...

Mogłabym pisać i pisać o Panu lodowego ogrodu bez końca (co też czyniłam, a potem musiałam większość usunąć), ale trochę mija się to z celem. Lepiej zobaczcie to na własne oczy i poczujcie na własnej skórze, i we własnych serduszkach. Naprawdę warto.

Z mojej strony mogę powiedzieć, że Midgaard jest bardzo ładnie wykreowany, istnieje tam nawet nowa człekopodobna rasa, ze swoimi własnymi państwami, tradycjami, zwyczajami i religiami. Funkcjonowanie czynnika M jest nowatorskie i ciekawe, opisy walki przyspieszają bicie serduszka, komentarze Vuka bawią do łez, emocje sięgają zenitu, książka wciąga tak, że pochłaniacie wszystkie cztery części niemal od razu, a zwroty akcji wstrzymują Wam oddech. A przy okazji sam mroczno-magiczny pomysł, demony we mgle, sunące po rzece w środku nocy, przepiękne i inspirujące opisy, stworzenia rodem z horrorów i słowa takie jak "uroczysko", wszystko to nadaje tym książkom tak niesamowity klimat, że aż ciareczka przechodzi po pleckach. 

Jestem kupiona. Nie wiem, jak mogłam przeczytać to dopiero niedawno i żyć tyle lat, nawet nie wiedząc, co mnie omija...

Dlatego, jeśli niestraszny Wam mroczny klimacik ani momentami obleśne, smutne i chore opisy obleśnych, smutnych i chorych rzeczy, a do tego lubicie dobry żart, super bohatera, który wywija mieczem (trochę jak Geralt) i połączenie nowoczesnej technologii ze średniowiecznym zacofaniem, to zdecydowanie zaprzyjaźnicie się z Panem lodowego ogrodu.

Recenzja
Pan lodowego ogrodu
Jarosław Grzędowicz

Holly Black - The Wicked King (Zły król)


Uwaga! Jeśli nie czytaliście jeszcze Okrutnego księcia, czyli pierwszej części cyklu, zdecydowanie odradzam czytanie tej recenzji. Zamiast tego, proszę tapnąć >>tu<< po moją opinię na temat Księcia.

Może zacznę trochę dziwnie, bo od końca, ale wowow, Holly Black zdecydowanie wie, jak budować napięcie i zakończyć cliffhangerem, który wprowadza czytelnika w czarną rozpacz i depresję, bo kiedy ciąg dalszy? Co się podzieje? Dlaczego stało się to, co się stało?
(Właśnie sprawdziłam i trzecia część ma mieć premierę w przyszłym roku... To strasznie dużo czasu...)

A teraz, co się tak właściwie działo w książce przed zakończeniem?


Jude zamieniła się z małej, prześladowanej nastolatki w Szarą Eminencję i Cieniową Królową, która z ukrycia pociąga za sznurki i rządzi całym królestwem. To znaczy dalej jest małą prześladowaną nastolatką, bo nikt nie wie, jaką władzę posiada nad Cardanem, a tym samym nad całą krainą. Elfy, wróżki i duszki wciąż widzą w niej jedynie marną śmiertelniczkę, dziecko ziemi i brudu, nikt jej nie szanuje, nie bierze na poważnie i wszyscy tylko w kółko zastanawiają się, jakim cudem udało jej się zostać królewskim seneszalem (to taki najwyższy urzędnik), i czy sypia z królem.

A ja zastanawiam się, jakim cudem mała nastolatka, która jeszcze pół roku temu uczyła się w szkole o ułożeniu gwiazd, teraz ogarnia w jaki sposób funkcjonuje państwo. Ale zostawmy to.

Jeśli Cardan wcześniej nienawidził Jude z mniej lub bardziej niesprecyzowanych powodów (jak wszyscy dobrze wiemy, głównie dlatego, że miał na nią ochotę, a to fuj fuj, bo przecież Jude jest tylko brudną człeczyną), to teraz ma całkiem legitne wytłumaczenie, po tym jak podstępem zmusiła go, żeby został królem i jeszcze był posłuszny każdemu jej rozkazowi przez rok i jeden dzień.

Taryn dalej jest głupia i zakochana w Locke'u, który, jak wiadomo, okazał się być najgorszym gnojem w książce. Nie lubię jej. Strasznie paskudna z niej siostra.

Madoc jest zły na Jude, trochę ją podziwia, trochę jej grozi i dalej próbuje za wszelką cenę wprowadzić w życie swój plan przejęcia tronu dla Oaka (Dębu). Do tego królowa mórz i oceanów zaczyna prowadzić jakieś machlojki z Balekinem (to ten brat, który wybił całą rodzinę, żeby zasiąść na tronie, ale nie udało mu się zasiąść na tronie i teraz siedzi zamknięty w Wieży Zapomnienia zamiast na tronie), bo zachciało jej się troszkę lądowego królestwa. Rządy Cardana polegają głównie na tym, że pije wino, a w wolnych chwilach pije więcej wina. Władcy niższych Dworów przypominają, że za poparcie młodego króla należą im się perki i spełnienie obietnic. I Jude musi zająć się tym wszystkim, przy okazji nie wiedząc jeszcze, co w końcu czuje do Locke'a, swojej siostry, swojego przybranego-ojca-który-zabił-jej-prawdziwego-ojca i oczywiście do Cardana.

Także aspekt polityczny jest całkiem porządnie rozbudowany, ale zrozumiały i do przeżycia, nawet jeśli nie jest to Wasz ulubiony punkt fabuły. Dodatkowo mamy dalsze rozwinięcie wątku miłosno-nienawistnego między głównymi bohaterami (wiem, że wszyscy na to czekają) i nawet nie jest taki do końca oczywisty. Holly Black zagwarantowała nam też parę nieprzyjemnych zwrotów akcji i niespodzianek, kiedy to znowu nie możemy uwierzyć, że ktoś, po kim najmniej się tego spodziewaliśmy, zrobił coś tak niefajnego. Dalej się nie przyzwyczaiłam, że właśnie tak działa wróżkolandia. Czy tam Elysium.

Bohaterowie też nie zawodzą, możemy obserwować dynamiczne zmiany w ich zachowaniach, jak dorastają, kształtują charaktery i przystosowują się do nowych sytuacji. Poznajemy historie z przeszłości niektórych osób. Do jednych przywiązujemy się jeszcze bardziej, innych zaczynamy jeszcze mocniej nie szanować.

A do tego wciąż możemy poczytać o pięknych stworzeniach, pięknych sukniach z morskiej bryzy, pięknych naszyjnikach z łez, pięknych lutniach z włosów śmiertelników, które grają głosami umarłych, kłach, kozich różkach, ogonach, skrzydłach, syrenach i wróżkach. Jestem zakochana w tym świecie i każdym jednym opisie królewskiego balu, na którym wszyscy są piękni do bólu i magiczni.

Także, podsumowując to wszystko, jeśli zastanawiacie się, czy Zły król jest równie dobry, co Okrutny książę, to już Wam mówię. Nie. Jest lepszy.

Recenzja
The Wicked King
Zły król
Holly Black

Marisha Pessl - Neverworld Wake


Beatrice przez rok nie odezwała się do żadnego z czwórki swoich szkolnych przyjaciół. Dlaczego? Rok temu w tajemniczych okolicznościach umarł jej chłopak, Jim, cud-miód malina, geniusz muzyczny i geniusz w ogóle, którego wszyscy kochali i wielbili. Policja niby ogłosiła, że to samobójstwo, ale nikt do końca nie wierzy, że Jim zrobiłby coś takiego. Bee na pewno nie wierzy. A do tego pozostaje jeszcze parę dziwnych rzeczy, które wymagają wyjaśnienia. Tak jak na przykład to, że w noc zaginięcia Jima, nikt z przyjaciół Bee nie był tam, gdzie twierdził, że był.

Skąd nasza główna bohaterka to wie? Otóż, jest strasznym creepem, który lubi śledzić innych ludzi. Ale o tym potem.

Po roku Bee postanawia pojawić się na urodzinach swojej (byłej) przyjaciółki Whitley i skonfrontować się z całą paczką, bo ma nadzieję w końcu dowiedzieć się czegoś o śmierci Jima. Okazuje się, że jest niezręcznie i dziwnie, że trudno skierować rozmowę na śmierć swojego byłego, a w drodze powrotnej z klubu podenerwowana i pijana Whitley, która oczywiście prowadzi auto, prawie wpakowuje ich wszystkich pod tira.

Po otarciu się o śmierć i powrocie do wielkiej posiadłości Whitley, naszych bohaterów czeka niespodzianka. Do drzwi dzwoni starszy jegomość w garniaku i informuje przyjaciół, że tak naprawdę nie udało im się uniknąć wypadku i w tym momencie leżą w rowie na skraju śmierci, a wszechświat rozszczepił się na ten ułamek sekundy i przeniósł ich do jakiejś fałdy w czasoprzestrzeni (tytułowego Nieświata), w którym nie są martwi, ale nie są też żywi. I będą przeżywać w kółko ten sam dzień, dopóki nie zagłosują jednomyślnie na jedną osobę. Ta osoba przeżyje, a wszyscy pozostali zginą w wypadku i świat wróci do normy. Tak w skrócie.

Pierwsze, co muszę powiedzieć, to, że byłam naprawdę przyjemnie zaskoczona. Bałam się, że pomysł będzie zbyt oklepany, że sposób pisania będzie nie do zniesienia (moje ostatnie doświadczenia z książką tego typu nie były zbyt dobre). W dodatku nie czytałam "Nocnego filmu" - powieści tej autorki, o której było u nas całkiem głośno, także nie wiedziałam, czego się spodziewać.

A tu okazało się, że książka naprawdę wciąga i trzyma w napięciu. Czyta się ją przyjemnie i szybko. Każda postać jest wykreowana w ciekawy, barwny sposób, ma swoją przeszłość, plany na przyszłość, charakterek, coś, co nią kieruje i tajemnice, które wcześniej czy później muszą wyjść na światło dzienne.

Funkcjonowanie tego alternatywnego świata nie jest do końca wyjaśnione, ale opisane bardzo sugestywnie i barwnie. Netflix wykupił prawa do ekranizacji i bardzo chętnie obejrzę ten serial, bo może wyglądać naprawdę świetnie, jeśli dobrze oddadzą w nim wygląd i atmosferę Nieświata. Bo dzieje się tam zdecydowanie dużo zdecydowanie dziwnych, zdecydowanie tajemniczych i zdecydowanie chorych rzeczy.

Jedynym minusem jest w moim odczuciu główna bohaterka. Dziewczyna przez większość czasu po prostu denerwuje mnie swoim zachowaniem. Jest taka niby słodka, urocza i świętoszkowata, biedna i skrzywdzona, bo jej chłopiec umarł, ma depresję i nie wie, co ze sobą zrobić, więc zazwyczaj w Nieświecie po prostu śledzi i podgląda pozostałych, i jeszcze jest jej przykro, że po roku nieobecności nikt się jej nie zwierza.

Natomiast, jeśli przymkniemy oko na zachowanie Bee, otrzymamy ciekawą lekturę z wątkiem fantasy, thrilleru, powieści detektywistycznej, tajemnicy i grozy. Zobaczymy, jak ludzie potrafią się zachowywać, jeśli nie mogą ich za to spotkać żadne konsekwencje.

I może w końcu dowiemy się, co tak naprawdę stało się z Jimem.
I może całkiem nas to zaskoczy.

Recenzja
Neverworld wake
Marisha Pessl

@booksoverhoes