Ambrose Parry - I sprawisz, że wrócę do prochu

W XIX wiecznym Edynburgu młode kobiety z gminu giną w tajemniczych okolicznościach. Ciała, powykręcane w makabrycznych pozach, wskazują na to, że ich śmierć nie była spokojna ani błoga.  Will Raven, młody student medycyny z burzliwym charakterkiem i mroczną, tajemniczą przeszłością, zaczyna obiecujący staż u znanego doktora Simpsona, specjalizującego się głównie w porodach. A Sara, sierotka przyuczona do zawodu pokojówki, pragnie zyskiwać wiedzę niedostępną dla osób o jej statusie i płci. Losy tej dwójki wiążą się ze sobą w dziwnym przymierzu, gdy starają się razem rozwikłać zagadkę tajemniczych śmierci, każde ze swoich powodów.

Pierwsza i najważniejsza myśl, która nasuwa się podczas czytania? Jezusie, jak dobrze, że medycyna poszła do przodu, bo za nic w świecie nie chciałabym rodzić w realiach XIX wieku. Nie chciałabym również nigdy wylądować wtedy w szpitalu. A tym bardziej na chirurgicznym stole operacyjnym, gdzie zakażone gangreną części ciała odcinało się na żywca bez żadnego znieczulenia...

Ta książka ma w sobie tak wiele do zaoferowania! Oprócz kryminalnego wątku z dreszczykiem emocji, znajdziemy tu też wiele interesujących informacji na temat stanu i rozwoju medycyny (i nauki ogólnie) w XIX wieku. Na przykład, że nowe substancje (potencjalnie anestezjologiczne) testowano poprzez sztachnięcie się takowym specyfikiem przez dżentelmenów lekarzy po kolacji i obserwowanie, czy faktycznie uśpi on obiekt badań, czy może jednak go zabije. Cudowne! Aha, no i mamy tu jeszcze wątek feministyczny i młodą kobietę, inteligentniejszą od większości panów, której odmawia się prawa do nauki ze względu na jej płeć i pozycję społeczną. I która nic sobie z tego nie robi.

Autorom (bo to małżeństwo, a Ambrose Parry to ich wspólny pseudonim) udało się zaserwować nam idealnie wyważoną mieszankę mroku, makabry i... przyjemnej, lekkiej lektury z humorem, która w dodatku wciąga od razu. A przy okazji jest bardzo klimatyczna, zarówno za sprawą porządnie wykreowanego świata, jak i stylu, w którym została napisana.

Żeby zobrazować Wam wszystkie powyższe cechy, przytoczę pierwsze zdanie: "Żadnej przyzwoitej opowieści nie powinno się rozpoczynać od trupa ladacznicy i za to należą się przeprosiny, gdyż nie jest to obraz, który życzyłoby sobie oglądać jakiekolwiek szacowne gremium." No i bum. Jedno zdanie i już byłam przekonana do tej książki! Ale żeby nie było, że tak łatwo daję się kupić, to gwarantuję Wam, że potem jest jeszcze lepiej.

Składają się na to ładnie wykreowane, ciekawe postaci, zarówno te główne, jak i drugoplanowe. Naprawdę, nawet osoby, które pojawiają się tylko raz, na chwilkę, mają w sobie coś ciekawego, żywego i prawdziwego. Równocześnie, z jednej strony otrzymujemy barwnie przedstawioną śmietankę towarzyską Edynburga, z jej sukniami, podwieczorkami i bogactwem, z drugiej zaś soczysty opis brudnego i okrutnego świata w najgorszych rynsztokach. 

Właśnie zobaczyłam, że za granicą wydano już kontynuację tej powieści! Jeśli duet Ambrose Parry postanowi utrzymywać podobną konwencję i klimat w swoich kolejnych dziełach, to na pewno bardzo się polubimy!

Kurt Vonnegut - Syreny z Tytana



Dwadzieścia stron wystarczyło, żebym zakochała się w Syrenach z Tytana. A każde kolejne zdanie sprawiało tylko, że zakochiwałam się coraz mocniej i mocniej. 

Winston Niles Rumfoord wyruszył kiedyś w podróż kosmiczną i po drodze udało mu się wpaść w sam środek infundybuły chronosyklastycznej, anomalii o kształcie leja, w której to zderzają się ze sobą wszystkie prawdy, usytuowanej gdzieś pomiędzy Ziemią a Marsem. Od tej pory jego jestestwo rozciąga się od Słońca do Betelgezy (Betelgeza to gwiazda w zbiorze Oriona), gdzie Rumfoord występuje falowo, pojawiając się w równych odstępach czasu na różnych planetach i innych ciałach niebieskich. Aha, przy okazji Winston infundybułował się ze swoim najlepszym przyjacielem - wielkim psem Kazakiem, więc teraz cieszą się sławą najbardziej znanego człowieka i psa na Ziemi.

Już w tym momencie byłam kupiona. Właśnie minęło te dwadzieścia stron, o których wspomniałam wyżej. Powiedzcie mi, jak można nie był kupionym po takim wstępie? Ale okej, nie jesteście jeszcze przekonani? W takim razie lecimy dalej.

Malachi Constant jest najbogatszym człowiekiem na świecie i pierwszym, który został zaproszony do posiadłości Rumfoorda na cud materializacji Winstona (i Kazka) na Ziemi. Rumfoord bardzo nalegał na spotkanie z Malachim, gdyż ma mu do przekazania ważne informacje na temat jego przyszłości. Tak, oczy Was nie mylą - nasz gwiezdny infundybułowany chronosynklastycznie surfer posiadł moc poznania przeszłości i przyszłości, wieszczenia i wszechwiedzy. I im lepiej go poznajemy, tym bardziej jesteśmy przekonani o tym, że wiedza ta nieźle namieszała mu w głowie... Ale, ale, nic więcej nie powiem! Każda jedna informacja w tym przypadku jest perełką, którą będziecie chcieli odkryć sami, więc nie czytajcie za dużo o fabule! W każdym razie, Rumfoord mówi Constantowi między innymi o tym, że spotkają się kiedyś na tytułowym Tytanie, który jest księżycem Saturna.

Syreny to książka ironiczna, przez większość czasu wręcz groteskowa i absurdalna. A przy okazji niesamowicie zaskakująca i... pełna kontrastów. Z jednej strony zachwyca pięknymi zdaniami, cudownymi obrazami i opisami, które czytałam z zapartym tchem, ciareczką uwielbienia i które musiałam sobie zapisać na później. A z drugiej jest okrutna, brutalna i brzydka. Z jednej strony sprawia, że śmiejesz się sam do siebie, czytając kolejną przezabawną dygresję, bo Vonnegut to zdecydowanie mistrz czarnego humoru i satyry. Ale z drugiej, Syreny są jedną z najsmutniejszych i najbardziej depresyjnych książek ever. 


To trafna satyra na temat ludzkiej mentalności, komentarz społeczeństwa, w którym funkcjonujemy, rozważająca nasze odwieczne dążenie do odnalezienia sensu istnienia. Czy jesteśmy panami swojego losu? Czy nasze decyzje tak naprawdę są nasze? Czy cokolwiek w naszym życiu w ogóle zależy faktycznie od nas? A to wszystko skrywa się pod fasadą pełnoprawnego sci-fi z podróżami międzygwiezdnymi, statkami kosmicznymi i przybyszami z odległych galaktyk. Czy może być lepiej? 

Moim zdaniem Syreny można zdecydowanie nazwać literaturą z najwyższej półki. I wcale nie mówię tego (tylko) dlatego, że są tam statki kosmiczne i marsjańska armia! Po pierwsze, książka jest napisana naprawdę przepięknym językiem. Po drugie, cały ten absurd i groteska mają na celu tylko jedno - pobudzić nasze umysły do myślenia, do rozważania sensu i bezsensu otaczającego nas świata, ludzkich zachowań, motywów, religii i polityki. Po trzecie, jest to książka trudna i wymagająca, ale równocześnie wciągająca i zapewniająca ogromną dawkę rozrywki. I po czwarte, mimo że po raz pierwszy została wydana sześćdziesiąt lat temu, każda z poruszanych w niej kwestii jest dalej aktualna. A jeśli jeszcze nie jest, to mam nadzieję, że już niedługo będzie, bo NASA mówi o mieszkaniu na Marsie i ja cały czas czekam!

J.P. Delaney - Perfekcyjna żona

Ta książka była dla mnie ogromnym zaskoczeniem. Sięgając po nią, zupełnie nie spodziewałam się tego, co mnie czeka. I nie mówię tutaj tylko o zwrotach akcji czy tajemnicach, tylko o głównym motywie, osi, wokół której kręci się cała książka.

O której oczywiście nie mogę Wam nic powiedzieć, bo popsułabym caaaaałą niespodziankę! :(


Akcja rozpoczyna się, gdy Abbie budzi się pewnego dnia w szpitalnym łóżku. Wita ją jej mąż, Tim, ekscentryczny geniusz miliarder, właściciel firmy w Dolinie Krzemowej. Okazuje się, że pięć lat temu Abby miała wypadek, ale dzięki nowoczesnej technologii, udało się ją uratować. Kobieta jest oszołomiona, zagubiona, nie pamięta, co się stało, ledwo przypomina sobie, kim jest. Jeszcze nie wie, że straciła nie tylko te pięć lat, ale dużo, dużo więcej. Kiedyś była piękną, żywiołową, pewną siebie, genialną artystką, którą większość ludzi zaczynała kochać od pierwszego wejrzenia. Teraz wszystko wygląda inaczej. Mimo to, stara się powrócić do swojego wcześniejszego życia, ale im usilniej próbuje odtworzyć wydarzenia poprzedzające jej wypadek, tym więcej faktów przemawia za tym, że nie wszystko jest takie, jak jej powiedziano. Czy można nie znać najbliższych nam ludzi? I co ważniejsze - czy można nie znać samego siebie?

Tak strasznie trudno napisać coś więcej o fabule, skoro nie mogę Wam zdradzić jednej z najważniejszych, najistotniejszych i najlepszych rzeczy w tej historii!

W każdym razie, książka wciąga od pierwszych stron. Tak naprawdę całkiem już oklepana historia zostaje podana w nowej i odświeżającej formie, co daje bardzo dobry efekt końcowy. A im dalej zagłębiasz się w losy bohaterów, tym bardziej brutalna, okrutna i niespodziewana staje się ta opowieść. Niesamowite jest to, że tutaj naprawdę NIKT nie jest taki, jak nam się na początku wydaje. 


Historia jest przedstawiona przez dwóch narratorów. Jednym z nich jest Abbie, a drugim... właśnie - kto? Możemy się domyślać na podstawie sposobu, w jaki opisuje wydarzenia, ale... czy możemy być tego pewni? W końcu jest tu tyle tajemnic, że nawet kiedy wydaje Ci się już, że rozwikłałeś każdą z nich, nagle pojawia się nowy fakt, który wywraca wszystko do góry nogami. 

Pojawił się tu też wątek dzieciaczka z autyzmem, który był niesamowicie trudny i smutny (tzn. ten wątek), a w dodatku oparty na faktach z życia samego autora, który ma chorego syna! Dlatego Delaney mógł tak realnie oddać wszystkie emocje, problemy i codzienne zmagania. Ale w całym tym wątku najbardziej podobało mi się, to, jak powiązał chorobę z głównym motywem historii. 

To zadziwiająco głęboka książka. Pod przykrywką thrillera z dreszczykiem emocji, autor przemyca wiele poważnych i smutnych tematów, problemów, z którymi boryka się dzisiejszy świat, a także takich, z którymi być może będziemy musieli się dopiero zmierzyć. Mówi o moralności, o psychice i o tym, do czego ludzie są zdolni, gdy mają zbyt dużą władzę, albo po prostu myślą, że nikt ich nie widzi. Odkrywa przed nami najbardziej mroczne głębie ludzkiej duszy, myśli i zachowania, które staramy się ukryć przed światem. Samo pisanie o tym sprawia, że po plecach znowu przechodzi mi dreszczyk!

Shobha Rao - One płoną jaśniej

One płoną jaśniej jest zdecydowanie jedną z najsmutniejszych, a równocześnie najpiękniej napisanych książek, jakie czytałam. Opowiada historię dwóch dziewczyn, które urodziły się w małej, biednej wiosce w Indiach. Purnima i Sawitha, czyli nasze główne bohaterki, żyją w miejscu, gdzie kobiety nie mają żadnych praw, gdzie można nimi do woli pomiatać i mieszać z błotem. Gdzie takie zachowanie jest normalne. Gdzie każdy, kto zobaczy kobietę ze zniszczoną, oparzoną twarzą, zadaje tylko jedno z dwóch pytań: "mąż czy ojciec?" albo "olej czy kwas?". Jedyne pocieszenie i promyk nadziei dziewczyny odnajdują w przyjaźni. Jednak los postanawia odebrać im nawet to, jako, że kobiety takie jak one z góry skazane są jedynie na cierpienie i niesprawiedliwość.


To bardzo ważna historia, która przypomina nam o tych wszystkich rzeczach, o których zazwyczaj nie myślimy, bo tak jest po prostu łatwiej. Ogromnie się cieszę, że są ludzie tacy, jak Shobha Rao, którzy nie boją się poruszać trudnych tematów (chociaż "trudny temat" to w tej sytuacji zdecydowanie eufemizm), a przy okazji potrafią je opisać w tak obrazowy i poniekąd... przystępny dla czytelnika sposób. Nie ma tu nic "przystępnego", ale mam nadzieję, że wiecie, o co mi chodzi. Ta książka jest naprawdę przepięknie napisana, tak jak już wcześniej wspomniałam.


Język jest przez większość czasu prosty, dobitny, Shobha Rao nie owija w bawełnę i bez najmniejszego zawahania zarzuca nas najokropniejszymi nawet obrazami. Ale z drugiej strony, są tu też piękne fragmenty, pełne poezji, nadziei, wzruszające i łapiące za serduszko. Czekałam na te momenty i każdy jeden czytałam z zachwytem.

Ta opowieść złamała mi serduszko tysiąc razy i to wcale niekoniecznie jakimiś bardzo strasznymi albo potwornymi wydarzeniami (których jest w niej bardzo dużo), ale nawet takimi drobnymi szpilkami przerażająco smutnych rzeczy, realiów życia, na które główne bohaterki nie mogły nic poradzić.

A równocześnie wywołała we mnie tyle gniewu, że do teraz nie mogę przejść nad tym do porządku dziennego. Wciąż na nowo i na nowo uświadamiała mi, jak strasznie niesprawiedliwy jest nasz świat. Jak wiele kobiet jest traktowanych gorzej od zwierząt, tylko dlatego, że miały to "nieszczęście" urodzić się kobietami. Jak są tylko czyjąś "własnością", najpierw ojca, który musi zapłacić rodzinom ich przyszłych mężów, by chcieli tego ojca od swoich córek "uwolnić", a potem męża, który może z nimi zrobić wszystko, co mu się żywnie podoba. Jak są tylko maszynkami do robienia dzieci, do usługiwania, do wyżywania się za swoje niepowodzenia i nieudolności... 


I chciałabym napisać jeszcze dużo, dużo więcej, ale boję się, że użyje niecenzuralnych słów, a w recenzji tak nieładnie.


W każdym razie, czytając tę książkę uświadamiasz sobie nagle, że powinnaś się cieszyć, że twoi rodzice w ogóle cię kochają, a nie przeklinają dzień, w którym się urodziłaś i okazałaś się nie być chłopcem. Że możesz wybrać, z kim weźmiesz ślub. Że możesz chodzić do szkoły, na studia, mieszkać w solidnych czterech ścianach. Że nie musisz się bać w każdej sekundzie życia, że ktoś cię uderzy, bo będzie mógł, zgwałci, bo i tak nie poniesie żadnej kary, poniży, bo najdzie go taka ochota, albo porwie i sprzeda do burdelu. 

Bo są miejsca na ziemi, gdzie takie rzeczy dzieją się na porządku dziennym. I to nie jest (niestety) żadna fikcja, to nie jest historia sprzed setek lat. Takie rzeczy dzieją się teraz. W naszych "cywilizowanych" czasach. To jest chyba najbardziej w tym wszystkim przerażające. 

A jednak, mimo tych strasznych i potwornych rzeczy, książka urzekła mnie i złapała za serduszko. Chciałam, żeby się nie kończyła, żebym mogła dowiedzieć się, co dalej działo się z Purnimą i Sawithą, śledzić ich losy, podziwiać jeszcze dłużej ich niesamowitą siłę, odwagę i chęć do życia, które udało im się zachować pomimo spotykających je okropności. 

Przeczytajcie One płoną jaśniej. To nie będzie łatwa, miła ani przyjemna lektura, ale powinna trafić do jak największej liczby odbiorców. Pośród tysięcy innych książek, to jedna z tych, które naprawdę warto przeczyta

Melissa Albert - Hazel Wood

Hazel Wood to zdecydowanie jedna z najpiękniej wyglądających i najbardziej rozpoznawanych książek w ostatnim czasie. Ja także dałam się skusić tej cudownej okładce i tajemniczemu, mrocznemu klimatowi powieści (no bo niby jak mogłabym się oprzeć jakiejkolwiek książce, która wygląda tak ładnie?).

Alice odkąd pamięta całe życie spędziła w drodze. Razem ze swoją matką co chwila podróżowały z jednego miasta do drugiego, przecinały Stany wzdłuż i wszerz, nigdzie nie zagrzewając miejsca na długo. Jednak niezależnie od tego, gdzie się udały, wszędzie prześladował je pech. Odnajdywał w hotelowych pokojach, na tyłach samochodu, w mieszkaniach znajomych i zmuszał do ponownej przeprowadzki.

Wszystko kończy się jednak w momencie, gdy umiera babcia Alice, znana pisarka, Althea Proserpine. Althea zyskała ogromną sławę i tysiące fanów za sprawą zaledwie jednego zbioru mrocznych i mrożących krew w żyłach opowiadań, rozgrywających się w magicznym Uroczysku. Od lat mieszkała samotnie w wielkiej, owianej tajemnicą posiadłości zwanej Hazel Wood, której nikt nigdy nie potrafił znaleźć. Po jej śmierci mama Alice postanawia w końcu przestać uciekać i dziewczyny zaczynają układać sobie życie na Brooklynie, myśląc, że pech na dobre je opuścił. Ale czy na pewno? 

Wszystko wywraca się o sto osiemdziesiąt stopni, kiedy matka Alice zostaje porwana i zostawia jej tylko jedną przestrogę: "Trzymaj się z daleka od Hazel Wood". Zgadnijcie, co zrobi Alice. 

Kocham baśnie, kocham mroczny klimacik i kocham, kiedy fikcja miesza się z realnym światem do tego stopnia, że nie jesteś już w stanie ich rozdzielić. Dlatego połączenie tego wszystkiego w jednej książce powinno być strzałem w dziesiątkę. Dodatkowo, bardzo urzekł mnie styl, którym powieść została napisana, gdzie dzieje się mnóstwo dziwnych rzeczy albo ludzie mówią dziwne rzeczy, a ty po prostu przechodzisz nad tym do porządku dziennego i lecisz dalej, do kolejnych, jeszcze dziwniejszych(!), rzeczy. Trochę mi to zalatuje Gaimanem, a ja kocham Gaimana.

Podoba mi się fakt, że książka Althei, Opowieści z Uroczyska, i jej dom, Hazel Wood, są owiane tajemnicą, która kusi i nadaje ten mroczny klimacik, w którym mogą skrywać się najstraszniejsze i najbardziej nieprawdopodobne sekrety. Same tytuły Opowieści brzmią posępnie i groźnie, a ich treść sprawia, że po plecach przechodzą ciareczki. A groteskowe, czasami nawet przerażające postaci z Uroczyska są wisienką na torcie.

Niestety, gdy akcja doszła do punktu kulminacyjnego, wszystko stało się nagle potwornie chaotyczne (i to nie w dobrym znaczeniu) i jakoś tak... się zepsuło.

Koniec książki mnie zawiódł. Koniec, kropka. Dlaczego? Bo pragnęłam od Hazel Wood tak dużo więcej. Pomysł i baśniowy klimat z tą nutką (dość sporą!) mroku i brutalności jest naprawdę super! Serio. Historia Althei (która w sumie podobała mi się bardziej od historii Alice) też dawała ogromny potencjał, który niestety nie został wykorzystany. 

Plot twisty były dobre, zaskakujące, do pewnego momentu nie spodziewałam się zupełnie, w jakim kierunku potoczy się ta historia i jakie tajemnice wyjdą na światło dzienne. Ale, tak jak mówiłam, ten chaotyczny sposób pisania nie pomagał. Pewnie w jakimś stopniu był zamierzony, żeby kontynuować w tym dziwnym, tajemniczym stylu, jednak się nie sprawdził i trudno było nadążać za tym, co się dzieje.

A do tego, tak naprawdę, to ja nawet nie lubię Alice. Alice była nijaka, bez charakteru. Nie zaprzyjaźniłam się z nią ani odrobinę. W sumie, to nie polubiłam się za bardzo z żadnym z bohaterów książki (no dobra, może mama Alice była całkiem spoko). Dużo ciekawsze były na pewno postaci z Uroczyska, ale je autorka potraktowała po macoszemu i ledwo o nich wspomniała. A szkoda! Bo na pewno przyniosłyby książce dużo dobrego!

No więc, jak to wygląda ostatecznie? 

To nie jest zła książka. Serio. Ale boli mnie cały ten niewykorzystany potencjał. Jeśli kiedyś pojawi się druga część, to na pewno będę chciała ją przeczytać, bo wiecie, ten klimacik, te ciareczki, ta magia. Ale będę też od niej wymagać duuuuużo więcej.

Friederike Otto - Wściekła pogoda. Jak mszczą się zmiany klimatu, kiedy są ignorowane

Zobaczyłam tytuł tej książki i pomyślałam sobie, że to idealna pozycja w dzisiejszym świecie, gdzie o zmianach klimatu trąbi się na prawo i lewo, ale nigdzie nie mogę znaleźć odpowiedzi na pytanie, które bardzo mnie nurtuje: czy ten koniec świata faktycznie zaraz nastanie i mam szykować konserwy, czy może jednak mogę jeszcze trochę pochillować.

I jestem trochę zawiedziona, bo Wściekła pogoda wcale nie udzieliła mi odpowiedzi...

Sama forma książki i treść bardzo mnie zaskoczyły. Muszę przyznać, że zupełnie inaczej wyobrażałam sobie jej zawartość. Ale do rzeczy, czyli o czym właściwie jest ta książka. 

Friederike Otto jest panią naukowiec działającą w organizacji World Weather Attribution, która zajmuje się analizowaniem różnych zjawisk pogodowych (takich jak susze, powodzie, fale upałów) i badaniem ich pod kątem tego, czy faktycznie były spowodowane przez zmiany klimatu. Na stronie, którą tutaj wrzucam --> tu o, można poczytać o najnowszych badaniach WWA i dowiedzieć się na przykład, czy upały, które panują tego lata, są od zmian klimatu niezależne, czy może jednak ich prawdopodobieństwo wzrosło nagle dziesięciokrotnie przez to, że jeździmy dieslami. 

Co do formy, o której już wspomniałam, to wygląda to mniej więcej tak, jakby ktoś napisał długi na 250 stron semi-naukowy artykuł, ale postanowił powrzucać do niego takie małe wstawki fabularne, żeby przyjemniej się go czytało. I te wstawki w ogóle mi tam nie pasowały, autentycznie momentami wydawały się śmieszne. Ogólnie, moje studia wymagają ode mnie, żebym dosyć często czytała naukowe bełkoty, więc taka forma mi nie przeszkadza (to znaczy forma naukowego artykułu, a nie fabularnych wstawek, to mi przeszkadzało). Ale no... lekka lektura przed spankiem to to nie jest. To znaczy, tak naprawdę jest napisana w miarę prostym językiem, a autorka często różne zawiłe naukowe aspekty stara się przenieść na bardziej przyziemne sytuacje, żeby lepiej wszystko zobrazować. Ale jednak dalej trzeba się na tej lekturze porządnie skupić, żeby wszystko zrozumieć.

Nie wiem, jak Wam opowiedzieć o tej książce, nie zdradzając zbyt wiele z jej treści, bo jest tu parę naprawdę ciekawych i zaskakujących smaczków i faktów, o których nie miałam bladego pojęcia (i których nie chcę Wam zepsuć!). A Wściekła pogoda nagle wyłuszczyła mi to wszystko i kazała się zatrzymać, i zastanowić, czemu nigdy dotąd nie zwróciłam na to uwagi. Czy w mediach trąbili o tym niewystarczająco głośno? Czy jestem aż takim ignorantem?

Jeśli szukacie kompendium wiedzy na temat zmian klimatycznych, do czego mogą doprowadzić i co możemy zrobić, żeby im zapobiec, to już Wam mówię, że ta książka nie jest o tym. Skupia się głównie na sposobie działania WWA, metodach symulacji pogody, naukowych niuansach, związanych z procesem publikowania wyników badań. Co prawda mówi o zmianach klimatycznych, ale bardziej w ujęciu prawnym, ekonomicznym i politycznym. Polityki jest tu zdecydowanie dużo. Wiem już, którego prezydenta autorka na pewno nie lubi. 

Jednak mimo, że nie dostałam odpowiedzi na to pytanie o koniec świata, dowiedziałam się naprawdę wielu nowych i super ciekawych rzeczy. Niektóre były naprawdę abstrakcyjne. Tak jak na przykład to, że żeby zbadać wymierny wkład zmian klimatycznych w nasz świat, trzeba najpierw stworzyć model zupełnie nierealnego świata, w którym nigdy nie doszło do rewolucji przemysłowej. How. Cool. Is. That?! Przepraszam, ja naprawdę lubię takie rzeczy. 

Już nic więcej nie powiem! Jeśli interesujecie się naukowymi nowinkami albo szukacie wyjaśnienia i "winnych", odpowiedzialnych za dziejące się wokół Was rzeczy, a do tego nie przeszkadza Wam techniczna forma podania, to zdecydowanie powinniście sięgnąć po tę książkę. 

Guillaume Musso - Zjazd absolwentów


Tyle się nasłuchałam o Musso, że już w końcu musiałam przeczytać jakąś jego książkę, żeby sama ocenić skąd te wszystkie zachwyty! I wiecie co?

Zjazd absolwentów nie odmienił mojego życia. Nie odczuwam też przemożnej chęci wciskania go każdej napotkanej osobie. Nie chcę tu nikogo urazić, bo z jednej strony książka porusza całkiem poważne i smutne tematy, ale ja dalej i wciąż odebrałam ją jako lekką, szybką i niewymagającą lekturkę, taką z dreszczykiem emocji, tajemnicą i niby-detektywistycznym wątkiem.

Ćwierć wieku temu Vinca, jedna z najbardziej uwielbianych, zabawnych, oryginalnych i żywiołowych uczennic super fikuśnego liceum w Antibes na Lazurowym Wybrzeżu, znikła nagle w środku mroźnej zimowej nocy. Od tego czasu ślad po niej zaginął, jakby razem z nauczycielem, z którym miała romans, rozpłynęli się w powietrzu.

Po dwudziestu pięciu latach od skończenia liceum Thomas powraca w rodzinne strony z okazji zjazdu absolwentów. Jednak nie powoduje nim chęć ujrzenia znajomych twarzy ani wspominania starych dobrych czasów, a raczej przeraźliwy strach, że straszna, najmroczniejsza tajemnica w końcu wyjdzie na światło dzienne i zniszczy całe dotychczasowe życie jego i jego przyjaciół. 

Ale, ale... Jeśli już popełniliście jakieś założenie, to z tego miejsca powiem Wam, że to nie jest takie proste!

Musso w całej swojej książce nie rozwodzi się jakoś zbytnio nad pejzażami i nie stawia na długie opisy w ogóle czegokolwiek (mimo, że jak najbardziej ma ku temu pole, jako że akcja umiejscowiona jest w bardzo malowniczej okolicy - na Lazurowym Wybrzeżu). Zamiast tego rzuca nam parę podstawowych faktów, a potem tylko: akcja, akcja, akcja.

Chociaż z drugiej strony z tą akcją też nie jest do końca tak. Na początku wszystko ciągnie się dosyć powoli, statycznie, Thomas trochę sobie czyta, trochę rozmawia, trochę jeździ samochodem z miejsca na miejsce, pije kawę... a potem nagle na ostatnich stu stronach nie można nabrać oddechu, bo wszystko dzieje się tak szybko i splata ze sobą, i nabiera sensu, i omg!

Powieść jest napisana tak lekko. Kunszt Musso widać zdecydowanie w tworzeniu wyrazistych, realistycznych postaci. Nawet jeśli momentami wydają się trochę przerysowane, jakby specjalnie ironizowały i karykaturowały obecne trendy i zachowania prawdziwych ludzi, to nawet lepiej! Nie było tam ani jednego nudnego bohatera, każdy był barwny i bardzo charakterystyczny, a to duży wyczyn w książce, która nie jest jakoś szczególnie obszerna. 

Bardzo podobał mi się motyw pisania - Thomas, czyli nasz główny bohater i narrator, jest wziętym autorem powieści. Całe życie książki były dla niego dużo bliższe niż ludzie i często podkreśla swoją więź z nimi. Nie uważam się za jakąś szczególnie antyspołeczną osobę bez życia i znajomych, ale czasami całkiem dobrze wiedziałam, o co mu chodzi i miło było kiwać głową ze zrozumieniem nad książką. 

A do tego są jeszcze wszystkie te ciężkie tematy, tak zgrabnie wplecione w pozornie sensacyjną powieść akcji. Narkotyki, zazdrość, nieodwzajemnione miłości, niespełnione marzenia, nieudane małżeństwa, brak akceptacji i zrozumienia ze strony rodziców i jedna rzecz, która najbardziej zapadła mi w pamięć - że jako dzieciaki nie zauważamy niektórych bardzo oczywistych rzeczy, że perspektywa, czy to wieku, czy to otoczenia, czy nowych doświadczeń, może tak wiele zmienić w naszym pojmowaniu świata i ludzi. 

Natomiast jest tam jeszcze parę innych przemyśleń tego typu, więc może w Wasze serduszka uderzy coś innego. 

***
Recenzja
Zjazd absolwentów
Guillaume Musso

Sara Holland - Everless

Kocham, kiedy książka, do której podchodziłam neutralnie i bez żadnych wygórowanych oczekiwań, zaskakuje mnie tak pozytywnie! Everless jest wartym pozazdroszczenia debiutem (nawet nie wiedziałam, że to debiut!), ciekawym, wciągającym i baśniowym. Wydawać by się mogło, że to kolejne młodzieżowe fantasy - w końcu powiela utarte schematy, które znajdujemy w tego typu książkach - ale oferuje też tyle oryginalnych rozwiązań, mądrych przemyśleń i wspaniałych obrazów dla naszej wyobraźni. Może te parę zdań brzmi trochę patetycznie, ale z jakiegoś powodu Everless oczarowało mnie bez reszty i muszę dać temu wyraz. 

Legendy mówią, że tysiąc lat temu Alchemik i Czarodziejka magicznie powiązali czas z żelazem w ludzkiej krwi, tak by można było przekuwać ten czas w monety. W taki to sposób krew stała się główną walutą w Semperze i od tego czasu zbiera swoje żniwo. 

Jules, nasza główna bohaterka, wychowała się w Everless, szlacheckim zamku bogatego rodu Gerlingów, gdzie jej tato obejmował posadę kowala. Jednak dramatyczne wydarzenia zmusiły ich do ucieczki i życia w ukryciu. Teraz ledwo wiążą koniec z końcem, a tato oddaje zdecydowanie zbyt dużo krwi (i swoich lat), by mieli co jeść. Dlatego, gdy nadarza się okazja, by zarobić dużo pieniędzy, Jules postanawia z niej skorzystać. Ale istnieje pewien haczyk - musi powrócić do Everless, gdzie nie spotka jej nic dobrego, jeśli zostanie rozpoznana.

Okazuje się jednak, że powrót do Everless może być dla niej ryzykowny z innych powodów, niż początkowo myślała, a także, że będzie musiała rozwiązać wiele tajemnic, z których istnienia dotąd nie zdawała sobie sprawy.

W książce dużą rolę odgrywają szlacheccy synowie - Roan, dziecięca miłość Jules, do którego jej serduszko może dalej trochę pika, i Liam, z powodu którego była zmuszona opuścić Everless i którego panicznie się boi. Oczywiście obydwaj są zabójczo piękni, przy czym Roan jest słodką i uroczą duszą towarzystwa, natomiast Liam to tajemniczy i zamknięty w sobie mruk. Wątek romantyczny jest oczywisty już od samego początku, ogarnięcie faktów najdłużej zajmuje głównej bohaterce. Ale nie jest to oś, wokół której kręci się cała książka, za co jestem pani Holland bardzo wdzięczna. 


Jedną z rzeczy, które tak bardzo urzekły mnie w Everless jest mitologia i poniekąd religia, panujące w Semperze. Legendy o Alchemiku i Czarodziejce, bajki o lisie i wężu, opowiadane sobie na dobranoc, opisywane w książeczkach dla dzieci, były naprawdę magiczne i wprowadzały taki przyjemny, tajemniczy klimat, ale też pewną dozę realizmu. Wiecie, to takie normalne, że opowiada się dzieciom bajeczki do snu i że wszyscy znają historię Czerwonego Kapturka. I tam też to tak własnie wyglądało. Tylko nie było Czerwonego Kapturka.

A motyw czasu jest przecudowny. Po pierwsze sam fakt tego, że można sobie wrzucić do herby monetę jednoroczną, wypić ją i nagle odmłodnieć jest super. A do tego dochodzą jeszcze dziwne, tajemnicze fluktuacje czasu, legendy o ludziach, którzy podobno mogą kontrolować czas, no i potępione miasto, w którym czas stanął na dwanaście godzin - ten motyw był po prostu epicki. Nie potrafię znaleźć innego słowa. Oczarował mnie bez reszty. Cała ta mroczna, baśniowa otoczka jest urzekająca i kusząca, i sprawiła, że zakochałam się w Everless! Nie mogę doczekać się drugiej części, potrzebuję jej na już!

***
Recenzja
Everless
Sara Holland

Katherine Center - Milion nowych chwil

Maggie jest piękna, młoda i ambitna, właśnie ma rozpocząć wymarzoną pracę na wspaniałym stanowisku, a jej przystojny chłopak z bajki lada chwila się oświadczy. Całe życie stoi przed nią otworem i wszystko wydaje się perfekcyjne, do momentu gdy... Maggie zostaje poważnie ranna w wypadku samolotowym. 

Nagle traci całe swoje piękne życie i już nigdy nic nie będzie takie, jak dawniej. Do tego dochodzą jeszcze rodzinne tajemnice i konflikty, z którymi oczywiście musi się zmierzyć w najgorszym dla siebie możliwym momencie. I przydzielają jej najbardziej zmierzłego i opryskliwego terapeutę w całym szpitalu. A jej chłopak okazuje się być strasznie beznadziejnym dzieciakiem, o którego wszyscy z jakiegoś powodu martwią się bardziej niż o nią, mimo, że wyszedł z wypadku bez szwanku.

Ta książka zaskoczyła mnie, i równocześnie zachwyciła, swoim podejściem do tak trudnego tematu. Albo w sumie do wielu trudnych tematów. O których będę mówiła na tyle tajemniczo, żeby nic Wam nie zaspojlerować. W każdym razie, pomimo tych wszystkich okropnych rzeczy, które się w niej działy, książka była niesamowicie urocza, słodka, miła, zabawna. Autentycznie zabawna. Główna bohaterka, jakby na przekór swojej traumie i depresji, i życiu, które rozpadło się jej na kawałeczki, prowadziła tak błyskotliwe dialogi, że momentami śmiałam się na głos. Jej postać, a także postać jej siostry, były barwne, ciekawe i pełne życia. Niektóre wydarzenia były aż zbyt przesłodzone albo do bólu urocze, ale w ten taki miły sposób, w którym robi Ci się cieplutko na serduszku i masz ochotę się rozpłynąć. 


Z drugiej strony, również te smutne fragmenty, kiedy Maggie dopada depresja, zwątpienie i brak chęci do życia, są opisane bardzo realnie i prawdziwie i przypominają nam, że to nie są przelewki, a dziewczyna boryka się z naprawdę poważnymi i tragicznymi rzeczami.

Tyle rzeczy skłania tutaj do przemyśleń, do spojrzenia na różne sprawy z innego punktu widzenia. Weźmy choćby taki przykład: matka Maggie wydawała mi się być nieczułą, apodyktyczną kobietą, która starała się ułożyć córce całe życie, a do szybszej rekonwalescencji próbowała ją zmotywować, grożąc, że żaden mężczyzna już nigdy nie będzie chciał uprawiać z nią seksu. Wtf. Za każdym razem, gdy czytałam, co wygaduje, zastanawiałam się, dlaczego Maggie jeszcze nie kazała jej wyjść. Ale w ostatecznym rozrachunku to była dobra, czuła kobieta o wielkim serduszku, tylko trochę wyniszczona.

Tak więc niech Was nie zwiedzie swobodny ton i lekkość z jaką została napisana, to bardzo mądra i poruszająca książka. I nawet jeśli momentami jest troszkę naiwna albo przewidywalna, to niesie ze sobą dużo dobrego, ważne przesłanie i wiele przyjemności z czytania.

***
Recenzja
Milion nowych chwil
Katherine Center

C.L. Taylor - Teraz zaśniesz

"Siedmiu gości. Siedem sekretów. Jeden zabójca." 

Te sześć słów na okładce sprawiło, że byłam sprzedana. Autentycznie. Już od samego początku. A w dodatku miałam skojarzenie z "The Hateful Eight" Tarantina, a ja naprawdę kocham Tarantina! Z każdą kolejną stroną było tylko lepiej. Przeczytałam całą książkę w trzy godziny. Serio. Wciągnęłam się od razu i nie byłam w stanie oderwać się od niej, dopóki nie poznałam już jej sekretu.

Anna musi żyć z poczuciem winy tak ogromnym, że nawet nie jest w stanie spać. Jeden moment, jedna pomyłka sprawiała, że jej idealne, stabilne życie rozpadło się na milion kawałeczków. To samo stało się zresztą z jej psychiką, nie potrafi sobie poradzić z traumą, zamyka się na najbliższych. A potem zaczyna jej się wydawać, że ktoś ją śledzi, obserwuje i prześladuje. 

Dlatego postanawia zmienić swoje życie o 180 stopni, porzuca ambitną karierę i wyjeżdża na szkocką wyspę Rum, malusieńką, odciętą od reszty świata, na której jest tylko trzydziestu jeden mieszkańców, jedna szkoła, licząca czterech uczniów i jeden hotel, w którym to Anna zaczyna pracować. 

Okazuje się jednak, że jej złe fatum podąża za nią nawet na ten zapomniany koniec świata. W hotelu zatrzymuje się siedmiu gości i Anna jest pewna, że jeden z nich nie przyjechał tam, żeby beztrosko wędrować po górzystych terenach Rumu. Przybył tylko i wyłącznie z jednego powodu - żeby zakończyć jej życie. 

Ta atmosfera strachu, tajemnicy i ciągłej potrzeby oglądania się przez ramię, wprawia czytelnika w tak mroczny nastrój. Wszyscy goście są podejrzanymi w tej łamigłówce, a raczej grze o życie. Nikomu nie można ufać. Będziecie razem z Anną analizować każde najbardziej niewinne słowo, każdy mniej lub bardziej podejrzany gest. Z czasem okaże się, że goście hotelu mają swoje problemy i mroczne lub smutne tajemnice, które po kolei zaczną wypływać na światło dzienne, zmieniając Wasze zdanie o bohaterach, rzucając na nich nowe podejrzenia. 

Przyznaję, że do samego końca nie mogłam zdecydować, kto wydaje mi się najbardziej prawdopodobnym podejrzanym. Momentami miałam takie "aha! to na pewno on/ona!", a potem w kolejnej chwili nie byłam już tego taka pewna. Dodatkowo, różne wydarzenia na wyspie bardzo komplikują życie mieszkańców hotelu i narażają ich na dużo ekstremalnych sytuacji, w których zachowują się bardzo... niepokojąco. 

Książkę czyta się na jednym wdechu, wydarzenia rozgrywają się na naszych oczach w niesamowitym tempie, a do tego cały czas towarzyszy nam uczucie niepokoju, powoli zaciskające się na naszych serduszkach. Potrzebuję więcej książek takich jak Teraz zaśniesz! Zdecydowanie nie zawiodła moich oczekiwań, dostarczyła mi ogromnej dawki emocji, dreszczyku na pleckach i wszystkiego tego, co powinny fundować nam thrillery!

Aha, no i ostatnie strony sprawiły, że ten niepokoik, który towarzyszył mi podczas czytania, wcale nie zniknął...

***
Recenzja
Teraz zaśniesz
C.L. Taylor

Lucinda Riley - Sekret Heleny



Helena odziedzicza po swoim ojcu chrzestnym domek na Cyprze o wdzięcznej nazwie Pandora i postanawia spędzić tam wakacje ze swoją rodziną. Powraca więc w miejsce, w którym była ostatnio jako nastolatka, ponad dwadzieścia lat temu, i w którym przeżyła swoją pierwszą wielką miłość. Na Cypr zamierza przyjechać też całkiem spora grupa mniej lub bardziej lubianych przyjaciół, znajomych i członków rodziny, co będzie stanowiło wybuchową mieszankę. 

Sytuacja życiowa Heleny jest troszkę zagmatwana. Od dziesięciu lat ma idealnego, kochającego męża, któremu urodziła dwójkę słodkich dzieciaczków. Ale ma też starszego syna, Alexa, i nigdy nie zdradziła nikomu, kto jest jego ojcem. Dodatkowo, jej mąż ma córkę z poprzedniego małżeństwa, z którą kontakty bardzo utrudnia wredna była żona. 


Po przyjeździe na Cypr w życiu Heleny pojawia się na nowo Alexis, jej wielka miłość. Przez te ponad dwadzieścia lat od ich ostatniego spotkania zdążył się ożenić, spłodzić synów, prowadzić rodzinną winiarnię, potem zostać wdowcem, ale cały czas przechowywał w sercu miłość do Heleny. A to tylko jeden z wielu czynników, które doprowadzają do tego, że po latach puszka Pandory (co już zwiastowała nazwa domku) w końcu się otwiera i nagle okazuje się, że tytuł książki, to niedomówienie, bo na światło dzienne wychodzi zdecydowanie więcej niż jeden sekret, a na wszystkich spada lawina katastrof, nieszczęść, smutków, kłótni i ciężaru odkrytych prawd. 

Sekret Heleny porusza tak wiele ponadczasowych problemów, że długo by wymieniać. Jest tu małżeństwo bez miłości, dziecko, które nie czuje się kochane, zapatrzony w siebie, znęcający się nad innymi gnojek, dojrzały ponad wiek chłopiec, który nie zna swojego ojca, alkoholik. Problemy wielu ludzi splatają się ze sobą pod dachem Pandory. A te sekrety - nie będziecie mogli się doczekać, żeby w końcu je odkryć. I mogę Wam zagwarantować, że zupełnie nie będziecie się spodziewać tego, co odkryjecie. 

Helena jest odmalowana jako olśniewająca kobieta, piękna, pełna życia, utalentowana, najlepsza na świecie matka, która jest spoiwem całej rodziny. Jej nieobecność jest dotkliwie odczuwalna, brak jej ciepłego głosu natychmiast wydobywa z ukrycia wszystkie zgrzyty. Wiecie, kolejne nawiązanie do greckiej mitologii - piękna Helena, wokół której robi się niezła awantura. 

Ale muszę przyznać, że... nie do końca ją polubiłam. Jej zachowanie było momentami groteskowe, czasami bardzo denerwujące. Najbardziej zapadła mi w pamięć scena z początku książki, gdy okazało się, że Alex się odwodnił, a ona, po wysłuchaniu porad lekarza, poszła sobie beztrosko zobaczyć, czy uda się napełnić basen wodą. Wtf? Najlepsza matka na świecie. 

Zdecydowanie dużo przyjemniejszą postacią był dla mnie Alex, który jest narratorem w książce. Riley bardzo fajnie przedstawiła trzynastolatka z jego trzynastoletnimi dylematami, pierwszymi miłostkami, wizją nowej szkoły, ale także z tymi mało dziecięcymi problemami (jak fakt, że nie wie, kim jest jego ojciec i będzie musiał stawić czoło sekretom Heleny).

Gdybym miała opisać każdą z postaci, które odgrywają w tej książce ważną rolę, to wyszłaby z tego taka mała książka sama w sobie. Po pierwsze, jest ich naprawdę całkiem sporo, ale tak naprawdę chodzi mi nie tyle o ilość, co o jakość. Są to postaci cudownie wykreowane, wręcz namacalne i prawie prawdziwe. Począwszy od przeuroczych brzdąców, przez Alexa i pozostałe starsze dzieciaki, kończąc na dorosłych, zamieszkujących Pandorę - Riley każdego z nich potraktowała z należytą uwagą, zapewniła mu przeszłość, stworzyła przekonujący charakter, żywe dialogi.

Dzięki temu Pandora zyskała też realnie uroczy i przyjemny klimat wakacyjnego domku, tak, że faktycznie chciałoby się wskoczyć do chłodnej wody w basenie i zwiedzić urocze zakątki Cypru. Wykreowany przez Riley świat jest magiczny i barwny, nawet pomimo zbierających się nad nim chmur i cieni.

W końcu książka opowiada też na parę istotnych pytań: czy można uciec przed przeszłością i nawet ważniejsze - czy można uciec przed prawdą? Czy ostatecznie dopadnie bohaterów i każe im się zmierzyć oko w oko z konsekwencjami? I czy dadzą sobie z tym radę?

***
Recenzja
Sekret Heleny
Lucinda Riley

Michael Miller, Adrianne Strickland - Cień

 
Qole ma tylko 17 lat, ale już została okrzyknięta najlepszym pilotem w galaktyce. Jednak zamiast zdobywać sławę i uznanie, dziewczyna mieszka na biednej planecie Alaxak na końcu świata, gdzie na starym rodzinnym statku zajmuje się poławianiem cienia. Cień to taka dziwna, tajemnicza substancja, która mogłaby być najlepszym źródłem energii, ale jest zbyt niestabilna i zagraża życiu. Ludzie, którzy byli wystawieni na jej działanie od setek lat (tak jak Qole i jej przodkowie), w młodym wieku wpadają w obłęd i umierają. Są oni jednak jedyną nadzieją na opanowanie cienia, bo ich ciała w jakiś sposób się z nim łączą, więc nie umierają od razu po ekspozycji. Z tego powodu tajemniczy Nev werbuje się na statek Qole i próbuje zdobyć jej zaufanie.

To nie jest wielka odyseja kosmiczna. Zdecydowanie. Sprawa z tą książką wygląda tak, że była naprawdę ciekawa, czytało się ją szybko i przyjemnie, tylko, że... gdzie się podział klimat sci-fi?!


Przecież w literaturze sci-fi można wymyślić naprawdę wszystko. Nowe rasy? Proszę bardzo. Kosmici? Oczywiście. Niesamowite planety z nieznaną wcześniej fauną i florą? Jasne. Super-ultra-nowoczesna technologia? Raczej, że tak. A tutaj... prawie nic z tego się nie pojawiło. Wszyscy bohaterowie są ludźmi. Autorzy pokazali nam trzy planety, ale tak pobieżnie, że nie było w nich niczego wyjątkowego, a super technologia ograniczyła się do pistoletu i miecza magnetycznego. Rozumiem, że rys historyczny jest taki, że po Wielkim Upadku ludzkość musiała powrócić do starej technologii, ale halko, to jest dalej technologia, dzięki której zdobyli gwiazdy i planety, więc mogłaby być chociaż trochę... niesamowita.


Dodatkowo, jak na kosmiczną sagę, której akcja rozgrywa się w dużej mierze w kosmosie i na statkach kosmicznych, to było w niej rozczarowująco mało kosmicznych walk (czytaj - zero). A skoro już mówimy o walkach, to naprawdę bardzo lubię, kiedy są porywające i pełne akcji, a w Cieniu było z tym bardzo średnio. Większość opisów walki wygląda mniej więcej tak (to nie jest cytat): "Wow, ale oni się bili! Ile emocji! Tak się bardzo bili i wirowali, i się bili". Albo tak (to akurat jest cytat): "grad kopniaków, bloków, ciosów i uników zakończony odskokiem". I to jest mniej więcej tyle. Tak serio, to był chyba jeden bardziej emocjonujący opis, a ja (już o tym kiedyś wspominałam) wychodzę z założenia, że jeśli tworzy się przygodowe fantasy albo sci-fi, w którym ludzie mają się bić, to trzeba potrafić dobrze napisać o tym, jak się biją.

Dobra, trochę sobie pomarudziłam, więc teraz jestem już gotowa, żeby porozmawiać o plusach tej książki. A wbrew pozorom, parę się ich znalazło!


Pierwsza rzecz to bohaterowie. Nev jest ostentacyjnie pewny siebie i ma słabość do teatralnego zachowania, ale w ten taki nienachalny sposób, gdzie możemy mu to wybaczyć, bo ogólnie to uroczy chłopiec z dobrym serduszkiem. Qole musi codziennie mierzyć się z brzemieniem przodków i niezbyt optymistyczną wizją przyszłości, a dodatkowo czuje się odpowiedzialna za resztę załogi (mimo, że wszyscy jej załoganci są tak naprawdę starsi od niej). Postaci drugoplanowe też są bardzo fajnie wykreowane, ciekawe, mają swoje tajemnice, charakter, znaki szczególne. Podbijają serduszka, albo wręcz przeciwnie - od pierwszej chwili ich nie lubimy. Ale znajdą się też takie, co do których nie możemy być do końca pewni...


Bardzo podobał mi się też motyw cienia - i jako super źródła energii, i jako tajemniczej substancji, która daje ludziom dziwne zdolności i umiejętności. Nie chcę pisać o tym zbyt dużo, żeby nie psuć Wam zabawy.

Pojawia się tu też tajemnicza katastrofa z przeszłości (zwana Wielkim Upadkiem), która pozostawiła świat bez portali transportacyjnych i zmusiła ludzkość do cofnięcia się w rozwoju technologicznym. A do tego to niby młodzieżówka i przez większość czasu jest taka urocza, miła, troszkę naiwna. Ale czasami robi się całkiem niebezpiecznie, mrocznie i brutalnie. I to naprawdę robi swoje! A przynajmniej w moim odczuciu, bo ja lubię jak jest trochę mrocznie. 

Wszystko miało ręce i nogi. Zdania były ładne i składne, język przyjemny. Mogłabym się przyczepić jedynie do paru momentów, w których jest opisane działanie cienia - były chaotyczne i nie do końca można było sobie to wszystko zwizualizować. No i te walki...

Nie chcę, żebyście odnieśli mylne wrażenie, bo zaczęłam od wymieniania minusów powieści. Cień naprawdę mi się podobał. Chętnie sięgnę po drugą część i może nawet miło się zaskoczę, jeśli autorzy postanowią chociaż odrobinę rozbudować w niej swój świat.

***
Recenzja
Cień
Michael Miller
Adrianne Strickland

Ałbena Grabowska - Nowy Świat


W postapokaliptycznym świecie po buncie maszyn, trójka dzieciaków ucieka z Kolebki, która w teorii miała być ostoją dla biednych pokońcoświatowych sierot, okazała się jednak ośrodkiem naukowym, w którym dzieciakom usuwano pamięć, mieszano w głowie, a potem przeprowadzano na nich eksperymenty. Dlatego też każde z naszych trzech głównych bohaterów ma wyjątkowe zdolności. Estra potrafi czytać w myślach, Sky ma umysł o ogromnej pojemności, do którego można zgrywać dane jak na wielki dysk wymienny, a Maroon jest hybrydą lwa z człowiekiem. Aha, no i mają też gadającego kota, Freuda.

Pomysł jest dobry, z dużym potencjałem i początkowo z zachwytem myślałam, że oto mam przed sobą kawał naprawdę dobrej książki. Nawet ten bunt maszyn, który, nie ukrywajmy, jest jednym z najbardziej wyeksploatowanych motywów w literaturze, nie przeszkadzał mi jakoś szczególnie. Cyfrowo stworzona Wyżyna dla najbardziej uprzywilejowanych, na których reszta biedaków musi ciułać, to w sumie kolejny powtarzalny motyw, który jednak można było fajnie ograć. Natomiast Kolebka, w której pracują Ojcowie i Matki, brzmiała jak super sprawa (tzn. na tyle, na ile super może być ośrodek, gdzie eksperymentuje się na dzieciach).

Ale potem wszystko zaczęło się psuć...


Pani Grabowska nie wykorzystała w pełni ani nowoczesnej technologii, ani stworzonego przez siebie świata. Wszystkiego było za mało, opisy były bardzo skąpe i nie pomagały w poruszeniu wyobraźni, do tego mam zastrzeżenia do paru spraw natury logistycznej, jak i fizyczno-przestrzennej.

Sky, który jest naszym pierwszoosobowym narratorem, był naprawdę beznadziejny w swojej roli. Nie dość, że nie można o nim zbyt dużo powiedzieć, to jeszcze jest tym typem bohatera, który przesypia albo jest nieprzytomny podczas najważniejszych momentów w akcji, potem trzeba mu na szybko wytłumaczyć, co się działo, kiedy go nie było, a wychodzi to tak, że ani on, ani czytelnik nic nie ogrania.

Wątek miłosny był... nawet nie mdły, tylko zupełnie bezpodstawny, wciśnięty na siłę, nienaturalny, niespójny i porzucony nagle bez żadnego konkretnego wytłumaczenia. W takiej formie, w jakiej został podany, książka zupełnie go nie potrzebowała.

Dodatkowo, znalazłam pełno nieścisłości, które pozostawiły po sobie tylko niesmak, no bo jak tak można... Na przykład Sky otwiera rano oczy z komentarzem, że tak miło mu się spało i dobrze wypoczął, po czym dwa akapity później wspomina o tym, że całą noc budził się co chwila, bo śniło mu się, że torturują jego przyjaciela. Kto mógłby wypocząć podczas czegoś takiego?!

Na końcu zapanował już kompletny chaos, kiedy wszyscy zmieniali strony tysiąc razy i ostatecznie nie wiadomo już było, kto jest z kim, przeciwko komu i dlaczego. Pani Grabowska przegięła trochę ze zwrotami akcji. Zamiast "o nie, jak on/ona/oni mogli to zrobić?!" miałam takie "halo, ale co się tu w ogóle dzieje?!".

Zakończenie był rozczarowujące, w tym sensie, że całą książkę dążymy do czegoś, do tego jednego momentu, do punktu kulminacyjnego i rozwiązania, a ostatecznie jest ono takie... potraktowane po macoszemu, bez sensu i meh. A zachowanie Estry na ostatnich dziesięciu stronach było po prostu dziwne, jakby pani Grabowska nagle wyrzuciła bohaterkę, którą znaliśmy przez całą książkę i wprowadziła zupełnie nową.

Może jestem tak krytyczna, bo ten początek sprawił, że naprawdę miałam nadzieję na coś dużo lepszego, dlatego tak bardzo, bardzo się zawiodłam. Jedyny aspekt, który podobał mi się przez cały czas, to Maroon, bardzo słodki dzieciak. Do niego nie mam żadnych obiekcji.

***
Recenzja
Nowy świat
Ałbena Grabowska

Tana French - Wiedźmie drzewo


Toby ma idealne życie, dobrą pracę, cudowną dziewczynę, mieszkanie, pieniądze, przyjaciół i wszystko zawsze idzie po jego myśli. Do momentu, gdy dwóch gości włamuje się w nocy do jego mieszkania i przy okazji pobija go do nieprzytomności. Chłopak cudem unika śmierci, ale nie jest już równie sprawny (zarówno fizycznie, jak i psychicznie), co dotychczas. Dodatkowo, mierzy się z depresją, strachem przed wychodzeniem z domu i atakami paniki. Przeprowadza się z dziewczyną (Melissą) do rodzinnego domu, w którym za dzieciaka spędzał wakacje ze swoimi kuzynami pod okiem niezamężnego wujka Hugo, który teraz ma guza mózgu i powoli umiera, więc pomysł rodziny jest taki, że Toby będzie doglądał Hugo, Hugo będzie doglądał Toby'ego, a Melissa ich obydwu. I żyją sobie tak w trójkę w przyjemnej atmosferze, dopóki w jednym z drzew w ogródku nie zostaje znaleziony... ludzki szkielet. 

Zauważyłam, że ta książka spotkała się z raczej chłodnym odbiorem i wieloma negatywnymi opiniami. Mój instynkt wytrawnego detektywa (a tak naprawdę goodreads i lubimy czytać) doprowadził mnie do następującej konkluzji: wierni fani Tany są zawiedzeni poziomem Drzewa w porównaniu do jej poprzednich dzieł. Ja (niestety dla mnie, stety dla książki) takiego porównania nie mam, ponieważ było to moje pierwsze spotkanie z tą panią, dlatego też moja opinia nie będzie negatywna. 

Przeczytałam też w tych komentarzach, że akcja naprawdę długo się rozwija i to akurat najprawdziwsza prawda. "Wstęp" do historii "właściwej" (czyli do odkrycia morderstwa i dochodzenia w sprawie morderstwa) miał około 150-200 stron! Ale, jeśli mam być szczera, to ta część podobała mi się dużo bardziej od tej "kryminalnej". Przez ten początek się płynie. Powoli, bo powoli, ale jak przyjemnie! Kunszt pisarski pani French tchnie z każdego jednego zdania. Gdyby nigdy nie znaleźli tego szkieletu, a opowieść snuła się wolno wokół Toby'ego, Melissy i Hugo, mieszkających sobie w starym wiktoriańskim domu, to wcale nie byłabym zawiedziona. 

Jeśli chodzi o kryminały, to jestem przyzwyczajona raczej do rozwiązania, w którym jakiś błyskotliwy, ale nadużywający alkoholu detektyw (Jo Nesbo), ewentualnie ładna policjantka z ekscentrycznym pomocnikiem (Lucyfer, Castle) prowadzą dochodzenie, trafiają na coraz więcej zagadkowych poszlak i ostatecznie rozwiązują morderstwo w wielkim finale, a potem wszyscy biją im brawo. Tutaj jest zupełnie inaczej. Oglądamy całą historię z punktu widzenia Toby'ego, który jest w sumie jednym z podejrzanych, a w dodatku niezbyt błyskotliwym, czy ekscentrycznym, ponieważ po wypadku jego umysł nie pracuje na najwyższych obrotach. Do tego stopnia, że chłopak nawet sam nie wie, czy może przypadkiem to nie on zabił... Dlatego całe "dochodzenie" w jego wydaniu jest raczej koślawe i skupia się bardziej na tym, że Toby dowiaduje się rzeczy o sobie, a nie o biednym nieboszczyku. 


Dlatego, jeśli szukacie trzymającej w napięciu, ociekającej akcją i wybuchami powieści
detektywistycznej, to to nie jest dobra opcja. Ale jeśli kręci Was mocno rozwinięty wątek psychologiczny, głęboka analiza postaci i trudne tematy, to tutaj zdecydowanie znajdziecie coś dla siebie. 

Jedyne, do czego mogę się przyczepić, to końcówka, która bardzo mnie rozczarowała i zostawiła z mieszanymi uczuciami. Nie chodzi mi o to, że to było złe zakończenie, które należy shejtować, ale raczej, że zrobiło mi się przykro, bo miałam nadzieję, że wypadki potoczą się zupełnie inaczej. Aha, no i Toby był naprawdę tak strasznie zadufaną w sobie, samolubną osobą, że to aż nieprawdopodobne.






***
Recenzja
Wiedźmie drzewo
Tana French

Taran Matharu - Wybrany

Na wstępie zaznaczę tylko, że nigdy nie czytałam Summonera, nie mam żadnego sentymentu do pana Matharu i zupełnie nie wiedziałam, czego się spodziewać po tej książce. Oprócz tego, że okładka jest super. Proszę nie oceniać. 

Cade trafia do poprawczaka za kradzież laptopów, w którą wrobił go kolega z pokoju w super dobrej, prywatnej szkole. Nie zyskuje tam zbyt wielu przyjaciół, bo jest takim drobnym chucherkiem, inteligentnym chłopaczkiem z hinduskimi korzeniami, więc stara się po prostu w spokoju odsiedzieć swój "wyrok" i nikomu nie wchodzić w drogę. 

Ale ta część jest tak naprawdę mało istotna, bo prawdziwa akcja zaczyna się w momencie, kiedy Cade w jednej sekundzie leży sobie w łóżku w tym poprawczaku, a w następnej zostaje w magiczny sposób przeniesiony na skałę pośrodku pustyni, pod którą czai się na niego wielki, straszny potwór. 

Okazuje się, że do tego dziwnego świata (piekła? innej planety? obcego wymiaru?) ktoś przeniósł też paru innych chłopaków z poprawczaka (w tym, oczywiście, łobuza sadystę, któremu sprawia przyjemność gnębienie innych i którego Cade strasznie się boi). Chłopcy muszą spróbować przeżyć w nieprzyjaznym świecie i ogarnąć, jak wrócić do domu i co się w ogóle dzieje. A dzieje się całkiem sporo dziwnych rzeczy. Na swojej drodze trafią na martwe ciała rzymskich legionistów z II wieku, dwudziestowieczny jacht, ziggurat i wiele innych ziemskich artefaktów. 

Przy okazji nad ich głowami cały czas unosi się Kodeks, dziwne urządzenie, które wygląda jak z przyszłości, mówi i odlicza im czas do tajemniczej rundy kwalifikacyjnej. Tam tam taaaam...

Mam problem z przypisaniem tej książki do odpowiedniej grupy wiekowej. Bardzo prosty język i niewymagający styl skłania mnie raczej w stronę młodego odbiorcy, ale ilość martwych ciał zdecydowanie mówi coś innego. Z drugiej strony, momentami czułam się ewidentnie za stara na tę książkę - jest napisana tak lekko i... pozytywne, że nawet jeśli dzieją się złe rzeczy, to i tak wiemy, że pewnie wszystko będzie dobrze i miło, i fajnie.

Co nie zmienia faktu, że dobrze się bawiłam! Zawodnika czyta się szybko i przyjemnie, od razu zapada się w ten dziwny świat i spowijające go tajemnice. Zagadka wabi i domaga się rozwiązania. Co chwila pojawiają się też nowe miejsca, stworzenia i osoby, które wprowadzają czytelnika w jeszcze większe zdziwienie. 

Zdecydowanie brakowało mi większej uwagi poświęconej zbudowaniu świata. Albo raczej opisaniu go w bardziej wyczerpujący sposób, bo świat wydaje się super, ale jest go za mało. Z drugiej strony, bohaterowie są charakterystyczni. Może nie wykreowani tak perfekcyjnie, że nie da ich odróżnić od żywych ludzi, ale wystarczająco, żeby zapadali w pamięć. 

Będę się trzymać jednak tego, że to lekka młodzieżówka, na pewno nie dla każdego fana fantastyki. Jeśli szukacie high epic fantasy, to przejedziecie się na całej linii, ale jeśli chcecie po prostu miło spędzić parę godzin nad niewymagającą, przyjemną lekturą, to ta przypadnie Wam do gustu! 

***
Recenzja
Wybrany
Taran Matharu

Beth O'Leary - Współlokatorzy

We wszystkich materiałach promocyjnych można przeczytać, że "tym debiutem zachwycił się cały świat" i wiecie co? Zupełnie się nie dziwię! Ta książka ma tak przyjemny klimat, tak grzeje serduszko, bawi, smuci i złości w odpowiednich momentach, że ja też jestem zachwycona!

Gdy ją czytałam, miałam nadzieję, że nigdy się nie skończy. A gdy już się skończyła, miałam ochotę zacząć od nowa. Autentycznie, nawet w tej chwili patrzę na nią z utęsknieniem, kiedy tak sobie stoi na półce z tą przeuroczą historią skrytą w pięknej okładce. Mam zamiar wcisnąć ją po kolei jak największej grupie moich znajomych, a potem do niej wrócić :D

To o co tyle szumu? Otóż Beth O'Leary rysuje przed nami dosyć nietypową historię. Tiffy, po nieprzyjemnym rozstaniu z chłopakiem, postanawia odzyskać niezależność i wyprowadzić się na swoje. Niestety, jej fundusze nie są zbyt pokaźne, więc okazuje się, że najatrakcyjniejszą ofertą, jaką udaje jej się znaleźć, jest... dzielenie łóżka z nieznajomym. Zasady są absurdalne, ale bardzo proste - ona będzie miała dla siebie całe mieszkanie (w tym łóżko) od 18:00 do 8:00, kiedy jej współlokator pracuje na nocną zmianę, a także w weekendy. W ten sposób nigdy się nie spotkają i będą mogli żyć w miarę normalnie i niezależnie od siebie. 

Okazuje się, że to jednak wcale nie takie proste, kiedy Tiffy wprowadza się do mieszkania (i życia) Leona (to ten właściciel mieszkania) z całym swoim inwentarzem dziwnych ubrań (jest fanką najdziwniejszych ubrań na świecie) i jeszcze dziwniejszych bibelotów, które rozkłada w każdym wolnym miejscu. A potem zaczynają pisać do siebie liściki na karteczkach samoprzylepnych i nagle okazuje się, że można z kim mieszkać, nigdy go nie spotykając i jeszcze się z tym kimś zaprzyjaźnić!

Przy okazji to nie jest po prostu kolejna banalna romantyczna historia. To znaczy jest, do tego momentami całkiem przewidywalna, co wcale nie psuje radości z czytania. W końcu tego chcemy od tej książki - żeby była miła, urocza i żeby można się w niej zakochać po uszy. Ale, ale, to jeszcze nie wszystko! Okazuje się, że były chłopak Tiffy zostawił ją z pokaźnym bagażem złych i nieprzyjemnych emocji, z którymi dziewczyna nie może sobie poradzić. Nie chcę Wam zdradzać za dużo, ale Tiffy jest całkiem mocno popsuta, a O'Leary pokazała to po mistrzowsku. 

Pierwsze, na co zawsze zwracam uwagę, to czy książka jest dobrze napisana. Nie tyle pod względem ordynarnych błędów, bo zawsze mam nadzieję, że takie rzeczy po korekcie nie powinny się już pojawiać, ale czy zdania są składne i ładne, czy język jest atrakcyjny i czy będzie mi się to przyjemnie czytało. I tutaj już po pierwszej stronie wiedziałam, że odpowiedź na te pytania brzmi "tak". 

Bohaterowie są barwni, ciekawi, inteligentni i wcale nie mówię tutaj tylko o głównej dwójce, ale też wszystkich pobocznych postaciach. O każdej z nich mogłabym się długo rozwodzić i znam naprawdę niewiele książek, w których drugoplanowi bohaterowie byliby tak porządnie rozwinięci. Wiecie, to nawet nie są jakieś przydługie dygresje, które zaburzałyby rytm książki, tylko takie małe wstawki, które pokazują, że każdy ma swój charakter. 

Znalazło się jednak parę rzeczy, które nie do końca mi grały. Tiffy więcej niż raz była opisana jako strasznie wysoka i "duża", przez co długo nie umiałam przestać sobie wyobrażać wielkiej baby w dziwnych ubraniach. Natomiast Leon jest małomówny i zamknięty w sobie, więc łatwo można wyobrazić go sobie jako ponurego mruka. Nie róbcie tego! 

Dodatkowo niektóre zachowania i przemyślenia Tiffy sprawiały, że jedyne, co przychodziło mi do głowy to "WTF?!", a kiedy opowiadałam o nich bratu, mówił tylko "ta dziewczyna jest głupia...". Ale trzeba pamiętać, że Tiffy naprawdę przeżyła parę ciężkich rzeczy i tak serio, to wcale jej się nie dziwię. Mimo wszystkich tych złych wspomnień, dalej pozostała uroczą, radosną i barwną osóbką, a jej zabawne liściki i błyskotliwe komentarze nadają magii całej historii.

To idealna książka na miły wieczór, miłe popołudnie, miły poranek przy kawie, miłą ławkę w słonecznym parku. Książka, która nieodwołalnie zdobyła moje serduszko, mimo, że zupełnie się po niej tego nie spodziewałam. I jestem pewna, że zdobędzie też Wasze serca, a potem pozostawi je z uczuciem spełnienia i szczęścia. Koniec. 

***
Recenzja
Współlokatorzy
Beth O'Leary

Sylvain Neuvel - Tylko ludzie


Jeśli nie przeczytaliście jeszcze żadnej książki z Archiwów Temidy albo tylko pierwszą z nich, proszę nie scrollować dalej! Zamiast tego zapraszam do recenzji odpowiednio Śpiących gigantów (część I) albo Przebudzonych bogów (część druga). 

Sprawa wygląda tak, że twórczość Neuvela oczarowała mnie od pierwszej strony Śpiących gigantów i od tego momentu nie zawiodła ani razu. Dlaczego? Bo dostarcza mi dokładnie tego, czego się po niej spodziewam. A przy okazji jest też przecudowna, zapierająca dech w piersiach i kocham ją z całego serduszka.

Ten styl narracji składający się z zapisów rozmów, wpisów z pamiętników, fragmentów artykułów - to jest po prostu mistrzostwo! Wiem, że zachwycam się w nim w każdej recenzji każdej części, ale nie mogłabym o tym nie wspomnieć, bo to właśnie jedna z największych zalet tych książek. Tak niesamowicie buduje napięcie i dostarcza tak ogromnej dawki emocji, a przy tym nadaje wydarzeniom niesamowitego tempa. Nie musimy mozolnie przebijać się przez przydługie opisy scenerii, możemy się skupić tylko i wyłącznie na akcji i to skupić tak dokładnie, że mamy uczucie, jakbyśmy stali obok i brali w niej udział. To naprawdę niesamowite doświadczenie. I mówię to ja, która kocham długie opisy!

Kolejnym niezaprzeczalnym atutem tej książki są jej bohaterowie. Każdy z nich jest barwny, interesujący, a dzięki temu, że czytam ich wypowiedzi niejako z pierwszej ręki, czuję się, jakbym znała ich od lat. I najważniejsza rzecz - dialogi to prawdziwe mistrzostwo. Neuvel musi być całkiem fajnym gościem, skoro udało mu się stworzyć postaci, których rozmowy zawsze są niesamowicie inteligentne i zabawne, a rzucane mimochodem uwagi tak błyskotliwe, że zachwycam się każdym jednym słowem.

Jeśli chodzi o samą fabułę, to byłam nią mocno zaskoczona. Myślałam, że większość z niej skupi się na innej planecie, na którą zostali przeniesieni bohaterowie (pod koniec poprzedniej części). Okazuje się jednak, że wydarzenia na Ziemi, na którą Rose, Vincent i Eva powracają po dziewięciu latach, są dużo bardziej zajmujące niż jakieś tam obce planety w innych galaktykach. Serio. Tutaj akurat odczułam takie małe rozczarowanko, bo ta kosmiczna cywilizacja była taka... zwyczajna. Zupełnie nie powalała na kolana, więc jeśli spodziewaliście się high sci-fi z niesamowitą technologią i latającymi statkami kosmicznymi, to możecie czuć się zawiedzeni. Te wszystkie rzeczy są tam wspomniane, ale mimochodem, autor zupełnie się na nich nie skupia.

Dużo większy nacisk kładzie na obecną sytuację na Ziemi (czego w sumie mogłam się spodziewać po tytule, ale nieee...). A dzieje się na niej dużo niedobrego. Ludzkość źle radzi sobie z faktem, że została zaatakowana przez super rozwiniętą kosmiczną cywilizację, która bez problemu urządziła czystkę i to jeszcze dlatego, że większość ludzi ma w sobie geny kosmitów. Niefajna sprawa. Ta książka to też dobry psychologiczny obraz naszej społeczności, pokazuje, do czego zdolni są ludzie, gdy czują się zagrożeni, wytyka nam ignorancję, okrucieństwo i skrajną głupotę. 

Biorąc pod uwagę wszystkie plusy (ogromne) i minusy (niewielkie) Tylko ludzi (dziwnie wkomponowuje się ten tytuł w zdanie), ogłaszam, że wynik końcowy jest jak najbardziej pozytywny. Czyta się ją tak szybko, że nawet nie dotrze do Was, że to już koniec, dopóki nie przewrócicie ostatniej strony. Zaskoczy Was na pewno więcej niż raz. Bohaterowie nie zdradzają od razu wszystkiego, co działo się z nimi przez dziewięć lat nieobecności i tak naprawdę prawie do samego końca nie znamy całej sytuacji, więc wait for it. 

Moja miłość do Archiwum Temidy płonie mocno i na pewno nie przeminie. Czekam z utęsknieniem na kolejne powieści Neuvela. Mam nadzieję, że zachwycą mnie jeszcze bardziej, chociaż może to niedobrze, bo duże wymagania mogą sprawić, że ostatecznie się zawiodę... Proszę mnie nie zawodzić, Panie Neuvel, liczę na Pana z całego serduszka!

@booksoverhoes