Hafsah Faizal - Łowcy płomienia

Dobra i czysta jak łza Łowczyni, która codziennie naraża życie, by wykarmić mieszkańców swojej wioski. I przerażający asasyn, morderca niewinnych, Książę Śmierci, którego dłonie są tak splamione krwią, jak jego serce przepełnione jest mrokiem. Ich losy splotą się ze sobą podczas niebezpiecznej podróży przez wyspę Sharr, pustynne serce wszelkiego zła, zepsucia i klątwy, która odebrała ludziom magię i pogrążyła ich świat w chaosie.

Uuuu, jak to ładnie brzmi, prawda? Dodajcie do tego jeszcze magiczny klimat starożytnej Arabii, mistyczne stwory ze starych arabskich baśni, słodki wątek miłosny, przyjemne postaci i ciekawą historię, a Łowcy płomienia brzmią jak książka idealna. Niestety, mam względem niej mieszane odczucia. Z jednej strony podobało mi się to wszystko, o czym napisałam wyżej. Ale z drugiej... wykonanie jakoś tak siadło.

Mamy tu cudowny świat, oryginalny, bo nieczęsto zdarza się, żeby ktoś nawiązywał do mitologii arabskiej (dobra, była Buntowniczka z pustyni, ale to tylko jedna taka książka). Jest to świat ze swoją własną historią, geografią i tajemnicą, która od dziesięcioleci nie została rozwikłana. A klimatu dodaje mu jeszcze las Arz, który jest pogrążony we wiecznym mroku i ciągle się rozrasta, pochłaniając przylegające do niego wioski.

System magiczny jest... bez szału, ale całkiem okej. To znaczy, nie ma w nim nic oryginalnego, ale daje duże pole do popisu. Faizal udało się wykreować przemiłe i zabawne postaci, które grzeją serduszko (niestety nie wszystkie, bo są tu też postaci nijakie i mdłe, których imion nawet już nie pamiętam, a skończyłam to czytać wczoraj).

Do tego dostajemy jeszcze uroczy wątek miłosny, który co prawda niczym nie zaskakuje, ale... zresztą wiecie, jak to jest z tymi historiami miłosnymi w literaturze ya - niby wszystkie są takie same i od początku wiemy, jak to się potoczy, ale dalej czekamy z zapartym tchem na każdą jedną sytuację, kiedy nasza główna para zostaje sama i udaje, że nic między nimi nie ma, a jednak jest, ale może nie, a co jeśli tak.

W takim razie, co mi się tu nie podoba?

Najbardziej w książkach nienawidzę tych nierealnych sytuacji, kiedy wokół dzieje się wartka akcja, ale bohaterowie zawsze mogą w międzyczasie swobodnie porozmawiać o pogodzie, albo spojrzeć sobie głęboko w oczy. Na przykład w momencie, w którym są atakowani, mają czas, żeby przeprowadzić rozmowę, rzucić kilka zabawnych uwag i dopiero wtedy nagle przypomina im się, że "halko, tak w ogóle to jesteśmy atakowani", a wróg najwyraźniej czeka grzecznie aż do tego momentu i uprzejmie przysłuchuje się wymianie zdań.

Dodam do tego jeszcze irracjonalne i drażniące zachowanie bohaterów (szczególnie głównej bohaterki, której odpowiedzią na wszystko jest "hmm to może teraz ucieknę. Ale potem jednak wrócę"). A przy okazji, jest takim niby przekoksem, Łowcą, który chronił wszystkich ludzi w wiosce przed śmiercią i tak dalej, a na samym początku autentycznie co chwilę trzeba ją ratować z opresji.

Ale tak naprawdę to, co raziło mnie najbardziej, to niedoróbki i niedociągnięcia. Nieładna składnia zdań tak strasznie działała mi na nerwy. Zakładam, że to wina tłumaczenia, bo niektóre zdania brzmiały, jakby je żywcem przepisano z angielskiego na polski.

Dobra. Może Was zaskoczę, ale pomimo tych wszystkich niefajnych rzeczy, które raziły moje oczy i raniły serduszko, Łowcy tak naprawdę całkiem mi się podobali. Wpadłam po uszy w ten mroczno-fantastyczny klimat. Na tyle, że dalej myślę o tej książce i najchętniej od razu przeczytałabym drugą część.

Jenny Blackhurst - Noc, kiedy umarła

Cała historia zaczyna się w dzień ślubu Evie. Dziewczyna dopiero co powiedziała "tak" zakochanemu w niej po uszy Richardowi, ma na sobie przepiękną, koronkową suknię ślubną, goście bawią się kilka metrów dalej, wprost wymarzona sceneria... żeby skoczyć z klifu i się zabić. 

Nikt nie jest w stanie zrozumieć, dlaczego Evie postanowiła popełnić samobójstwo. Przecież była szczęśliwa, piękna i pełna życia, miała wszystko, czego dusza zapragnie, a ludzie wprost ją uwielbiali. Tylko Rebecca, jej najwierniejsza przyjaciółka, wie, czemu Evie skoczyła. Ale jeśli myślicie, że podzieli się tą wiedzą z kimkolwiek (w tym z czytelnikiem), to grubo się mylicie. Nikt nigdy nie może odkryć ich tajemnicy.

Tak więc Rebecca jako jedyna wie, czemu doszło do samobójstwa. Jest też całkowicie pewna, że Evie nie żyje (w przeciwieństwie do Richarda, który postanowił za wszelką cenę odnaleźć swoją żonę, albo przynajmniej odkryć, co doprowadziło ją do tak drastycznego kroku). Jednak pewnego dnia niespodziewanie Rebecca dostaje wiadomość od... Evie. 

Blackhurst nie zdradza zbyt wiele na raz, stopniowo rozbudowuje swoją historię, pozwalając nam powoli odkrywać nowe fakty, które coraz bardziej komplikują sytuację, a najlepsze kąski zostawia na sam koniec. Co prawda, w miarę szybko domyśliłam się niektórych "składowych" tej wielkiej tajemnicy. Na szczęście w książce było jeszcze tak dużo innych wątków, wydarzeń i zwrotów akcji, których zupełnie się nie spodziewałam, że nie odebrało mi to radości z czytania. 

Historia jest przedstawiona na dwóch płaszczyznach - teraźniejszości i przeszłości. W teraźniejszości za sprawą Rebecci oglądamy zmagania Richarda, który próbuje rozwiązać zagadkę śmierci  Evie i odkrywa coraz to nowe poszlaki, które każą mu zastanowić się, czy faktycznie ją znał. Oraz zmagania samej Rebecci, która nagle została całkiem sama bez swojej najlepszej przyjaciółki, lepszej połówki, wokół której dotychczas kręciło się jej życie. 

W retrospekcjach natomiast poznajemy głównie przeszłość Evie, o której nie chcę nic mówić, bo wszystko to ma wpływ na historię i Wasze spojrzenie na główne bohaterki, które będzie się zmieniało za każdym razem, gdy poznacie nowe fakty i mroczne tajemnice. A przynajmniej tak było w moim przypadku.

Noc, kiedy umarła była moją pierwszą książką Blackhurst i zdecydowanie zachęciła mnie do dalszej znajomości z autorką. To porządna dawka emocji z dobrą tajemnicą (a raczej kilkoma tajemnicami), zawiła, skomplikowana, wciągająca i taka... niebanalna. A zakończenie było po prostu cudowne!

To jak, chcecie się dowiedzieć, co tak naprawdę wydarzyło się tej nocy, kiedy Evie umarła?

Alex North - Szeptacz

Gdy Rebecca niespodziewanie umiera, ani jej mąż, Tom, ani mały synek, Jake, nie mogą poradzić sobie ze stratą. Ojciec i syn nigdy tak naprawdę nie potrafili odnaleźć wspólnego języka, a teraz zostali na świecie całkiem sami i zdani tylko na siebie nawzajem. 

Tom postanawia wyprowadzić się z dotychczasowego domu, który jest pełen wspomnień i śladów obecności Rebecci, do małego miasteczka Featherbank, w nadziei, że w nowym miejscu uda im się wrócić do normalnego życia. Niestety okazuje się, że gorzej nie mogli trafić, bo miasteczko ma swoją upiorną historię, która właśnie zatacza koło.

Dwadzieścia lat wcześniej w Featherbank zaginęło pięciu małych chłopców. Zanim zostali porwani, skarżyli się, że w nocy pod ich okna zakradał się potwór, który do nich szeptał. Ciała czterech z nich zostały odnalezione, jednak piątego już nigdy nikt nie widział. Ostatecznie porywacz i morderca został zatrzymany i zamknięty w więzieniu. Jednak teraz, dwadzieścia lat po makabrycznych wydarzeniach, znika kolejny chłopiec, który również przed porwaniem słyszał szepczącego przy jego oknie potwora. Czy Szeptacz powrócił? 

Z początku trudno było mi się przekonać do tej powieści, ale potem w pewnym momencie zaskoczyłam i dałam głębokiego nura w historię. Książkę czyta się szybko, jest napisana ładnie i lekko. Autor umiejętnie zbudował napięcie, powoli wprowadzając przyprawiające o ciareczki wydarzenia i postaci, a przed samym punktem kulminacyjnym emocji miałam tyle, że musiałam na chwilkę ją odłożyć, odetchnąć i powtórzyć parę razy "OMG OMG OMG", bo już nie dawałam rady.

Na klimat tej książki składa się tyle strasznych elementów - chłopcy, mieszkający w podłodze, wyimaginowane (czy aby na pewno?) dziewczynki, upiorne głosy i skrzypiące deski, czyli wszystkie rzeczy, które przerażają mnie najbardziej na świecie i które sprawiłyby, że wyprowadziłabym się z nowego domu już po pierwszej nocy. To nie tak, że ta książka to horror (tak naprawdę nie jest nawet straszna i możecie ją spokojnie czytać wieczorem), ale potrafi być naprawdę niepokojąca.

Choć główną postacią jest Tom (który jest też pierwszoosobowym narratorem), moim zdaniem dużo ciekawszy okazał się jego synek. Mały Jake, zamknięty w swoim świecie, otoczony przez wymyślonych przyjaciół, trudny w komunikacji, inny niż "zwykłe" dzieci, nad wiek dojrzały. A przy okazji odrobinę przerażający. Żadna inna postać nie jest tak barwna i ciekawa jak on, chłopiec, który jest niejako osią historii i większości dziwnych, niedających się wyjaśnić wydarzeń. 

Jeśli chodzi o wątek kryminalistyczny, to było go bardzo mało. Dostajemy niewiele informacji odnośnie śledztwa, które przez większość czasu polega głównie na przeczesywaniu okolicy i rozmawianiu z sąsiadami. A potem nagle wszystko zaczyna dziać się błyskawicznie, zagadka rozwiązuje się sama, a końcówka to już po prostu bieg w linii prostej bez żadnych przeszkód, co zupełnie mi się nie podobało. 

Szeptacz jest miłą i przyjemną książką z dawką emocji i adrenalinki, ale niczym więcej. Zdecydowanie nie jest to jakaś super hiper, extra, najlepsza rzecz, jaką w życiu czytałam. Nie jest też wcale tak straszna i przerażająca, jak się spodziewałam. Nie zrozumcie mnie źle, ta książka naprawdę mi się podobała, historia była ciekawa, a do tego autor umiejętnie grał na emocjach czytelnika, ale to tylko niezobowiązująca chwila rozrywki, która nie wywołała u mnie żadnych szczególnych zachwytów. 

Adam Kay - Świąteczny dyżur

Niby do świąt zostało jeszcze półtora miesiąca, ale ja już miałam okazję poczuć ich klimat dzięki nowej książce Adama Kay'a - Świąteczny dyżur. Na początku powiem tylko, że nie czytałam jego pierwszej książki (czemu? nie mam pojęcia, ale muszę to jak najszybciej zmienić!), niemniej jednak zupełnie nie przeszkadzało mi to w delektowaniu się drugą.

Już sam wstęp mnie rozbawił i miałam nadzieję, że dalej będzie tylko lepiej - na szczęście się nie zawiodłam. Kay zręcznie wprowadza nas w okołoświąteczne szpitalne zamieszanie, przedstawiając anegdotki ze swojego siedmioletniego doświadczenia w zawodzie lekarskim (podczas gdy KAŻDE święta spędził na dyżurze), okraszone lekarskimi świątecznymi żarcikami (nic więcej nie powiem, żeby nie psuć Wam zabawy).

Są tu historie zabawne, obrzydliwe (a jednak dalej zabawne!), ale też smutne i głębokie. Ta książka wywołuje całą gamę emocji - będziecie się śmiać, czasem złapie Was wzruszonko, a innym razem ogarnie niepohamowana chęć, żeby palnąć się w czoło i kręcić głową nad ludzką głupotą. Kay pracował na oddziałach ginekologiczno-położniczych, także możecie mieć pewne wyobrażenie o tym, jakiego typu anegdotki mógł zamieścić w swojej książce. Ale nie ograniczał się tylko do swojej specjalizacji, niektóre historie dotyczą ogólnie pracy i warunków w szpitalach, wpływu zawodu lekarskiego na życie osobiste, albo są luźnymi przemyśleniami na temat ludzkości, polityki i życia. A wszystko to zostało przedstawione w formie krótkich, błyskotliwych historyjek, które w głównej mierze będą wywoływać w Was niekontrolowane wybuchy śmiechu (powtarzam, że w głównej mierze, bo było tu też parę mocnych, głębokich i niekoniecznie zabawnych momentów).

Dodatkowo, podczas czytania Świątecznego dyżuru naprawdę ogarnął mnie ten bożonarodzeniowy nastrój (chyba nie do końca taki był zamiar autora, ale jednak!). Świąteczne książki powinno się czytać tylko w święta, bo teraz czeka mnie półtora miesiąca smutnego i niecierpliwego oczekiwania (chyba, że zdążę położyć rączki na poprzedniej książce Kay'a, może wtedy nie aż tak smutnego).

To cudownie zabawna, miła i przyjemna książka, ogromna dawka rozrywki w niewielkiej objętości. Aż żałowałam, że skończyła się tak szybko. Z drugiej strony, jest tam trochę poważnych tematów, ale nie na tyle, żebyście popadli w głęboką zadumę, depresję i nie mogli cieszyć się z zabawnych historii. A szata graficzna jest cudowna, pomysłowa i... również zabawna. Jeśli szukacie szybkiej lektury z dawką dobrego humoru, to Świąteczny dyżur na pewno Was nie rozczaruje. I wcale nie musicie znać się na medycynie, Kay wszystkie nawet najtrudniejsze lekarskie terminy wyjaśnia w jasny (i przezabawny) sposób.

Daria Górka - Aż do śmierci

Opis na tyle okładki mówi, że ta książka "to głos oddany kobietom, które głosu nigdy nie miały".

Które cierpiały w milczeniu. Bo bały się, że nikt im nie uwierzy. Że zostaną uznane za złe żony. Że Bóg odwróci się od nich, gdy postanowią wyrwać się z koszmaru i złamać przysięgę małżeńską. Że odbiorą im dzieci. Bo strasznie wstydziły się swojej bezsilności i "słabości". Bo nie zdawały sobie sprawy z tego, jak niesamowicie naprawdę są silne. 

Powiedzmy sobie szczerze, jak długo bylibyśmy w stanie wytrzymać poniżanie, upokarzanie, pranie mózgu, słuchanie, że jest się nic niewartym śmieciem, bicie, gwałty? I to wszystko w swoim własnym domu, miejscu, które powinno być bezpieczną przystanią pełną spokoju i miłości. A niektóre z tych kobiet znosiły to przez ponad trzydzieści lat!

Ta krótka książka niesie ze sobą tak ogromne pokłady emocji, złości, bezsilności, strachu, bólu, wstydu. Osiem kobiet przedstawia w niej swoje potworne historie, opowiada o tym, jak przez lata były traktowane gorzej od rzeczy, jak były bite, zmuszane do prostytucji, cięte nożami(!). Pokazuje rany na ich ciałach, ale też dużo gorsze - rany na duszy, które być może już nigdy do końca się nie zagoją. W końcu lata spędzone w cierpieniu doprowadziły bohaterki tej książki do ostateczności, do finałowego aktu zrodzonego z desperacji, kiedy postanowiły się obronić i zabiły swoich oprawców. 

Teraz odsiadują wyroki za morderstwo. Daria Górka nie próbuje umniejszać ich roli jako morderczyń. Zresztą, żadna z nich też nie. Wszystkie zgodnie twierdzą, że zasłużyły na karę. Że zabójstwo nie było rozwiązaniem ich problemów. 

Racjonalni ludzie będą zadawać pytania "Czemu wcześniej czegoś z tym nie zrobiły?", "Czemu nie odeszły, zanim było za późno?". W końcu są infolinie, są placówki, które pomagają ofiarom przemocy domowej. I właśnie na te pytania Górka szuka odpowiedzi w swojej książce. Próbuje zrozumieć, co kierowało tymi kobietami, odnaleźć ich perspektywę.

Łatwo nam mówić, że "na ich miejscu zachowalibyśmy się inaczej". Ja sama chciałabym myśleć, że gdybym kiedykolwiek spotkała się z przemocą ze strony mojego partnera/męża, zareagowałabym od razu, rzuciła to wszystko i odeszła. Ale tak naprawdę nikt, kto nie był w takiej sytuacji, nie wie, jak by się zachował. Mam nadzieję, że nigdy się w niej nie znajdę i Wam również życzę, żebyście nie musieli na własnej skórze doświadczać takiego horroru. Ale z tego powodu prawdopodobnie nigdy nie będziemy mogli na prawdę odpowiedzieć sobie na te pytania.

To bardzo mocna i przejmująca pozycja, wzbudzająca w czytelniku wiele emocji. Niektóre zdania autentycznie sprawiały, że krew mnie zalewała. Inne doprowadzały mnie do łez. Oprócz wywiadów ze skazanymi kobietami, Górka umieściła w książce również wypowiedzi psychologów, pracujących z ofiarami przemocy domowej, strażników w więzieniach dla kobiet, prawnika, który zajmuje się między innymi ich obroną w sądzie. 

Moje główne przemyślenia po lekturze Aż do śmierci? Takie sytuacje zdarzają się zdecydowanie zbyt często. Być może nawet w naszym najbliższym otoczeniu. Może po prostu nie zdajemy sobie z tego sprawy. Ale jeśli kiedykolwiek zauważycie takie przesłanki u kogoś z Waszych najbliższych, Waszych sąsiadów, albo nawet przypadkowych ludzi na ulicy, nie stójcie bezczynnie. Reagujcie. Nie ma wymówek, że "to ich życie", że "nieładnie się wtrącać". Nieładnie jest prać swoją żonę po mordzie. Nieładnie jest pozostawać obojętnym.

Chciałabym, żeby jak najwięcej osób przeczytało tę książkę, bo w naszym społeczeństwie istnieje niestety takie przeświadczenie, że o brzydkich rzeczach nie powinno się mówić otwarcie. Że coś, co dzieje się za zamkniętymi drzwiami, to nie nasza sprawa. A Aż do śmierci otwiera nam oczy na wielkie dramaty, które nie mają prawa bytu. I które mogłyby się zakończyć dużo mniej dramatycznie, gdyby ich ofiary (tak, te morderczynie to dalej ofiary) w porę otrzymały pomoc. 

Aleksandra Stanisławska, Piotr Stanisławski - Fakt, nie mit

Z całego serduszka kocham książki, które w przystępny sposób tłumaczą zawiłe i często niezrozumiałe dla zwykłego śmiertelnika naukowe niuanse. Uwielbiam też książki, które uczą mnie nowych rzeczy i otwierają oczy na sprawy, o których nigdy wcześniej nie słyszałam, a które są naprawdę ciekawe (jak na przykład chemtrails - wygooglujcie to sobie).

I to wszystko jest w tej książce! Po pierwsze, jest napisana tak lekko i zabawnie, że autentycznie, śmiałam się co drugi akapit i czytałam ulubione fragmenty na głos mojemu bratu, aż w którymś momencie zaczęłam mu po prostu czytać całą książkę jak leci. Po drugie, wszystkie te naukowe aspekty są bardzo ładnie przedstawione, tak by zrozumiało je szerokie grono odbiorców.

A po trzecie, książka nie porusza jakichś dziwnych tematów z kosmosu, które zupełnie nas nie dotyczą (chociaż nie mam nic do kosmosu, to też bardzo ciekawe miejsce), tylko bieżących, bardzo kontrowersyjnych i wzbudzających wiele sprzecznych emocji spraw. Czy szczepionki to faktycznie zło, które zabija dzieci? Czy pomidory GMO zaszczepią w naszym DNA zmutowane komórki? I czy mikrofalówka może nas napromieniować i zmienić w kolejnych zielonych, napakowanych Hulków? Nie jesteście do końca pewni? W takim razie lećcie do księgarni!

Ale tak naprawdę nie chodzi tutaj tylko o interesujące ciekawostki i bzdurne pseudonaukowe teorie, które bawią do łez. Bardzo chciałabym, żeby ta książka otworzyła ludziom oczy na to, że niektóre rzeczy, które robimy są naprawdę złe, szkodliwe i niezdrowe, ale nie chcemy słuchać o ich negatywnym wpływie. A z drugiej strony, jak na ironię, panicznie boimy się rzeczy, które nie są w stanie nas skrzywdzić.

Oczywiście, książka ta podobała mi się tak niesamowicie, ponieważ w każdej jednej kwestii zgadzam się z jej autorami. Natomiast wielcy fani teorii spiskowych, antyszczepionkowcy, antyGMOwcy i płaskoziemcy na pewno okrzykną ją herezją i kłamstwem. Teorie spiskowe i różnej maści pseudonauki to dla mnie w ogóle tak przezabawna sprawa. Robiłam na studia prezentację o płaskoziemcach i byłam autentycznie oczarowana tym, jak głupie rzeczy mogą przyjść ludziom do głowy i jak jeszcze głupszymi rzeczami mogą je tłumaczyć.

Przepraszam, jeśli właśnie uraziłam czyjeś przekonania, ale w tym temacie będę akurat bardzo stronnicza. Tym bardziej, że trochę już słyszałam o rzeczach, o których traktuje ta książka (kłaniają się moje cudowne studia) i mogę Wam potwierdzić, że państwo Stanisławcy nie kłamią. A jeśli nie ufacie moim naukowym kompetencjom (nie winię Was), to może przekona Was fakt, że podczas pisania autorzy konsultowali się z legitnymi naukowcami z różnych polskich uczelni, którzy znają się bardziej niż pan z facebooka.

Zdecydowanie jest to pozycja, którą wcisnę wszystkim znajomym (bo jest super śmieszna i ciekawa!) i mojej mamie, bo nasze batalie na temat jajek bez GMO (które ona każe mi kupować, a których ja nie czuję potrzeby kupować, bo to tylko chwyt marketingowy) na razie nie zostały rozstrzygnięte.

Polecam ją wszystkim, którzy chcą pozbyć się bezpodstawnych obaw, rozsiewanych przez podejrzane stronki internetowe, wszystkim, którzy chcą utwierdzić się w przekonaniu, że dobrze zrobili, szczepiąc swoje pociechy, a także tym, którzy chcą po prostu pośmiać się, czytając, jak to światowy rząd kontroluje nasze umysły.

Soren Sveistrup - Kasztanowy ludzik

Kasztanowy ludzik wciągnął mnie od pierwszej strony. To nie jedna z tych historii, gdzie akcja rozwija się powoli i momentami może być trochę nużąca. Już od samego początku dostajemy ogromną dawkę napięcia, makabrycznych scen i emocji. 

Kiedy pierwsza kobieta zostaje zamordowana w swoim własnym ogródku, a śledczy znajdują przy jej zwłokach figurkę z kasztanów, nikt jeszcze nie wie, jak poważna okaże się ta sprawa. Ciało jest zmasakrowane, widać, że ofiarę torturowano przed śmiercią, jednak nie to sprawia, że morderstwo staje się nagle tak sensacyjne. Okazuje się bowiem, że ma powiązania z głośną sprawą porwanej rok wcześniej dwunastoletniej córki pani minister, której ciała (to znaczy dziewczynki, nie pani minister) nigdy nie odnaleziono. I że nie będzie to jedyne morderstwo, podczas którego pojawi się kasztanowy ludzik.

Do sprawy zostają przydzieleni Naia Thulin i Mark Hess. Ona nudzi się w zacofanym wydziale zabójstw i stara o przeniesienie do walki z cyber-przestępczością. On zostaje za bliżej nieokreślone uchybienia oddelegowany z Europolu z powrotem do Kopenhagi, która kojarzy mu się jedynie ze smutną przeszłością. Ta sprawa będzie dla nich i dla całej policji ogromnym wyzwaniem. Wydaje się, że morderca cały czas jest o krok przed śledczymi, manewruje nimi, podrzuca im fałszywe tropy i doskonale bawi się ich kosztem. 

Przyznaję bez bicia, że nie jestem największym znawcą kryminałów, więc moja opinia może być zawyżona, ale nie mogłam doszukać się w tej książce żadnych negatywów. Napięcie było umiejętnie budowane, komplikująca się coraz bardziej intryga nie pozwalała oderwać się od historii. Zakończenie jest tak emocjonujące, że ostatnie rozdziały pochłaniałam w środku nocy, żeby już w końcu dowiedzieć się wszystkiego! Rozwiązanie, którego nie spodziewałam się tak naprawdę do ostatniej chwili, spójnie połączyło ze sobą wszystkie wątki. A przy okazji ten klimat smutnej, szarej, jesiennej Kopenhagi, ciągle zalanej strugami deszczu, tak idealnie pasował do historii, która też jest zdecydowanie ponura. 

Co do bohaterów, to nie zapałałam do nich jakąś szczególnie wielką miłością, ale wydaje mi się, że to specjalny zabieg Sveistrupa. Nie mówi zbyt wiele o ich życiu, czy przeszłości, chociaż drobne hinty mają nas nakierować na to, że raczej nie było im łatwo. Zarówno Thulin, jak i Hess są indywidualistami, zamkniętymi w sobie, bez przyjaciół, trochę odpychającymi i ekscentrycznymi, ale równocześnie bardzo oddanymi pracy i dobrymi w tym, co robią. Wcale nie przeszkadzał mi fakt, że ich prywatne życie nie było jakoś szczególnie rozkładane na czynniki pierwsze, bo dzięki temu mogłam bardziej skupić się na głównej historii, ale z drugiej strony autor naprawdę umiejętnie wykreował swoich głównych bohaterów, operując jedynie niewielką dawką informacji na ich temat.

Przeczytałam wiele opinii, że to idealna książka na jesienny wieczór. Moim zdaniem, to idealna książka na każdy wieczór, popołudnie czy poranek, niesamowicie wciągająca, klimatyczna, bardzo dobrze napisana. Na pewno zafunduje Wam dużą dawkę emocji i doskonałą rozrywkę. 

Guillaume Bailly - Nekrosytuacje. Perełki z życia grabarza

Na początku muszę przyznać, że po prostu kocham czarny humor. Dlatego, kiedy zobaczyłam zapowiedź Nekrosytuacji, pomyślałam, że oto powstała lektura wprost idealna - bo i okładka piękna, i środek zapowiada się tak kusząco, a w dodatku została napisana przez autentycznego, prawdziwego grabarza! Już wyobrażałam sobie, jak to będę się śmiała w głos z tych wszystkich czarnych żartów, bo nie ukrywajmy, ale cmentarze to temat rzeka, jeśli o takie żarty chodzi (mam nadzieję, że nie zabrzmiałam strasznie źle).

Niestety, przez większość czasu między mną a książką panowała martwa (hehe) cisza. Znalazło się w niej co prawda parę śmiesznych historii (na przykład wzmianki o zombie, czy mówiłam już, że kocham zombie?), ale zdecydowana większość wcale nie poprawiała humoru. Wręcz przeciwnie. Znalazły się tam historie naprawdę smutne. A jeśli nie smutne, to przynajmniej skłaniające do refleksji. 

Jak to w ogóle wygląda? Bailly serwuje nam koło kilkanastu historii i anegdotek z własnego życia lub zaczerpniętych z opowieści kolegów po fachu. Niektóre mają kilka stron, inne kilka zdań, czasem to jakiś grabarski "żarcik", albo zdanie, które grabarze słyszą zdecydowanie za często. Tak jak powiedziałam, faktycznie pojawiło się w książce parę "perełek", przy których parskałam śmiechem, ale były też historie zupełnie nieśmieszne i takie, których w ogóle nie zrozumiałam. Wiecie, parę zdań bez żadnej puenty, bez których książka nic by nie straciła.

Nekrosytuacje czyta się bardzo szybko i to duży plus! Nie były co prawda aż taka potworne, żebym modliła się, żeby jak najszybciej skończyć, ale też na szczęście nie poświęciłam na nie zbyt dużo czasu. Możecie machnąć całą książkę w dwie godzinki, albo czytać sobie po dwie-trzy anegdotki na raz, bo nie są ze sobą w żaden sposób powiązane. Książka jest napisana w bardzo przystępnej formie, prosto, ale ładnie. Bez zbędnego rozkładania wszystkiego na czynniki pierwsze. Bailly w sumie zazwyczaj nawet nie komentuje swoich historii, pozostawiając nas sam na sam ze swoimi wnioskami i przemyśleniami.

Można się z niej dowiedzieć na pewno wielu ciekawych rzeczy o tym, jak wygląda praca grabarza (na przykład, że to niekoniecznie zgarbiony staruszek z trzema włosami na krzyż, który śpi na cmentarzu, a groby kopie pod osłoną nocy przy upiornym pohukiwaniu sowy). Okazuje się, że to zawód jak każdy inny. Chociaż niekoniecznie, bo jest przecież tak poważnie obciążający psychicznie. Grabarze codziennie muszą obcować ze śmiercią, stratą, rozpaczą. I właśnie to ostatecznie uświadomiła mi ta książka - że zawód grabarza jest potwornie trudny i niedoceniany. A przecież nikt z nas nie chciałby być na ich miejscu.

Podsumowując - jeśli chcecie śmiać się do łez przez całe 250 stron książki, to... wybierzcie inną książkę. Natomiast, jeśli taki temat choć trochę Was interesuje i chcecie się dowiedzieć nowych rzeczy, to to zdecydowanie jedna z nielicznych pozycji w tej tematyce, więc powinniście po nią sięgnąć. Przy okazji, to też swojego rodzaju portret psychologiczny. Naprawdę dobrze pokazuje, jak ludzie radzą sobie (albo właśnie nie radzą) ze stratą bliskich.

Samantha Shannon - Zakon Drzewa Pomarańczy

Już od tak dawna marzyłam, żeby wziąć tę książkę w ręce, otworzyć i zanurzyć się w pięknie wykreowanej, fantastycznej historii o... smokach! I w końcu nadszedł ten moment! Czy Zakon spełnił moje oczekiwania??

Shannon zabiera nas w swojej powieści do świata zagrożonego powrotem Bezimiennego, potwornego monstrum, które przed wiekami wyłoniło się spod Góry Trwogi i prawie zniszczyło ziemię. Świata, który boi się kolejnej wojny z wyrmami i Żałoby Wieków. Świata, w którym krwawe żniwo zbiera smocza gorączka, a dwie zupełnie przeciwne sobie religie doprowadziły do podziału na dwa odizolowane od siebie kontynenty.

Sabran jest królową Inys, na której barkach spoczywają losy ludzkości. Religia Cnót głosi bowiem, że dopóki ród Berethnet (czyli jej ród) trwa, dopóty nie powróci Bezimienny. Ead to czarodziejka, wyszkolona zabójczyni, ukryta na dworze Inys w szatach pokojówki, członkini tajnego Zakonu, z którego istnienia większość świata nawet nie zdaje sobie sprawy. Obydwie zostały wychowane w nienawiści do smoków, wyrmów, w których trzewiach płonie wieczny ogień i których jedynym celem jest sianie spustoszenia oraz przynoszenie śmierci. Sługów Bezimiennego. Tane natomiast mieszka po drugiej stronie oceanu, w kraju, gdzie smoki otaczane są czcią i uwielbieniem. Całe życie poświęciła nauce, żeby dostąpić najwyższego zaszczytu i zostać... jeźdźcą smoków.

Loth, przyjaciel Sabran, spadkobierca Złotoborzy, zostaje wysłany w roli posła na niebezpieczną misję, która najprawdopodobniej skończy się jego śmiercią. A Niclays Roos to zapijaczony naukowiec z długami, aspirujący na alchemika, który stracił miłość swojego życia i od tego czasu stacza się coraz bardziej na dno. Ale dalej potrafi nieźle namieszać.

Czasy są niepewne. Wyrmy coraz częściej budzą się ze snu, w który zapadły po Żałobie Wieków. Krążą plotki, jakoby na niebie można zobaczyć wielkie zachodnice, najbardziej oddanych żołnierzy Bezimiennego. Bluźniercy mówią nawet, że to nie od płodności Sabran jest uzależniony powrót potwora. Czy podzielony świat jest gotowy na bitwę ze swoim największym wrogiem?

Dobra, całkiem obszerne to wprowadzenie. Przejdźmy do konkretów. To mocno feministyczna pozycja - mamy tu do czynienia nie z królestwem, a z królewiectwem, rządzonym przez pokolenia kobiet, z Zakonem sióstr wyznających wiarę w Matkę, a troje kluczowych głównych bohaterów to również kobiety. O Lothcie prawie nic nie ma, a Niclays... niezbyt rozumiem jego dużą rolę w czymkolwiek.

Świat jest bardzo ładnie wykreowany, z rozbudowaną historią i tradycją, ale opisy skupiają się głównie na wschodnim kontynencie, podczas gdy ten zachodni wydał mi się dużo ciekawszy i bardzo chętnie dowiedziałabym się o nim więcej. Nazwy geograficzne są super cudowne i inspirujące, mapka wygląda pięknie. Shannon zbudowała mocne fundamenty pod naprawdę dobre uniwersum, mam nadzieję, że jeszcze z niego skorzysta i wyciśnie z niego dużo więcej. 

Co do systemu magicznego, to jest całkiem dobrze przedstawiony, jeśli chodzi o funkcjonowanie świata, wyjaśnienie pochodzenia wyrmów, smoków, Bezimiennego i samej magii. Kuleje natomiast, gdy trzeba opisać, jak ludzie z tej magii korzystają. W sumie w ogóle nie ma tu jakiegoś głębszego opisu sposobu, w jaki funkcjonuje "czarowanie". A szkoda, bo dla mnie to istotna część fantasy.

Książka jest bardzo ładnie napisana, dialogi są naturalne, opisy obrazowe. No i "zachodnice" to najcudowniejsza nazwa dla smoka na świecie! Niestety, niekiedy zdarzało się, że zdania były bardzo źle złożone, a powtórzenia aż bolały. Wiecie ile razy w dwóch linijkach można użyć pochodnych słowa "prawda"? Wystarczająco dużo, żeby czytało się to nieprzyjemnie. 

Ogromnym minusem tej książki było... zakończenie. Kiedy przez tysiąc stron wszystko zmierza do wielkiego finału, to nie można sobie tak o rozwiązać akcji w stron dwadzieścia. No halo. Tak się nie robi! W ogóle wszystko przychodziło wszystkim zbyt łatwo. Straszne questy, które teoretycznie nie miały najmniejszej żadnej nadziei na powodzenie, to dla bohaterów bułka z masłem i kończyły się, jeszcze zanim się zaczęły. Wielka bitwa trwa tak krótko, że to aż smutne. Moim zdaniem lepiej byłoby zrobić z tego duologię, ale przynajmniej odrobinkę skomplikować... cokolwiek, bo to było po prostu rozczarowujące. Nie mogę nawet powiedzieć, że przewidywalne, bo naprawdę nie mogłam przewidzieć, że wszystko zawsze będzie się kończyło tak szybko. 

Jeśli jestem trochę krytyczna wobec tej książki, to tylko dlatego, że miałam co do niej ogromne wymagania, podbite jeszcze przez wszystkie pozytywne recenzje i dłuuuugi czas oczekiwania. Ostatecznie jestem zadowolona, ale niekoniecznie zachwycona. Chociaż, jak można narzekać na książkę, w której podstawowym motywem są smoki? <3 Ale właśnie! Zdecydowanie za mało tych smoków! Proszę następnym razem zrobić z nich głównych bohaterów!

Margaret Rogerson - Magia cierni



Elizabeth całe swoje życie spędziła w bibliotece. I niech mi ktoś powie, czy może istnieć cudowniejszy sposób na życie? Ale, ale, żeby było jeszcze lepiej, nie jest to taka zwykła biblioteka. Elizabeth wyrosła pośród cichego szelestu kartek, które same się przewracają, delikatnego szeptu i pochrapywania drzemiących na półkach grymuarów. Nie przywidziało Wam się. Te książki naprawdę żyją! Mają dusze, potrafią mówić, śpiewać, są łase na komplementy, lubią zwyzywać niczego niespodziewających się przechodniów. Silniejsze mogą nawet wpływać na ludzi, mamić ich iluzjami i naginać do swojej woli.

Pewnej nocy jeden z najpotężniejszych grymuarów w bibliotece przemienia się w malefiks, magicznego potwora obleczonego w ludzką skórę, broczącego się tuszem zamiast krwią. Elizabeth zostaje posądzona o udział w sabotażu biblioteki i musi udać się na przesłuchanie do stolicy, gdzie będzie ją eskortował... pewien młody, przystojny czarodziej. Ale jeśli myślicie, że dziewczyna jest zadowolona z jego towarzystwa, to grubo się mylicie. Elizabeth dorastała w nienawiści i strachu do czarodziejów (głównie za sprawą starych ksiąg, które czytała od małego, a w których to magicy zawsze byli przedstawieni w niekorzystnym świetle i zazwyczaj pijali krew dziewic).

Okazuje się, że sprawa jest dużo poważniejsza, niż mogłoby się wydawać, a Elizabeth zostaje przypadkiem wplątana w tajemnicę, liczącą sobie przynajmniej paręset lat. Tajemnicę, która zaburzy porządek całego znanego jej świata.

Magia cierni to combo motywów, które uwielbiam (i już uprzedzam, że wszystkie są mroczne!). Mamy tu demony, które trzeba spętać w magicznym kręgu, by służyły czarodziejom w zamian za ich dusze, nekromancję, czyli zdecydowanie mój ulubiony rodzaj magii (ten temat niestety nie został w moim odczuciu wyczerpująco wykorzystany) i przerażające, stare księgi, zszyte z ludzkiej skóry, ożywione potężną magią i cierpieniem dusz, złożonych w ofierze podczas ich tworzenia. No po prostu cudownie!

Ale jeśli teraz jesteście przerażeni, to już Was uspokajam. To nie jest super mroczna szatańska biblia, która na najbliższe pół roku spędzi sen z Waszych powiek. Wręcz przeciwnie! Ta książka jest tak cudownie urocza, pełna magii, zabawna i przyjemna. Dialogi są lekkie i pełne humoru, bohaterowie na stałe znajdują miejsce w Waszych serduszkach, a wątek miłosny jest idealnie wyważony. No i halo, najważniejsza rzecz - magiczne książki, które żyją! Książka o książkach to świetna sprawa, chyba nie muszę tego nikomu tłumaczyć.

Sam świat nie jest super rozbudowany czy oryginalny, ale dostajemy wszystkie najistotniejsze informacje, trochę historii, trochę magii, trochę polityki. Reszta bazuje na znanych schematach (przywoływanie demonów uprawiał na przykład taki Twardowski), które tworzą ładne, spójne tło do historii. Jeśli szukacie skomplikowanego word-buildingu i fantasy na najwyższym poziomie, to tutaj go nie znajdziecie. Natomiast to, co jest tu naprawdę magiczne (oprócz grymuarów!) to bohaterowie. Elizabeth jest urocza i taka... dająca się lubić, Nathaniel to oczywiście udręczony samotnik po przejściach, ale jest zadziorny, i tak zabawny i słodki, że uuuaaa. I demon też jest super!

Chciałabym więcej tego świata! Chciałabym móc powrócić do jego uroczych bohaterów, do baśniowego klimatu, do szeptu grymuarów. Nie oszukujmy się, mogłabym spędzić życie w takiej bibliotece! Magia cierni to książka, którą na pewno jeszcze kiedyś przeczytam, żeby na nowo zanurzyć się w tej uroczej historii. Nie jest to książka najwyższych lotów, ale naprawdę bardzo miło się ją czyta!

Ewa Przydryga - Zatrutka


Ania wychodzi pewnego poranka na spacer i... już nie wraca. Wszystko wskazuje na to, że popełniła samobójstwo, rzucając się w fale Bałtyku: przechodnie znajdują na plaży jej telefon, ubrania złożone w równą kostkę i buty, Ania zmagała się z depresją poporodową i niewątpliwie trudną sytuacją rodzinną z przeszłości, która odcisnęła na niej piętno. Jednak Piotr nie przyjmuje do wiadomości możliwości, by jego żona mogła się zabić. Postanawia sam dojść do tego, czemu i gdzie zniknęła Ania. A im dalej zagłębi się w swych poszukiwaniach, tym więcej tajemnic wyjdzie na światło dzienne. Piotr będzie musiał zadać sobie pytanie - co, jeśli tak naprawdę nigdy nie znał swojej drugiej połówki? 


W akcję tej książki wsiąka się powoli. Początkowo dryfuje się gdzieś pomiędzy pięknymi opisami Gdańska i pierwszymi odkryciami Piotra, które stopniowo układają się w coraz bardziej wciągającą historię. Na scenie ukazują się kolejne postaci, nowe informacje wychodzą na światło dzienne i akcja przyspiesza coraz bardziej, aż do momentu, kiedy już po prostu będziecie MUSIELI się dowiedzieć, o co w tym wszystkim chodzi.

Bardzo polubiłam głównych bohaterów, co ostatnio rzadko mi się zdarza. A może raczej polubiłam ich obraz, który był w książce wykreowany przez opowieści o nich, wspomnienia, wygląd domu. Niekoniecznie widać ten ich charakter podczas trwania książki (jako że ona zniknęła, a on był w depresyjnym ciągu poszukiwania). Ale to tacy mega ambitni, kreatywni ludzie, odważnie poszukujący nowych wrażeń i dreszczyku adrenaliny, których nigdy nie dopada nuda ani stagnacja. 

Jeśli chodzi o język, to jest bardzo ładny. Zdecydowanie można docenić kunszt pisarski Przydrygi w opisach Gdańska, o których już wspomniałam. Od razu widać, że autorka darzy to miejsce dużym sentymentem, aż miałam ochotę znów się tam wybrać, ale tym razem spojrzeć na miasto jej oczami, bo wydaje mi się, że gdy tam byłam, zwróciłam uwagę jedynie na piękną starówkę. Z drugiej strony, mam mieszane uczucia co do przydługich opisów w thrillerach. No bo niby nic nie wnoszą do fabuły, a poważnie spowalniają akcję, która w tego typu książce powinna być wartka i wciągająca. A jednak tak miło się je czyta! 

Pani Ewa serwuje nam dużo więcej niż tylko thriller. W swoją opowieść sprawnie wplata na przykład historyczne ciekawostki o naszym rodzimym kraju. Dodatkowo mamy tu niesamowicie rozwiniętą płaszczyznę psychologiczną - problemy rodzinne, ból po stracie najbliższych i ich wpływ na kształtowanie się ludzkiej osobowości.  A wszystko to oplecione jest w motyw muzyki i sztuki i ich znaczenia w naszym życiu. 

Ale, ale, jest w książce jedna rzecz, która niestety mnie zawiodła. I było to... zbyt szybkie zakończenie. Wiecie, jak to jest, zmierzamy całą książkę do punktu kulminacyjnego, który powinien wgnieść nas w fotel, zmiażdżyć i sponiewierać umysły, a tutaj było to takie... bez fajerwerków. Liczyłam na coś dużo bardziej wybuchowego. I to nie tak, że to jest beznadziejne zakończenie, które zepsuło całą książkę, bo było... poprawne. Tylko brakowało mi takiego pazura. 

Niemniej jednak widać, że pani Ewa podeszła do "Zatrutki" super poważnie. Sama okładka już jest przepiękna, ale do tego dochodzą jeszcze cudowne, abstrakcyjne grafiki, których styl kocham i trailer (uwielbiam książki z trailerami!). "Zatrutka" dostaje ode mnie +10 za oprawę graficzną i promocję, bo są zrobione naprawdę świetnie. Gdyby wszystkie książki były równie pięknie wydawane, świat stałby się cudownym miejscem!

Laura Kneidl - Jednak mnie kochaj

Sage ucieka przed swoją straszną przeszłością z rodzinnego miasta na drugi koniec Stanów, do Nevady, gdzie rozpoczyna studia. Nie ma pieniędzy, nie chce prosić o pomoc rodziców, więc ostatecznie sypia w aucie i utrzymuje się jedynie z produkcji biżuterii, którą sprzedaje na etsy. Nie zna też nikogo na uniwersytecie ani w ogóle w tym stanie. Zaaklimatyzowanie się w nowej sytuacji dodatkowo utrudniają jej traumatyczne wydarzenia z przeszłości, które sprawiają, że czasem przerastają ją nawet najprostsze czynności i zwykłe kontakty z ludźmi. A raczej zwykłe kontakty z mężczyznami.

Los uśmiecha się do niej, gdy poznaje April, z którą szybko zaczyna się przyjaźnić. Niestety, April ma starszego brata, Lucę, wysokiego, wysportowanego, przystojnego, pewnego siebie, z tatuażami. Innymi słowy, uosobienie wszystkich lęków Sage. Z początku dziewczyna nie jest nawet w stanie przebywać z nim w jednym pomieszczeniu. Okazuje się jednak, że za grubym, niedostępnym murem amanta, który bawi się z dziewczynami przez jedną noc i nigdy więcej nie dzwoni, skrywa się wrażliwy, skrzywdzony przez życie chłopiec, pragnący jedynie akceptacji i miłości. Ale czy Sage, zniszczona jeszcze bardziej od niego, może mu je zapewnić? 

Bezsilność i strach wyzierające ze stron tej książki są rozbrajające. Żal ściska serce biednego czytelnika (czyli mnie), gdy obserwuje on, jak Sage miota się w pajęczynie utkanej z przeżytej traumy, braku zaufania, zniszczonej psychiki. Ale rozpiera go również duma, gdy widzi, jak dziewczyna na każdym kroku próbuje z nimi walczyć i odbudować swoje życie. 

Kneidl porusza bardzo poważny i brutalny temat jak na młodzieżówkę. I przedstawia go w obrazowy, realistyczny sposób, beż żadnego owijania w bawełnę. Ciągły strach, ataki paniki, kuriozalne i momentami wręcz niezrozumiałe zachowania, które dla kogoś z zewnątrz mogą wydawać się kompletną abstrakcją, to coś z czym będziecie musieli się zmierzyć podczas czytania tej książki.  Niby już od pierwszych stron możemy się domyślać, z czego wynika takie a nie inne zachowanie Sage, ale gwarantuję Wam, że kiedy w końcu dowiecie się, co tak naprawdę do tego doprowadziło, krew się w was zagotuje.

To jedna z tych książek, które w przystępny sposób (jeśli można w tym wypadku mówić w ogóle o jakiejkolwiek przystępności) mówią o ważnym problemie. Takim, który należy poruszać, którego nie można traktować jak tabu i który trzeba za wszelką cenę zwalczać. 

Za to z drugiej strony otrzymujemy bardzo miły i... kojący wątek miłosny (bo to w końcu romans!). Jest taki uroczy i normalny. Wiecie, nie jakiś wyolbrzymiony do granic możliwości, przesłodzony i wręcz niestrawny, tylko naturalny. Ale dalej grzejący serduszko. A przy okazji, Luca kocha książki, więc polubiliśmy się od razu!  

Niestety, na końcu Kneidl serwuje łamiące serduszko zakończenie! AŁA! Jak ja nie lubię rozwiązań tego typu - to najgorszy możliwy rodzaj cliff-hangera! Oczywiście, nic więcej Wam nie powiem, ale wait for it!

M.A. Bennett - STAGS

Greer zostaje przyjęta na stypendium do elitarnej szkoły z internatem STAGS. Szybko okazuje się, że placówka ta operuje według pewnych bardzo specyficznych zasad - uczniowie są szykanowani za korzystanie z dóbr technologii (i to nie przez nauczycieli, tylko przez inne dzieciaki!), a szkołą tak naprawdę rządzi elitarna grupa składająca się z najinteligentniejszych, najbogatszych i najbardziej "wartościowych" uczniów, zwana Ludźmi Średniowiecza. 

W STAGS Greer nie ma łatwego życia, zostaje zepchnięta na ubocze, bez żadnych przyjaciół, zazwyczaj jest albo ignorowana, albo staje się celem drwin Ludzi Średniowiecza. Zmienia się to zupełnie pewnego dnia, gdy niespodziewanie dostaje zaproszenie do posiadłości "przywódcy" Ludzi na weekend, podczas którego mają jeździć na polowania, organizować wystawne kolacje w balowych sukniach i wieczorki z cygarami. Dziewczyna oczywiście momentalnie zapomina o wszystkich wyrządzonych jej krzywdach i już nie może się doczekać wyjazdu. Okazuje się jednak, że weekend będzie wyglądał zupełnie inaczej, niż jej się wydaje. I że powinna była nigdy nie przyjmować zaproszenia.

Po pierwsze, cały ten pomysł z nastoletnimi dzieciakami, które w dzisiejszych czasach nienawidzą smartfonów, plują na social media, chodzą w sukniach do ziemi i wieczerzają, zamiast jeść kolację, był dla mnie bardzo abstrakcyjny.

To znaczy, to bardzo ładny obraz i możecie mi wierzyć, jednym z moich największych marzeń jest, żeby schodzić w takiej przepięknej sukni balowej z długim trenem po szerokich, marmurowych schodach w wielkiej, bogatej posiadłości. Ale trudno mi sobie wyobrazić, żeby w naszych czasach ktoś biegał przebrany za sarmatę i strzelał do bażantów za swoim dworkiem szlacheckim. Może w Anglii takie tradycje są bardziej kultywowane...

Główna bohaterka mnie irytowała. Miała się za taką super fajną osobę, ale cały czas zachowywała się zupełnie odwrotnie do swoich "przekonań". Ciągle mówiła coś typu "nie lubię okrucieństwa, ale...", "jestem feministką, ale...". Nie ma żadnego ale. Po prostu wcale nie była taka, jaką chciałaby się widzieć. I chyba do końca nie wiedziała, co oznacza termin "feministka". W każdym razie to "jestem taka i taka, aaaale..." pojawiło się wystarczająco dużo razy, żeby zniechęcić mnie skutecznie do głównej bohaterki, która była po prostu głupią i naiwną dziewczyną, zmienną jak chorągiewka na huraganie. I jak na super inteligentną i zdolną uczennicę na stypendium nie cechował jej jakiś ponadprzeciętny poziom inteligencji.

Jeśli chodzi o pozostałych bohaterów, to irytowali mnie znacznie mniej od Greer, głównie dlatego, że o większości z nich niestety nie można powiedzieć zbyt wiele. Wszystkie dziewczyny z Ludzi Średniowiecza można włożyć do jednego worka - słodkich, głupich idiotek, niby super inteligentnych, ale jednak głupich. A chłopaków można nazwać jedynie irytującymi i obleśnymi. Autentycznie, nigdzie nie widziałam tych ich dworskich zachowań, kwiecistego języka, czy genialnego umysłu.

Można powiedzieć, że książka porusza parę istotnych problemów, takich jak bullying w szkole i przyzwolenie na znęcanie się nad innymi, tylko dlatego, że jest się fajniejszym, ładniejszym, bogatszym - ale to już trochę oklepany numer. Miłym akcentem w książce dla młodzieży jest natomiast debata na temat technologii i jej wpływu na dzieciaki.

Ostatecznie jednak nie próbowałam się podczas czytania na siłę doszukiwać jakiejś niesamowitej psychologicznej głębi ani wielkiego przesłania i nauki. Jeśli takowe tam były, to niekoniecznie je zauważyłam. Dla mnie to była typowo rozrywkowa książka, w której już na początku wiemy, co stało się na końcu, co tylko jeszcze bardziej podsyca naszą ciekawość. Była pełna tajemnic, mroczna i trochę przerażająca. I, mimo że niby wiemy, jak się kończy, to spokoju nie daje nam bardzo istotne pytanie - jak się to stanie. Niestety momentami czytało mi się ją słabo i miałam problemy z tym, żeby wciągnąć się w historię, ale całościowo oceniam ją na plus, jako taki szybki, lekki thriller.

Przy okazji podobał mi się motyw jelenia, ale ja ogólnie lubię ten motyw we wszystkich książkach, więc to może być niemiarodajne. Zakończenie było naprawdę super rozwiązaniem, z takim mocnym akcentem, pozostawiające nas na wciągniętym wdechu i z nadzieją na dużo więcej! 

Ambrose Parry - I sprawisz, że wrócę do prochu

W XIX wiecznym Edynburgu młode kobiety z gminu giną w tajemniczych okolicznościach. Ciała, powykręcane w makabrycznych pozach, wskazują na to, że ich śmierć nie była spokojna ani błoga.  Will Raven, młody student medycyny z burzliwym charakterkiem i mroczną, tajemniczą przeszłością, zaczyna obiecujący staż u znanego doktora Simpsona, specjalizującego się głównie w porodach. A Sara, sierotka przyuczona do zawodu pokojówki, pragnie zyskiwać wiedzę niedostępną dla osób o jej statusie i płci. Losy tej dwójki wiążą się ze sobą w dziwnym przymierzu, gdy starają się razem rozwikłać zagadkę tajemniczych śmierci, każde ze swoich powodów.

Pierwsza i najważniejsza myśl, która nasuwa się podczas czytania? Jezusie, jak dobrze, że medycyna poszła do przodu, bo za nic w świecie nie chciałabym rodzić w realiach XIX wieku. Nie chciałabym również nigdy wylądować wtedy w szpitalu. A tym bardziej na chirurgicznym stole operacyjnym, gdzie zakażone gangreną części ciała odcinało się na żywca bez żadnego znieczulenia...

Ta książka ma w sobie tak wiele do zaoferowania! Oprócz kryminalnego wątku z dreszczykiem emocji, znajdziemy tu też wiele interesujących informacji na temat stanu i rozwoju medycyny (i nauki ogólnie) w XIX wieku. Na przykład, że nowe substancje (potencjalnie anestezjologiczne) testowano poprzez sztachnięcie się takowym specyfikiem przez dżentelmenów lekarzy po kolacji i obserwowanie, czy faktycznie uśpi on obiekt badań, czy może jednak go zabije. Cudowne! Aha, no i mamy tu jeszcze wątek feministyczny i młodą kobietę, inteligentniejszą od większości panów, której odmawia się prawa do nauki ze względu na jej płeć i pozycję społeczną. I która nic sobie z tego nie robi.

Autorom (bo to małżeństwo, a Ambrose Parry to ich wspólny pseudonim) udało się zaserwować nam idealnie wyważoną mieszankę mroku, makabry i... przyjemnej, lekkiej lektury z humorem, która w dodatku wciąga od razu. A przy okazji jest bardzo klimatyczna, zarówno za sprawą porządnie wykreowanego świata, jak i stylu, w którym została napisana.

Żeby zobrazować Wam wszystkie powyższe cechy, przytoczę pierwsze zdanie: "Żadnej przyzwoitej opowieści nie powinno się rozpoczynać od trupa ladacznicy i za to należą się przeprosiny, gdyż nie jest to obraz, który życzyłoby sobie oglądać jakiekolwiek szacowne gremium." No i bum. Jedno zdanie i już byłam przekonana do tej książki! Ale żeby nie było, że tak łatwo daję się kupić, to gwarantuję Wam, że potem jest jeszcze lepiej.

Składają się na to ładnie wykreowane, ciekawe postaci, zarówno te główne, jak i drugoplanowe. Naprawdę, nawet osoby, które pojawiają się tylko raz, na chwilkę, mają w sobie coś ciekawego, żywego i prawdziwego. Równocześnie, z jednej strony otrzymujemy barwnie przedstawioną śmietankę towarzyską Edynburga, z jej sukniami, podwieczorkami i bogactwem, z drugiej zaś soczysty opis brudnego i okrutnego świata w najgorszych rynsztokach. 

Właśnie zobaczyłam, że za granicą wydano już kontynuację tej powieści! Jeśli duet Ambrose Parry postanowi utrzymywać podobną konwencję i klimat w swoich kolejnych dziełach, to na pewno bardzo się polubimy!

Kurt Vonnegut - Syreny z Tytana



Dwadzieścia stron wystarczyło, żebym zakochała się w Syrenach z Tytana. A każde kolejne zdanie sprawiało tylko, że zakochiwałam się coraz mocniej i mocniej. 

Winston Niles Rumfoord wyruszył kiedyś w podróż kosmiczną i po drodze udało mu się wpaść w sam środek infundybuły chronosyklastycznej, anomalii o kształcie leja, w której to zderzają się ze sobą wszystkie prawdy, usytuowanej gdzieś pomiędzy Ziemią a Marsem. Od tej pory jego jestestwo rozciąga się od Słońca do Betelgezy (Betelgeza to gwiazda w zbiorze Oriona), gdzie Rumfoord występuje falowo, pojawiając się w równych odstępach czasu na różnych planetach i innych ciałach niebieskich. Aha, przy okazji Winston infundybułował się ze swoim najlepszym przyjacielem - wielkim psem Kazakiem, więc teraz cieszą się sławą najbardziej znanego człowieka i psa na Ziemi.

Już w tym momencie byłam kupiona. Właśnie minęło te dwadzieścia stron, o których wspomniałam wyżej. Powiedzcie mi, jak można nie był kupionym po takim wstępie? Ale okej, nie jesteście jeszcze przekonani? W takim razie lecimy dalej.

Malachi Constant jest najbogatszym człowiekiem na świecie i pierwszym, który został zaproszony do posiadłości Rumfoorda na cud materializacji Winstona (i Kazka) na Ziemi. Rumfoord bardzo nalegał na spotkanie z Malachim, gdyż ma mu do przekazania ważne informacje na temat jego przyszłości. Tak, oczy Was nie mylą - nasz gwiezdny infundybułowany chronosynklastycznie surfer posiadł moc poznania przeszłości i przyszłości, wieszczenia i wszechwiedzy. I im lepiej go poznajemy, tym bardziej jesteśmy przekonani o tym, że wiedza ta nieźle namieszała mu w głowie... Ale, ale, nic więcej nie powiem! Każda jedna informacja w tym przypadku jest perełką, którą będziecie chcieli odkryć sami, więc nie czytajcie za dużo o fabule! W każdym razie, Rumfoord mówi Constantowi między innymi o tym, że spotkają się kiedyś na tytułowym Tytanie, który jest księżycem Saturna.

Syreny to książka ironiczna, przez większość czasu wręcz groteskowa i absurdalna. A przy okazji niesamowicie zaskakująca i... pełna kontrastów. Z jednej strony zachwyca pięknymi zdaniami, cudownymi obrazami i opisami, które czytałam z zapartym tchem, ciareczką uwielbienia i które musiałam sobie zapisać na później. A z drugiej jest okrutna, brutalna i brzydka. Z jednej strony sprawia, że śmiejesz się sam do siebie, czytając kolejną przezabawną dygresję, bo Vonnegut to zdecydowanie mistrz czarnego humoru i satyry. Ale z drugiej, Syreny są jedną z najsmutniejszych i najbardziej depresyjnych książek ever. 


To trafna satyra na temat ludzkiej mentalności, komentarz społeczeństwa, w którym funkcjonujemy, rozważająca nasze odwieczne dążenie do odnalezienia sensu istnienia. Czy jesteśmy panami swojego losu? Czy nasze decyzje tak naprawdę są nasze? Czy cokolwiek w naszym życiu w ogóle zależy faktycznie od nas? A to wszystko skrywa się pod fasadą pełnoprawnego sci-fi z podróżami międzygwiezdnymi, statkami kosmicznymi i przybyszami z odległych galaktyk. Czy może być lepiej? 

Moim zdaniem Syreny można zdecydowanie nazwać literaturą z najwyższej półki. I wcale nie mówię tego (tylko) dlatego, że są tam statki kosmiczne i marsjańska armia! Po pierwsze, książka jest napisana naprawdę przepięknym językiem. Po drugie, cały ten absurd i groteska mają na celu tylko jedno - pobudzić nasze umysły do myślenia, do rozważania sensu i bezsensu otaczającego nas świata, ludzkich zachowań, motywów, religii i polityki. Po trzecie, jest to książka trudna i wymagająca, ale równocześnie wciągająca i zapewniająca ogromną dawkę rozrywki. I po czwarte, mimo że po raz pierwszy została wydana sześćdziesiąt lat temu, każda z poruszanych w niej kwestii jest dalej aktualna. A jeśli jeszcze nie jest, to mam nadzieję, że już niedługo będzie, bo NASA mówi o mieszkaniu na Marsie i ja cały czas czekam!

J.P. Delaney - Perfekcyjna żona

Ta książka była dla mnie ogromnym zaskoczeniem. Sięgając po nią, zupełnie nie spodziewałam się tego, co mnie czeka. I nie mówię tutaj tylko o zwrotach akcji czy tajemnicach, tylko o głównym motywie, osi, wokół której kręci się cała książka.

O której oczywiście nie mogę Wam nic powiedzieć, bo popsułabym caaaaałą niespodziankę! :(


Akcja rozpoczyna się, gdy Abbie budzi się pewnego dnia w szpitalnym łóżku. Wita ją jej mąż, Tim, ekscentryczny geniusz miliarder, właściciel firmy w Dolinie Krzemowej. Okazuje się, że pięć lat temu Abby miała wypadek, ale dzięki nowoczesnej technologii, udało się ją uratować. Kobieta jest oszołomiona, zagubiona, nie pamięta, co się stało, ledwo przypomina sobie, kim jest. Jeszcze nie wie, że straciła nie tylko te pięć lat, ale dużo, dużo więcej. Kiedyś była piękną, żywiołową, pewną siebie, genialną artystką, którą większość ludzi zaczynała kochać od pierwszego wejrzenia. Teraz wszystko wygląda inaczej. Mimo to, stara się powrócić do swojego wcześniejszego życia, ale im usilniej próbuje odtworzyć wydarzenia poprzedzające jej wypadek, tym więcej faktów przemawia za tym, że nie wszystko jest takie, jak jej powiedziano. Czy można nie znać najbliższych nam ludzi? I co ważniejsze - czy można nie znać samego siebie?

Tak strasznie trudno napisać coś więcej o fabule, skoro nie mogę Wam zdradzić jednej z najważniejszych, najistotniejszych i najlepszych rzeczy w tej historii!

W każdym razie, książka wciąga od pierwszych stron. Tak naprawdę całkiem już oklepana historia zostaje podana w nowej i odświeżającej formie, co daje bardzo dobry efekt końcowy. A im dalej zagłębiasz się w losy bohaterów, tym bardziej brutalna, okrutna i niespodziewana staje się ta opowieść. Niesamowite jest to, że tutaj naprawdę NIKT nie jest taki, jak nam się na początku wydaje. 


Historia jest przedstawiona przez dwóch narratorów. Jednym z nich jest Abbie, a drugim... właśnie - kto? Możemy się domyślać na podstawie sposobu, w jaki opisuje wydarzenia, ale... czy możemy być tego pewni? W końcu jest tu tyle tajemnic, że nawet kiedy wydaje Ci się już, że rozwikłałeś każdą z nich, nagle pojawia się nowy fakt, który wywraca wszystko do góry nogami. 

Pojawił się tu też wątek dzieciaczka z autyzmem, który był niesamowicie trudny i smutny (tzn. ten wątek), a w dodatku oparty na faktach z życia samego autora, który ma chorego syna! Dlatego Delaney mógł tak realnie oddać wszystkie emocje, problemy i codzienne zmagania. Ale w całym tym wątku najbardziej podobało mi się, to, jak powiązał chorobę z głównym motywem historii. 

To zadziwiająco głęboka książka. Pod przykrywką thrillera z dreszczykiem emocji, autor przemyca wiele poważnych i smutnych tematów, problemów, z którymi boryka się dzisiejszy świat, a także takich, z którymi być może będziemy musieli się dopiero zmierzyć. Mówi o moralności, o psychice i o tym, do czego ludzie są zdolni, gdy mają zbyt dużą władzę, albo po prostu myślą, że nikt ich nie widzi. Odkrywa przed nami najbardziej mroczne głębie ludzkiej duszy, myśli i zachowania, które staramy się ukryć przed światem. Samo pisanie o tym sprawia, że po plecach znowu przechodzi mi dreszczyk!

Shobha Rao - One płoną jaśniej

One płoną jaśniej jest zdecydowanie jedną z najsmutniejszych, a równocześnie najpiękniej napisanych książek, jakie czytałam. Opowiada historię dwóch dziewczyn, które urodziły się w małej, biednej wiosce w Indiach. Purnima i Sawitha, czyli nasze główne bohaterki, żyją w miejscu, gdzie kobiety nie mają żadnych praw, gdzie można nimi do woli pomiatać i mieszać z błotem. Gdzie takie zachowanie jest normalne. Gdzie każdy, kto zobaczy kobietę ze zniszczoną, oparzoną twarzą, zadaje tylko jedno z dwóch pytań: "mąż czy ojciec?" albo "olej czy kwas?". Jedyne pocieszenie i promyk nadziei dziewczyny odnajdują w przyjaźni. Jednak los postanawia odebrać im nawet to, jako, że kobiety takie jak one z góry skazane są jedynie na cierpienie i niesprawiedliwość.


To bardzo ważna historia, która przypomina nam o tych wszystkich rzeczach, o których zazwyczaj nie myślimy, bo tak jest po prostu łatwiej. Ogromnie się cieszę, że są ludzie tacy, jak Shobha Rao, którzy nie boją się poruszać trudnych tematów (chociaż "trudny temat" to w tej sytuacji zdecydowanie eufemizm), a przy okazji potrafią je opisać w tak obrazowy i poniekąd... przystępny dla czytelnika sposób. Nie ma tu nic "przystępnego", ale mam nadzieję, że wiecie, o co mi chodzi. Ta książka jest naprawdę przepięknie napisana, tak jak już wcześniej wspomniałam.


Język jest przez większość czasu prosty, dobitny, Shobha Rao nie owija w bawełnę i bez najmniejszego zawahania zarzuca nas najokropniejszymi nawet obrazami. Ale z drugiej strony, są tu też piękne fragmenty, pełne poezji, nadziei, wzruszające i łapiące za serduszko. Czekałam na te momenty i każdy jeden czytałam z zachwytem.

Ta opowieść złamała mi serduszko tysiąc razy i to wcale niekoniecznie jakimiś bardzo strasznymi albo potwornymi wydarzeniami (których jest w niej bardzo dużo), ale nawet takimi drobnymi szpilkami przerażająco smutnych rzeczy, realiów życia, na które główne bohaterki nie mogły nic poradzić.

A równocześnie wywołała we mnie tyle gniewu, że do teraz nie mogę przejść nad tym do porządku dziennego. Wciąż na nowo i na nowo uświadamiała mi, jak strasznie niesprawiedliwy jest nasz świat. Jak wiele kobiet jest traktowanych gorzej od zwierząt, tylko dlatego, że miały to "nieszczęście" urodzić się kobietami. Jak są tylko czyjąś "własnością", najpierw ojca, który musi zapłacić rodzinom ich przyszłych mężów, by chcieli tego ojca od swoich córek "uwolnić", a potem męża, który może z nimi zrobić wszystko, co mu się żywnie podoba. Jak są tylko maszynkami do robienia dzieci, do usługiwania, do wyżywania się za swoje niepowodzenia i nieudolności... 


I chciałabym napisać jeszcze dużo, dużo więcej, ale boję się, że użyje niecenzuralnych słów, a w recenzji tak nieładnie.


W każdym razie, czytając tę książkę uświadamiasz sobie nagle, że powinnaś się cieszyć, że twoi rodzice w ogóle cię kochają, a nie przeklinają dzień, w którym się urodziłaś i okazałaś się nie być chłopcem. Że możesz wybrać, z kim weźmiesz ślub. Że możesz chodzić do szkoły, na studia, mieszkać w solidnych czterech ścianach. Że nie musisz się bać w każdej sekundzie życia, że ktoś cię uderzy, bo będzie mógł, zgwałci, bo i tak nie poniesie żadnej kary, poniży, bo najdzie go taka ochota, albo porwie i sprzeda do burdelu. 

Bo są miejsca na ziemi, gdzie takie rzeczy dzieją się na porządku dziennym. I to nie jest (niestety) żadna fikcja, to nie jest historia sprzed setek lat. Takie rzeczy dzieją się teraz. W naszych "cywilizowanych" czasach. To jest chyba najbardziej w tym wszystkim przerażające. 

A jednak, mimo tych strasznych i potwornych rzeczy, książka urzekła mnie i złapała za serduszko. Chciałam, żeby się nie kończyła, żebym mogła dowiedzieć się, co dalej działo się z Purnimą i Sawithą, śledzić ich losy, podziwiać jeszcze dłużej ich niesamowitą siłę, odwagę i chęć do życia, które udało im się zachować pomimo spotykających je okropności. 

Przeczytajcie One płoną jaśniej. To nie będzie łatwa, miła ani przyjemna lektura, ale powinna trafić do jak największej liczby odbiorców. Pośród tysięcy innych książek, to jedna z tych, które naprawdę warto przeczyta

Melissa Albert - Hazel Wood

Hazel Wood to zdecydowanie jedna z najpiękniej wyglądających i najbardziej rozpoznawanych książek w ostatnim czasie. Ja także dałam się skusić tej cudownej okładce i tajemniczemu, mrocznemu klimatowi powieści (no bo niby jak mogłabym się oprzeć jakiejkolwiek książce, która wygląda tak ładnie?).

Alice odkąd pamięta całe życie spędziła w drodze. Razem ze swoją matką co chwila podróżowały z jednego miasta do drugiego, przecinały Stany wzdłuż i wszerz, nigdzie nie zagrzewając miejsca na długo. Jednak niezależnie od tego, gdzie się udały, wszędzie prześladował je pech. Odnajdywał w hotelowych pokojach, na tyłach samochodu, w mieszkaniach znajomych i zmuszał do ponownej przeprowadzki.

Wszystko kończy się jednak w momencie, gdy umiera babcia Alice, znana pisarka, Althea Proserpine. Althea zyskała ogromną sławę i tysiące fanów za sprawą zaledwie jednego zbioru mrocznych i mrożących krew w żyłach opowiadań, rozgrywających się w magicznym Uroczysku. Od lat mieszkała samotnie w wielkiej, owianej tajemnicą posiadłości zwanej Hazel Wood, której nikt nigdy nie potrafił znaleźć. Po jej śmierci mama Alice postanawia w końcu przestać uciekać i dziewczyny zaczynają układać sobie życie na Brooklynie, myśląc, że pech na dobre je opuścił. Ale czy na pewno? 

Wszystko wywraca się o sto osiemdziesiąt stopni, kiedy matka Alice zostaje porwana i zostawia jej tylko jedną przestrogę: "Trzymaj się z daleka od Hazel Wood". Zgadnijcie, co zrobi Alice. 

Kocham baśnie, kocham mroczny klimacik i kocham, kiedy fikcja miesza się z realnym światem do tego stopnia, że nie jesteś już w stanie ich rozdzielić. Dlatego połączenie tego wszystkiego w jednej książce powinno być strzałem w dziesiątkę. Dodatkowo, bardzo urzekł mnie styl, którym powieść została napisana, gdzie dzieje się mnóstwo dziwnych rzeczy albo ludzie mówią dziwne rzeczy, a ty po prostu przechodzisz nad tym do porządku dziennego i lecisz dalej, do kolejnych, jeszcze dziwniejszych(!), rzeczy. Trochę mi to zalatuje Gaimanem, a ja kocham Gaimana.

Podoba mi się fakt, że książka Althei, Opowieści z Uroczyska, i jej dom, Hazel Wood, są owiane tajemnicą, która kusi i nadaje ten mroczny klimacik, w którym mogą skrywać się najstraszniejsze i najbardziej nieprawdopodobne sekrety. Same tytuły Opowieści brzmią posępnie i groźnie, a ich treść sprawia, że po plecach przechodzą ciareczki. A groteskowe, czasami nawet przerażające postaci z Uroczyska są wisienką na torcie.

Niestety, gdy akcja doszła do punktu kulminacyjnego, wszystko stało się nagle potwornie chaotyczne (i to nie w dobrym znaczeniu) i jakoś tak... się zepsuło.

Koniec książki mnie zawiódł. Koniec, kropka. Dlaczego? Bo pragnęłam od Hazel Wood tak dużo więcej. Pomysł i baśniowy klimat z tą nutką (dość sporą!) mroku i brutalności jest naprawdę super! Serio. Historia Althei (która w sumie podobała mi się bardziej od historii Alice) też dawała ogromny potencjał, który niestety nie został wykorzystany. 

Plot twisty były dobre, zaskakujące, do pewnego momentu nie spodziewałam się zupełnie, w jakim kierunku potoczy się ta historia i jakie tajemnice wyjdą na światło dzienne. Ale, tak jak mówiłam, ten chaotyczny sposób pisania nie pomagał. Pewnie w jakimś stopniu był zamierzony, żeby kontynuować w tym dziwnym, tajemniczym stylu, jednak się nie sprawdził i trudno było nadążać za tym, co się dzieje.

A do tego, tak naprawdę, to ja nawet nie lubię Alice. Alice była nijaka, bez charakteru. Nie zaprzyjaźniłam się z nią ani odrobinę. W sumie, to nie polubiłam się za bardzo z żadnym z bohaterów książki (no dobra, może mama Alice była całkiem spoko). Dużo ciekawsze były na pewno postaci z Uroczyska, ale je autorka potraktowała po macoszemu i ledwo o nich wspomniała. A szkoda! Bo na pewno przyniosłyby książce dużo dobrego!

No więc, jak to wygląda ostatecznie? 

To nie jest zła książka. Serio. Ale boli mnie cały ten niewykorzystany potencjał. Jeśli kiedyś pojawi się druga część, to na pewno będę chciała ją przeczytać, bo wiecie, ten klimacik, te ciareczki, ta magia. Ale będę też od niej wymagać duuuuużo więcej.

@booksoverhoes