Góra Olimp, czyli Blog Conference Poznań

Może wiecie, może nie, ale bogowie greccy wcale nie mieli swojej siedziby gdzieś wysoko w niebiosach albo w innym wymiarze, albo na końcu złotego mostu, tylko na ziemi, a dokładniej na górze Olimp. Coś świta? Niestety Olimp był tak niesamowicie wysoki i niedostępny, że żaden śmiertelnik i tak nie mógł się tam dostać.

Nie, wcale nie, Olimp nie jest dużo wyższy od takich Rys na przykład. Ale podobno każdy, kto próbował tam wejść po prostu spadał, więc trochę kapa.

W każdym razie, sens tej metafory (bo to miała być metafora) jest taki, że wszyscy blogerzy i youtuberzy znajdują się niby w tych samych internetach, ale internety, w których na niebiańskich chmurkach i obłoczkach lata sobie taki StayFly albo Opydo, są zdecydowanie bliżej Olimpu niż te, w których znajduję się ja. I większość blogosfery.

I wiecie, w mitologii, kiedy już ci bogowie schodzili z Olimpu pomiędzy marnych śmiertelników, najczęściej przyjmowali postać jakiegoś zwierzęcia. Zeus upatrzył sobie piękną Europę i uwiózł ją na grzbiecie pod postacią byka (to znaczy Zeus był bykiem, Europa dalej była piękna i miała dwie nogi). Zazdrosny Ares w formie dzika zabił Adonisa.

A tu proszę, okazało się, że wszyscy znani blogerzy i youtuberzy, których dotąd widziałam/czytałam tylko na ekranie, wyglądają całkiem jak ludzie. Żadnych rogów, żadnych ogonów, żadnych kopyt. Ani nawet jakiegoś szczególnie nadprogramowego owłosienia twarzy. Mówią też jakoś tak, jak zwykli śmiertelnicy. O i nie wstydzą się przyznać, że przed swoją prelekcją nie zdążyli zrobić kupy. Tak.

Tutaj kończy się moja metafora, bo zwykli śmiertelnicy nie mieli szans dostać się na Olimp. Nawet po śmierci. I nawet jeśli zrobili coś przesuperowego. Chyba, że byli półbogami. I posprzątali stajnię Augiasza. U nas jednak krążą takie legendy, że (podobno) można jeszcze zasłużyć sobie na to, żeby zająć miejsce w panteonie bogów blogosfery.

Co zaś się tyczy samego Blog Conference Poznań, to byłam mile zaskoczona. Oczywiście, do ostatniej sekundy wcale nie chciało mi się tam jechać, bo jestem zbyt leniwa, a pakowanie walizki to ciężka sprawa. Ale jednak miło porozmawiać z ludźmi, którzy mają takie same problemy, co ja. Którzy rozumieją, co to UU, muszą się zastanawiać nad tym, co powiedzą w sieci i jak to wpłynie na odbiór ich bloga i codziennie wrzucać zdjęcie na fanpage. I nie są Pawłem. Z Pawłem rozmawiałam już o tym miliony razy. Niby się przyjaźnimy, ale to w końcu kiedyś zaczyna się nudzić.

Nie ukrywam, że dużo więcej wsparcia i poczucia wspólnoty zaznałam dotychczas na bookstagramie (który mam trzy tygodnie) niż przez dwa lata blogowania (tak, to już prawie dwa lata i gdzie są niby moje kampanie za grube miliony? - na takie właśnie pytania odpowiedziałam sobie podczas BCP <tu tapnij, jeśli jesteś zainteresowany>). A tutaj po raz pierwszy okazało się, że blogerzy to też ludzie i chętnie z Tobą porozmawiają, chętnie podzielą się wiedzą (mimo, że niektóre panele kojarzyły mi się bardziej ze szkoleniem Lou Pre czy innego MLMu niż polskiej blogosfery) i potaniają na parkiecie do hiciorów sprzed dekady.

Przez te dwa dni wykazałam się zdolnościami socjalnymi na tak wysokim poziomie, że aż sama się dziwię. I jestem dumna. Ewidentnie teraz nie odezwę się do nikogo przez tydzień.

A, a cały czas, gdy byliśmy w Poznaniu, czuliśmy się jakoś źle i gorzej. I uświadomiliśmy sobie w końcu, że to najprawdopodobniej dlatego, że mają tam za czyste powietrze. Nasze organizmy po prostu świrowały, bo nie otrzymywały odpowiednio dużej dawki porządnego śląskiego smogu.

Katja Kettu - Ćma


W 1937 roku piętnastoletnia Irga Malinen zachodzi w ciążę z rosyjskim agitatorem, Wilczym Zębem. Irga jest Finlandką, córką Białego Boga, więc ten niecny czyn okrywa ją hańbą. Ze strachu przed gniewem ojca i lokalnej społeczności postanawia uciec do Rosji, do swojego ukochanego, granicę fińsko-rosyjską pokonując na... nartach.

Okazuje się jednak, że Wilczy Ząb nie jest zachwycony ani dzieckiem, ani faktem, że podczas tortur, którym poddali Irgę jej pobratymcy, przypadkiem odcięli jej język. Dlatego, opuszcza ją i dziewczyna zostaje zabrana na przesłuchanie. Władze oskarżają Irgę o szpiegostwo, a ona nie zna języka ani nie może mówić, żeby się obronić, więc po kolejnych torturach podpisuje wszystkie papiery, które podkładają jej pod nos i zostaje zesłana do gułagu w Workucie, jako więzień polityczny. Najgorszy rodzaj więźnia.


Równocześnie z historią Irgi, prowadzona jest też opowieść w czasach teraźniejszych. Do wsi Ławra na terenie Rosji w 2015 roku przybywa Verna. Decyduje się na to, po kolejnym, jeszcze bardziej rozpaczliwym i pisanym w delirium liście swojego ojca, który wybrał się tam, by odkryć prawdę, dotyczącą ich korzeni. Jego matką była Irga Malinen, o której dokumenty mówią, że zmarła w gułagu w latach pięćdziesiątych. Jednak ojciec Verny twierdzi, że ma niezbite dowody, które potwierdzają, że Irga została zamordowana przez tajemniczego człowieka/stwora zwanego Motyliokiem. Gdy Verna dociera na miejsce, okazuje się, że ojciec nie żyje, a w jego ustach kobieta znajduje motyla.


To historia pełna brutalnej rzeczywistości, pokazująca realia panujące w gułagu, niemożliwe do spełnienia normy dotyczące wydobycia węgla, okrutnych więźniów, którzy walczą między sobą o dominację i dodatkowy kawałek mięsa renifera, skorumpowanych strażników. Historia o życiu kobiety w obozie pracy, gdzie nawet fakt, że jest w ciąży nie powstrzymuje nikogo przed gwałtem czy bestialskim pobiciem. Albo wysłaniem jej na prace do kopalni, gdzie zaczyna rodzić.

Kettu nie boi się umieścić w swojej powieści żadnej sceny, czy to śmierci, czy gwałtu, czy seksu po prostu, czy morderstwa. Pisze bezpośrednio, momentami wulgarnie. Otwarcie mówi o nieludzkich, zwierzęcych zachowaniach człowieka. Ale wszystko to jest otoczone tajemnicą z przeszłości (co naprawdę stało się w workuckim gułagu?) oraz magią i starymi bogami z maryjskich wierzeń (Maryjczycy, Czeremisi, to pogański lud zamieszkujący republikę El Mari w Federacji Rosyjskiej).

Elna, przyjaciółka Irgi, którą poznaje w drodze o gułagu, pochodzi z El Mari. W jej wiosce panują stare wierzenia, bogom przyrody składa się ofiary ze źrebiąt, a Keremeta, boga podziemi, nie można złościć, żeby nie wyszedł ze swojej części lasu. To Elna wprowadza Irgę w tajniki swojej wiary, odprawia rytuały, opowiada o tym, że czerwone goździki zabezpieczają dziecko przed anemią i złą krwią.


Wszystko to nadaje powieści magiczny, niejako baśniowy charakter, a rzeczywistość gułagu, w którym obecne są też narkotyki wszelkiego rodzaju i ludowe maści zapomnienia, przedstawiona jest momentami bardziej jak sen niż prawdziwe życie. I ten oniryzm, ta magia, wydarzenia, których nie da się racjonalnie wytłumaczyć, bo są zbyt okrutne albo zbyt niesamowite, sprawiają, że Ćma jest trudna do sklasyfikowania i opisania. A jednocześnie tak prosta w odbiorze.


Nigdy nie czytałam sławnej Akuszerki, znanej na świecie, podobno kontrowersyjnej, poprzedniej powieści Katji Kettu. Po Ćmę sięgnęłam, tak jak mi się to często zdarza, ze względu na przepiękną okładkę. I naprawdę głupio mi to pisać, ale tę książkę czyta się niesamowicie przyjemnie. Przedstawiona w niej historia jest straszna, Rosja jest pełna kłamstw, propagandy i niesprawiedliwości, niewinni ludzie cierpią i umierają, ale sposób, w jaki Ćma została napisana, sprawia, że chce się ją czytać.


Recenzja
Ćma
Katja Kettu

Czarny wtorek


Oto nadszedł ten dzień. Dzień smutku, bólu i rozpaczy. Dzień, którego tak długo się bałam.

Urodziny.

W tej chwili macie prawo uznać mnie za najdziwniejszą osobę na świecie. Ale nawet największa sterta prezentów (której nie dostanę, nigdy nie dostałam sterty prezentów) nie zrekompensuje mi faktu, że właśnie skończyłam 22 lata.

Wiecie jak to jest. Czekacie do osiemnastki, żeby w końcu móc kupić browa na legalu, a nie biec pół godziny do tego jednego sklepu na drugim końcu miasta, gdzie nie sprawdzają dowodu. Potem możecie czekać na te dwadzieścia jeden, bo to jakiś tam kolejny krok, bo teraz już wpuszczą Was do każdego klubu, no i brzmi to jakoś legitymacyjnie. I możecie zostać posłami. Jeśli to jest Wasze marzenie.

Ale dwadzieścia dwa? To już nie brzmi dobrze. To brzmi... strasznie. Mój młodszy brat (ten najmłodszy z młodszych, bo jest ich aż dwu) krzyczy na mnie, kiedy mówię, że zaraz będę miała dwadzieścia dwa lata, bo on wtedy zaczyna czuć się staro. Mój brat pisze w tym roku maturę. I to sprawia, że ja faktycznie czuję się staro.

Długo zastanawiałam się, czym Was z tej niesamowitej okazji uraczyć. Pierwszym pomysłem były dwadzieścia dwie rzeczy, których nauczyłam się w ciągu tych dwudziestu dwóch lat. Ale wyobraźcie sobie, że dwadzieścia dwie rzeczy to naprawdę dużo, tak? To jedna rzecz na rok. Dajcie żyć... A jeśli nie uwzględnię w nich tego, że nauczyłam się chodzić i mówić... i kroić chleb (nope, dalej nie potrafię ładnie pokroić chleba), to robi się z tego jeszcze trudniejsza sprawa.

O, potrafię też policzyć całkę. Czasem.

Tak więc pomysł padł i na jego miejsce wszedł inny.
Poproszę werble...

Dwadzieścia dwie rzeczy, które chciałabym dostać na urodziny.

W końcu to moje urodziny, więc mogę je poświęcić na moje prezenty. A jestem przekonana, że wymyślanie rzeczy, które chciałabym dostać, będzie najprostszym zajęciem na świecie.

NIESAMOWITA LISTA CAŁKIEM ZWYCZAJNYCH I NIEZBYT WYMAGAJĄCYCH PREZENTÓW (bo przecież nie jestem zachłanną osobą)

1. Pudełko Merci, w którym będą same kawowe czekoladki
W tych normalnych są dwie. To jakaś kpina.

2. Biblioteka
Taka z całymi ścianami książek i kręconymi schodami, i drabinami, żeby dostać się do tych książek. Jak ta, którą Bella dostała od Bestii, kiedy była zakładnikiem w jego zamku. Najlepiej w pakiecie z kimś, kto będzie tam sprzątał i ścierał kurze. Nienawidzę ścierać kurzy z książek. I nie wiem, gdzie miałabym ją wsadzić. Ale to w sumie nieważne. Chcę i tak.

3. Informatyk, który będzie zarządzał moją stroną
Co prawda, kiedy wchodzę w htmla, czuję się jak największy haker świata, co jest bardzo spoko. Ale jednak przyznaję, że większość rzeczy związanych z internetami, programowaniem i zdjęciami responsywnymi to dla mnie czarna magia.

4. Fontanna czekolady
Zawsze chciałam taką fontannę. Niektórzy mieli takie na przykład na studniówce, ale wyobraźcie sobie, że my w Filomacie nie szarpnęliśmy się na czekoladową fontannę...

5. Buty na obcasie, które nie sprawią, że zacznę płakać po dwóch godzinach
Albo umiejętność chodzenia w butach na obcasie. Chociaż chętnie przyjmę i skilla, i ładne ciżemki.

6. Bilet na Bloodstock
I osoba, która pojedzie ze mną na Bloodstock. Smutno tak jechać na festiwal samemu.

7. Wakacje na Malediwach
I to w miarę szybko, bo Malediwy za niedługo staną się kolejną Atlantydą, a ja chciałabym posiedzieć sobie w takim słodkim domku na balach zanim się tak podzieje.

8. Dożywotni zapas Piegusków. Albo Milki. Albo i Piegusków, i Milki.
To się skończy najprawdopodobniej moją śmiercią i to całkiem szybko, więc to wcale nie musi być taki znowu duży zapas.

9. Opłacony wyjazd do Australii
Uwzględniający wynajem sprzętu do nurkowania, bo chciałabym nurkować na Wielkiej Rafie Koralowej. Bo wcale nie miałam okazji jak tam byłam (serio, byliśmy w innej części Australii).
I tutaj też - zanim ta Rafa całkiem umrze :(

10. Batmobil
Tak. Żeby nie było spiny o prawa autorskie mogę go przechrzcić na Puszkobil. Albo Puszkomobil. Jeszcze nie zdecydowałam.

11. Tatuaż
Mimo, że cały wszechświat dalej i wciąż jest przeciwko. I moje fundusze najwyraźniej też.

12. Kurs pisania u Brandona Sandersona
Kocham bardzo tego pana i to, jak pisze. A podobno prowadzi zajęcia z pisania na uniwersytecie. W Stanach...

13. Zaproszenie na bal maskowy
Taki prawdziwy. Z długimi sukniami, frakami, koreczkami, ponczem. I maskami. I orkiestrą.

14. Ukończyć szkołę elfologii na Islandii
Serio. Nie żartuję. Jest taka szkoła. I nawet organizują wycieczkę w poszukiwaniu elfów. I słyszałam coś jeszcze o kawie i naleśnikach.

15. Dostać supermoce od wróżki chrzestnej... albo wróżki zębuszki
W sumie wszystko jedno od kogo. Ważne, żeby w pakiecie była teleportacja. Żebym może w końcu przestała się spóźniać. Telekineza też jest całkiem spoko opcją. Albo laser w oczach.

16. O, chciałabym ten taki drewniany zegarek
Z którejś z tych firm, które robią drewniane zegarki.
Bez komentarza. Są cudowne i bardzo taki chcę.

17. Weekend w SPA
Może być też tydzień w SPA. Albo miesiąc w SPA. Po prostu mam straszną ochotę na taki masaż. I maseczki z alg. I cokolwiek się tam jeszcze robi.

18. Lot balonem
W sumie to nie wiem, czemu, bo mam lęk wysokości i pewnie będę płakała. Ale brzmi to całkiem fajnie.

19. Szerokie, pięknie zdobione schody z marmuru w willi
Po których będę mogła schodzić w sukni z długim trenem, wśród oklasków moich gości. Kiedyś już o tym pisałam. Marzenie dalej się nie spełniło, więc czekam.

20. Garderoba wielkości mojego mieszkania
Pełna pięknych ubrań, butów, kapeluszy (w których nie chodzę), szali i torebek. Taka, jakimi chwalą się Kardashianki w programach o garderobach. Czy jakie to tam są programy.

21. Jeszcze jeden kotełek
To nie tak, że mojego już nie kocham, ale kotełków nigdy za wiele. Albo piesek. Ale mały. Boję się dużych psów. O, a może chow chow. One są takie słodkie!

22. Taras. Najlepiej w pakiecie z domem. Ale bardziej chodzi mi o taras. 
Serio, zazdroszczę wszystkim ludziom, którzy mają taras. Albo ogródek przy domu, do którego mogą sobie po prostu wyjść, kiedy mają ochotę i leżeć w słonku na leżaczku, popijać zielone koktajle i czytać książkę. Tak wyobrażam sobie ludzi, którzy mają tarasy. Zawsze z zielonym koktajlem.

No, więc jeśli ktoś bardzo chce dać mi prezent, to proszę wybrać coś z tej listy. Cieszę się, że mogłam pomóc. Pozdrawiam.

PS. Wymyślenie dwudziestu dwóch prezentów wcale nie było takie proste, jak myślałam.

Welcome to your tape


13 powodów Jay Asher
13 powodów serial wyprodukowany przez Netflix
Recenzja

Kaseta 1: Strona A
▶️
Cześć, tu Puszka. Puszka Pandory. Zgadza się. Nie regulujcie swoich odbiorników. To ja, na żywo i w stereo.
❚❚
Tak naprawdę wcale nie w stereo. Ale na potrzeby tego posta spróbujcie sobie wyobrazić, że przed drzwiami do domu znaleźliście przesyłkę opakowaną w brązowy papier, bez żadnego adresu zwrotnego. Spróbujcie sobie wyobrazić, że otworzyliście ją szybko, ciekawi, co też może znajdować się w środku. A w środku było... pudełko na buty. Zaintrygowani podnieśliście przykrywkę, odwinęliście folię bąbelkową i wtedy Waszym oczom ukazało się siedem kaset. Starych kaset magnetofonowych, ponumerowanych po obu stronach liczbami od 1 do 13. Takich, których nie mieliście okazji oglądać odkąd skończyliście jakieś pięć lat. A może nigdy? Pominiemy niesamowitą przygodę, podczas której zdobywacie starego, wysłużonego walkmana, na którym można odsłuchać kasety. Siadacie w końcu w fotelu, zakładacie słuchawki i wciskacie "play".
▶️
Postaram się nie spojlerować za bardzo i wspominać tylko o rzeczach na tyle oczywistych, żeby nie zepsuły nikomu przyjemności z oglądania albo czytania, albo oglądania i czytania. Rzecz pierwsza, bardzo istotna. Serial jest dużo lepszy od książki.

Kaseta 1: Strona B
▶️
Wy wszyscy, którzy nie słyszeliście o 13 powodach (o ile jeszcze istniejecie, dziwni ludzie bez internetów), witam na Waszej kasecie. To tutaj dowiecie się co nieco o fabule. Wróćmy do taśmy pierwszej. Przestawiona tam historia z paczką znalezioną pod drzwiami przydarzyła się Clay'owi Jensenowi, uczniowi amerykańskiego liceum. Okazało się, że kasety nagrała przed śmiercią Hannah Baker, dziewczyna ze szkoły, która parę tygodni wcześniej popełniła samobójstwo. Na taśmach przedstawia trzynaście powodów, które doprowadziły ją do podjęcia decyzji o zakończeniu życia. Jeżeli otrzymałeś tę przesyłkę, to znaczy, że któraś kaseta jest o Tobie. Słowem, jesteś jednym z powodów śmierci Hannah.
"Reguły są proste. I tylko dwie. Po pierwsze, słuchacie. Po drugie, przekazujecie taśmy dalej."
A w wypadku, gdy ktoś je złamie, upubliczniony zostanie drugi zestaw kaset (w posiadaniu tajemniczego strażnika kaset) i wszystkie przestępstwa, tajemnice i mroczne sekrety ujrzą światło dzienne.


Kaseta 2: Strona A
▶️
Z reguły przy ekranizacji niektóre postacie albo wydarzenia zostają pominięte, bo książka jest po prostu zbyt rozbudowana, długa, wielowątkowa. Tutaj jest zupełnie na odwrót. Książka wydaje się być okrojoną wersją serialu. Cała akcja w pierwowzorze zamyka się w jednej nocy, podczas której Clay przesłuchuje wszystkie kasety, trochę płacze i pije shake'a. A potem wysyła je do kolejnej osoby.
Natomiast w serialu każdy odcinek jest poświęcony jednej z taśm, a do tego fabuła jest dużo bardziej rozwinięta. Pokazuje jaki wpływ śmierć Hannah miała na społeczeństwo, szkołę, jej znajomych i jej rodzinę.

Kaseta 2: Strona B
▶️
Historia Hannah i Clay'a w serialu jest taka... ładna. O ile ładna historia może kończyć się samobójstwem. Chodzi mi o to, że w serialu widać to uczucie i więź między nimi. Rozmawiają ze sobą, Hannah przezywa chłopaka żartobliwie "Helmet" ("kask", śmieje się, że jeździ w kasku na rowerze). A Clay naprawdę ją kocha. Zbliżają się do siebie podczas pracy w kinie, rzucają zabawnymi komentarzami na korytarzu w szkole. W książce po prostu mu się podoba i Clay przyznaje, że może kiedyś mógłby ją nawet pokochać, ale w sumie rozmawiał z nią tak naprawdę tylko raz. I w ogóle jej nie zna.

Kaseta 3: Strona A
▶️
Czasami powody, które podaje Hannah, wydają się tak błahe, że aż głupie. I jasne, rozumiem, że to efekt śnieżnej kuli, w którym z pozoru nic nieznaczące wydarzenia napędzają kolejne, bardziej znaczące. Ale dalej i wciąż, przynajmniej jeden był tak naciągany, że nie mam pojęcia po co autor go tu zamieścił. Nie powiem nic więcej, zainteresowanych odsyłam do historii Courtney (w książce). Wydaje mi się, że to dlatego niektóre powody zostały zmodyfikowane na potrzeby serialu (na przykład historia Courtney właśnie). Dzięki temu lepiej przemawiają do odbiorców. Po prostu wydają się być jakieś takie bardziej legitymacyjne.

Kaseta 3: Strona B
▶️
Niektóre fakty są zmienione tak, aby bardziej wpasowywały się w nasze realia i poruszały kontrowersyjne tematy, z którymi mierzą się ludzie w dzisiejszych czasach. Albo przynajmniej jest o nich głośno. Jak homoseksualizm. W książce nie ma ani słowa o preferencjach któregokolwiek z bohaterów, w serialu można natomiast znaleźć co najmniej pięć osób o odmiennej orientacji (tak, policzyłam to) i śledzić, jak akceptują swoją "odmienność" albo jak próbują się jej wyprzeć. 



Kaseta 4: Strona A
▶️
Nie mogę jednak całkowicie zbojkotować książki. Niektóre zachowania głównych bohaterów są w niej dużo lepiej wytłumaczone. Co tak naprawdę sprawiło, że Clay nigdy nie powiedział Hannah, co do niej czuje? Był nieśmiały? A może chodziło o coś więcej? Dlaczego Hannah czasem reagowała w taki a nie inny sposób? Dlaczego czasem nie reagowała w ogóle, kiedy powinna była?

Kaseta 4: Strona B
▶️
Serial jest momentami wręcz przedramatyzowany i ciężko się go ogląda. Ale nie oszukujmy się, większość dzisiejszych produkcji, skierowanych do szerokiego grona odbiorców, tak wygląda. Nie zmienia to jednak faktu, że w przystępny i ciekawy sposób porusza naprawdę poważny problem. Który z roku na rok robi się coraz większy. Ludzie buntują się, że jest bardzo brutalny, dużo bardziej niż książka. Ale wiecie co? Po pierwsze, widziałam wiele bardziej okrutnych scen w innych produkcjach, więc bez przesady. Po drugie, to dobrze. Historia Hannah opowiada o strasznych rzeczach, które naprawdę przydarzają się ludziom (i to całkiem często, nawet jeśli się o tym nie mówi), dlatego przedstawienie ich w straszny sposób jest jak najbardziej na miejscu.

Kaseta 5: Strona A
▶️
Hannah nie jest takim znowu aniołkiem bez skazy, a cały zły świat wcale nie uwziął się na nią i tylko na nią. Sama ma sobie parę rzeczy do zarzucenia (i to wcale nie byle jakich) a to sprawia, że jej historia i postać stają się bardziej realistyczne. Serial pokazuje też innych ludzi, których życie nie jest usłane różami, a jednak nie decydują się na samobójstwo.

Kaseta 5: Strona B
▶️
Książka wspomina o rodzicach Hannah raz, informując nas, że wyjechali. W serialu ich cierpienie i walka o pamięć córki, i próby odkrycia, dlaczego do tego doszło są jednym z głównych i najbardziej emocjonujących wątków. Łezki kręciły mi się w oczach przy każdej scenie, w której pojawiali się państwo Baker, przerażeni, zdezorientowani, niedowierzający. Walczący z resztą świata.
Swoją drogą, uważam, że to nie fair ze strony Hannah, że zostawia taśmy każdemu po kolei, ale rodzicom nie mogła nawet napisać jakiegoś listu. I muszą się szamotać, żeby zrozumieć, żeby poznać prawdę. Przynajmniej w serialu, w książce nie ma o tym ani słowa.


Kaseta 6: Strona A
▶️
Serial pokazuje, jak ludzie walczą ze świadomością, że przyczynili się do samobójstwa albo że niczego nie zauważyli. Jak muszą teraz żyć z tym i innymi swoimi grzeszkami i jak udają, że wcale nie mają poczucia winy, ale jednak mierzą się z nim codziennie.
Książka pokazuje... Jak Clay płacze podczas słuchania kaset. I nic poza tym. Wszyscy "odpowiedzialni" za samobójstwo Hannah są wspomnieni jedynie na taśmach, żadne z nich nie pojawia się fizycznie na stronach książki. I tutaj też serial wygrywa.

Kaseta 6: Strona B
▶️
Między książką a serialem jest też parę innych nieznacznych różnic, które nie wpływają na historię, ale o których warto wspomnieć. Na przykład sposób, w który Hannah odbiera sobie życie. Nie mam pojęcia, czemu został zmieniony na potrzeby serialu. Może, żeby wyglądało to bardziej obrazowo? Albo fakt, że w książce występuje bohaterka Jenny, natomiast w ekranizacji nie znajdziecie żadnej Jenny. Zamiast tego poznacie Sheri. Tak, to ta sama osoba. Aha, rower jest w serialu niejako atrybutem Clay'a. A w książce to Hannah jeździ do szkoły na niebieskim rowerze.

Kaseta 7: Strona A
▶️
Może to prawda, że pierwowzór lepiej przedstawia tło psychologiczne bohaterów (a przynajmniej to, co dzieje się w głowie Hannah przed śmiercią), ale nie zgadzam się ze zdaniem niektórych, że lepiej oddaje emocje bohaterów. Albo że bardziej wpływa na emocje odbiorców. Są książki, które sprawiają, że chce Ci się płakać. Albo wprawiają w złość. Albo wręcz zmuszają, żebyś nienawidził pewnych bohaterów, a uwielbiał innych. Ale ta taka nie była. Natomiast serial był jak najbardziej.

Kaseta 7: Strona B
▶️
W serialu Hannah nagrywa trzynaście taśm, pozostawiając czternastą pustą. A w książce? Cóż, w książce na stronie B siódmej kasety po raz ostatni można jeszcze usłyszeć jej głos. Tam tam tam tam.

@booksoverhoes