Clive Barker - Historia pana B.


SPAL   TĘ   KSIĄŻKĘ.
Pośpiesz się. Zrób to. Teraz, póki jeszcze czas. Spal ją. Nie patrz na kolejne słowo. Słyszysz, co mówię? Ani. Słowa. Więcej.
Na co czekasz? To nic trudnego. Po prostu przestań czytać i spal książkę. To dla twojego dobra, uwierz mi. Nie, nie mogę wyjaśnić dlaczego. Nie mamy czasu na wyjaśnienia. Każda kolejna sylaba, po której pozwalasz błądzić swym oczom, to krok ku coraz większym kłopotom. Kiedy zaś mówię "kłopoty", mam na myśli rzeczy tak zatrważające, że gdy tylko je zobaczysz, gdy tylko je poczujesz, twoje zmysły cię opuszczą. Oszalejesz. 


Nie spaliłam tej książki. Tak. Jestem taką odważną osobą. Albo głupią. Słyszałam różne opinie. W każdym razie, może nie będzie dla Was zaskoczeniem to, że po tych słowach chciałam ją przeczytać jeszcze bardziej. Co też uczyniłam.




I okazało się, że wcale nie była jakaś niesamowita...




To znaczy, pomysł jest całkiem dobry. W końcu to demon przemawia do Ciebie z kart książki niczym Tom Riddle ze swojego horkruksa-dziennika (to nie jest spojler, dowiadujemy się tego chyba na trzeciej stronie. To znaczy tego, że mamy do czynienia z przedstawicielem Demonacji). Ale sam sposób przedstawienia tego gatunku i piekła jest... rozczarowujący. Piekielne czeluście wcale nie są jakieś przerażające, mroczne i gorejące wiecznym ogniem, i wcale nie słychać w nich jęków dręczonych dusz. Stoi tam natomiast rodzinna chatka głównego bohatera, Jakaboka Botcha, a za nią rozciąga się wysypisko śmieci. Demony są mało demoniczne, wiodą bardzo ludzkie życie, chodzą do pracy, szkoły, zakochują się, tworzą rodziny. Z tą różnicą, że żyją w piekle. I mają ogony. I łuski. Tylko jakoś nie przeszkadza im to w niezauważonym paradowaniu między ludźmi. Ale o tym potem.




Cała idea polega na tym, że Jakabok próbuje przekonać czytelnika do spalenia książki, w której jest uwięziony za jakieś straszne zbrodnie. Mówi, że dzięki temu będzie mógł zakończyć swój marny żywot i spocząć w pokoju, zamiast przez wieczność być zlepkiem kartek i plamami atramentu, które ożywają tylko, gdy ktoś decyduje się otworzyć książkę. Pierwsze strony nie różnią się od siebie jakoś zasadniczo. Przez większość czasu jedyne, co możemy przeczytać to "spal tę książkę", albo "spal tę książkę". Ewentualnie (tam tam tam tam) "spal tę książkę". Potem Jakabok zaczyna stosować różne metody, żeby nakłonić czytelnika do popełnienia tego czynu, zaczynając od troski o życie i moralność odbiorcy, poprzez pochlebstwa, próby przekupienia, na groźbach kończąc.




W międzyczasie​ opowiada historię swojego życia w nadziei, że w ten sposób uda mu się nakłonić czytelnika do spełnienia jego prośby. Dowiadujemy się więc o jego trudnym dzieciństwie w Dziewiątym Kręgu piekła, ojcu alkoholiku i nieszczęśliwym wypadku, który sprawił, że Jakabok został oszpecony do końca życia. O tym, jak podstępem został zaciągnięty do Świata Na Górze w średniowieczne realia, gdzie ludzie byli jeszcze w pełni świadomi obecności demonów i aniołów. O tym, jak od tego czasu musiał walczyć o życie, o jego podróży po całym świecie w poszukiwaniu coraz to nowych wynalazków ludzkości, o trudnej miłości. I o wynalazku tak niesamowicie ważnym, że mógł doprowadzić do końca świata, ale na szczęście ostatecznie zmienił go tylko w nieodwracalny sposób.




To podobno horror. Podobno jednego z poczytnych mistrzów gatunku. Zdaję sobie sprawę z tego, że dużo trudniej przerazić kogoś za pomocą samych słów, bez żadnych creepy zarośniętych dziewczynek, wychodzących z telewizora, ciszy budującej napięcie i efektów specjalnych. Tak, napisanie dobrej książki-horroru musi być zdecydowanie trudniejsze od nagrania filmu-horroru. I może z tego powodu nie powinnam być zbyt krytyczna. Ale nie zrobiły na mnie wrażenia ani opisy strasznych czynów, którymi tak bardzo chwali się Jakabok, gdy próbuje być groźny, ani fakt, że zarżnął ze dwa tuziny niemowląt, żeby wykąpać się w ich krwi, ani opisy wyglądu przeróżnych piekielnych stworów. Z ręką na sercu muszę przyznać, że w całej książce był tylko jeden moment, w którym moje serduszko zaczęło bić szybciej, a jako, że była już 3 w nocy (godzina duchów) i wszyscy domownicy spali, to tchórzliwie stwierdziłam, że na dzisiaj wystarczy. W każdym razie, jeden taki fragment na dwieście stron to trochę słaby wynik, jak na mistrza horroru.




W dodatku najwyraźniej nie jestem fanką stylu pisania Clive'a Barkera. Momentami wydarzenia dzieją się szybko i bez jakiegoś logicznego połączenia, opisy są... dziwne, historie urwane i jakby zbyt groteskowe, nawet biorąc pod uwagę fakt, że to życiorys demona. Gdy Jakabok chwalił się swoimi strasznymi, mrożącymi krew w żyłach czynami, myślałam tylko: oh, nie mógł się bardziej postarać? Sama nie do końca wiedząc, czy mam na myśli demona czy dużo bardziej przyziemnego pisarza.




Muszę jednak przyznać, że bardzo ciekawym zabiegiem jest ciągła "rozmowa" Jakaboka z czytelnikiem. Demon prowadzi monolog, ale cały czas zwraca się w naszą stronę, zadaje pytania, mówi, że potrafi zauważyć naszą reakcję na swoje słowa (nie zawsze do końca trafnie), czuje, kiedy mocniej zaciskamy dłonie na książce, kiedy nasz oddech przyspiesza. Sprawia to, że czytając nie czujemy się tak naprawdę sami. Jakby cały czas ktoś siedział razem z nami. Jakby można było stwierdzić obecność jeszcze kogoś.




Głównie ze względu na ten fakt było to całkiem ciekawe doświadczenie, mimo, że nie jest to ani najbardziej przerażająca rzecz w moim życiu, ani najlepsze dzieło pisarskie, jakie miałam okazję przeczytać. Nie mogę więc powiedzieć, że nie polecam tej książki. Może po prostu duża ilość dziwnych filmów, które obejrzałam, jakoś uodporniła mnie na działanie obrzydliwych opisów i potwornych potworności...




Jeśli kiedykolwiek zdecydujecie się sięgnąć po Historię pana B., pamiętajcie tylko, żeby nie dać się skusić, jeśli demon ofiaruje Wam coś w zamian za przysługę. Podobno zaprzedanie duszy nigdy nie kończy się dobrze.



~*~*~*~*~*~*~*~*~
Próba ognia
Luty
Horror
Historia pana B. Clive Barker
Recenzja

@booksoverhoes