Krótka rozprawa o edukacji



Przychodzi taki moment w twoim życiu, kiedy godzisz się z tym, że modelką instagrama na pewno nie będziesz. Bo liczba obserwujących Cię osób utrzymuje się na stałym (smutno niskim) poziomie, bo nie dodajesz dwudziestu zdjęć dziennie, bo Twoje życie nie jest wystarczająco ciekawe i niestety nie wyglądasz jak instagramowe Rosjanki, które mogą zarabiać na swoich pięknych buziach i dużych biustach. Życie dało w twarz, ale mówi się trudno i płynie się dalej.



Tylko, w którą stronę popłynąć?



Nasz cudowny system oświaty już w gimnazjum stawia nas przed jednym z najtrudniejszych wyborów w naszym życiu: co chcemy robić w przyszłości. W końcu, gdy idziesz do liceum musisz wybrać sobie profil, który przygotuje Cię tylko do kilku potencjalnych ścieżek kariery. Ja w gimnazjum nie byłam gotowa do podjęcia takiej decyzji. W sumie to do teraz nie mam pojęcia, co chcę robić w przyszłości. A patrząc na to, jak przez te kilka lat zmienili się ludzie i na jakim poziomie jest większość dzisiejszej gimbazy, to jestem pod wrażeniem, że są w stanie dokonać wyboru jakie papierosy dzisiaj kupić. Albo jaką minę zrobić na selfie. Nie mówiąc już o wyborze, który może zaważyć na całej ich przyszłości.



Teraz w liceum połączyli jeszcze wszystkie przedmioty, których nie wybrałeś na rozszerzenia w bloki, żeby przypadkiem żaden biedny człowiek nie zdobył ani trochę wiedzy, która mu się w życiu do niczego nie przyda. Bo po co przyszłemu panu inżynierowi elektrykowi wiedza o tym, kim był Otton III? Po nic, oczywiście. Nie pomoże mu to w naprawianiu przewodów elektrycznych ani nie umili wieczorów. Może ewentualnie zabłyśnie w Jednym z dziesięciu. Czy to jeszcze w ogóle leci?



Nie, zupełnie nie przyda mu się to w wykonywaniu zawodu, do którego przygotowuje go od dziecka nasz system. Ale jeżeli będzie wiedział o Ottonie III, o położeniu Wysp Kanaryjskich na mapie, albo co to jest partykuła, to właśnie te rzeczy będą sprawiały, że zostanie wykształconym człowiekiem na poziomie. I to będzie go odróżniało od innych inżynierów elektryków. Albo chemików, albo maszynistów, albo polonistów. Elektrycy to był tylko taki przykład.



W każdym razie, wracając do pracy, przyszłości i modelek instagrama, to na trzecim semestrze wybrałam się (ja, ambitna studentka technologii i inżynierii chemicznej w języku angielskim - do teraz nie wiem, jak mój kierunek nazywa się oficjalnie po angielsku) na targi pracodawcy i pracownika, żeby dowiedzieć się czegoś o moim przyszłym rynku pracy. Odkryłam dwie rzeczy:

1. Nie mam przyszłości.
2. Ludzie po automatyce i robotyce, i informatyce znajdą pracę wszędzie. Brawo. Nawet nie oszukuję się, że przecież mogłabym też pójść na takie studia, bo wiem, że jeszcze więcej fizyki to nie dla mnie, po tym, jak na pierwszym semestrze mówiliśmy o grawitacyjnej dylatacji czasu i miałam ochotę płakać zwinięta w pozycję embrionalną.


Tak więc co robić, żeby mieć jakąś przyszłość? Wy, którzy ogarniacie, o co chodzi w zdaniu "długość fali materii stowarzyszonej z ruchem cząstki materii o pędzie p" albo potraficie programować, idźcie w to. Zapotrzebowanie na takich ludzi nie skończy się jeszcze przez dość długi czas. Natomiast wszyscy pozostali mogą płakać razem ze mną. Ewentualnie pisać książki i mieć nadzieję na sławę i miliony. Ale ja zaklepuję sobie fantastykę. 



Fot. iT@c

Jak dobrze marnować czas


Gdybyście przypadkiem znaleźli się w strasznym momencie Waszego życia, kiedy nie będziecie mieli zupełnie pojęcia, co oglądać, mam dla Was parę propozycji. Jeżeli interesuje Was mój gust w kwestii seriali. A w sumie czemu nie, skoro interesuje Was moja opinia na różne inne tematy. W końcu wchodzicie czasem na tego bloga.


Lucifer

Ostatnio mój miszcz, ulubiony i przekochany. Co prawda, pierwszy odcinek wyszedł już dawno temu, a potem chyba z rok trzeba było czekać na kontynuację, bo jakieś ligi rodzin w Stanach buntowały się, że to niemoralne, żeby przedstawiać diabła w tak łaskawym świetle...

Ale było warto. Czekać.
Uwielbiam klimat tego serialu, brytyjski akcent głównego bohatera, to, że wszyscy bez zmrużenia oka nazywają go Lucifer Morningstar, mimo, że nikt tak naprawdę nie wierzy, że jest panem piekieł na wakacjach. I te jego żarty, które chyba nigdy nie skończą się reżyserowi, typu: Lucifer patrzy na metkę na swojej marynarce i mówi "diabeł naprawdę ubiera się u Prady".
I za muzyczkę na początku. I za Maze, demonicznego ninja-pomocnika, który razem z Lucyferem opuścił piekło. I super się ubiera.



The Walking Dead

Klasycznie, każdy słyszał, każdy wie, każdy zna. Z takich ciekawostek, to pierwszy serial, w którym pokazano dziecko zombie (pierwszy odcinek, ta urocza dziewczyneczka z pluszowym misiem), co wywołało wielką falę oburzenia.
Obraziłam się na niego już z tysiąc razy, raz zrobiłam sobie roczną przerwę, po tej akcji z Gubernatorem, Hershelem i mieczem Michonne (dla wtajemniczonych). Żaden inny serial ani film nie wywołał u mnie tak ogromnego wkurwienia i smutku, i poczucia niesprawiedliwości. Denerwuje mnie niemiłosiernie to, że po tylu latach ci ludzie dalej zachowują się tak żałośnie, że nie potrafią przewidzieć najbardziej oczywistych wydarzeń, przez które z dupy umiera połowa ekipy. I to, że gdy jeden wątek zaczyna być ciekawy, to przez następne pięć odcinków będą robić inną historię albo retrospekcje. Ale oglądam go dalej.


Fear the walking dead
Historia i świat ten sam, co w The Walking Dead, ale tutaj akcja rozgrywa się w Los Angeles a nie na bliżej nieokreślonych polach i w bliżej nieokreślonych lasach. Pokazuje początki apokalipsy, zachowanie społeczeństwa, zamieszki na ulicach, filmiki w internetach, na których postrzeleni parę razy ludzie wstają i dalej idą przed siebie. Powstają zamknięte osiedla dla zdrowych obywateli, a każda osoba, która wydaje się być choć trochę chora jest w mało humanitarny sposób wywlekana z domu siłą i zabierana gdzieś. W końcu jeszcze nie wiadomo, w jaki sposób przenosi się zaraza i jakie są jej początkowe objawy.
Pierwszy sezon był chyba takim testerem, bo miał tylko sześć odcinków, ale teraz zaczęła się emisja drugiego sezonu. Takiego prawdziwego. Mam nadzieję, że w dalszej części wyjaśnią w jaki sposób doszło do całej tej apokalipsy. Mam też nadzieję, że bohaterzy dość szybko dojdą do poziomu mastera w zabijaniu zombie. A na razie mamy oczywiście wkurwiającego faceta-ciotę, który jest głową rodziny, ale nie potrafi nic zrobić sam. Bo jest pacyfistą, który nie zamierza zabijać niczego, co się rusza. Nawet jeśli to coś gnije. I warczy. I próbuje odgryźć mu rękę.


iZombie
Jak tak teraz na to patrzę, to to już trzeci serial w tematyce zombie, o którym piszę. Tutaj natomiast wygląda to trochę inaczej. Dopóki taki zombie je sobie mózgi, niczym nie różni się od zwykłego obywatela. Oprócz tego, że jest trupio blady, jego włosy robią się białe i od czasu do czasu, kiedy skacze mu adrenalina, przechodzi na zombie-mode. Główna bohaterka, Olivia, aspirująca lekarka z cudownym życiem i uroczym narzeczonym, została zadrapana przez takiego potworka podczas imprezy na łodzi. Teraz jest wyrzutkiem, zerwała kontakt z większością bliskich ludzi (w tym z narzeczonym) i pracuje w prosektorium, gdzie ma darmowy bufet bez potrzeby zabijania ludzi. Przygotowuje sobie dania, których powstydziłaby się Magda Gessler, pomaga zaprzyjaźnionemu policjantowi rozwiązywać morderstwa osób, których mózgi akurat trawi, a jej współpracownik, naukowiec, próbuje znaleźć lekarstwo na jej drobną przypadłość.
Bardzo fajnym motywem jest to, że po zjedzeniu czyjegoś mózgu zombie przejmuje cechy i zachowania danej osoby, więc w każdym odcinku Liv jest zupełnie inna. Na przykład, gdy zjadła mózg gamera, siedziała całe noce, opychała się chipsami i nerdziła.


Desperate housewives

Gabrielle jest byłą modelką, żoną biznesmena, którego nigdy nie ma w domu, więc z nudów nawiązuje romans z siedemnastoletnim ogrodnikiem. A jej kolejne kłamstwa i pomysły, co zrobić, żeby mąż się o tym nie dowiedział, są genialne.

Lynette miała wspaniałą karierę, ale zrezygnowała z niej, kiedy zaszła w ciążę. Teraz ma czwórkę (rudych) dzieci i przez większość dni próbuje ich nie pozabijać.
Susan jest rozwódką z czternastoletnią córką. Jej potrawy mogą zabić, a ona nie potrafi przejść trzech kroków, żeby się nie wywrócić, złamać ręki albo zniszczyć czegoś bardzo drogiego. To ta postać, która z reguły zatrzaskuje drzwi do swojego domu i zostaje na zewnątrz w samym ręczniku. Który potem ginie w dziwnych okolicznościach, zostawiając ją nagą na środku ulicy.
Bree jest perfekcyjną panią domu, pedantyczną do granic możliwości, z którą nie może wytrzymać ani jej mąż, ani jej dzieci. To w sumie bardzo smutna postać.
A Edie jest po prostu kurwą, która zaliczyła połowę osiedla.
Każda z nich jest zabawna, każda jest urocza, każda jest tragiczna, każda jest w stanie zrobić zupełnie wszystko, żeby ochronić swoją rodzinę. Wszystko. Naprawdę. A to sprawia, że ten serial robi się naprawdę chory.
Pierwszy sezon zaczyna się od tego, że ich przyjaciółka, zawsze pogodna, miła, uprzejma, ze wspaniałym życiem, kochającym mężem, synem i pięknym domem, Mary Alice, popełnia samobójstwo. W miarę jak przybliżają się do odkrycia prawdy na temat jej śmierci, okazuje się, że każdy sąsiad ma swoje mroczne tajemnice. I nawet one, przyjaciółki, nie mówią sobie wszystkiego.




The Flash

Świat z komiksów DC. Po wybuchu akceleratora cząsteczek wielkie wyładowanie energii nad Starling City sprawia, że niektórzy jego mieszkańcy (w większości zwyrodniali kryminaliści oczywiście), zyskują super moce. Barry (on akurat jest dobry) zostaje porażony piorunem, zapada w śpiączkę na parę miesięcy, a gdy się budzi, okazuje się, że jest super szybki. Może poruszać się z niesamowitą prędkością (w jednym odcinku biega po wodzie!), jego ciało zwalcza choroby i leczy rany w kilka godzin, a metabolizm działa tak sprawnie, że powinien jeść co chwilę. Brzmi cudownie, szczególnie ta ostatnia część. Ale, żeby nie było tak pięknie, Barry nie jest w stanie się upić.
Cały serial polega w sumie na tym, że Flash chroni miasto przed tymi wszystkimi złymi metaludźmi i próbuje odkryć tajemnicę morderstwa swojej matki, o które niesłusznie oskarżono jego ojca. I stara się wyrwać swoją przybraną siostrę. Barry oczywiście chce być męczennikiem, poświęcić całe swoje życie umartwianiu się i ratowaniu wszystkiego i wszystkich. Ale oprócz tego to bardzo przyjemny serial. Co prawda często rzucają fizyczno/chemiczno/biologiczno/matematycznymi teoriami, które wydają mi się bardzo wątpliwe. Ale Cisco zawsze wymyśla świetne nazwy dla każdego nowego złego metaczłowieka.


Scream queens
Głupi aż do bólu. Ale na szczęście dowiadujemy się w nim, że w piekle nie ma dinozaurów. Jeżeli mi nie wierzycie, to może uwierzycie Arianie Grande... to znaczy Channel no. 2, której duch powraca z piekieł (o tutaj to macie, ale nie oglądajcie do końca, bo spojlery).
Obrzydliwie bogata przewodnicząca Kappa Kappa Tau, Channel, jej minionki (Channel no. 2, 3 i 5), jej jeszcze bardziej bogaty chłopak, Chad Radwell, jego przyjaciele z bractwa Dickie Dollars Scholars oraz nowe członkinie Kappy - każde z nich jest w śmiertelnym niebezpieczeństwie, bo po kampusie uniwersytetu grasuje seryjny morderca (przebrany w strój maskotki drużyny), który upatrzył sobie akurat ich na swoje ofiary. Dlatego każde z nich próbuje rozwiązać zagadkę i odkryć, kto jest tym kryminalistą. Ale też każde z nich może być zabójcą.
Serial ryje mózg. Serio. Pamiętacie te dinozaury w piekle? No, to mniej więcej na takiej zasadzie wygląda cały sezon. Na początku wydaje Ci się, że możesz się bawić w detektywa i na pewno sam odgadniesz, kto jest Czerwonym Diabłem. Ale potem nagle dzieje się tysiąc chorych rzeczy i wszystkie Twoje przemyślenia, argumenty i poszlaki się rozsypują. Ale Channel są super. Wszystkie. Szczególnie ta z nausznikami, beznamiętna, bez uczuć i martwa w środku.



Castle

Sławny, bogaty i przekonany o swojej własnej doskonałości pisarz (Richard Castle) zabija głównego bohatera swoich, odnoszących sukcesy, kryminałów i próbuje znaleźć nową muzę. Dlatego zaczyna pracować na jednym z posterunków policji w Nowym Jorku. "Pracować" to w sumie nie jest odpowiednie określenie. Włóczy się za policjantką Kate Beckett, prawie umiera podczas każdej poważnej akcji, potem nagle ratuje wszystkich, pomaga rozwiązywać morderstwa i ma kamizelkę kuloodporną z napisem "pisarz". Z Kate robi nową postać swoich książek.
I oczywiście zakochuje się w niej, a ona w nim, ale żadne z nich nie chce tego przyznać. Przez kilka sezonów.


Penny Dreadful 
Wiktoriański Londyn, wampiry, wilkołaki, czarownice. Spotykają się tu najsławniejsze postaci z literatury: doktor Frankenstein i jego twór, Dorian Gray ze swoim portretem, ukrytym w tajemnym pokoju za ścianą, podobno gdzieś jest też Drakula. Główna bohaterka, Vanessa Ives, ma przerażającą, tajemniczą przeszłość, której do końca nie znamy i nie rozumiemy. Na pewno uczyła się magii od starej czarownicy. Na pewno jest bardzo znana w paranormalnym światku. Na pewno diabeł upatrzył ją sobie na swoją wybrankę i zrobi wszystko, żeby w końcu mu się poddała. Serial z tajemnicami ryjącymi mózg, czarodziejskimi lalkami voodoo (przerażającymi!), zaklęciami w zapomnianym szatańskim języku, od których ciarki przechodzą po plecach. Straszny. I strasznie wciągający. A gra aktorki, odtwarzającej główną rolę, jest naprawdę niesamowita. Zwłaszcza kiedy jest akurat opętana przez diabła. Aha i zapomniałabym: stroje w wiktoriańskim stylu też są cudowne.




One Tree Hill

To akurat serial, który oglądałam  bardzo dawno temu. Dla nastolatków, jak najbardziej. Ckliwy, uroczy, o miłości, przyjaźni, przyjaźni, która kończy się przez miłość. Koszykarzach, cheerliderkach, amerykańskim liceum. Miłości. Dorastaniu, odpowiedzialności, pierwszych pracach. O miłości. O tym, że w życiu nie zawsze wszystko układa się tak, jak chcemy. I o miłości.
Zawsze kojarzył mi się bardzo miło, bo przychodziłam do Duli i oglądałyśmy go razem godzinami.










Czy piercing i tatuaże to znak przynależności do Aborygenów?


Jeżeli loby, industriale i tragusy nie brzmią dla Ciebie jak wyrazy z suahili albo niedopracowane zaklęcia, to najprawdopodobniej jesteś jednym z zacofanych przedstawicieli niższego gatunku, którzy przynoszą dyshonor (słowo "dyshonor" zawsze będzie kojarzyło mi się z tym) naszemu prężnie rozwijającemu się społeczeństwu, wracając do archaicznych, dzikich zwyczajów pierwotnych ludzi i manifestując swoją zwyrodniałą, spaczoną osobowość poprzez samookaleczenie.

Spokojnie. Też jestem jedną z tych osób.

Mam całe jedenaście kolczyków. W żadnych szalonych, niedopuszczalnych ani strasznych miejscach. Pięć w jednym uchu, pięć w drugim i smiley'a. Uprzedzam pytanie: nie, nie są one wyrazem przynależności do żadnej okultystycznej sekty ani znakiem mojej miłości do szatana. Albo pradawnych bóstw natury. Nie dostałam też przez nie żadnej żółtaczki, kiły, mogiły, zapalenia opon mózgowych ani raka. A raka można przecież dostać od wszystkiego.

Chciałabym mieć tatuaż. W sumie to więcej niż jeden. Chciałabym cały rękaw. Dlatego pewnie jakiś zarośnięty gość, który siedzi za napad z bronią, będzie mi go musiał zrobić starą igłą na więziennym spacerniaku. Bo przecież nigdzie indziej nie robi się tatuaży. Bo są one tylko wyrazem przynależności do gangu i pokazują, ile jeszcze wyroku zostało do odsiedzenia. Podsumowując, żeby mieć tatuaż, musisz mieć jeszcze brodę, motocykl i kryminalną przeszłość.

Od paru lat próbuję oswoić moich rodziców z myślą, że prędzej czy później zrobię sobie ten rękaw. W studiu, nie w więzieniu. Chociaż nigdy nie wiadomo, jak się życie potoczy. Moja mama jest przerażona, bo na pewno złapię dwadzieścia tysięcy różnych chorób, a później umrę. I nikt nie da mi pracy. I upodobnię się do członków starych afrykańskich plemion, w których nacinają dzieciakom skórę na plecach, żeby po zabliźnieniu wyglądała jak łuski krokodyla. Natomiast mój tato kategorycznie mi tego zabrania (robienia tatuaży, nie krokodylej skóry), ponieważ (uwaga!), co jego znajomi pomyślą o nim, jeśli jego córka będzie miała tatuaż. Patologia. Alkoholizm. I obniżona pozycja społeczna.

Szukając jakiegoś wsparcia w sprawie tatuaży, spytałam o zdanie moją ciocię i kuzynkę, bardzo wierzące i oddane Bogu osoby. Tutaj nie usłyszałam, że jest to powrót do czasów kamienia i człowieka pierwotnego, tylko, że ciało to świątynia, którą stworzył Pan i nie powinniśmy jej naruszać. Okej, potrafię to zrozumieć, naprawdę. Nie rozumiem natomiast, czemu kolczyk w nosie ją niszczy, a te dwa podstawowe kolczyki w uszach (loby) już nie. Albo czemu tatuaże ją naruszają, a malowanie się czy farbowanie włosów jest w porządku (farbowanie tylko na neutralne kolory, naturalnie występujące u naszego gatunku).

Co dziwne, nie tylko starsze pokolenie ma takie poglądy. Niby idziemy z postępem, próbujemy nadążyć za ludźmi w wielkim świecie, ale na osoby, które mają snake'i, meduzy, czy róże wytatuowane na łopatce większość dalej patrzy jak na dziwne zwierzątka za kratami w cyrku. Tylko bez krat. Zachwycamy się tumblrowymi zdjęciami z Ameryki, facetami z dziarami na całym ciele, dziewczynami z kolczykami w wargach, policzkach i karkach, ale sami nie podejmujemy się takich szaleństw. Bo to dalej coś dziwnego, bo nie dostaniemy pracy, bo będziemy wyglądać jak degeneraci, bo na starość skóra obwiśnie tu i tam i jakie to wtedy będzie nieestetyczne.

A więc tak: nic w tym dziwnego, taka jest moda i wcale nie wydaje mi się ona bardziej nieestetyczna od zacelulitowanych kobiet Rubensa. Oczywiście, że dostaniemy pracę, jak każdy szanowany członek społeczeństwa, jeżeli tylko nie będziemy mieli imienia swojej drugiej połówki wytatuowanego na czole. W ramce z serduszek. Degenerat to człowiek, który (cytuję słownik) "trwale zatracił normy moralne i poczucie godności", a wydaje mi się, że ani kolczyki, ani tatuaże nie mają magicznej mocy, która mogłaby w sekundę pozbawić nas tych wartości. A na starość skóra i tak obwiśnie i nie będziemy już równie piękni i młodzi, więc co to za różnica?

Tak jak w przypadku każdej mody, jednym się podoba, a innym nie. Jeżeli takie ekscesy nie są dla Ciebie, to nie. Nikt chyba nikogo nie zmusza do przebijania albo "kolorowania" sobie różnych części ciała. Taka decyzja należy tylko do Ciebie, bo to w końcu Twoje ciało i tylko Ty będziesz z nim żył cóż... do końca życia. Oczywiście, że trzeba do tego podejść rozważnie, przemyśleć tysiąc razy, tym bardziej, jeśli jesteś niezdecydowaną dziewczyną, która nie potrafi wyjść z domu, jeśli nie zmieni outfitu trzy razy. Tatuaże w końcu są na całe życie, laserowe usuwanie boli, a po kolczykach zostają ślady. W razie czego, pamiętajcie, że imię byłej drugiej połówki można zakryć tatuażem jakiegoś kwiatka, a twarz przerobić na Indianina.

Natomiast jeżeli obawiacie się o swoją moralność albo poziom inteligencji, to przypominam, że atrament fizycznie nie ma możliwości wyssania szarych komórek z naszego mózgu, a kolczyki nie są maszyną, która cofnie nas do czasów, kiedy homo sapiens nie odkrył jeszcze ognia. Wydaje mi się też, że żadna z tych rzeczy nie jest dziełem szatana.

A tak swoją drogą, to nie wiem czemu nasze społeczeństwo upatrzyło sobie akurat biednych rdzennych mieszkańców Australii na synonim wszelkiego zepsucia, brudu i pierwotnego plemiennego zacofania.


@booksoverhoes