Husaria XXI wieku


W związku z ostatnimi przerażającymi wydarzeniami we Francji, chciałabym uspokoić obywateli naszego kraju. Dzięki formującym się właśnie oddziałom, złożonym z naszych znamienitych obywateli, Polsce nic nie grozi. Znacie tych miłych chłopaków, którzy siedzą pod waszymi oknami, piją piwa na ławce, kurwią na prawo i lewo, zawsze uprzejmie pytają, czy macie jakiś problem i uwielbiają modne, wygodne dresy? Otóż oni właśnie (ludzie, którzy są przyszłością naszego narodu i symbolem Polski, prawie tak rozpoznawalnym, jak skarpety z sandałami), postanowili uwolnić nas od problemu fali imigracji i terroryzmu.

Wszyscy znamy ich "mundury", możemy więc skupić się na sposobie działania. Z reguły wygląda on następująco: upatrują sobie kogoś, kogo kolor skóry odbiega od nieskażonego wzoru aryjskiego, podchodzą (zawsze całym oddziałem), napinają się i rzucają coraz bardziej popularnym hasłem "Polska dla Polaków". Potem przedstawiają wymyślne groźby (nowoczesna forma wyroku śmierci) i nie chcą słuchać, że ich ofiara jest Polakiem z dziada pradziada oraz płynnie posługuje się ojczystym językiem. Czasem popisują się wiedzą z zakresu biologii, stwierdzając, że rodzina rzeczonego terrorysty może mieszkać w Polsce od lat, ale kolor skóry mówi dobitnie, jakie są jego prawdziwe korzenie. I że nieważne, co myśli teraz, "kiedyś na pewno mu odjebie i spróbuje coś wysadzić".

Takie historie przydarzały się już wcześniej, ale atak na Paryż wyniósł je na jeszcze wyższy poziom. Osoby w moim otoczeniu, których jedyną zbrodnią jest to, że natura obdarzyła ich ciemniejszą karnacją, mogą pochwalić się takimi anegdotkami z własnego życia. Przynajmniej jeszcze mogą, bo jak na razie zawsze znalazł się ktoś, kto stanął w ich obronie.

Sama mam zbyt jasny kolor skóry, żeby zostać posądzoną o bycie imigrantką. Całe szczęście, bo w innym przypadku wychodząc z domu, oprócz złodziei, gwałcicieli i zombie, musiałabym obawiać się jeszcze dresowych bojówek, walczących o bezpieczną Polskę dla Polaków. Nieważne, ilu prawdziwych Polaków na tym ucierpi. To w końcu dla większego dobra. Statystycznie, kiedyś może uda im się trafić na prawdziwego imigranta.

Bardzo miło jest widzieć, że nasze społeczeństwo tak wiele czerpie z dawnych tradycji i antycznych cywilizacji. W końcu samosądy w Polsce są równie popularne, co w najbardziej zaściankowej wsi średniowiecza. Ostracyzm społeczny jest nieodłączną częścią naszego funkcjonowania. Dziwię się, że jeszcze nie zaczęliśmy rzucać w siebie nawzajem glinianymi skorupami. Aż boję się pomyśleć, co będzie następne. Palenie na stosie wszystkich ludzi, którzy nie wymawiają literki "r"?

Fot. lebio.pl

Dwudziestka nową trzydziestką?


Ostatnio czuję się, jakby 20 lat to już był ten wiek, w którym wszyscy się zaręczają, biorą ślub i mają dzieci, ale nikt mi o tym nie powiedział. W moim malutkim, błogim światku dwudziestka to okres, w którym się studiuje, znajduje pierwsze prace (te prawie niepłatne, na jedną setną etatu), może wyprowadza z domu, ale tylko dlatego, że studia są w innym mieście. Ale potem wchodzę na facebooka i całe to moje wyobrażenie świata dostaje po dupie.

Okazuje się, że podczas gdy moimi największymi zmartwieniami jest to, że mam za mało znajomych, którzy organizują imprezy w akademikach (a bardzo chciałabym pójść na imprezę do akademika!) albo to, że trudno znaleźć pracę z dyspozycyjnością równą zeru, inne dziewczyny nie mogą się zdecydować, w jakiej sukni będą wyglądać najlepiej w jednym z najważniejszych dni swojego życia.

To nie tak, że jestem zazdrosna. Jeszcze nie. Pewnie będę za jakieś dziesięć lat, jeżeli okaże się, że zostałam samodzielną, niezależną kobietą z tysiącem kotów. Obraz tysiąca kotów bardzo mi się podoba, nie ukrywam, ale ta pierwsza część już zdecydowanie mniej.

Może wydaje mi się to takie dziwne, bo jestem na etapie oglądania Seksu w wielkim mieście (tak, to ten serial gdzie Jessica Parker zawsze powtarza "and I couldn't help but wonder"), gdzie wszystkie bohaterki są po trzydziestce i dalej nie poukładały sobie życia. Nie mówię, że też planuję robić to po trzydziestce. Ale nie mówię też, że teraz.

Teraz takie rzeczy są dla mnie jak malarstwo na początku XX wieku - abstrakcyjne. Podobno żyjemy w czasach w których kobiety zdążyły zrobić specjalizację i karierę, być w Tokio i Paryżu, kupić mieszkanie i wyremontować dom, ale nie zdążyły mieć dzieci. Mój facebook może uspokoić wszystkich obywateli - większość z nas na pewno zdąży.

Kiedyś mówiłam, że odświeżam tablicę, bo mam nadzieję, że za każdym kolejnym kliknięciem przycisku "strona główna", ludzie w magiczny sposób zaczną wrzucać coś mądrzejszego. Cóż, teraz odświeżam tablicę, żeby zobaczyć na czyje wesele nie zostanę zaproszona.

W każdym razie, patrząc na niektóre z tych szczęśliwych zaręczonych/małżeńskich par nie mogę przestać się dziwić: jakim cudem to się stało. Patrzenie na inne (te moje ulubione, którym po cichu kibicuję) daje mi nadzieję na to, że "żyli razem długo i szczęśliwie" to nie wymysł Disney'a. Te pierwsze przepraszam, tym drugim dziękuję. Chociaż, jako, że jestem cichą hejterką, to i tak nie będziecie mieli pojęcia, kogo zaliczam do każdej z tych grup.

@booksoverhoes