Dan Simmons - Pieśń bogini Kali

Nie mogę się niestety nazwać pełnoprawną fanką Simmonsa, ponieważ większość jego twórczości jeszcze przede mną, natomiast Hyperion i jego kontynuacja szturmem zdobyły moje serduszko i awansowały na listę najlepszych książek, jakie zdarzyło mi się czytać. Dlatego, gdy tylko dowiedziałam się o nowym wydaniu debiutanckiej powieści autora, wiedziałam, że jest to pozycja, obok której nie będę w stanie przejść obojętnie!

Kilka lat temu Das, jeden z najznamienitszych indyjskich poetów, zaginął bez wieści i wkrótce został uznany za zmarłego. Jednak nagle pojawia się informacja o poemacie, który... prawdopodobnie jest pisany jego ręką. Robert Luczak wyrusza wraz z rodziną do Kalkuty, by zdobyć prawa do publikacji utworu w amerykańskim czasopiśmie. Przy okazji zamierza również napisać artykuł o swojej podróży i "śledztwie", które ma na celu odkryć, czy sławny poeta naprawdę powstał z martwych, czy może ktoś się za niego podszywa. Luczak nie wie jeszcze, że zadanie okaże się dużo trudniejsze, niż się spodziewał, ani że Kalkuta lat 70. jest nieprzyjaznym miejscem, w którym wciąż sprawują władzę starzy bogowie.

Pierwszym, co przyciąga naszą uwagę w Pieśni bogini Kali, są niesamowicie obrazowe opisy miasta - Simmons wie, jak odpowiednio przedstawić miejsce akcji, by oddać jego niepokojący klimat. Pióro autora kreśli przed nami obrazy ludzi brodzących w śmieciach, wszechobecnego brudu, agresji, biedy, rozpadających się budynków i baraków, w których na porządku dziennym zdarzają się przerwy w dostawach prądu (w miejscach, gdzie w ogóle czasem jest prąd), wiecznego zgiełku i chaosu. Wszystko to doprawione zostało dawką wierzeń, przesądów i innych ciekawych aspektów indyjskiej kultury oraz historii, które tylko zachęcają do tego, żeby dowiedzieć się więcej na własną rękę.

Równie intrygująco prezentują się w powieści elementy horroru. Czy można w ogóle wybrać w tym celu postać lepszą od "Najgroźniejszej z Wcieleń, Pożeraczki Dusz, Straszliwej Żony Śiwy"? Przecież już sam opis bogini Kali brzmi zachwycająco (jeśli cieszą Was mroczne, makabryczne motywy - a zakładam, że tak właśnie jest)! A jakby nie wystarczył sam fakt, że wizje Simmonsa są niesamowicie sugestywne i mrożące krew w żyłach, to autor uderzył jeszcze w tony, które szczególnie do mnie przemawiają i najbardziej przerażają - do tego stopnia, że gdy skończyłam czytać książkę w nocy, bałam się, że w każdym ciemnym kącie zaraz pojawi się makabryczna postać Kali! Nawet teraz, kiedy na nowo widzę jej obraz przed oczami, znowu zaczynam czuć ten sam niepokój!

W Pieśni widoczny jest również motyw, który bardzo u Simmonsa lubię - mianowicie opowieść w opowieści. Autor potrafi snuć historie tak wciągające, że czytelnik czuje się, jakby to on sam siedział przed opowiadającym je bohaterem i słuchał relacji z jego ust. I tak jest także tutaj! Gdy jedna z postaci zaczęła swoją historię, po prostu nie mogłam się od niej oderwać!

Jeśli chodzi o samych bohaterów, to autor niestety nie poświęca zbyt wiele czasu na ich kreację, natomiast uważam, że Amrita, żona Luczaka, jest bardzo ciekawą postacią, a jej uwagi i rozmowy z głównym bohaterem są niesamowicie błyskotliwe i przyjemne.

Mimo że Pieśń bogini Kali jest debiutem Simmonsa, już tutaj czuć charakterystyczną dla niego manierę pisania, widać smykałkę, z jaką buduje duszną, ciasno oplatającą czytelnika atmosferę, i wyjątkowy sposób, w który prowadzi zarówno główną historię, jak i opowieść w opowieści. Co prawda nie mogę się pozbyć wrażenia, że czasami brakowało tu czegoś... więcej, a historia wydaje się trochę niedokończona, ale wciąż jest to powieść, którą mogę z czystym serduszkiem polecić zarówno w pełni ukształtowanym, jak i przyszłym fanom Simmonsa (zakładam, że nie będzie to jedyna jego książka, po którą sięgniecie!).

Dawid Krawczyk - Cyrk polski

- Dlaczego właściwie państwo zasłaniają te dzieciaki? - pytam.

- Jak to dlaczego? Przecież to są ohydne hasła - mówi kobieta.

- Tam jest napisane: "Jestem człowiekiem". Co w tym ohydnego? - dociekam. 

- Ohydne, bo tęczowe.

Czyli kwintesencja naszego społeczeństwa po ostatnich wyborach. Nie da się ukryć, że tytuł tego reportażu jest bardzo adekwatny. Oczywiście, znajdziemy tu dużo więcej tematów i wątków niż tylko ten dotyczący LGBTQ i powszechnej homofobii, ale trzeba przyznać, że w ostatnim czasie odgrywały one na polskiej scenie politycznej ogromną rolę, dlatego pozwoliłam sobie przytoczyć akurat taki fragment.

Dawid Krawczyk w Cyrku polskim przedstawia obserwacje, jakich dokonał podczas trzech kampanii wyborczych, które rozgrywały się w 2019 i 2020 roku: wyborów do Parlamentu Europejskiego, wyborów parlamentarnych i w końcu prezydenckich. W tym czasie Krawczyk odwiedzał wiece, podróżował busami polityków, słuchał ich przemówień, ale przede wszystkim rozmawiał ze zwykłymi ludźmi - z wyborcami. Pytał, co motywuje ich do głosowania na poszczególnych kandydatów, słuchał ich historii, obserwował, jak w naszym społeczeństwie dochodzi do coraz bardziej wyraźnego podziału na my i oni

Autor bardzo sprawnie operuje piórem, bawi się językiem, a jego komentarze są niesamowicie błyskotliwe. Momentami uderza nawet w trochę poetycko-metaforyczne tony, ale nie w pretensjonalny sposób. Z drugiej strony nie boi się cytować i używać przekleństw, czy też kolokwialnie pisać o "darciu ryja" (kocham).

Cyrk polski to więc reportaż dobrze napisany i ciekawy, ale... niezaskakujący. Szczerze, spodziewałam się po nim czegoś więcej, czegoś, co poszerzy moje horyzonty, otworzy oczy, pomoże zrozumieć, dlaczego wyborcy podejmują takie, a nie inne decyzje (w bardziej dogłębny sposób, niż ten, do którego doszłam już sama). Myślałam, że całość będzie mocniejsza, bardziej... może nie kontrowersyjna, ale zapadająca w pamięć. Moje odczucia mogą wynikać z faktu, że opisane w Cyrku wydarzenia są jeszcze świeże w naszej pamięci, nawet jeśli nie interesujemy się polityką na co dzień, ale ostatecznie reportaż zupełnie nic nie zmienił w moim życiu. 

Oczywiście, oceny tej książki będą się diametralnie różnić - głównie ze względu na polityczne przekonania czytelników. Przeczytamy tu o Koalicji i Trzaskowskim, i Kidawie-Błońskiej, o Biedroniu i Wiośnie, trochę o Kosiniaku-Kamyszu i odrobinę o Konfederacji, jednak najwięcej czasu antenowego zdecydowanie otrzymują kampanie i wyborcy PiS-u. Krawczyk nie jest szczególnie łaskawy dla żadnego kandydata czy partii, ale wciąż widać dla kogo pozostaje łaskawy najmniej.

Kim Liggett - Rok próby

Kiedy dziewczęta osiągają wiek szesnastu lat, budzi się w nich tajemnicza moc, która odbiera mężczyznom rozum, a kobiety wprawia w szał zazdrości. Dlatego każda szesnastolatka musi na rok opuścić osadę, by pozbyć się grzesznej magii i powrócić oczyszczona i gotowa do pokornego pełnienia swojej roli. 

Nikt nie chce mówić o tym, co dzieje się podczas roku próby. Wiadomo jednak, że dziewczyny wracają odmienione, zniszczone i złamane. To znaczy te, które w ogóle wracają... Tierney niedługo przekona się na własnej skórze, jakie niebezpieczeństwa czyhają na nastolatki poza bramami miasta. Właśnie zaczyna się jej rok próby.

Do książki usiadłam "tylko na chwilę" przed snem, żeby sprawdzić, czy mi się spodoba. Po pierwszych pięćdziesięciu stronach nie wiedziałam jeszcze, co o niej myśleć, więc postanowiłam przeczytać kolejne pięćdziesiąt. Ostatecznie skończyłam ją o 5 nad ranem... Jaka ta historia jest wciągająca! Gdy już oplecie Was jej mroczny, przytłaczający klimat, nie będziecie w stanie się wyswobodzić, a gdy zagłębicie się w zaskakującą, nieoczywistą fabułę, będziecie musieli poznać wszystkie skryte w niej tajemnice. Ostrzegam - nie zabierajcie się za czytanie Roku próby na chwilę przed spaniem!

Początek może wydawać się trochę toporny. Styl pisania Liggett jest taki zdystansowany, momentami bezosobowy, i zdecydowanie trzeba się do niego przyzwyczaić, a przeskoki w akcji i nowe podrozdziały, które zaczynają się bez żadnego ostrzeżenia, mogą sprawiać pewne trudności. Jednak z czasem przestaje nam to przeszkadzać - nietypowy styl autorki się nie zmienia, natomiast dociera do nas, że tak naprawdę idealnie pasuje do tej historii, do dezorientacji i niepokoju, które towarzyszą nam na każdym kroku (albo raczej na każdej stronie).

Klimat powieści i to, w jaki sposób autorka go buduje, jest jednym z najlepszych aspektów Roku próby. Liggett serwuje nam wiele świetnie przemyślanych motywów, misternie opracowaną konstrukcję i funkcjonowanie społeczeństwa, okrutne prawa, przerażających kłusowników, obrzędy i tajemnicę, którą owiany jest rok próby. Mimo, że książka została skierowana do młodzieży, jest również zaskakująco brutalna. Sama nie uważam tego za minus, wręcz przeciwnie - dzięki temu przesłanie historii staje się jeszcze bardziej dosadne, jednak niektórym ten fakt może się nie spodobać.

Tierney szybko zdobywa naszą sympatię, dlatego z zapartym tchem obserwujemy jej losy w okrutnym świecie, w którym musi się odnaleźć. Jednak autorka nie poprzestała jedynie na ciekawej kreacji głównej bohaterki. Wszystkie postaci w powieści zostały rozpisane niesamowicie sugestywnie, przekonująco i realistycznie (nawet jeśli ich zachowanie jest szokujące lub przerażające... a może szczególnie wtedy). 

Rok próby jest promowany jako młodzieżowa odsłona Opowieści podręcznej. I faktycznie - kobiety są tutaj traktowane w równie oburzający sposób, zdegradowane do pokornych służek mężczyzn, którzy sprawują niepodzielną władzę w hrabstwie Garner. Wydźwięk i klimat powieści są pod pewnymi względami podobne, jednak sama fabuła i wykreowany świat mają z Opowieścią podręcznej niewiele wspólnego. Liggett stworzyła naprawdę fascynującą i ciekawą historię, czerpiąc ze znanych powieści, ale ostatecznie tworząc coś zupełnie nowego, wyjątkowego, poruszającego i zapadającego w pamięć.

Laura Kneidl - Someone to stay

Po zaskakującym Someone new i uroczym Someone else nadszedł czas na historię kolejnej pary, która dotąd pojawiała się w tych powieściach w roli postaci drugoplanowych - Alizy i Luciena. W poprzednich częściach nie zrobili na mnie zbyt dużego wrażenia - przewijali się gdzieś w tle i nieszczególnie interesowały mnie ich losy - ale to w końcu Kneidl, więc postanowiłam dać im szansę!

Aliza studiuje prawo, a równocześnie prowadzi popularnego bloga kulinarnego oraz instagram, na którym obserwuje ją ponad trzydzieści tysięcy osób, i pracuje nad swoją pierwszą książką kucharską, której premiera odbędzie się już niedługo. W natłoku obowiązków nie ma czasu nawet na sen, a co dopiero na miłość czy związek! Ale wtedy pojawia się Lucien, który również lawiruje pomiędzy studiami i pracą, a w dodatku opiekuje się młodszą siostrą. Aliza i Lucien nie mogą pozwolić na to, by coś (lub ktoś!) odciągało ich od obowiązków, jednak nie mogą przestać o sobie myśleć!

Główny bohater to zdecydowanie mój typ - tatuaże, mocna muzyka (kilka zespołów na jego playliście całkiem lubię, chociaż autorka niestety postawiła raczej na najbardziej oklepanych wykonawców), ale ostatecznie niezbyt mnie do siebie przekonał. W przypadku Alizy sprawa wygląda zdecydowanie lepiej, bo mamy więcej okazji, żeby ją poznać (jest pierwszoosobową narratorką). Ale wciąż nie mogę się oprzeć wrażeniu, że momentami autorka zapominała, że oprócz wszystkich obowiązków, którymi obciążeni są nasi bohaterowie, powinni mieć jeszcze jakiś charakter.

Na szczęście Kneidl nie zawiodła, jeśli chodzi o aspekt, za który najbardziej ją cenię i wielbię - jej książki zawsze przedstawiają istotne kwestie, zgrabnie wplecione w romantyczną opowieść. I tak jest także tym razem! Historia Alizy i Luciena pozwoliła jej poruszyć niesamowicie wiele przeróżnych tematów, między innymi nierówne traktowanie, z jakim spotykają się w Stanach imigranci czy wsparcie, jakim może być dla nas rodzina, tradycja i kultura. W równie emocjonujący sposób opowiada o stracie i żałobie, jak i o odnajdowaniu siebie.

Mniej tu romansu, a więcej samorozwoju, dorastania i poszukiwania swojej własnej drogi, i muszę przyznać, że podoba mi się to rozwiązanie! Tym bardziej, że relacja bohaterów wydaje się trochę naciągana. Aliza reaguje na Luciena w tak wyolbrzymiony sposób, że czasem aż głupio się to czyta. Niektóre teksty są niesamowicie cringe'owe albo przesadnie wydumane i kwieciste. "Błysnęła iskra (...), wzbudzając we mnie nagły pożar" brzmi jak tekst typowy raczej dla romansów z niższej półki. Zbiegi okoliczności i sytuacje, w które pakują się bohaterowie, pasują bardziej do komedii romantycznej. A drama, która oczywiście musi się pojawić w każdej historii, jest tutaj zrobiona jakoś tak na siłę. 

Och i czy tylko mi wydaje się, że Micah i Cassie zachowują się niesamowicie dziecinnie?

W dodatku książka dużo traci przez niestaranną korektę, brak znaków interpunkcyjnych i literówki. Ale najgorsze ze wszystkiego jest to, że przejścia między poszczególnymi miejscami akcji i wydarzeniami nie są w żaden sposób zaznaczone. Przeskoki nie zostały oddzielone nawet jedną linijką, co jest niesamowicie irytujące, a przede wszystkim dezorientujące.

Kneidl ma talent do tworzenia życiowych opowieści i słodko-gorzkich historii, które poruszają nasze serduszka. W Someone to stay niestety widać to najmniej, co nie zmienia faktu, że książkę wciąż czyta się przyjemnie... tylko czasem trzeba sobie zrobić przerwę na przewrócenie oczami. Historia ma swoje mocne strony i dobre momenty, jej lektura na pewno sprawi Wam radość, jednak w ostatecznym rozrachunku nie wypada tak dobrze, jak poprzednie książki autorki.

Maja Iwaszkiewicz - Świnia na sądzie ostatecznym. Jak postrzegano zwierzęta w średniowieczu.

Czy zastanawialiście się kiedyś, jak ludzie w średniowieczu postrzegali zwierzęta? Które z nich były traktowane z szacunkiem, a które nie cieszyły się powszechnym poważaniem i dlaczego? Chcielibyście wiedzieć, czy mogły pójść do nieba, albo co działo się z nimi, gdy kogoś zabiły? Na te i wiele innych pytań odpowiada w swojej książce Maja Iwaszkiewicz, historyczka i mediewistka (czyli badaczka średniowiecza!). Jeśli ten okres w naszej historii dotąd kojarzył Wam się wyłącznie z ciemnymi wiekami, mentalnym regresem i zerowym poziomem nauki, przeżyjecie duże zaskoczenie!

Już od pierwszych stron widać ogromną pasję i miłość, jaką Maja Iwaszkiewicz darzy średniowiecze. Naprawdę jest zafascynowana tym okresem i z całej siły próbuje nas przekonać, że to epoka, która miała do zaoferowania o wiele więcej, niż mogłoby nam się wydawać. Dzięki uroczej, zabawnej narracji książkę czyta się bardzo przyjemnie, a autorka jest swobodna i otwarta, często zwraca się do czytelnika, zmniejsza dystans między nami i robi wszystko, żeby nas tymi czasami oczarować. 

Zupełnie jej się nie dziwię - w końcu cóż to za cudowny świat, w którym nikt nie neguje istnienia syren czy cyklopów, w którym gryfy, smoki i jednorożce są realne! Życie w średniowieczu musiało być pod tym względem niesamowicie ciekawe (lepiej wyprzeć z pamięci jego mniej przyjemne aspekty, takie jak dżuma czy krucjaty)! Sama Iwaszkiewicz pisze: "Na wstępie chciałabym zaznaczyć, że znajdziecie tu kolejny dowód na to, że warto pokochać średniowiecze - w tamtych czasach żaden dorosły, poważny, wykształcony człowiek nie powiedziałby Wam że jednorożce nie istnieją!". I dla mnie to jest bardzo przekonujący argument!

Oczywiście różne niezwykle abstrakcyjne mityczne stworzenia są tylko jednym z wielu tematów, które porusza autorka. Dużo więcej czasu poświęca realnym zwierzętom, ich życiu i znaczeniu w ówczesnym świecie. Nawet religię, która odgrywała w średniowieczu ogromną rolę, ale równocześnie kojarzy nam się z głównym powodem ogólnego zacofania społeczeństwa, autorka przedstawiła w niezwykle zajmujący sposób, przytaczając fakty, z których istnienia na pewno większość z nas w ogóle nie zdawała sobie sprawy.

Niestety nie może być tak całkiem kolorowo. Pozycja jest pełna nieskładnych zdań, a powtórzenia w niektórych miejscach aż kłują w oczy. Pojawiły się tu też sformułowania, które znaczą coś innego, niż prawdopodobnie miały w zamyśle. Ale zdecydowanie największym minusem jest ciągłe ponawianie tych samych myśli na przestrzeni całego tekstu. Momentami czułam się tak, jakbym czytała rozprawkę na egzaminie gimnazjalnym i to rozprawkę kogoś, kto postanowił, że najlepszą taktyką będzie lanie wody i powtarzanie po trzydzieści razy tego samego stwierdzenia w wielu wariacjach. 

Dlatego szczerze nie wiem, co z tą książką zrobić. W końcu jej lektura jest niesamowicie ciekawym doświadczeniem, przekazuje ogrom informacji, bawi i zaskakuje. Autorka osiągnęła swój zamiar - udowodniła, że średniowiecza zdecydowanie nie można nazwać okresem, w którym nic się nie działo, pozwoliła nam spojrzeć na nie od świeżej, bardziej przychylnej strony. Świnia na sądzie ostatecznym została też naprawę starannie wydana - już sam tytuł zdecydowanie intryguje czytelnika, w książce znajdziemy mnóstwo średniowiecznych grafik, a na końcu quiz z wiedzy, którą zdobywamy podczas czytania. Maja Iwaszkiewicz miała cudowny pomysł, tylko wykonanie momentami nie do końca zachwyca.

Margaret Atwood, Renée Nault - Opowieść podręcznej. Powieść graficzna

Po sukcesie, z jakim zostały przyjęte graficzne interpretacje powieści Orwella, Wydawnictwo Jaguar postanowiło sprezentować nam kolejną pozycję - jeden z najgłośniejszych tytułów ostatnich lat. Opowieść podręcznej, mimo że w oryginale została wydana już w 1985 roku, wciąż jest jak najbardziej aktualna, a białe skrzydełka przy twarzy i czerwone szaty stały się międzynarodowym symbolem ucisku kobiet.

Freda żyje w Republice Gileadu, nowym państwie powstałym na terenie Stanów Zjednoczonych, w którym władzę objęła grupa religijnych nacjonalistów. Wszystkim zarządzają mężczyźni, kobiety zaś zostały zdegradowane do roli ładnych dodatków, służby domowej, lub klaczy rozpłodowych. Te, które wciąż mogą zajść w ciążę, stały się podręcznymi, a jedynym celem ich istnienia jest rodzenie dzieci wysoko postawionym mężczyznom. "Jesteśmy macicami na dwóch nogach i niczym więcej" mówi o sobie główna bohaterka.

Obraz, który rysuje w swojej powieści Margaret Atwood jest dystopijny i niepokojący. W świecie Fredy wszystkie przejawy buntu karane są z najwyższym okrucieństwem, w tle toczy się wojna, panuje ogólna dezinformacja, każdy może być obserwowany. Czuć tu mocny vibe Roku 1984, ale Atwood poszła w trochę innym kierunku, tworząc świat, w którym piekło pokazane jest z punktu widzenia uprzedmiotowionej kobiety, a miłość do Wielkiego Brata zamieniając na mistycyzm religijny i absurdalne obrzędy.

Moje pierwsze spotkanie z tą historią nastąpiło przy okazji premiery serialu, który zrobił na mnie ogromne wrażenie. Ciężka, dusząca atmosfera i przerażająca wizja przyszłości sprawiły, że podczas oglądania każdego kolejnego odcinka towarzyszył mi ciągły niepokój, strach, gniew, poczucie niesprawiedliwości i frustracja. Zastanawiałam się, na ile emocje te będzie można odtworzyć również w powieści.

Otóż można. Książka została przepięknie wydana, a styl Renée Nault jest bardzo przyjemny dla oka. Jednak, co ważniejsze, już od pierwszych stron możemy poczuć ten przytłaczający klimat. Nault udało się nie tylko oddać emocje, jakie towarzyszą Fredzie, ale też wpłynąć na odbiorcę. W książce przeważają ciemne, ponure kolory, które idealnie oddają atmosferę powieści, a jedyną żywą barwą jest zazwyczaj czerwień, która również ma nam się kojarzyć negatywnie - w końcu stała się symbolem zniewolenia. Można zauważyć także subtelne różnice w kolorach i kresce między wspomnieniami i wydarzeniami rozgrywającymi się w teraźniejszości. 

Zawarty został tu główny przekaz Opowieści podręcznej, jej mroczny wydźwięk i przestroga, którą kieruje do nas Atwood. Nault wybrała najważniejsze momenty oraz informacje, które rysują przed nami całość historii, można więc bez obaw sięgnąć po nią bez wcześniejszej znajomości oryginału. A przystępna forma, jaką jest powieść graficzna, zdecydowanie ułatwia przyswojenie tej trudnej pozycji.

Nicola Sutcliff - Jestem Saudyjką. Świat oczami kobiet z Arabii Saudyjskiej

Jestem Saudyjką to niezwykle ciekawa i wyjątkowa pozycja - głównie dlatego, że naprawdę przedstawia "świat oczami kobiet z Arabii Saudyjskiej", jak informuje nas podtytuł. Na książkę składają się w większości wywiady z mieszkankami kraju, w niektórych miejscach uzupełnione rozdziałami opisującymi i wyjaśniającymi pewne aspekty historii i kultury. Co prawda Sutcliff już we wstępie informuje nas, że jej książka ma konkretny przekaz - Saudyjki nie są słabymi, zniewolonymi istotami, na jakie kreują je zachodnie media - jednak w kolejnych rozdziałach nie wspomina o swoich odczuciach ani przemyśleniach (chociaż muszę przyznać, że momentami sam sposób, w jaki przedstawia historie wydaje się... lekko stronniczy). Zamiast tego oddaje głos bohaterkom, które mówią zarówno o dobrych, jak i złych aspektach swojego życia.

Autorka przedstawia nam cały przekrój damskiego saudyjskiego społeczeństwa, kobiety o przeróżnych poglądach oraz doświadczeniach - starsze (w pierwszym rozdziale poznajemy historię stulatki!) i młodsze, wykształcone i niepotrafiące czytać ani pisać, zajmujące wysokie stanowiska i opiekujące się domem, rodowite Saudyjki i imigrantki. Dzięki temu lektura ta przedstawia problem ze znacznie szerszej perspektywy, a także zmusza do przemyśleń i refleksji. 

Z jednej strony ogromny szok wzbudza to, jak bardzo mentalność saudyjskich kobiet rożni się od naszej. Dla nich samo pojęcie wolności ma inną definicję niż dla nas! Często można odnieść wrażenie, że zaprzeczają same sobie. Czasami bagatelizują przerażające wydarzenia i zachowania mężczyzn, które dla nas byłyby zupełnie nie do pomyślenia. Czasem same umniejszają swoją wartość. Z drugiej strony wiele z nich mówi o potrzebie zmian, angażuje się w walkę o swoje prawa i kreowanie nowego, lepszego państwa.

Równie ciekawym przeżyciem było spojrzenie na nas i naszą kulturę oczami Saudyjek. W końcu to nie jest jednostronna relacja - my możemy czytać o nich, ale one też poznają różne stereotypy na temat Zachodu (i te historie także mogą być mocno przesadzone). 

Książka Sutcliff otwiera oczy na jeszcze jeden istotny aspekt - nierówność płci jest widoczna na całym świecie. Na zachodzie wmawia nam się, że kobiety są wolne i panuje cudowne równouprawnienie, a dla porównania pokazuje Arabki, które są uciśnione i ubezwłasnowolnione. A tutaj proszę:

"W Arabii Saudyjskiej jesteśmy dehumanizowane, ale nie uprzedmiotowiane seksualnie" (w przeciwieństwie do kobiet w krajach zachodnich) - powiedziała pewna saudyjska producentka filmowa, która studiowała w Stanach. A to tylko jeden z cytatów, z którym nie można się nie zgodzić.

Jedyną rzeczą, która mnie w tej pozycji zawiodła, była niekonsekwencja w stosowaniu feminatywów. Tytułem każdego rozdziału jest jedno słowo, opisujące przedstawianą w nim kobietę. Znajdziemy tu więc projektantkę, lekarkę, a nawet piłkarkę. Niestety pojawia się też polityk, inżynier i adwokat, podczas gdy w książce o silnych kobietach zdecydowanie wolałabym czytać o polityczce, inżynierce i adwokatce.

Bardzo cieszę się, że trafiłam na tę pozycję. Dotąd moje wyobrażenie o kobietach z krajów arabskich pokrywało się w dużej mierze z najbardziej znanymi, smutnymi historiami o braku jakichkolwiek praw, a teksty, po jakie sięgałam, jedynie utwierdzały mnie w tym przekonaniu. Co prawda Jestem Saudyjką nie zmieniła całkowicie mojego postrzegania Wschodu i jego krzywdzącego traktowania kobiet (niektóre przytoczone tu fakty są naprawdę przerażające!), pozwoliła jednak poszerzyć perspektywę, spojrzeć na wszystko z innej strony i dużo lepiej zrozumieć wschodnią mentalność. A także dowiedzieć się wielu nowych, interesujących rzeczy!

Stuart Turton - Demon i mroczna toń

Flota Holenderskiej Kompanii Wschodnioindyjskiej ma właśnie wyruszyć w drogę z Batawii do Amsterdamu, wioząc ładownie wypchane skrzyniami pełnymi przypraw, a także tajemniczy Kaprys. Tuż przed wypłynięciem w porcie pojawia się trędowaty, wieszczący marny koniec głównego okrętu, Saardama, na którego pokładzie ma podróżować gubernator kolonii wraz z rodziną.

Osobą, która idealnie nadaje się do rozwiązania zagadki mrocznej przepowiedni, jest znany detektyw, Samuel Pipps. Tak się składa, że akurat znajduje się on na pokładzie Saardama, jednak dostał się na niego wbrew swojej woli - jako więzień - i nie może opuścić obskurnej celi w najdalszej części statku. Dlatego zadania tego podejmuje się jego pomocnik, ochraniarz i uczeń, Arent Hayes, a Sara, żona gubernatora, postanawia mu pomóc. 

Szybko okazuje się, że każdy pasażer na statku ma swoje tajemnice, niektóre fakty i historie niepokojąco łączą się ze sobą, a zagadki, zamiast dać się rozwiązać, nawarstwiają się coraz bardziej. Kolejne mrożące krew w żyłach wydarzenia sprawiają, że atmosfera na Saardamie gęstnieje i z każdym dniem rośnie niepokój, który w dowolnej chwili może przerodzić się w histerię.

Demon i mroczna toń to takie The Hateful Eight Tarantino, ale na europejskim statku i w XVII wieku, w dobie kolonializmu. Przy okazji klimat przeklętego okrętu kojarzy się trochę z serialem Dracula, a Samuel Pipps i Arent Hayes to (prawie) kropla w kroplę Sherlock i Watson. Z takiego połączenia po prostu musiało powstać coś świetnego - i faktycznie!

Jednym z największych atutów powieści jest jej niesamowity klimat. Składa się na niego tak wiele czynników: motyw demonów, starych ksiąg, mroczna atmosfera czasów, gdy czary i zabobony były jeszcze obecne w życiu ludzi, brutalne realia panujące na pokładzie statku. Na Saardamie rozgrywa się prawdziwa walka o przetrwanie, a bohaterowie muszą się mierzyć nie tylko z żywiołami. Dochodzi do coraz bardziej niebezpiecznych tarć między marynarzami i muszkieterami gubernatora, a oprócz tego jest jeszcze demon, który szepcze do załogi i pasażerów z głębin mrocznej toni. 

Fabuła została dobrze zbudowania i wyważona, w żadnym momencie nie wydawała się nużąca ani przegadana, ale też nie gnała na łeb na szyję, dzięki czemu mogliśmy zagłębić się w nasze własne śledztwo. Jeśli akcja na chwilę zwalniała, autor dobrze wykorzystywał ten czas na nawiązanie bliższej więzi między czytelnikiem a bohaterami albo przedstawienie kolejnych wskazówek i domysłów naszych detektywów-amatorów. Ale gdy dochodziło do jakiegoś ważnego wydarzenia, Turton zdecydowanie nie zawodził.

Główni bohaterowie już od samego początku wzbudzają naszą sympatię. Arent może onieśmielać swoją ogromną posturą i brutalną przeszłością, ale po prostu nie da się go nie lubić, a Sara jest złożoną, silną kobiecą postacią - zresztą wszystkie kobiety w tej książce są konkretne i zaradne (mimo panujących ówcześnie konwenansów i ograniczeń), chociaż każda na inny sposób. Autor postawił na ciekawe, barwne postaci, które mają swoje szczególne cechy, i poprowadził je konsekwentnie - ich zachowanie zawsze jest zgodne charakterem i takie realistyczne, prawdziwe.

Nie ukrywam, że rozwiązanie zagadki nie wcisnęło mnie w fotel równie spektakularnie, co w przypadku poprzedniej książki Turtona - Siedem śmierci Evelyn Hardcastle. Przez moment byłam nawet przekonana, że po całej tej świetnej historii ostatecznie czeka mnie rozczarowanie, ale na szczęście zakończenie okazało się satysfakcjonujące. Co prawda niektórych rzeczy się domyśliłam, ale większa część rozwiązania była dużym zaskoczeniem!

Stuart Turton zabiera nas w niesamowitą podróż i gwarantuje przeżycie wspaniałej przygody. Jego  klimatyczna, tajemnicza opowieść będzie idealna dla czytelników z detektywistyczną smykałką.  A książka została wydana z takim poczuciem estetyki i dbałością o szczegóły, że nie można oderwać od niej wzroku - nawet po zakończeniu czytania!