Ann Druyan - Kosmos. Możliwe światy

Tytuł książki może być dla niektórych mylący, gdyż jej tematyka nie ogranicza się jedynie do odległych galaktyk, misji na Marsa i prędkości światła. Druyan sprawnie prowadzi nas poprzez 4 miliony lat historii życia na Ziemi, od pierwszego jednokomórkowego organizmu na dnie oceanu aż do człowieka, który sięga w stronę gwiazd. Przeszłość, którą przytacza, jest porywająca, dużo ciekawsza od suchych podręcznikowych faktów, a kreowana przez nią przyszłość zapiera dech w piersiach i daje nadzieję. W całej swojej opowieści autorka najbardziej skupia się na człowieku - to on jest w centrum wydarzeń, on jest główną osią rozmyślań i możliwości, ale też na nim spoczywa odpowiedzialność za całą naszą planetę i jej przyszłość.


Możliwe światy są kontynuacją serii Kosmos, zapoczątkowanej przez Carla Sagana i Ann Druyan w 1980 (w której powstały zarówno książki, jak i serial), ale wcale nie musicie znać poprzednich części, żeby najnowsza złapała Was za serduszko. W moim przypadku udało jej się to już od pierwszych stron. 

Czytanie tej książki było dla mnie jak uczta i autentycznie celebrowałam je z ogromnym przejęciem i namaszczeniem. I nie mówię tutaj tylko o naukowej, intelektualnej uczcie dla małego nerda, czy estetycznej uczcie wizualnej (bo jest wydana naprawdę cudownie!), ale również o rozkoszy z czysto czytelniczego punktu widzenia. Chociaż nie ukrywam, że zdarzały się zdania, które miały dziwną składnię (albo powtórzenie jednego słowa pięć razy w czterech linijkach akapitu), to zdecydowana większość była wprost przepiękna. Znajdziecie tutaj frazy tak poetyckie, że Wasze małe czytelnicze serduszka zapieją z zachwytu (a przynajmniej moje tak zrobiło! I to z tysiąc razy!) i zdania wprost idealnie nadające się na inspirujące cytaty.


Cała książka jest napisana w stylu gawędy, opowieści, która zabiera nas w podróż przez czas i przestrzeń. Chciałabym użyć terminu "powieść rzeka", mimo że wiem, że oznacza on coś zupełnie innego. Ale wiecie, przez tę książkę po prostu się płynie, tematy przechodzą swobodnie i naturalnie z jednego w kolejny, dygresje niepostrzeżenie wplatają się w główną opowieść, wszystko łączy się ze sobą i z siebie wynika, a przez całą książkę przechodzi się gładko, przyjemnie i bez żadnych zgrzytów.

W swoich opisach Duryan używa wielu epitetów i zabiegów, których normalnie nie znajdziemy w literaturze popularnonaukowej (ani, broń Boże!, w naukowej). Autorka porusza wyobraźnię czytelnika feerią barw, jej opisy są tak obrazowe, że niemal możemy zobaczyć wykreowane przez nią wizje pod przymkniętymi powiekami. Zaprezentowanym przez siebie postaciom nadaje charakter, swoim opowieściom - klimat, pod jej piórem do życia powracają nawet dawno wymarłe i zupełnie zapomniane cywilizacje. 

Trudno jednoznacznie przypisać tę książkę do konkretnej kategorii. Z jednej strony jest to faktycznie literatura popularnonaukowa, ale w nowej, świeżej odsłonie. Z drugiej, sama Druyan mówi, że nie jest naukowcem, a jej powołaniem jest opowiadanie historii (co też czyni). Ale jest to również bardzo intymna książka, list miłosny do zmarłego męża, opowieść o uczuciu dwójki ludzi, których połączyła pasja do nauki, do odkrywania nowego, zadawania pytań i podążania za nieznanym.

Możliwe światy zrobiły na mnie ogromne wrażenie (napiszę to po raz kolejny, jeśli jeszcze się nie domyśliliście). Ale najbardziej zdziwiło mnie to, ile emocji wywołała we mnie ta książka. Zdążyłam wzruszyć się trzy razy podczas czytania samego prologu, który był głównie o naukowej Wystawie Światowej The World of Tomorrow z 1939 i przemówieniu Einsteina o promieniowaniu kosmicznym. Mój chłopak powiedział, że jestem nerdem. I pewnie miał rację, bo potem dostałam dreszczyku ekscytacji, czytając o prawdopodobnej misji w poszukiwaniu życia na Europie (to znaczy na księżycu Jowisza) i z okazji wielu innych fragmentów, a pod koniec już po prostu płakałam. 

Proszę się jednak tym nie sugerować, może niekoniecznie chce Wam się płakać za każdym razem, kiedy uświadamiacie sobie, że urodziliście się za wcześnie i nie zdążycie wyruszyć w odyseję kosmiczną. Proszę natomiast mimo wszystko przeczytać tę książkę, gdyż jest cudowna.

Kelly i Zach Weinersmithowie - Jakoś wkrótce

Na wstępie powiem tak: jeżeli nie uważacie, że ewolucyjny rozwój robotów poprzez łączenie ich w pary, żeby mogły przekazać dobre "geny" swojemu "potomstwu" (czyli w skrócie - rozmnażanie robotów, tak, dobrze czytacie) albo wydrukowanie sobie nowej wątroby to jedne z najciekawszych i najbardziej niesamowitych rzeczy, o jakich można przeczytać, to ta książka po prostu nie jest dla Was. Odpuście sobie też, jeśli nie bawią Was nerdowskie żarty, abstrakcyjne poczucie humoru ani notoryczne nawiązania do końca ludzkości spowodowanego przez bunt maszyn. 

Natomiast, jeżeli po tych dwóch zdaniach pomyśleliście "ale super!", to zdecydowanie powinniście przeczytać całą książkę. Jest genialna. Nie dość, że dowiecie się z niej o tylu niesamowitych technologiach i pomysłach, które być może już niedługo całkiem odmienią nasze życie, to jeszcze będziecie płakać ze śmiechu. Autorzy mają niezwykły talent do przemycania pomiędzy super mądrymi fragmentami całej masy mniej lub bardziej naukowych żartów, które atakują Was znienacka i sprawiają, że co chwila wybuchacie śmiechem.

Czytam sobie na przykład ciekawy rozdział o robotach, które będą budowały nasze domy za połowę ceny w 24 godziny(!), gdy nagle: 

Jak już wspomnieliśmy, jedno z nas chciałoby zamieszkać w dwunastopiętrowej wieży czarodzieja. Aktualnie dwiema najważniejszymi przeszkodami na drodze do tego celu są: koszty oraz żona, która nie zna się na dobrej zabawie. 

No kocham tych ludzi! Chciałabym zamieszkać z nimi w tej wieży magów! 

(Ciekawostka zupełnie niezwiązana z książką - na uczelni, na której robiłam inżynierkę, Wieżą Magów nazywano Wydział Automatyki, Elektroniki i Informatyki, natomiast na uczelni, gdzie byłam na magisterce, miano to otrzymał Wydział Matematyki - a dokładniej budynek, na którego najwyższym piętrze miał swój gabinet bardzo znany profesor. W każdym razie, w żadnym z wyżej wymienionych przypadków nie był to Wydział Chemii, co wydaje mi się bardzo krzywdzące, jako że moja dziedzina ma zdecydowanie dużo więcej wspólnego z mieszaniem w kotle i rzucaniem przekleństw).


Ale nie chcę, żebyście odnieśli mylne wrażenie, że znajdziecie tu tylko żarty i śmieszki. Ta książka to naprawdę ogromna dawka niesamowicie ciekawych informacji, faktów i rozważań na temat tego, w którą stronę skieruje się rozwój technologiczny i jak może w przyszłości wyglądać nasze życie. Odnalezienie wszystkich tych informacji na własną rękę zajęłoby nam pewnie tyle czasu, że nawet nie zauważylibyśmy, że już od dwóch lat prowadzimy poszukiwania na robotycznej, samoprzemieszczajacej się po domu kanapie, która nosi nas do lodówki za każdym razem, gdy zaczynamy słabnąć z głodu. Tak mniej więcej. 

W każdym razie, autorzy tej książki zrobili to już za nas! Zadali sobie dużo trudu, żeby zebrać w jednym miejscu te wszystkie niesamowite (niekiedy wręcz absurdalne) pomysły i rozwiązania (prawdopodobnie szukanie tych drugich sprawiło im najwięcej przyjemności). Rozmawiali z wieloma czołowymi naukowcami i niezwykle mądrymi ludźmi, którzy prowadzą prym we wspomnianych tu dziedzinach, pytali ich o stan nauki, przeszkody, z którymi się zmagają i perspektywy, konsultowali z nimi swoje opisy danych technologii, żeby przedstawić je rzetelnie. Ale z drugiej strony cały czas pamiętali, żeby ich książka była ciekawa, przystępna i nie powodowała zwarcia w mózgach czytelników. 

Kolejną cudowną rzeczą są przypisy tłumacza, który uznał za stosowne poinformować czytelników o najnowszym stanie wiedzy, a nawet dodać linki, jeśli w którejś z opisanych technologii poczyniono postępy od czasu wydania oryginału! 

Czytanie takiej książki to niecodzienne doświadczenie, bo opisywane w niej technologie są już w mniejszym lub większym stopniu zaawansowania i za jakiś czas niektóre z nich mogą na dobre zagościć w naszym życiu. Jakie to niesamowite, że możemy na bieżąco oglądać ich rozwój, że "akcja" książki rozgrywa się na naszych oczach. To zupełnie odmienny rodzaj literatury i całkiem nowa przygoda - nie czytać jedynie o tym, co stało się już lata temu z ludźmi, którzy dawno umarli, albo co również już się stało, tyle że z wyimaginowanymi postaciami. Jakoś wkrótce pozwala nam doświadczyć czegoś, co dzieje się tu i teraz, co dopiero wpłynie na nasze życie i nawet jeszcze w pełni nie zdajemy sobie sprawy z tego w jaki sposób! (Autorzy obstawiają wspomniany już bunt robotów, ja osobiście wolałabym wakacje na Księżycu). 

I nawet jeśli niektóre z tych technologii są z góry skazane na porażkę, albo dopiero okażą się nieosiągalne, to sam fakt tego, na jak bardzo pokręcone rzeczy jest w stanie wpaść ludzki umysł, robi niesamowite wrażenie. A jeśli planujecie napisać kiedyś powieść sci-fi, to ta książka będzie dla Was nieograniczonym wręcz źródłem inspiracji! Jakby tego wszystkiego było mało, jest pełna super zabawnych komiksów, które idealnie przedstawiają panujący w niej humor i podsumowują myśli przewodnie rozdziałów. A autorzy przygotowali też dla czytelników niespodziankę, o której bardzo chciałabym Wam tu napisać, ale nie będę Wam psuła zabawy! Nic, tylko czytać!

Cezary Zbierzchowski - Requiem dla lalek

Zbierzchowski zabiera nas w podróż w czasie i przestrzeni do wykreowanego przez siebie uniwersum Rammy, które poznajemy coraz lepiej i dokładniej podczas czytania jedenastu opowiadań. Niektóre z nich są ze sobą luźno powiązane, inne to takie jednorazowe skoki w bok (albo w górę, wysoko w gwiazdy), ale wszystkie łączy niepokojący, posępny klimat. 

Jak to ze zbiorami opowiadań bywa, pojawiło się tu kilka takich, które mnie nie zachwyciły (i w sumie już wypadły mi z głowy), ale na szczęście były i takie, które niesamowicie mi się spodobały - zdecydowanie tytułowe Requiem dla lalekSmutek parseków Mr Fiction to moje top trzy. Doceniam też pomysł na zabawę konstrukcją utworu w Monecie, ale już jego wykonanie niekoniecznie. Jednak w każdym widać, że Zbierzchowski umiejętnie porusza się w wykreowanym przez siebie świecie, że próbuje nowych rzeczy, że nie ogranicza go forma ani gatunek. Jest tylko jeden problem.

To ten typ literatury, który nie ma zakończenia.

Wiem, że moda na opowiadanka jest taka, żeby miały pełno niedomówień, zakończenie nic nie wyjaśniało i w ogóle najlepiej wkurzyć czytelnika jak najbardziej tym, że będzie musiał się przez tydzień głowić nad sensem całości. I wiecie co? Nie lubię tej mody. Nie znoszę jej. A raczej nie znoszę jej nadużywania. Bo rozumiem, że czasem jest nawet wskazane, żeby pozostawić czytelnika z takim drażniącym niedosytem, pozwolić mu się zastanowić, rozpatrzeć różne możliwe zakończenia, różne teorie. Niech przeniesie to na swoje życie i może nawet dojdzie do jakichś niesamowitych, otwierających oczy wniosków na temat swojej egzystencji.

Jednak niekoniecznie zawsze jest to uzasadnione. Czasem miałam wrażenie, że Zbierzchowskiemu przyszedł do głowy dobry motyw, postanowił napisać na jego podstawie opowiadanie, ale gdzieś w środku stwierdził, że w sumie to zupełnie nie przemyślał, w którą stronę ma pójść fabuła, więc skończy jakkolwiek w jakimkolwiek miejscu, bo jakoś skończyć przecież trzeba. 


I nie ukrywam, niektóre jego motywy to złoto, historia faktycznie schodziła na drugi plan. Za samo wykorzystanie bogów greckich dałabym mu 11/10. Wampiry - kocham. Demony? Jak najbardziej. Nie do końca mamy tutaj do czynienia z czystym, typowym sci-fi. Ale z drugiej strony dostaniemy też wielopokoleniowe statki kosmiczne, nowoczesną technologię militarną i sztuczną inteligencję, więc nie ma co narzekać.

Cała ta fantastyczna otoczka jest jednak tylko tłem, tak naprawdę ma posłużyć jako kontrolowane środowisko do przeprowadzenia wnikliwej analizy człowieka, jego psychiki, jego najbardziej pierwotnej natury. Doprowadzając do sytuacji wręcz groteskowych, wystawiając swoich bohaterów na najbardziej skrajne czynniki i spychając na pogranicze ludzkiej wytrzymałości, Zbierzchowski jest w stanie wywlec na światło dzienne mroczną stronę ludzkości, wszystkie jej przywary i braki.

Klimat jest cudowny i umiejętnie zbudowany, mroczny, duszący, ciężki. Świat Rammy to miejsce pełne brutalności i śmierci, ograbione z resztek nadziei. To nie jest prosta lektura - ani ze względu na jej atmosferę, na smutnych bohaterów i depresyjne przesłanie, ani ze względu na sam jej odbiór. Trzeba się naprawdę skupić, dać się całkowicie pochłonąć tej posępnej rzeczywistości, żeby w pełni doświadczyć twórczości Zbierzchowskiego. Ale kiedy już się w niej utopi, będzie można naprawdę ją docenić. 

Agnieszka Karecka - Po drugiej stronie jeziora

Mia Lang jest zwykłą nastolatką. W jej życiu nie wydarza się nic godnego uwagi aż do dnia osiemnastych urodzin, kiedy to dziewczyna zasypia na brzegu jeziora i budzi się... w obcej fantastycznej krainie. Locus (to ta kraina) od lat żyje w strachu przed złą królową, która postanowiła podbić wszystkie jego miasta (lub zrównać je z ziemią). Mia planuje jak najszybciej powrócić do domu i w tym celu dołącza do super ważnej misji, której członkowie mają obalić rządy królowej i przywrócić wolność Krainie Pięciu Miast.

Nie wiem, jak ocenić tę książkę. Autentycznie. Na początku miałam nadzieję na naprawdę dobrą powieść, ale potem coraz częściej przychodziła mi do głowy myśl, że jednak mogłam się przeliczyć. Problem z tą książką jest taki, że jest bardzo nierównomierna. W jednym miejscu dostajemy dobrze napisany, przyjemny fragment, żeby w kolejnym poziom spadł nagle do opowiadanka dla dziesięciolatków. Zakładam, że to jednak nie była w zamyśle książka dla dziesięciolatków. A niestety tych gorszych fragmentów jest dużo więcej.

Główna bohaterka to jedna z tych, które ciągle płaczą, a do tego co chwila się potykają, upadają i mdleją, trzeba je nosić na rękach, chuchać i dmuchać, żeby nie stała im się krzywda. Większość postaci zostało opartych na najbardziej utartych schematach, momentami wydają się wręcz przerysowane (szczególnie Kleo), a ich zachowanie staje się absurdalne. 

A skoro już jesteśmy przy absurdzie, to ile tutaj było takich motywów!

Weźmy chociażby jeden z najważniejszych, czyli niesamowicie istotną misję, która ma uratować cały Locus. Wygląda to mniej więcej tak: wyślemy cię na super niebezpiecznego questa, do którego inni ludzie przygotowywali się całe życie, wszyscy są zwinni, wysportowani, przeszkoleni w boju i potrafią cokolwiek, a ty dostajesz zadyszki po dwóch sekundach, ale nikomu nie wydaje się to ani trochę podejrzane. W końcu ćwiczyłaś jakieś dwa dni, więc powinnaś być już gotowa.

Aha, a tak w ogóle, to nie powiemy ci zupełnie nic na temat tej misji, chociaż to wcale nie są jakieś tajemne informacje i wszyscy zainteresowani (oprócz ciebie) doskonale wiedzą, o co chodzi. W każdym razie, nikt nie uznaje za stosowne, żeby cię o czymkolwiek poinformować, żebyś potem mogła robić z siebie idiotkę, płakać i zadawać najgłupsze pytania w najgłupszych momentach. I to też nie wzbudza w nikim żadnych podejrzeń.

Pomijam już fakt, że cały zamysł tej misji jest bez sensu. Uczestnicy muszą przejść od miasta do miasta, żeby porozmawiać z władcami każdego z nich, którzy sprzedadzą im sekreciki o złej królowej. Tylko, że ci sami uczestnicy dopiero co przybyli z tych właśnie miast, żeby z najbardziej oddalonego zakątka krainy wyruszyć w swoją misję... z powrotem do tych miast. Nie mogli spytać, jak jeszcze tam byli i zaoszczędzić sobie całej tej niebezpiecznej podróży?

Do tego dochodzi jeszcze przemiana bohatera tak sztuczna, że aż zgrzyta, ckliwe teksty nie do zniesienia, wątek miłosny przewidywalny od pierwszej sekundy i poprowadzony w niezrozumiały sposób (nawet nie wiem, kiedy się rozwinął). Od połowy książki cringe spływał na mnie z co drugiej strony. A przy okazji, zwróciłam uwagę na tyle niemożliwych, niewykonalnych niedociągnięć. Przykład? Bohaterka nauczyła się władać mieczem w jeden poranek (nie żeby w czymś jej to pomogło, dalej jest ciućmą). Ludzie poświęcają na to lata, ale nastolatka z XXI-wiecznego Wrocławia łapie takie rzeczy w mig. 


Jeśli chodzi o magię (bo to w końcu fantasy), to nie ma jej tutaj prawie wcale, co dla mnie jest ogromnym minusem. Niby to fantastyczna kraina, a nie dzieje się w niej za bardzo nic fantastycznego. Naprawdę nie proszę o wiele, ale chociaż jakieś jedno magiczne zwierzątko poprawiłoby moje samopoczucie. Czemu nikt nie chce się wykazać inwencją twórczą? Przecież fantasty daje do tego nieograniczone możliwości!

Wiecie, co podobało mi się najbardziej w tej książce? Zakończenie. I nie, wcale nie dlatego, że wtedy historia nareszcie się skończyła, nie będę aż taka wredna (akurat teraz). Akurat cliff-hanger całkiem się autorce udał. A co się tyczy reszty książki, to ostatecznie nawet dobrze się przy niej bawiłam. Wiecie, to wszystko, o czym wspomniałam, okrutnie mnie razi i zdecydowanie wpływa na końcowy odbiór książki, ale tak naprawdę przez większość czasu śmiałam się do łez (chociaż domyślam się, że niekoniecznie takie było założenie). Przynajmniej czyta się ją szybko i miała kilka dobrych momentów, a do tego przyniosła mi niespodziewanie wiele radości (i zażenowania, i przewracania oczami). Może to takie guilty pleasure?

Sally Rooney - Normalni ludzie

Marianne i Connell chodzą do jednej szkoły. Na lekcjach udają, że się nie znają, na korytarzach nawet nie patrzą w swoją stronę, do perfekcji opanowali tę grę pozorów, której celem jest przekonanie wszystkich, że nie mają ze sobą nic wspólnego. A jednak prawda jest zupełnie inna. Powoli stają się dla siebie coraz ważniejsi, a ukrywanie swoich uczuć przed całym światem może okazać się niebyt prostym i wygodnym zadaniem.

Nie pokusiłabym się o stwierdzenie, że Normalni ludzie są obrazem związków dzisiejszej młodzieży, przedstawieniem realiów panujących wśród milenialsów, czy jak tam jeszcze nazwali tę książkę w materiałach promocyjnych. Wręcz przeciwnie. Ta historia przedstawia niepokojąco dysfunkcyjną relację dwójki osobliwych młodych ludzi z problemami. Czy promuje niezdrowe relacje? Nie sądzę. Ale też ich nie gani, mimo że cały czas towarzyszy nam podczas czytania uczucie, że coś tu jest bardzo nie tak i żaden związek ani relacja dwójki ludzi nie powinny tak wyglądać. Ale w tej książce większość rzeczy, relacji i zachowań nie powinno tak wyglądać. 

Nasi główni bohaterowie są niedojrzali, denerwujący, egoistyczni. Kierują się dziecinnymi pobudkami i upośledzonym systemem wartości. Zachwycają się nad tym, jak to są dla siebie stworzeni, bo rozumieją się tak naprawdę bez słów, potrafią prowadzić całonocne rozmowy o życiu i śmierci, są tak niesamowicie zgrani w swoich poglądach i przemyśleniach i omg. A prawda jest taka, że... zupełnie NIE potrafią ze sobą rozmawiać. Wszystkie zerwania, kłótnie i nieporozumienia (a będzie ich dużo, cała ta książka i ich relacja opiera się na ciągu coraz bardziej groteskowych nieporozumieniach) wynikają w głównej mierze właśnie ze smutnego faktu, że nie potrafią porozmawiać ze sobą jak ludzie, przestawić swoich racji ani emocji.

I tutaj dochodzimy do istotnego elementu - na ile można hejtować zachowanie osób, które ewidentnie nie radzą sobie w życiu. Które mają problemy emocjonalne, nadwyrężoną psychikę, trudne dzieciństwo za sobą. Bo wiecie, ja też byłam zawsze awkward dzieckiem. Ale bycie awkward nie prowadzi do tak abstrakcyjnych sytuacji, jakie spotkały Marianne i Connella. Dlatego powtórzę po raz kolejny - to nie jest książka o nastoletnich problemach. To jest książka o problemach ludzi, którzy nie radzą sobie dobrze w kontaktach międzyludzkich i mają dużo swoich własnych dodatkowych dramatów (poza "standardowymi" problemami nastolatków) a w wyniku tego podejmują krzywdzące dla siebie i innych decyzje, nie potrafią budować zdrowych relacji z drugą osobą ani tym bardziej mówić o swoich uczuciach.

Dobrze, to już koniec moich przemyśleń na temat problemów przedstawionych w powieści. A teraz może powiem trochę o samej pozycji, którą, wbrew pozorom, oceniam całkiem dobrze! Jej bohaterowie byli naprawdę denerwujący, momentami wręcz okropni (Connella nie mogłam ścierpieć przez większość książki!), ale książka sama w sobie naprawdę zrobiła na mnie wrażenie. Ma doskonale wykreowany i zbudowany klimat, taki męczący i duszny. Miesza w głowie, wprowadza w niepokój, wywołuje w czytelniku całą gamę emocji. Po przeczytaniu ostatniej strony było mi tak potwornie ciężko na serduszku. A bohaterowie, mimo że drażnią Cię na każdym kroku, na jakimś poziomie jednak zdobywają Twoją sympatię, więc dalej im kibicujesz i trzymasz za nich kciuki.

Bardzo trudno było przyzwyczaić się do czytania dialogów, które nie są w żaden sposób wyróżnione - ani myślnikiem, ani cudzysłowem. Po pewnym czasie przestanie Was to razić, ale nie mam pojęcia, jaki ukryty cel miał ten zabieg. Same dialogi są raczej zdawkowe, niektóre naprawdę błyskotliwe i zabawne (ale wiecie, to raczej taki ironiczny, czarny humor), niestety z drugiej strony pojawiają się też takie, które sprawiają wrażenie nienaturalnych i wymuszonych. W dodatku autorka pokusiła się o wprowadzenie pseudo-odkrywczych, społeczno-artstycznych przemyśleń, tych z rodzaju "och, muszę pokazać jaką niesamowicie inteligentną i oświeconą osobą jestem, dlatego użyję wielu trudnych słów, rozmawiając o trudnych kwestiach", czego nie trawię. 

Naprawdę uważam, że to książka warta przeczytania - żeby wiedzieć, jakich relacji NIE tworzyć i jak ważna jest komunikacja. Żeby uświadomić sobie, że wokół nas żyje wielu ludzi, których przerasta świat i codzienność, a my możemy znać takie osoby i nawet nie zdawać sobie z tego sprawy. Rooney porusza szczególnie trudne tematy, a przedstawia je niezwykle obrazowo, umiejętnie grając na naszych emocjach, kreując wyraziste postaci i tworząc wciągającą fabułę. Ostatecznie jednak ocenienie tej powieści sprawiło mi niemało trudności, bo nie uważam, żeby była objawieniem współczesnej literatury. Znalazły się w niej niestety pewnie niedociągnięcia, które zdecydowanie mi przeszkadzały. 

Lily Graham - Dziecko z Auschwitz

Niektórzy uważają, że rynek wydawniczy jest już w ostatnim czasie zdecydowanie przesycony literaturą obozową. W takim natłoku pozycji nie jest łatwo się na coś zdecydować, a przecież tutaj do każdej książki trzeba podejść oddzielnie i niezależnie, bo każda opowiada nową historię, przerażającą, okrutną, ale przede wszystkim ważną. Trudno te pozycje oceniać, trudno mówić o lepszych i gorszych, ale jeśli nie macie jeszcze dosyć historii obozowych (wiem, że to mogło zabrzmieć trochę beztrosko, proszę się nie oburzać), to Dziecko z Auschwitz na pewno Was nie zawiedzie. 


Eva i Sophie dobrowolnie wsiadły do pociągu, który wywiózł je z obozu w Terezinie do Auschwitz. Pierwsza z nich za wszelką cenę starała się odnaleźć męża, druga szukała informacji o swoim dziecku. Dwie młode dziewczyny znalazły się w najgorszym piekle na ziemi, w którym codziennie musiały walczyć o przetrwanie, odnaleźć ukochane osoby i nie zapomnieć, o przysiędze, którą sobie złożyły - przeżyjemy. 

Historia rozgrywa się na trzech płaszczyznach czasowych - w czasach współczesnych, w obozie podczas wojny i przed wojną lub w jej początkach. W różnych retrospekcjach poznajemy historie naszych głównych bohaterek, ich rodziny. Dziewczyny często rozmyślają o swoim życiu sprzed wojny, a nawet najdrobniejsze rzeczy mogą przenieść je do sielankowej krainy wspomnień, albo wręcz przeciwnie - do przerażających i koszmarnych wydarzeń ostatnich lat.

Eva bardzo często opowiada o swoim mężu. Poznała Michala jeszcze przed wojną, a historia ich miłości jest słodka i rozkoszna. Pozostałe więźniarki uwielbiały słuchać jej opowieści, żeby przynajmniej na chwilę uciec z przygnębiających realiów obozowych. Te momenty, opisujące normalne, szczęśliwe życie, wzbudzają w czytelniku mieszane uczucia. Z jednej strony są naprawdę przeurocze i miło się je czyta. Z drugiej cały czas towarzyszy nam (i Evie) świadomość, że jej życie już nigdy nie będzie wyglądało w ten sposób. Że, nawet jeśli uda jej się ujść z życiem, ogrom nieszczęścia, które spadło na nią i jej bliskich już na zawsze pozostawi po sobie ślad.


Książkę czyta się niesamowicie szybko, w historię wsiąkamy niemal od razu. Mimo że jest okropna, straszna i przeraźliwe smutna, to została napisana naprawdę pięknie. Oczywiście moje serduszko skradły szczególnie te miłe momenty i szczęśliwe wspomnienia, które Graham kreuje bardzo ładnie i roztacza przed naszymi oczami świat pełen barw, przyjemnych dialogów i malowniczych miejsc. Na pewno pomaga w tym fakt, że Eva ma wrażliwą na piękno, artystyczną duszę, podobnie zresztą jak jej mąż, który jest uzdolnionym skrzypkiem. Ale również opisy życia obozowego są bardzo obrazowe i realistyczne, ze stron książki wyziera strach, głód, smutek więźniów, ich bezsilność i okrucieństwo SS-manów. 

Mimo, że sama historia i postaci nie są prawdziwe, to autorka zainspirowała się rzeczywistymi wydarzeniami i przeżyciami kobiet, które przeżyły Auschwitz, które tam zachodziły w ciążę i rodziły dzieci (takimi jak Vera Bein). Niemniej jednak, wiele przedstawionych w powieści wydarzeń sprawia wrażenie wręcz niemożliwych, ogromne zbiegi okoliczności i szczęście, które czasem nieoczekiwanie sprzyja naszym bohaterkom, mogą niektórym wydawać się trochę nierealne. 

Musimy sobie jednak zadać pytanie, czy to naprawdę takie złe? W książce okrutne i przerażające wydarzenia co chwila mieszają się z tymi dobrymi, wzruszającymi i dającymi nadzieję. Zresztą, w piekle na ziemi, którym było Auschwitz, każdy przejaw dobroci i łut szczęścia był niesamowitym zjawiskiem. 

Znajdziecie tutaj najważniejsze wydarzenia historyczne, które doprowadziły do wojny i trochę informacji na temat obozów, ale nie jest to książka typowo historyczna. Dlatego też autorka dużo bardziej skupia się na emocjach i życiu bohaterów niż na przykład na obozowej hierarchii. To historia o miłości, która sprawiała, że kobiety same zgłaszały się do transportów jadących do Auschwitz. Ale też o miłości, która pozwalała im to piekło przeżyć. O nadziei na szczęśliwe zakończenie, którą wszyscy nazywali zwykłą naiwnością. O przyjaźni, która była opoką i wsparciem. O ludziach, którzy narażali życie albo oddawali siebie samych oprawcom, kawałek po kawałeczku, by pomagać swoim współwięźniom. I o tym, że nawet w najgorszym z możliwych miejsc może wykiełkować coś pięknego, niewinnego i dobrego. 

Raphael Bob-Waksberg - Ktoś, kto będzie cię kochał w całej twej nędznej glorii

Oglądaliście kiedyś BoJack Horsemana? Jeśli tak, to możecie sobie mniej więcej wyobrazić, jak będzie wyglądała książka napisana przez jego twórcę (chociaż nie ma tu żadnych koni). Natomiast, jeśli nigdy o nim nie słyszeliście, to jest to animowany serial o koniu, który kiedyś był super wielką gwiazdą sitcomową. Tak. Zwierzęta w tym świecie w ogóle mówią, ubierają się, zachowują i chodzą jak ludzie i tak sobie funkcjonują w normalnym ludzkim społeczeństwie. Dobrze, teraz Wy też możecie wyobrazić sobie choć trochę, jakiego typu to będzie książka (ale powtarzam, nie ma tu żadnych gadających czy noszących fikuśne sweterki koni).


Ktoś, kto będzie cię kochał w całej twej nędznej glorii to zbiór osiemnastu utworów o bardzo zróżnicowanej formie. Znajdziecie tutaj oczywiście opowiadania, ale pojawi się też wiersz, opis gry albo cały rozdział w formie listy (kłamstw). Pod osłoną czarnego humoru, oniryzmu, baśniowości, groteski i abstrakcji skrywają się najbardziej przyziemne i życiowe przemyślenia, problemy, bolączki. 


Książka ta traktuje o przeróżnych rodzajach miłości, a przedstawione w niej historie są zazwyczaj słodko-gorzkie (chociaż czasem zdecydowanie bardziej gorzkie). Niektóre rozczulą Wasze serduszka, inne zeszklą Wam oczęta, ale niezależnie od ostatecznego przesłania danego tekstu, będziecie co chwila zanosili się śmiechem albo przynajmniej parskali pod nosem. Albo (tak jak ja) zachwycali się tym, jak bardzo abstrakcyjną abstrakcję można stworzyć (kocham takie rzeczy!). 

Bardzo odświeżające jest to, że autor bawi się nie tylko wykreowanym przez siebie światem, ale także mieszanką przeróżnych gatunków, niecodzienną perspektywą, różnymi formami narracji, a nawet... wielkością liter w teście. Mówię Wam, na pewno znajdziecie tutaj perełki, z którymi jeszcze się nie spotkaliście, bo nawet jeśli główny motyw danego opowiadania jest całkiem schematyczny, to Waksberg doprowadza go na sam skraj absurdu. A do tego tworzy naprawdę świetne i błyskotliwe dialogi, chociaż wydają się trochę dziwne, bo są jakieś takie... suche.

Ale ale, nie może być aż tak pięknie. Niestety, mam wrażenie, że ta książka zaczęła się zbyt dobrze. Tak, dokładnie tak. Początek był świetny, nawet pomyślałam sobie, że to będzie lektura 10/10 i moja kolejna miłość (bo ostatnio trafiam na całkiem sporo naprawdę świetnych książek). Ale z czasem kolejne opowiadania podobały mi się coraz mniej. Nie zrozumcie mnie źle, dalej trzymały poziom, dalej bawiły, smuciły, dawały do myślenia, były cudownie dziwne i abstrakcyjne. Tylko jakieś takie... mniej zachwycające. Może po prostu po pierwszym szoku, przyzwyczaiłam się już do stylu autora i bawił mnie trochę mniej? 

Z drugiej strony zazwyczaj w zbiorach opowiadań znajdą się takie, które podobają się bardziej i takie, które podobają się mniej (a przynajmniej tak wynika z mojego doświadczenia). Dlatego tutaj też mam swoje ulubione opowiadanka, na przykład o ślubie (o mamuniu, to jest cudowne, kocham każdy jeden najdziwniejszy pomysł, nazwę i instytucję, która się tam pojawiła!), albo o psie, o prezydentach, tabu i o metrze. Niektóre są po prostu świetnie napisane, inne przezabawne, jeszcze inne dają do myślenia. I choćby ze względu na tę piątkę uważam, że naprawdę warto!

Lene Wold - Honor. Opowieść ojca, który zabił własną córkę

Niezwykle trudno recenzuje się książki tego typu, zresztą równie trudno się je czyta. Dlatego na wstępie powiem, że już koło dwudziestej strony prawie się popłakałam i nawet nie wiem, w którym momencie zaczęłam wstrzymywać oddech. Zorientowałam się dopiero, gdy już całkiem brakowało mi powietrza. Autentycznie, byłam tak zestresowana, a jednak cały czas miałam nadzieję, że ta historia skończy się zupełnie inaczej, niż się to zapowiadało. Niełatwo czyta się o dziecku, prowadzonym na śmierć. I to jeszcze tak głupią, niesprawiedliwą i bezsensowną.

Honor. Opowieść ojca, który zabił własną córkę to historia tak okrutna i smutna, że aż trudno w nią uwierzyć. To historia o niesprawiedliwym świecie, w którym kobiety muszą cierpieć i umierać, by mężczyźni czuli się lepiej sami ze sobą. A najgorsze jest to, że to historia prawdziwa. Rahman naprawdę próbował zabić obydwie swoje córki w imię chorych kulturowych zasad. Jedną udało mu się zamordować. Druga przez lata ukrywała się przed ojcem i jego brutalną "sprawiedliwością". A książka ta jest o tyle niesamowita, że Lene Wold postarała się, żeby pokazać tę historię z punktu widzenia zarówno ofiary, jak i oprawcy. Próbowała zrozumieć, co może skłonić ojca, do zamordowania własnego dziecka. I co ma na swoje usprawiedliwienie. 

Przytoczę Wam pewien fragment, który powinien mniej więcej dać Wam ogląd tego, jak się przedstawia sytuacja i który sprawił, że krew zalewa mnie do teraz: 
(...) pojęcie honoru to fundament ich społeczeństwa. To sprawa kultury. Kobiety mają ird - cześć lub reputację, mężczyźni zaś szaraf - honor. Jeśli kobieta straci swoją część, jest zgubiona na zawsze, podczas gdy męski honor zawsze może być odzyskany. 
Innymi słowy, jeśli kobieta i mężczyzna dopuszczą się grzechu, to honor mężczyzny i całej rodziny może zostać odzyskany bez żadnego problemu, jeśli tylko zabiją oni tę grzeszną cudzołożnicę, która pewnie sama skłoniła mężczyznę do popełnienia haniebnego czynu, gdyż tego właśnie można się po kobiecie spodziewać. 

Przeprowadźcie eksperyment. Spójrzcie na swojego tatę, brata, jeśli akurat owego posiadacie, męża. I pomyślcie sobie, że gdybyście mieszkały w takiej właśnie Jordanii, te najbliższe Wam osoby mogłyby Was wywieźć na pustynię i porąbać tasakami na małe kawałeczki, gdybyście zagroziły honorowi rodziny. A Wy panowie, popatrzcie na swoje siostry, córki i żony i wyobraźcie sobie, że w Jordanii być może presja społeczeństwa kazałaby Wam strzelić tym Waszym ukochanym kobietom w twarz. 

Dla nas to po prostu niewyobrażalne, prawda? Fakt, że tak może wyglądać społeczeństwo w XXI wieku, jest naprawdę przerażający. Dalej nie potrafię zdecydować, czy jestem bardziej smutna, czy wściekła z tego powodu. Zresztą ta książka zdecydowanie wywoła w Was ogromne ilości wszystkich negatywnych emocji, złości, smutku, poczucia bezsilności i niesprawiedliwości. Natomiast z drugiej strony poczujecie wdzięczność do swojej kultury, w której rodzice nie będą próbowali Was zabić, jeśli wrócicie za późno do domu albo ktoś zobaczy Was, idące za rączkę z chłopakiem. 

Z jednej strony, są to rzeczy, które nas osobiście nie dotyczą, które dzieją się daleko, w zupełnie innym świecie i nawet nie mamy na nie wpływu. Ale może, jeśli wystarczająco dużo osób będzie wiedziało, jak wygląda sytuacja, może, jeśli wystarczająco dużo osób będzie się z tym głośno nie zgadzać, w końcu wymusi to jakąś zmianę. Bo nie ukrywajmy, historia tych dwóch sióstr i ich ojca to tylko jeden z wielu przejawów skrajnego bestialstwa, braku poszanowania praw człowieka i jawnej dyskryminacji ze względu na płeć czy orientację seksualną. A to wszystko schowane jest za fasadą wielkich idei, kultury, czystości, czy co tam sobie jeszcze wymyślicie.

Dodatkowo Lene postawiła na trochę inną formę reportażu, umieszczając w nim siebie, przedstawiając w jaki sposób przeprowadzała badania, rozmowy i poszukiwania informacji. Ukazując swoje własne emocje i przemyślenia. Pisze dynamicznie, ekspresyjnie i obrazowo, nie boi się stawiać niewygodnych pytań i posuwa się do niebezpiecznych rzeczy, by uzyskać na nie odpowiedzi.

Przeczytajcie tę książkę. Wtedy być może niepotrzebna i bezsensowna śmierć wszystkich tych kobiet nie zostanie tak zupełnie zapomniana, pominięta i ukryta, może nie przejdzie bez echa. 

@booksoverhoes