Łukasz Jach - Od ucha do ucha. Homo sapiens się śmieje


Potraficie wyobrazić sobie świat bez żartów, rodzinnych anegdotek, przez które zaśmiewamy się do łez przy obiedzie i milionów memów w internecie? Brrr, cóż to byłoby za smutne i nieśmieszne miejsce! (Wiem, co mówię, pamiętam jeszcze czasy bez memów!)

Śmiech i humor są zazwyczaj na tyle nieodłącznymi elementami naszego życia, że rzadko kiedy poważnie się nad nimi zastanawiamy. I na szczęście nie musimy, bo zrobił to za nas Łukasz Jach! W swojej książce rozłożył śmiech na czynniki pierwsze, na elementy tak małe, że nigdy nie przyszłoby nam nawet do głowy, żeby je kontemplować, oraz podał nam odpowiedzi na mnóstwo intrygujących pytań: Dlaczego się śmiejemy? Kto jest zabawniejszy - kobiety czy mężczyźni? Czy zwierzęta też się śmieją? I czy śmiech to faktycznie zdrowie?

Mimo że to książka o humorze, sama w sobie wcale nie wywołuje aż tyle rozbawienia, na ile miałam nadzieję. Wyobrażałam sobie, że Jach będzie dowcipkował, sypał żartami z rękawa, że to będzie lektura zabawna i wielce... niepoważna. (Troszeczkę marzyłam o godnym przeciwniku dla Jennifer Wright, która w serii ZROZUM niekwestionowanie pełni rolę królowej humoru!)

A tutaj zdziwko - Od ucha do ucha jest pozycją szalenie merytoryczną i wnikliwą, poruszającą temat z punktu widzenia psychologii, fizjologii, filozofii, ewolucji - słowem od każdej możliwej strony - i opartą na wielu interesujących badaniach. Co prawda momentami wygląda trochę jak zbiorcze opracowanie tych badań, a niektóre fragmenty mogą nam się wydać nieco przytłaczające, ale na szczęście Jach nie klepie tylko ciągiem kolejnych informacji. Zamiast tego stara się zaangażować swoich czytelników - pod koniec rozdziałów znajdziemy ćwiczenia, które zmobilizują nas do zastanowienia się nad poruszanymi tu aspektami i sprawdzenia ich w praktyce.

Spokojnie - autor nie odebrał sobie też przyjemności uraczenia nas kilkoma żartami! 

Od razu widać, że jest to pozycja dobrze przemyślana i opracowana. Jach rzetelnie wykonał swoją pracę i podał nam na tacy całą górę interesujących informacji, których braku prawdopodobnie nigdy wcześniej nie odczuwaliśmy, ale o których ogromnie miło się jednak dowiedzieć!

Marta Wroniszewska - Tu jest teraz twój dom. Adopcja w Polsce

Marta Wroniszewska postawiła w swoim reportażu na bardzo szeroką perspektywę i postanowiła przedstawić całe spektrum niezwykle złożonej kwestii, jaką jest adopcja i piecza zastępcza w Polsce. Tu jest teraz twój dom dzieli się na pięć części, a w każdej z nich poznamy historie przedstawione z różnych punktów widzenia: dzieci z rodzin zastępczych, adopcyjnych i z domów dziecka, rodziców adopcyjnych i biologicznych, pracowników, prawników. Pojawią się tutaj zarówno dobre opowieści, które zakończyły się happy endem, jak i złe, pełne bólu, zniechęcenia i niezrozumienia (choć wydaje mi się, że na te drugie położony został zdecydowanie większy nacisk).

Zebrane historie dały autorce pole do przedstawienia również ogólnej, szerszej sytuacji prawnej podobnych przypadków, a także powiązanego z nimi aspektu psychologicznego i emocjonalnego. Wroniszewska zgrabnie wplotła w swój reportaż wiele istotnych faktów, jak chociażby to, ile jest w naszym kraju ośrodków adopcyjnych, jak wygląda proces starania się o prawo do adopcji, albo gdzie w internecie można znaleźć informacje, w jaki sposób wesprzeć lokalne domy dziecka.

To nie była prosta lektura. Tyle w tej książce smutku, bólu, złości i niedowierzania, że czytelnik nie może po prostu przejść obok tych emocji obojętnie. W dodatku każda kolejna historia coraz bardziej otwiera nasze oczy na fakt, że procesowi adopcyjnemu w Polsce daleko do ideału (a raczej, że jest całkowicie niewystarczający), a polskie prawo traktuje dzieci naprawdę karygodnie (czy Was też krew zalewa na słowa, że dziecko jest "własnością rodziców" i "podlega ich autorytetowi"?).

Równocześnie reportaż został napisany prosto i przystępnie, klarownie tłumaczy poszczególne aspekty, jest wartościowy, pełen wiedzy i niesamowicie ciekawy. Przed lekturą nawet nie zdawałam sobie sprawy, jak niewiele wiem o procesie adopcji, funkcjonowaniu rodzin zastępczych i wielu innych aspektach życia zarówno wychowanków, jak i pracowników tego systemu. I jestem za tę wiedzę ogromnie wdzięczna.

Eddie Jaku - Najszczęśliwszy człowiek na ziemi

Eddie Jaku zawsze czuł się przede wszystkim Niemcem, dumnym mieszkańcem swojego kraju. Nie wyobrażał sobie lepszego miejsca do życia. Przynajmniej do czasu, gdy Hitler przejął władzę i Eddie stał się przede wszystkim Żydem.

Przeżył Holocaust, a po wojnie przysiągł sobie, że, mimo całego okrucieństwa, które go spotkało, do końca życia pozostanie szczęśliwy oraz że jego noga nigdy już nie postanie na niemieckiej ziemi. W wieku stu jeden lat może z czystym sumieniem stwierdzić, że dotrzymał słowa, a swoją pogodą ducha i umiejętnością odnajdywania szczęścia nawet w najgorzej wyglądających sytuacjach chce się dzielić z innymi.

Dlatego właśnie powstała ta książka. Eddie zwraca się do nas jak do nowo poznanych przyjaciół i uczy, jak czerpać z życia radość i pamiętać o najistotniejszych rzeczach. Każdy rozdział niesie ze sobą kolejne przesłanie - ważniejsze tym bardziej, że to właśnie Jaku ma jak największe prawo do odczuwania nienawiści, do pogrążania się w czarnych myślach, czy braku optymizmu - a tego nie robi!

Najszczęśliwszy człowiek na ziemi ma klimat, jakiego jeszcze nie uświadczyłam w literaturze obozowej (bo też stricte do tej literatury nie należy, chociaż autor opisuje swoje doświadczenia z Auschwitz i innych obozów, w których był przetrzymywany). Przedstawione tu wydarzenia z życia Eddiego są jak najbardziej smutne i straszne, ale też piękne i wzruszające.

A jednak niestety nie mogę powiedzieć, że książka dogłębnie mnie poruszyła. Składam to na karb sposobu, w jaki została napisana, bo kiedy oglądałam wystąpienie TEDx Eddiego, rozkleiłam się zupełnie. Zdania są krótkie, proste, nie zawsze poprawnie skonstruowane, a w tekście roi się od powtórzeń, których nie mogłam ścierpieć. I o ile jestem w stanie zrozumieć to, że sam Jaku niekoniecznie musi mieć niezwykłą smykałkę pisarską (w końcu swoją pierwszą książkę stworzył w wieku stu lat!), to nie wiem, dlaczego te wszystkie powtórzenia i dziwnie brzmiące zdania pojawiły się w tłumaczeniu i druku. 

Alex Nogués, Miren Asiain Lora - Milion ostryg na szczycie góry

Ile razy zdarzyło Wam się podnieść z ziemi jakiś zbłąkany kamyk, podziwiać malujące się na jego powierzchni abstrakcyjne wzory, wyczuć pod palcami chropowatą fakturę? Czy kiedykolwiek przyszło Wam do głowy, że oto trzymacie w dłoni malusieńki fragment liczącej miliardy lat historii Ziemi? Milion ostryg na szczycie góry ma zwrócić uwagę dzieciaków, by właśnie obok takich małych cudów nie przechodziły obojętnie!

No dobra, wszystko fajnie, ale skąd te milion ostryg wzięło się na szczycie góry?!

Cieszę się, że pytacie, bo o to właśnie tutaj chodzi. Książka przybiera formę rozmowy - wnikliwych, ale też uroczych i zabawnych pytań, które mógłby zadać mały czytelnik, oraz odpowiedzi udzielanych przed autora, które przyjmują różne formy, dzięki czemu pozycja ani na moment nie staje się monotonna. Alex Nogués płynnie porusza się między różnymi dziedzinami nauki, a wszystkie aspekty przedstawia w prosty, przystępny sposób. Z każdą kolejną informacją wspólnie coraz bardziej zgłębiamy temat i poznajemy nowe fakty, które w końcu ułożą się w geologiczną historię naszej planety, tytułowych ostryg oraz ich podróży na sam szczyt!

Wiadomości jest tu akurat wystarczająco dużo, żeby rozbudzić w dzieciach ciekawość i chęć przeżycia własnej naukowej przygody, ale temat zdecydowanie nie zostaje wyczerpany. Dlatego zachęcając pociechy do lektury Miliona ostryg, prawdopodobnie będziecie musieli przygotować się na kolejne milion pytań!

Nie można też oczywiście nie wspomnieć o cudownie opracowanej szacie graficznej, bez której ta pozycja straciłaby nie tylko wiele z edukacyjnej wartości, ale również swój niesamowity urok! Miren Asiain Lora ozdobiła książkę przepięknymi ilustracjami, utrzymanymi w przyjemnej kolorystyce i pełnymi subtelnych szczegółów. Dzięki nim każda kolejna strona była dla mnie nowym powodem do zachwytów, a dla dzieciaków ilustracje okażą się świetnym testem na spostrzegawczość i pomogą im przyswoić przedstawione w Milionie ostryg informacje.

Sarah Hambro - Świat według pszczół

O pszczołach powiedziano już wiele i to na milion różnych sposobów, jednak Sarah Hambro postanowiła zaoferować nam zupełnie inne spojrzenie i skupiła się na wpływie, jaki te małe stworzonka miały na przestrzeni wieków na różne aspekty ludzkiego życia - naszą historię, kulturę, literaturę czy sztukę.

Świata według pszczół nie można więc nazwać książką stricte naukową - jest po trochu edukacyjna, poetycka i swojska (gdy rozdział zaczyna się od miodu na kanapce, którą robiła mama). Opisy funkcjonowania owadów przeplatają się w niej z wierszami, zaklęciami i starymi papirusami, a całość została napisana lekko, momentami nawet całkiem zabawnie.

Na pewno zwrócili_łyście też uwagę na to, jak przepięknie wygląda ta pozycja. Już sama okładka przykuwa oko, a w środku każda strona została zaprojektowana z uwagą, ozdobiona uroczymi grafikami i wypełniona cytatami. No i jeszcze ta wklejka, która jest po prostu cu-dow-na! 

Szkoda tylko, że równej staranności nie wykazano w kwestii samej treści.

Zupełnie nie przemawia do mnie styl pisania Hambro. Autorka z jakiegoś dziwnego powodu lubi od czasu do czasu umieszczać w swojej książce zdania, które są z niczym niepowiązane albo bezsensownie oddzielone od reszty tekstu (albo i jedno, i drugie). Niektóre z nich brzmią, jakby miały mieć dalszy ciąg, ale - niespodzianka - jednak go nie mają. Inne natomiast są ustawione obok siebie, mimo że nie można się w nich dopatrzeć żadnego ciągu logicznego.

W tekście roi się od literówek, czasem brakuje niektórych wyrazów, a, jakby tego było mało, obok błędów można znaleźć powtórzenie na powtórzeniu (początkowo je sobie wypisywałam, ale było ich tak dużo, że to się po prostu mijało z celem). Słowo pszczoła w różnych wariacjach pojawia się w jednym zdaniu tak często, że nie da się już tego obronić nawet faktem, że te stworzonka są głównymi bohaterkami książki.

Zresztą powtarzają się tutaj nie tylko słowa. Autorka (jakby nie miała już pomysłu, co by tu jeszcze napisać) w kółko przytacza te same informacje, o których wspominała wcześniej - np. że w Egipcie wylewy rzeki wykorzystywano do upraw. To nawet nie jest fakt szczególnie powiązany z pszczołami, a pojawia się dwa razy (na 200 stron!). 

Ale to i tak pikuś przy tym, że... do powtórzeń dochodzi także w kwestii cytatów, dzięki którym Hambro miała zaprezentować, jak pszczoły wpłynęły na naszą kulturę. I dla mnie to już wygląda jak jakiś żart. Dwa razy przeczytamy ten sam fragment papirusu (na stronie 30 i 96) a także słowa Charlesa Butlera (na 132 i 144). Dlaczego? Po co? 

W tekście możemy trafić również na wiele nieścisłości, jak gdyby autorka stwierdziła, że skoro pisze książkę o pszczołach, to nie musi skupiać się na tym, żeby przekazywać wiarygodnie jakiekolwiek inne informacje (które z owadami powiązane nie są). Na przykład fakt, że Johannes Kepler "po raz pierwszy ustalił, że planety w naszym układzie słonecznym obracają się wokół słońca" (strona 52) - nie ustalił tylko opisał prawa tego obrotu i wyznaczył orbity planet (nie wiem czy wszystkich - na pewno Marsa). Albo, że dinozaury latały - z tego co wiem latające gady (nasze ulubione pterodaktyle i różne takie) tak naprawdę nie były dinozaurami (strona 59). O, albo że w Oslo żyło "aż 1200 pszczół" i przypadało ich po 200 na osobę. Chyba chodziło o 1200 rojów, bo nie wydaje mi się, żeby Oslo miało sześciu mieszkańców (strona 170).

A jakby nie mogło być już gorzej, Hambro postanowiła zaspojlerować nam Historię pszczół Mai Lunde, której ja na przykład jeszcze nie przeczytałam (a mam w planach!), tak że uważajcie na stronie 154!

Naprawdę nie mam pojęcia, co myśleć o tej książce. W kwestii wizualnej spisuje się na medal, a jeśli o życiu i funkcjonowaniu pszczół wiecie niewiele (tak jak ja), na pewno znajdziecie tu ogrom ciekawych informacji. Równocześnie zdecydowanie nie można powiedzieć, że Świat według pszczół wyczerpuje ten temat (o pewnych rzeczach, które zapowiadały się niezwykle ciekawie, ostatecznie autorka napisała rozczarowująco niewiele).

Natomiast jeśli chodzi o całą resztę, jestem autentycznie zniesmaczona jej poziomem. 

Alice Oseman - Heartstopper. Tom 1

To była miłość od pierwszego wejrzenia!

Historia Charliego i Nicka już od samego początku sprawiła, że przepadłam bez reszty, każdą kolejną stronę przewracałam z coraz większym zauroczeniem i nawet przez moment nie mogłam przestać zachwycać się tym, jak bardzo ten komiks jest przeuroczy! A pokochać można w nim naprawdę wszystko - od ujmującej historii i rozczulających bohaterów, przez przyjemny humor, po każde najdrobniejsze dźwiękonaśladowcze słówko typu czochr (od czochranka) albo turl (od turlanka).

Nie dajcie się zmylić tym, że na pierwszy rzut oka książeczka wygląda raczej niepozornie - czarno-białe, proste ilustracje i kreska, która momentami wydaje się wręcz niechlujna. Nie dość, że nie odbiera jej to ani trochę uroku, to autorce udało się w ten sposób zaprezentować piękną i całkiem złożoną opowieść o przyjaźni, miłości, dorastaniu i odnajdywaniu samego siebie!

Alice Oseman ma niezwykły talent do wiernego oddawania wszystkich emocji, jakie odczuwają jej bohaterowie - widać je w każdym zmarszczeniu brwi, ułożeniu ramion i najdrobniejszych gestach. Autorka świetnie potrafi zaznaczać też najmniejsze, a jednak niezwykle istotne szczegóły, na które trzeba zwrócić uwagę. A do swoich ilustracji dodaje mnóstwo uroczych elementów - wybuchające zewsząd kwiaty, unoszące się wokół postaci liście albo krople wody skapujące z dłoni - które sprawiają, że można poczuć w nich szczyptę magii.

Heartstopper w bardzo przystępny sposób przedstawia proces poznawania samego siebie, związane z tym rozterki, dobre i złe momenty oraz próby samoakceptacji. Sama historia jest raczej prosta i niezaskakująca, ale nie spodziewałam się po niej niczego innego i uważam, że świetnie spełnia swoje zadanie. A ciepło i uczucia, które wylewają się ze stron tej książki, są jak mocny przytulasek od Alice dla wszystkich, którzy poszukują siebie.


Amélie Wen Zhao - Dziedzictwo krwi


Księżniczka koronna Cesarstwa Cyrilyjskiego, Anastazja Michajłowna, została oskarżona o zdradę, a następnie uznana za zmarłą. Tylko że Ana żyje i zamierza zrobić wszystko, by udowodnić swoją niewinność oraz odnaleźć mordercę ojca. Żeby tego dokonać, będzie musiała przekonać do współpracy Ramsona Złotoustego, jednego z najbardziej rozpoznawalnych baronów przestępczego podziemia. Szkopuł w tym, że Ramson jest zamknięty w najlepiej strzeżonym więzieniu Cyrilii...

Dziedzictwo krwi promowane jest jako powieść porównywalna do Szklanego tronu, z czym niekoniecznie się zgadzam. Oczywiście odnajdziemy w Dziedzictwie elementy wspólne dla mnóstwa różnych fantastycznych książek młodzieżowych, ale oprócz tego nie zauważyłam żadnych szczególnie istostnych podobieństw do serii Maas, co akurat uważam za plus, bo jedna Celaena Sardothien w zupełności nam wystarczy (i trudno byłoby ją podrobić!).

Amélie Wen Zhao zabiera nas w głąb mroźnej, pokrytej śniegiem krainy przesiąkniętej rosyjskim klimatem i motywami. W końcu Cyrillą rządzi car, bohaterowie otrzymują charakterystyczne imiona (jak chociażby nasza Anastazja Michajłowna), a słowa takie jak diemchow czy dejs'woszka brzmią jak najbardziej rosyjsko. Klimacik powieści jest niesamowicie przyjemny, a miejsca, które odwiedzimy z bohaterami, zostały pomysłowo wykreowane i pięknie opisane - zarówno pełne przepychu pałace, więzienne labirynty, jak i mroczne lasy zamieszkane przez zjawy i potwory. 

Akcja już od pierwszych stron pędzi na łeb na szyję, Zhao wciąż zmusza swoich bohaterów do nadludzkiego wysiłku. Rzadko kiedy pozwala odpocząć zarówno im, jak i czytelnikowi, a każdy spokojny moment zdaje się być jedynie krótkim preludium do kolejnych dramatycznych wydarzeń, zwrotów akcji i walki o życie. Niektóre z tych momentów zostały opisane odrobinę chaotycznie, ale ogólnie sceny walki wyszły autorce całkiem dobrze. 

System magiczny opiera się na powinowactwie, czyli zdolności do kontrolowania różnych żywiołów... i nie tylko (patrz Ana!). Jak to się często w książkach fantastycznych zdarza, ludzie obdarzeni mocą muszą mierzyć się z represjami, są traktowani jako obywatele gorszej kategorii, niekiedy więzieni i wykorzystywani. Widzicie więc, że nie jest to szczególnie innowacyjny pomysł.

To samo tyczy się głównego duetu - Any i Ramsona. Ich kreacja jest... w porządku - to postaci z charakterem, skomplikowaną przeszłością, ich zachowanie jest realistyczne i szybko zdobywają nasze serduszko, ale niestety są też bardzo niezaskakujące. Ana nie może pogodzić się z tym, że nie jest zwyczajnym człowiekiem i w pełni zapanować nad mocą, cały czas prześladują ją też duchy przeszłości. A Ramson to kolejny typowy, niesamowicie tajemniczy bad-boy, zadziorny, charyzmatyczny i wygadany przystojniaczek, który może, ale tylko może, gdzieś głęboko ukrywa jakieś uczucia.

Dziedzictwo krwi jest naprawdę przyjemną i klimatyczną powieścią, która trzyma w napięciu, oferuje kilka niespodziewanych zwrotów akcji i dających się lubić bohaterów. Na pewno będziecie się świetnie bawić, podróżując wraz z Aną i Ramsonem po Cyrilii i odkrywając jej tajemnice, jednak nie spodziewajcie się, że znajdziecie tu coś, na co jeszcze nigdy nie natrafiliście w fantastycznych młodzieżówkach. 

Tim Harford - Jak ogarnąć świat i odróżnić fakty od wyobrażeń

Wyobraźcie sobie, że Wasz znajomy udostępnił na Facebooku ciekawy artykuł o szokującym nagłówku. Artykuł od razu przykuł Waszą uwagę i dowiedzieliście się z niego naprawdę interesujących rzeczy. A teraz zastanówcie się, jak dużo czasu poświecicie na to, by zweryfikować poprawność przedstawionych w nim danych? Czy w ogóle będziecie próbowali się upewnić, że przeczytane przez Was informacje... są prawdziwe?

W wielu aspektach nasz świat opiera się na statystykach, ale w końcu wszyscy znamy stwierdzenie mówiące, że statystycznie człowiek i jego pies mają po 3 nogi, które pokazuje, że takie podejście nie w każdym przypadku jest właściwe. Czasami dane statystyczne mogą okazać się całkowicie błędne, oparte na złych założeniach, czy nieuwzględniające wszystkich istotnych faktów. Przyswajane przez nas wiadomości niekoniecznie zawsze muszą być prawdziwe, zdarzają się też takie, które są niepoprawnie przedstawione, przekłamane lub... zmanipulowane.

I właśnie na to otwiera nam oczy Tim Harford w swojej książce, która faktycznie może pomóc odróżnić fakty od wyobrażeń. Co prawda jej tytuł ma trochę vibe poradnika dla fanów teorii spiskowych (cały świat próbuje nas oszukać, ale my się nie damy i wyłapiemy wszystkie te kłamstwa!), ale zapewniam Was, że wydźwięk tej pozycji jest zupełnie inny!

Każdy rozdział to kolejna rada, na co należy zwrócić uwagę przy ocenie danych i informacji, które bombardują nas z każdej strony. I wcale nie chodzi tu o jakieś abstrakcyjne sytuacje, tylko przykłady, które znamy z własnego życia - każdy z nas na pewno przynajmniej raz trafił na newsa rozpoczynającego się od słów "Amerykańscy naukowcy odkryli/wykazali/znaleźli...". Albo widział dane dotyczące bezrobocia w Polsce.

Harford namawia swoich czytelników do spojrzenia na otaczający nas świat trochę bardziej krytycznie, do zastanawiania się nad tym, co słyszymy i czytamy, zamiast bezmyślnie chłonąć każdą informację jak gąbka. Mówi o tym, jaki wpływ na odbiór wiadomości mają nasze własne emocje (i dlaczego czasem lepiej ich nie słuchać!), podkreśla, na co warto zwrócić szczególną uwagę podczas konfrontacji z nowymi informacjami i sugeruje w jakie miejsca się udać, żeby je zweryfikować (udać w internecie - na szczęście nie musimy zbyt daleko chodzić!). Nie da się ukryć, że w świecie fake newsów, click baitowych nagłówków i big data są to naprawdę przydatne umiejętności. 

Niestety liczba błędów w tej książce jest po prostu porażająca - autentycznie nigdy wcześniej nie trafiłam na pozycję Wydawnictwa Otwartego, która byłaby aż tak niedopracowana. Znajdziemy tutaj wszystkiego po trochu - do wyboru, do koloru: literówki ("zrobić" zamiast "zbroić", "do" zamiast "to"), nienaturalną składnię ("nauka im nie będzie sprzyjać" zamiast "nie będzie im sprzyjać"), zdania, które są napisane na tyle niepoprawnie, że zmieniają znaczenie całego akapitu i błędy, których nawet nie potrafię nazwać ("pomylono się o niemal milion razy" - nie można pomylić się o ileś razy! Można pomylić się milion razy albo o milion!).

Będę z Wami szczerza - początkowo wcale nie byłam zachwycona tą pozycją. Pomijając wszystkie większe lub mniejsze błędy, wydawała mi się trochę za bardzo przegadana. A czasem analiza kolejnych przykładów, którą fundował nam autor, była naprawdę ciężko przyswajalna.

Tylko że, mimo wszystko, to naprawdę niezwykle ciekawa książka! Harford co chwilę przytacza kolejne interesujące historie i przedstawia nam fascynujących ludzi, raczy nas mnóstwem przykładów i anegdotek (które niekoniecznie związane są stricte z danymi) i zazwyczaj umiejętnie wykorzystuje je do przedstawienia swoich racji. Jak ogarnąć świat jest pod pewnymi względami szalenie interesującą książką i z tego powodu jak najbardziej polecam ją przeczytać! Ale raczej radzę przyjmować lekturę w niewielkich dawkach, bo zdecydowanie nie należy do najprostszych.