Morgan Audic - Jaskółki z Czarnobyla

Każdy z nas słyszał o Czarnobylu - owianym złą sławą miejscu katastrofy jądrowej, do której doszło, gdy 26 kwietnia 1986 przegrzał się rdzeń reaktora numer 4 w elektrowni atomowej. Wybuch, który nastąpił w wyniku awarii, pozbawił domu tysiące ludzi i skaził ogromne tereny, ale stał się również jednym z najbardziej sensacyjnych wydarzeń naszych czasów. Nic dziwnego, że dzisiaj turyści z całego świata przybywają tłumnie na Ukrainę w poszukiwaniu mocnych wrażeń. Jednak pewnego dnia znajdują ich zbyt wiele. 

Jedna z wycieczek zauważa w Prypeci, mieście widmie, ewakuowanym po wybuchu, a obecnie udostępnionym do zwiedzania, ludzkie ciało zawieszone na szczycie budynku. Na miejsce zostaje wezwany kapitan Josif Melnyk, poczciwy milicjant starszej daty, dla którego rozwiązanie tej sprawy może być jedyną szansą, by wyrwać się z Czarnobyla. 

Wszystko nieco się komplikuje, gdy okazuje się, że ofiarą morderstwa jest Leonid Sokołow, syn byłego rosyjskiego ministra energetyki i bardzo wpływowego człowieka - Wiktora Sokołowa. Oraz że trzydzieści lat wcześniej (dokładnie w dzień wybuchu w czarnobylskiej elektrowni i również w tej okolicy) w podwójnym morderstwie zginęła Olga Sokołowa - matka Leonida. Wiktor nie zamierza czekać aż ukraińska policja podejmie odpowiednie działania i wysyła na miejsce Aleksandra Rybałko. Mężczyzna idealnie nadaje się do roli prywatnego detektywa - w końcu za dziecka mieszkał w Prypeci, płynnie posługuje się ukraińskim i nie ma zbyt wiele do stracenia, a bardzo dużo do zyskania. 

Narracja została podzielona między dwóch głównych bohaterów, którzy niezależnie od siebie prowadzą śledztwo i chcą osiągnąć... nieco inny efekt końcowy. Zarówno Mielnyk, jak i Rybałko są silnymi, ciekawymi i bardzo dobrze wykreowanymi postaciami. Ponadto, ich złożone życie osobiste i problemy bardzo urozmaicają historię, nadają jej głębi i wprowadzają czytelników w trudne realia i konflikty panujące dzisiaj na terenach Ukrainy i Rosji. 

Dzięki podwójnej narracji możemy też śledzić rozwiązywanie spraw morderstw (teraźniejszego i tego z przeszłości) z dwóch odmiennych punktów widzenia - oficjalnego policyjnego dochodzenia i tajnej akcji pod przykrywką. Każdy z bohaterów zabiera się za śledztwo z innej strony i odkrywa przed nami nieco odmienne informacje, ale równocześnie wszystko zmierza do jednego wielkiego punktu kulminacyjnego, podczas którego nie będziecie mogli usiedzieć na miejscu z emocji.

W książce cudownie został oddany postradziecki klimat, panujący w państwach powstałych po rozpadzie ZSRR. Ludzie jeżdżą w ładach, wakacje spędzają w daczach i palą tanie biełomory. Rosyjskie i ukraińskie nazwy oraz wyrażenia są ładnie przetłumaczone na polski, a wiele nieznanych nam pojęć, historycznych faktów lub przedmiotów zostało krótko opisanych, by czytelnik miał pełny obraz sytuacji. 

Autor idealnie zbudował napięcie - akcja rozwija się powoli, ale bardzo realistycznie, a kolejne elementy na naszych oczach składają się w całość. Książka ma ponad 500 stron, ale czyta się ją w mgnieniu oka i naprawdę nie można się od niej oderwać! Wprowadzonych zostaje tu tyle ciekawych postaci i pobocznych wątków, które urozmaicają naszą przygodę, z drugiej strony nie odwracają uwagi od głównego motywu kryminalnego.

Wybór Czarnobyla i Prypeci jako głównego miejsca akcji uważam za strzał w dziesiątkę. Tło nadaje historii naprawdę niepokojący klimacik, a sama opowieść jest bardzo brutalna i momentami przerażająca. W dodatku podczas lektury zostaniemy uraczeni wieloma informacjami na temat katastrofy w elektrowni (zainteresowanym polecam również serial HBO Czarnobyl, oczywiście, jeśli jakimś cudem jeszcze go nie widzieliście). 

Czy coś jeszcze zostało do dodania? Jaskółki z Czarnobyla to naprawdę niesamowicie dobry kryminał! Oprócz wzorowo poprowadzonej fabuły, która będzie zaskakiwać Was do ostatnich stron, znajdziecie tu też barwne, interesujące postaci, zapadniecie się w ponury, przytłaczający klimat i na pewno będziecie się świetnie bawić. Nic tylko czytać! 

Elizabeth Acevedo - Na ostrym ogniu

Emoni nie może się w pełni cieszyć beztroskim życiem zwyczajnej nastolatki. W końcu już w wieku czternastu lat została samotną matką, a teraz łączy wychowanie dwuletniej córeczki z nauką w liceum i dorywczą pracą w fastfoodzie. Ale kiedy wchodzi do kuchni, nagle wszystko przestaje mieć znaczenie i zaczyna się magia. Spod jej dłoni wychodzą potrawy, które nie tylko cieszą podniebienie, ale też leczą duszę. Jednak czy Emoni w natłoku obowiązków znajdzie wystarczająco dużo czasu, by spełniać swoje kulinarne marzenia?

Piękna, przykuwająca uwagę okładka nie zdradza, że historia przedstawiona w książce wcale nie jest taka prosta i przyjemna. Emoni, oprócz oczywistych dylematów, które są udziałem każdej nastolatki, boryka się także z wieloma innymi poważnymi problemami. W bardzo młodym wieku spadła na nią ogromna odpowiedzialność, przez co dziewczyna musiała szybko dorosnąć i nauczyć się przedkładać szczęście i dobro swojego dziecka ponad własne.

W dodatku matka Emoni nie żyje od wielu lat, a jej ojciec jest niedojrzały, nieodpowiedzialny i więcej czasu poświęca na pomoc obcym ludziom, niż swojej własnej córce. Jej złamane serduszko boi się ponownie komuś zaufać, tym bardziej, że musi chronić już nie tylko siebie, ale także swoją małą córeczkę. Często dochodzi też do nieprzyjemnych konfrontacji między nią a byłym chłopakiem (ojcem Dziecinki).

Pomimo tych wszystkich smutnych, niekomfortowych i poważnych tematów, książkę czyta się bardzo przyjemnie. Jasne, że czasem nas denerwuje albo smuci, momentami żal nam Emoni i tego, że nie może żyć beztrosko, jak powinna dziewczyna w jej wieku. Na szczęście główna bohaterka ma w sobie mnóstwo dobrej energii, a jej przemyślenia i podejście do życia są bardzo dojrzałe i naprawdę mądre.

Jeśli liczycie na porywającą lekturę, Na ostrym ogniu najprawdopodobniej Was zawiedzie. Książka nie oferuje niesamowicie atrakcyjnej linii fabularnej ani oszałamiających zwrotów akcji, jest raczej statyczna. Nie dąży też do żadnego szczególnego punktu kulminacyjnego, co sprawia, że możecie zacząć się zastanawiać, o czym w ogóle jest ta powieść. Sama długo czekałam na... coś, na jakiś moment, w którym nagle okaże się, że historia ma głębszy sens lub drugie dno. Ale nic takiego się nie pojawiło. 

I wiecie co? Ostatecznie wcale mi to nie przeszkadzało. Prawda jest taka, że spokojne tempo ma swój urok, a przy okazji książę czyta się tak szybko, że nawet nie zauważycie, kiedy nadejdzie koniec. Acevedo położyła nacisk na realne aspekty normalnego życia - bez zbędnej dramy, za to jak najbardziej przejmujące i ciekawe. W jej historii utalentowana dziewczyna walczy o swoje marzenia, matka chce zapewnić jak najlepszą przyszłość dziecku, a nastolatka poznaje chłopaka.

Miłym akcentem okazały się przepisy, które znajdziemy w niektórych rozdziałach, i w ogóle opisy jedzenia oraz gotowania w wykonaniu Emoni - są takie barwne, żywe i mają w sobie odrobinę magii. Kocham też wszystkie hiszpańskie wstawki, które pojawiły się w tekście (zazwyczaj padały z ust babci Emoni) i byłam super szczęśliwa za każdym razem, gdy udało mi się coś zrozumieć! Jeśli jednak nie jesteście wystarczająco biegli w tym języku, możecie być spokojni - z tyłu znajdziecie słowniczek!

Niestety, tłumaczenie było momentami naprawdę okropne. Zresztą korekta również. Oprócz niezliczonej liczby literówek, pojawiły się tutaj też przykłady rażąco złej składni albo całe słowa wrzucone bez sensu: "masz chcesz iść na lody?".

Byłam miło zaskoczona tą książką - nie spodziewałam się po niej tak poważnych tematów, nie dostarczyła mi też wielu ekscytujących momentów, a jednak naprawdę bardzo mi się spodobała. To miła lektura na jedno popołudnie, która w przystępny sposób mówi o naprawdę ważnych sprawach, a od Emoni można się wiele nauczyć na temat bycia sobą, dystansu i dążenia do celu. 

Simon King, Clare Nasir - Jak pachnie deszcz?

Czemu huragany mają imiona? Gdzie, kiedy i dlaczego możemy zobaczyć zorze polarne? Czy Słońce próbuje nas zabić i zniszczyć Ziemię? Czy możemy sterować pogodą? Jakim cudem żaby spadają z nieba?

Odpowiedzi na te i wiele innych pytań odnajdziecie właśnie w Jak pachnie deszcz? Nowa pozycja autorstwa dwójki angielskich meteorologów zawiera w sobie przeogromną dawkę fachowej wiedzy, wiele ciekawostek i otwierających oczy informacji. Wiedzieliście na przykład, że opady przelotne to nie to samo, co deszcz?! Tyle lat oglądania prognozy pogody żyłam w błędzie!

Książka jest napisana bardzo przystępnie w formie odpowiedzi na przeróżne pytania. Zostały one tematycznie podzielone na kilka rozdziałów, jednak można je bez problemu czytać w zupełnie przypadkowej kolejności i niezależnie od siebie. Ze względu na ten fakt niektóre informacje lub definicje pojawiają się kilka razy (w różnych odpowiedziach), co jednak nie razi jakoś szczególnie, nawet kiedy czytacie cały tekst po kolei, a na pewno będzie wyjątkowo pomocne dla tych, którzy postanowią zaglądać do niego wyrywkowo.

Niestety wydaje mi się, że pozycja ta była nieco nierówna pod względem przekazywanych tu informacji. Z jednej strony autorzy tłumaczą nam, dlaczego zmieniają się pory roku, co należy raczej do elementarnej wiedzy, którą posiedliśmy już w podstawówce. Ale zdarza im się też zahaczyć o naprawdę wysoki naukowy poziom. Najprawdopodobniej znajdziecie tutaj sporo informacji, o których już wiecie i zjawisk, które sami jesteście w stanie wytłumaczyć, ale na pewno ogromna część Was zaskoczy i zaciekawi.

Cudownym akcentem był między innymi opis klimatu panującego na innych planetach Układu Słonecznego - jako że uwielbiam wszystko związane z kosmosem, daję autorom ogromnego plusa za ten pomysł! Nie można też oczywiście mówić o pogodzie, nie wspominając o zmianach klimatycznych i globalnym ociepleniu. Ostatni rozdział szczególnie zwraca uwagę czytelnika na niebezpieczeństwo, jakie niesie ze sobą pozostanie w obecnym modelu gospodarki, skupiającym się głównie na węglu i paliwach kopalnianych. 

Czy jest to trudna lektura? Na pewno musicie się przygotować na dużo informacji z zakresu geografii i fizyki, jednak są one skrupulatnie tłumaczone. Język, którym posługują się autorzy jest też prosty i przystępny. 

Muszę natomiast przyznać, że przez pierwszą połowę książki bardzo brakowało mi ilustracji, zdjęć i wykresów, które na pewno lepiej zobrazowałyby wszystkie te wznoszące się i opadające strumienie powietrza albo różnice między cumulusami i stratusami. I kiedy tak rozpaczałam nad tym rażącym brakiem i niedopatrzeniem, nagle... pojawiły się ilustracje! Szkoda, że stało się to dopiero w połowie książki, bo na pewno czytałoby się ją jeszcze przyjemniej!

A teraz nadszedł czas, żeby przyczepić do kilku nieścisłości, które pojawiły się w tekście. Wiecie, ja nie jestem jakimś super ekspertem, ale gdy już opisuje się siły, działające na kropę wody, to miło byłoby nie pomijać kilku całkiem istotnych. Z innych "wpadek" - w jednym miejscu znajdziemy informację, że około 68% słodkiej wody na Ziemi jest uwięzione w lodowcach, kilka stron później zmienia się to już na 75%. A takie błędy, mimo że drobne, działają mi na nerwy.

Powiem tak - były w tej książce fragmenty, które niesamowicie mi się podobały, ale znalazły się też takie, przy których moja głowa powoli opadała i niestety nie przyswajała zbyt wiele informacji z czytanego tekstu. Na szczęście jej forma pozwala nam nawet ominąć niektóre momenty i dalej bawić się świetnie (oczywiście nie namawiam do tego)! To przyjemna i ciekawa lektura, a wiedza, którą w niej znajdziecie, może okazać się naprawdę przydatna! Dzięki tej książce spojrzycie na niebo z nowej perspektywy, po raz pierwszy odróżniając od siebie poszczególne typy chmur i możliwe, że uda Wam się nawet stwierdzić bez zaglądania do internetu, czy jutro będzie padać!

Jakub Małecki - Saturnin

Saturnin Markiewicz oprócz bardzo oryginalnego imienia nie jest wstanie pochwalić się niczym szczególnym. No, może jeszcze swoją wagą ponad stu kilogramów i osiągnięciami w podnoszeniu ciężarów, czym namiętnie zajmował się w liceum. W pewnym momencie musiał jednak pożegnać się z marzeniem o zostaniu sławnym trójboistą, więc teraz, w wieku lat trzydziestu, mieszka sam w kawalerce w Warszawie, a na życie zarabia jako sprzedawca.

Jego matka rozwódka, żyje na wsi ze swoim ojcem, milczącym, zamkniętym w sobie dziewięćdziesięciolatkiem, który całe dni poświęca pracy, a wieczory spędza wpatrując się w zarośnięty dół, który przed laty był stawem. Pewnego dnia dziadek znika bez śladu, a Saturnin wraca do rodzinnego miasteczka, by pomóc mamie go odnaleźć. Okazuje się jednak, że mogą odkryć znacznie więcej niż to, czego szukali.

Już kiedyś, przy okazji recenzji innej powieści Małeckiego (Nikt nie idzie), wspominałam o tym, że jest to mój autor-wyjątek, po którego książki sięgam w ciemno, mimo że na co dzień nie jestem fanką takich pozycji. Jednak u Małeckiego najzwyklejsze nawet wydarzenia nabierają magii, a opisy brzmią jak poezja. Sposób w jaki operuje słowem sprawia, że serduszko łopocze mi z zachwytu za każdym razem, gdy trafiam na wyrażenie w stylu: "moja mama niesie półtora kilograma słońca w dużej niebieskiej materiałowej torbie". W tej historii również odnajdziemy realizm magiczny i niepokojący oniryzm, a granica pomiędzy światami będzie momentami płynna i rozmyta. 

Saturnin jest cudownie skonstruowaną powieścią, w której bieżące wydarzenia przeplatają się z retrospekcjami z życia głównych bohaterów, ich opowieściami, wspomnieniami i listami, powoli składającymi się w jedną całość. Na naszych oczach historia zaczyna się układać z pojedynczych kafelków, aż w końcu nabiera kształtu obraz Saturnina, jego dzieciństwa, lęków i marzeń, a także okoliczności jego przyjścia na świat, związek rodziców i wydarzenia z przeszłości dziadka.

Mimo wielu przeskoków między różnymi punktami widzenia, postaciami i momentami w czasie, narracja jest bardzo płynna, dynamiczna i niezmiernie absorbująca. Zdecydowanie wpływa na to również niepokojący i abstrakcyjny zabieg (po który Małecki nie sięga zresztą po raz pierwszy), za pomocą którego przedstawia najbardziej mroczne fragmenty tej historii. A także jego postaci - prawdziwe, charakterystyczne i wielowymiarowe. 

W Saturninie poznajemy smutną historię rodziny, na której swoje piętno odcisnęła wojna. To też opowieść o marzeniach, które nigdy nie będą mogły się spełnić, obietnicach sprzed lat, których za wszelką cenę chce się dotrzymać, poczuciu winy, braku pewności siebie, wpływającym na każdy aspekt życia, potrzebie akceptacji i zniekształconych relacjach rodzinnych. Ale to także głęboko intymna książka - w końcu autor wykorzystał w niej historię swojej własnej rodziny. 

Małecki bez wątpienia potrafi wpływać na emocje czytelnika. Jego powieści są głęboko poruszające, przejmujące i dające do myślenia, a ze wszystkich, które dotychczas przeczytałam, ta zrobiła na mnie największe wrażenie - zarówno ze względu na emocje, towarzyszące mi podczas czytania (i już po zakończeniu lektury), jak i na sam pomysł, który jest niesamowicie ciekawy! Prawdę mówi opis na okładce - zmarli faktycznie otrzymują tu głos. 

Simon Beckett - Chemia śmierci

David Hunter pracuje jako lekarz rodzinny w małej miejscowości na końcu świata. Nikt z jego pacjentów nie wie, że jeszcze trzy lata wcześniej prowadził ambitną karierę jednego z najlepszych antropologów sądowych i służył ekspertyzą przy policyjnych śledztwach. Ani że uciekł do tego miasteczka, żeby zapomnieć o osobistej tragedii. Jednak, gdy dzieci podczas zabawy odnajdują w lesie zwłoki, Hunter nie może już dłużej ukrywać swoich wyjątkowych umiejętności i wiedzy. Tym bardziej, że po pewnym czasie znika kolejna kobieta i zaczyna się wyścig z czasem.

Książki z cyklu o Doktorze Hunterze czytałam już chyba z pięć razy i swojego czasu byłam tak oczarowana tym motywem, że poważnie rozważałam karierę medyka sądowego/kryminologa. Okazało się, że w Polsce nie mamy ogromnego zapotrzebowania na tego typu usługi (szkoda!) ani Trupiej Farmy, więc praca ta nie byłaby prawdopodobnie równie niesamowita, co w książce.

Trochę żartuję, bo w końcu nikomu nie życzę źle, ale Beckett opisał tutaj zawód Huntera tak ciekawie, że brzmi jak najlepsza praca na świecie! Albo to ze mną jest coś nie tak, bo czytanie o rozwoju larwalnym much plujek i stadiach rozkładu naprawdę mnie fascynuje. 

Motyw medycyny sądowej zapewnia nam zupełnie inny rodzaj kryminału niż standardowy, w którym głównym bohaterem jest zazwyczaj policjant/detektyw, najlepiej z problemem alkoholowym, a całe śledztwo obserwujemy od strony działania funkcjonariuszy. Ten niecodzienny pomysł urzekł mnie już przed laty i dalej uważam, że to świetny zabieg! Nie tylko wprowadza do gatunku miłą odmianę, ale też na pewno spodoba się każdemu, kogo choć trochę ciekawi chemia, biologia, medycyna czy antropologia.

Beckett wprawnie kreuje niepokojący, thrillerowy klimat - niektóre sceny naprawdę sprawiają, że ciareczka powoli wspina się nam po kręgosłupie. W dodatku akcja rozgrywa się w małej, hermetycznej społeczności, której członkowie myślą, że znają się nawzajem, aż tu nagle... spada na nich nieszczęście i okazuje się, że jednak nie wiedzą o sobie wszystkiego. Ta atmosfera braku zaufania, gdy nawet najbliżsi sąsiedzi zaczynają patrzeć na siebie podejrzliwie, udziela się także czytelnikowi. A napięcie i aura niepewności będą się utrzymywały przez cały czas czytania książki.

Obiecuję Wam, że będziecie chcieli połknąć tę historię w całości - ze względu na przyjemny, lekki styl pisania Becketta, stworzoną przez niego ciekawą fabułę, interesującą postać głównego bohatera, całą tę naukową otoczkę, która jest niezmiernie atrakcyjna, no i oczywiście zagadkę, którą spróbujecie rozwiązać razem z Hunterem. I wiecie co? Napięcie w tej powieści jest wręcz namacalne i tak dobrze zbudowane, że, nawet gdy już przypomniałam sobie, kto zabił, dalej nie mogłam usiedzieć w miejscu z emocji!

Powrót do przygód doktora Huntera był niesamowicie przyjemny i na pewno nie robię tego po raz ostatni. Natomiast jeśli Wy nie czytaliście jeszcze książek z serii Chemia śmierci, to polecam je z całego serduszka. Tym bardziej w nowej odsłonie Wydawnictwa Czarna Owca (chociaż mam sentyment do starego wydania, to nie mogę udawać, że to nowe nie jest świetne!).

Margaret Owen - Wrona

Gdybyś przyszedł na świat w Saborze, należałbyś do jednej z grup panującego tam systemu kastowego. Oczywiście najlepiej byłoby, gdybyś urodził się jako Feniks - członek kasty królewskiej, której przyrodzonym darem jest Ogień. Mógłbyś też być Pawiem i roztaczać wokół siebie urok i Powab, albo Łabędziem, skąpanym w aurze Pożądania, uczoną Sową z darem Pamięci, Sokołem, nieustraszonym wojownikiem, Żurawiem, który zawsze wie, czy ktoś mówi Prawdę. Natomiast zdecydowanie nie chciałbyś być Wroną. 

Wrony stoją najniżej w hierarchii i są traktowane jak istoty gorszego gatunku. W dodatku jako jedyna kasta nie mogą się pochwalić żadnym przyrodzonym darem. To pariasi, których nikt nie darzy nawet odrobiną szacunku, chociaż spełniają niesamowicie istotną rolę - jako jedyni są odporni na działanie wielkiej zarazy, która przetrzebia mieszkańców Saboru. Dlatego celem ich istnienia jest okazywanie miłosierdzia - wymierzanie szybkiej śmierci ofiarom zarazy, palenie zwłok, a potem posłuszne schodzenie ludziom z oczu. 

Fe jest Wroną. Jest też wronią czarownicą, potrafi więc używać magii innych kast, wykorzystując w tym celu zęby lub kości ich członków. Dziewczyna prowadzi w miarę spokojne życie (jeśli można tak w ogóle nazwać rzeczywistość, w której wszyscy Cię nienawidzą i życzą Ci śmierci), do momentu, gdy jej stado zostaje wmieszane w niebezpieczne rozgrywki i spisek. Misja, której mają się podjąć, będzie wymagała wielu poświęceń, bólu i zachodu, a także pokonania uprzedzeń i nienawiści, trawiących społeczeństwo Saboru, co może okazać się w tym wszystkim najtrudniejsze. 

Owen zabiera nas w podróż do fascynującego i bardzo oryginalnie wykreowanego świata - z jednej strony mrocznego, z drugiej pełnego barw i przesyconego magią najróżniejszej maści. Już sam system kastowy, w którym poszczególne grupy są obdarzone różnymi rodzajami magicznych darów, nadających im konkretne funkcje w społeczeństwie, jest naprawdę świetny. A przedstawienie ich przy pomocy gatunków ptaków to bardzo pomysłowy akcent. System magiczny jest ładnie zbudowany i ciekawy, widać, że autorka dobrze go przemyślała i poświęciła mu dużo uwagi, za co ją uwielbiam! Szczególnie urzekł mnie motyw zębów i kości, a przezwisko "kościokrad" brzmi super, musicie przyznać sami!

Zresztą cała ta książka to combo przeróżnych cudownych fantastycznych motywów, których pewnie nikt nawet nie próbowałby ze sobą zestawić. A Owen postanowiła zaszaleć i wyszło jej to niesamowicie! Dlatego znajdziecie w tej historii między innymi jeźdźców mamutów. Skąd? Jak? Dlaczego? A kogo to obchodzi, skoro to brzmi tak super?!

Bohaterowie zostali ładnie wykreowani, są charakterystyczni, zapadają w pamięć, ich dialogi  są błyskotliwe, a zachowania naturalne i takie... niewymuszone. Bardzo dobrze utożsamiają też cechy poszczególnych kast, a na stronach książki poznamy przedstawicieli wielu z nich. Fe (kocham w ogóle imiona Wron i to w jaki sposób są im nadawane - ale o tym dowiecie się z książki!) to przyjemna główna bohaterka - nie jest irytująca, ma charakter i ogólnie jest przykładem silnej kobiecej postaci, a takie uwielbiam. 

Wrona jest napisana lekko, przystępnym językiem, niekiedy stylizowanym na lekko archaiczny, co tylko dodawało książce uroku i klimatu. Autora ma przyjemny styl, potrafi zbudować akcję i (dzięki Bogu) tworzy całkiem przekonujące sceny walki. I, mimo że ogólny zarys fabularny nie jest jakoś niesamowicie oryginalny (dobra, nawet na pewno nie jest), jest to zdecydowanie wciągająca historia. A oryginalne pomysły Owen sprawiają, że czyta się ją jeszcze lepiej!

Jestem tak mile zaskoczona tą książką - na początku oczywiście w oko wpadła mi jej cudowna okładka, ale dopiero treść, ciekawy system magiczny i nieprzeciętne pomysły autorki zdobyły w pełni moje serduszko (chociaż tak naprawdę byłam sprzedana już po kilku pierwszych stronach)! A teraz niecierpliwie czekam na drugą część!

Susanne Collins - Ballada ptaków i węży

Ile razy zastanawialiście się, jak czarny charakter zasłużył na rolę antagonisty? Co sprawiło, że stał się "tym złym"? W końcu będziecie mogli poznać odpowiedź na to pytanie - oto nadszedł czas, byśmy poznali historię Coriolanusa Snowa, najbardziej znienawidzonej postaci w całej trylogii Igrzysk śmierci. Gdy podczas dziesiątych Głodowych igrzysk osiemnastoletni Snow został wytypowany do roli jednego z mentorów, nikt nie wróżył mu jeszcze przyszłości w roli prezydenta Panem (może oprócz jego babci). W dodatku przydzielono mu trybutkę z (a jakże) Dwunastego Dystryktu! A jednak to właśnie od tego momentu jego życie, a także sposób przeprowadzania Igrzysk zaczęły przechodzić wielką przemianę.

Jeśli obawialiście się, że najnowsza powieść Collins nie dorówna pokochanej przez tysiące ludzi trylogii, że to tylko sposób, by dalej wyciskać pieniądze ze źródełka i będzie przez to dużo gorszej jakości, śpieszę, żeby Was uspokoić. Nie zamierzam, co prawda, zagłębiać się w motywy, które skłoniły autorkę do napisania Ballady, ale efekt końcowy zdecydowanie mnie nie zawiódł. Wręcz przeciwnie - uważam, że to najlepsza część! 

Po pierwsze widać, że Collins się rozwija, że nie spoczęła na laurach po niekwestionowanym sukcesie poprzednich książek i dalej może stworzyć coś naprawdę dobrego. Ta część była zdecydowanie najlepiej napisana! Z jednej strony obfitowała w zwroty akcji, a czytelnikowi ciągle towarzyszył taki nieuchwytny rodzaj niepokoju. Z drugiej natomiast, był to bardzo interesujący portret psychologiczny.

Po drugie (to akurat moje całkowicie subiektywne i indywidualne odczucie, z którym jak najbardziej możecie się nie zgadzać) Katniss była po prostu irytująca. Jej zachowanie przez większość czasu okropnie mnie drażniło. A Snow jest naprawdę fascynującą postacią! To ambitny, inteligentny, nieugięty i niesamowicie zaradny chłopak, który przeżywa głęboki konflikt wewnętrzny - między uczuciami i moralnością a pogonią za władzą i potęgą.

Przyznaję, że przez większość czasu trudno było mi połączyć tego czarującego chłopca z cuchnącym krwią tyranem, który posyła ludzi na śmierć bez mrugnięcia okiem. Oczywiście, w jego zachowaniu momentami widać wyrachowanie, okrucieństwo i manię kontrolowania wszystkich i wszystkiego, ale równocześnie jest to część osobowości, z którą jeszcze stara się walczyć. Dlatego obserwowanie, jak się zmienia, jak powoli kształtuje się w nim ten bezduszny potwór, którego znamy z trylogii, jest jeszcze bardziej pasjonujące. Przez cały czas próbowałam wypatrzyć moment, w którym Snow ostatecznie przestanie walczyć i stanie się zły. 

Bardzo podobał mi się również pomysł Collins, by pokazać konflikt między Kapitolem a Dystryktami od drugiej strony - jakie piętno odbił on na Kapitolu i jego mieszkańcach, co utracili, jak wpłynęły na nich straszne wydarzenia i lata, gdy musieli znosić niedostatki wojny, przeżywać bombardowania, głodować i marznąć. Pokazuje, że Kapitolczycy to też ludzie, nie tylko feeria kolorów i nieczułych ekstrawaganckich indywiduów, których znamy z poprzednich książek. I to jest najbardziej realistyczne przedstawienie wojny - nieważne, kto jest "tym dobrym", a kto "tym złym" - ludzie, którzy cierpią, znajdują się po obydwu stronach.

Znajdziemy tutaj też oczywiście wiele nawiązań do poprzednich książek (a raczej do kolejnych części), mnóstwo wstawek, które aż błagają nas, żebyśmy zaraz po przeczytaniu Ballady sięgnęli ponownie po trylogię i spojrzeli na wszystko nowymi oczami! W końcu w tej części dowiadujemy się na przykład, jak Głodowe Igrzyska przybrały znaną nam formę!

Naprawdę trudno jest uczynić z głównego bohatera powieści kogoś, kogo nienawidzą z całego serca wszyscy czytelnicy i nakłonić ich, żeby spróbowali zobaczyć w nim człowieka. A Collins świetnie się to udało. Nie dość, że stworzyła wielowymiarowego, niezwykle interesującego bohatera, to jeszcze wprowadziła zamęt w uczucia swoich odbiorców - bo jak ostatecznie powinniśmy patrzeć na Snowa? Będziecie musieli sami odpowiedzieć sobie na to pytanie po przeczytaniu książki! 

Wasilij Machanienko - Droga Szamana. Etap 1: Początek

Dimitrij Machan, specjalista do spraw bezpieczeństwa komputerowego, zakłada się z nowo poznaną dziewczyną, że uda mu się sforsować założone przez nią zabezpieczenia systemu. Zakład wygrywa, ale niestety przy okazji przegrywa życie, bo trochę niesprawiedliwie zostaje skazany na osiem lat więzienia. Swoją karę będzie odbywał w Barlionie - a dokładniej w kopalni miedzi "Pryka".

Barliona jest grą w wirtualnym średniowiecznym świecie, doprawionym magią, a więźniów wykorzystuje się w niej do zbierania surowców, które następnie są sprzedawane pełnoprawnym graczom. W tym celu spędzają oni cały swój wyrok w podtrzymujących życie kapsułach, podczas gdy ich wirtualne postaci machają kilofem w którejś z setek cyfrowych kopalni. Więźniowie mają szansę opuścić swoje miejsce zsyłki i odbyć resztę wyroku we wspólnym świecie gry, jeśli tylko zdobędą wystarczająco dużo Złotych Monet lub Szacunku. Niewielu się to udaje...

Ale właśnie na to liczy Machan! Jednak po drodze czeka go nieoczekiwanie wiele wyzwań. Będzie musiał, między innymi, grać losowo wygenerowaną postacią - taką, którą nigdy wcześniej się nie interesował, więc nic nie wie ani o jej rozwijaniu, ani specjalnych umiejętnościach i wszystkiego musi się nauczyć dopiero w kopalni (bez dostępu do samouczków!). A my uczymy się razem z nim! 

Dzięki temu dowiadujemy się większości rzeczy na bieżąco, razem z naszym bohaterem. A, jako że książka ma charakter gry, informacje otrzymujemy za pomocą komunikatów i definicji, które są generowane na przykład, gdy Machan zdobywa nowe osiągnięcie. 

LitRPG, czyli mieszanka książki z grą, jest nowym nurtem w literaturze i bardzo kreatywnym pomysłem! To połączenie jest naprawdę niesamowicie ciekawe i nadaje powieści super geekowego charakteru, który uwielbiam! W dodatku gra została utrzymana w klimacie fantasy z krasnoludami, elfami i orkami, więc jestem w niebie. Cały ten świat i język tak niesamowicie mnie cieszy! Mały geek w moim serduszku podskakuje z radości (niczym wewnętrzna bogini Anastasi Steele w Grey'u) za każdym razem, gdy pada słowo takie jak "quest". 

Książka jest zabawna, dobrze napisana, a przede wszystkim niesamowicie wciągająca! Ze wstrzymanym oddechem czekacie na to, jakie looty wylecą z mobów, śledzicie statystyki i wszystkie wyskakujące komunikaty i przez cały czas czujecie się tak, jakby to Wasza postać właśnie dostała +2 do Siły, 200 punktów Doświadczenia albo awansowała na nowy poziom. Wiecie co? Aż nabierzecie ochoty, żeby pograć w Barlionę!

Machan przez większość czasu sprawia wrażenie gracza idealnego. Jest piekielnie bystry, inteligentny i potrafi oszukać grę na tysiąc sposobów. Przy okazji to całkiem miły gość - dba o swoich kolegów, zdecydowanie lubi się poświęcać, ale potrafi też postawić się i walczyć o swoje. Przeczytałam w jakiejś recenzji, że jest wyidealizowany i rzeczywiście - raczej nie ma żadnych większych negatywnych cech, ale nie przeszkadza mi to jakoś szczególnie. Chociaż nie ukrywam, że faktycznie przynajmniej raz coś mogłoby pójść nie po jego myśli. 

Gra tak naprawdę staje się całym życiem i rzeczywistością Machana, ale oprócz niej autor serwuje nam jeszcze fabularny wątek życia bohatera poza Barlioną, który też ma potencjał, choć w tej części został tylko delikatnie zarysowany. W każdym razie i Machan, i my mamy jeszcze wiele przedmiotów do zdobycia, lokacji do eksplorowania i skillów do nauczenia!

Śpieszę więc poinformować, że jeśli zastanawialiście się, czy taki śmieszny mash-up gatunkowy może wypaść dobrze, to odpowiedź brzmi: zdecydowanie może! Po pierwszej części mogę śmiało stwierdzić, że na razie udaje się świetnie! Nie wiem, jakim cudem nigdy wcześniej nie słyszałam o Drodze Szamana, ale cieszę się, że w końcu poznałam tę historię. I Wam polecam zrobić to samo!