Holly Black - Zła królowa

Kaye nie prowadzi życia normalnej szesnastolatki. Zamiast chodzić do szkoły, podróżuje po całym kraju ze swoją niezbyt odpowiedzialną matką, której marzy się rockowa kariera. Jednak pewne przykre wydarzenia sprawiają, że kobiety są zmuszone wrócić do rodzinnego New Jersey i zamieszkać u babci Kaye, która jest ich całkowitym przeciwieństwem i zdecydowanie nie pochwala prowadzonego przez nie trybu życia. 

Wydawałoby się, że w New Jersey na dziewczynę nie czeka zupełnie nic ciekawego. Ale nagle wokół niej zaczynają dziać się dziwne, niewytłumaczalne rzeczy, a mali elfi przyjaciele z jej dzieciństwa powracają i potrzebują jej pomocy. Wkrótce Kaye może znaleźć się w raczej nieprzyjemnej sytuacji i naprawdę warto byłoby wiedzieć, komu może zaufać.

Bardzo starałam się nie porównywać Złej królowej do Okrutnego księcia, ale po prostu nie mogłam się powstrzymać! Tym bardziej, że trylogię naprawdę lubię, no i nie ukrywajmy - większość z nas właśnie od Księcia zaczęła swoją przygodę z autorką. Zdecydowanie widać, że Królowa to debiut i jest bez porównania gorsza od umiejętności Holly, które poznaliśmy już dzięki historii Jude i Cardana. Ale czy Black ze Złej królowej jest taka znowu całkiem zła? 

Otóż nie. Ale zacznijmy od początku.

Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy, to zdecydowanie dużo mniej opisów świata przedstawionego. A szkoda, bo to aspekt, który najbardziej mnie urzekł w trylogii Okrutnego księcia! Black potrafi tworzyć niezwykle sugestywne, barwne i pełne życia obrazy magicznych krain i ich mieszkańców, a w tej książce ewidentnie tego zabrakło. Za to już tutaj można zauważyć, że jej świat jest niezmiennie surowy - nie tylko ten elfi, o którym wiemy, że potrafi być naprawdę mroczny i okrutny, ale również ludzka rzeczywistość głównej bohaterki. 

Brakowało mi również trochę lepszego przedstawienia emocji, które odczuwają bohaterowie i głębszego zanurzenia się w akcję. Czułam, że Black jedynie muska ją po powierzchni, zamiast naprawdę rozwinąć. A przez to cała historia stała się bardzo płaska - i pod względem relacji między bohaterami, i emocji, i wydarzeń. Przy okazji powieść momentami sprawia wrażenie bardzo chaotycznej i nielogicznej, a w innych miejscach zupełnie nie wciąga, chociaż z założenia miały być prawdopodobnie pełne emocji (może właśnie dlatego, że niektórym wątkom brakowało czegoś więcej).

Ale mimo wszystko książkę czyta się naprawdę niesamowicie szybko, wręcz pożera. Już tutaj widać manierę Black, jej styl pisania i kreowania świata, które tak nas urzekają. Również sam pomysł na fabułę jest naprawdę ciekawy, a historia zaoferuje nam wiele niespodzianek. 

Chociaż nie poczułam tutaj takiej więzi z bohaterami jak w przypadku trylogii Okrutnego księcia, przyznaję, że główna postać jest jednym z mocnych aspektów tej powieści. Co prawda Kaye jest tak okropnie antypatyczna i samolubna, że po prostu nie da się jej polubić. A jednak jest w niej coś ciekawego i oryginalnego, czego oczywiście nie będę Wam zdradzać! Za to główny męski bohater, sprawia wrażenie raczej płaskiego i nudnego. Oczywiście w zamyśle miał być kolejnym mrocznym, niebezpiecznym chłopakiem, któremu nie można ufać, ale zupełnie tego nie czuć, a cały wątek miłosny jest nijaki. 

Zła królowa może i nieszczególnie zachwyca, ale ustalmy coś - trylogia Okrutnego księcia ustawiła poprzeczkę naprawdę wysoko. Black niesamowicie się rozwinęła od czasu pisania Królowej, ale myślę, że pierwsze powieści autorki mogą sprawić nam jeszcze niejedną przyjemną niespodziankę i chętnie sięgnę po kolejne części Elfów ziemi i powietrza, choćby z samego sentymentu do tego świata! No i kocham fakt, że Black w taki subtelny sposób łączy ze sobą wszystkie swoje powieści i w Okrutnym księciu odnajdziemy bohaterów ze Złej królowej

Fido Nesti, George Orwell - Rok 1984. Powieść graficzna

Rok 1984 jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych utworów Orwella, a zawarte w powieści rozwiązania na stałe wpisały się do popkultury - weźmy chociażby Wielkiego Brata, który zawsze widzi, zawsze słyszy i zawsze wie, co robisz. Akcja antyutopii rozgrywa się w Oceanii, która jest w stanie permanentnej wojny z dwoma pozostałymi mocarstwami - na zmianę z Eurazją bądź Wschódazją - a fronty mogą zmienić się z dnia na dzień. 

Orwell zabiera nas do świata, w którym nie ma miejsca na miłość, dzieci są uczone donoszenia na własnych rodziców, a jedynym słusznym uczuciem jest przywiązanie do Partii i oczywiście do jej przywódcy, Wielkiego Brata. Wszyscy członkowie Partii są poddawani nieustannej inwigilacji, w każdym pomieszczeniu publicznym i mieszkaniu znajdują się ekrany, dzięki którym Policja Myśli może obserwować, podsłuchiwać i testować ich lojalność. 

Winston Smith, główny bohater powieści, pracuje w Ministerstwie Prawdy, które jednak z prawdą ma niewiele wspólnego. Zajmuje się korygowaniem lub całkowitym unicestwianiem odpowiednich artykułów i przemówień rządu, tak, żeby zawsze pasowały do obecnej propagandy. Winston jest jedną z nielicznych osób, które zdają sobie sprawę z zakłamania Partii, a już sam ten fakt sprawia, że popełnia jedno z największych przestępstw w Oceanii - myślozbrodnię.

Pamiętam, że kiedy po raz pierwszy czytałam Rok 1984, zrobił na mnie przeogromne wrażenie. Cała ta zawiła biurokracja, absurdalność, mistycyzm otaczający Wielkiego Brata i rząd są przerażające i wywołują w nas poczucie buntu oraz skrajnej niesprawiedliwości. W dodatku niepokój nawet na moment nie opuszcza ani bohatera, ani czytelnika, a gęsta atmosfera wręcz ich dusi. 

Wersja graficzna idealnie oddaje wszystkie te odczucia! Ilustracje są mroczne, dominują na nich ciemne barwy z pojedynczymi plamami czerwieni. Cały świat został przedstawiony jako szaro-bury, wypłowiały i zupełnie nijaki, a sama kreska jest tak naprawdę po prostu... równie brzydka i nieprzyjemna, co rzeczywistość, którą Nesti przestawia za jej pomocą.

Co prawda pojawiło się tu kilka drobnych niedociągnięć, na przykład dziwnie rozdzielone zdania (najprawdopodobniej ze względu na tłumaczenie i ilość dostępnego miejsca na ilustracjach). Czasem trudno też było przeczytać ciemne słowa na równie ciemnym tle. Jednak te pojedyncze mankamenty zupełnie nie wpływają na mój jak najbardziej pozytywny odbiór książki. 

Trzeba przyznać, że Rok 1984 jest lekturą trudną i, jak większość utworów Orwella, pełną politycznych podtekstów. Powieść została napisana w oparciu o idee stalinizmu i w pełni, choć w mocno przerysowany sposób, oddaje jego grozę. W tym celu autor wprowadził nawet do swojej antyutopii niesamowicie abstrakcyjne twory (którymi ja jestem szczególnie zachwycona!), takie jak nowomowa, czy myślozbrodnia.

Książka na pewno będzie równie ciekawa dla czytelnika, który po raz pierwszy zamierza zmierzyć się z historią Winstona, jak i w roli przypomnienia dla tych, którzy już ją poznali. Dzięki graficznej formie opowieść staje się zdecydowanie bardziej przystępna, w żaden sposób nie zmniejszając wartości oryginału. 

Wojciech Uszok - Manuskrypt

Co mają ze sobą wspólnego żydowski alchemik, żyjący w XVII wieku, porucznik Armii Czerwonej u schyłku drugiej wojny światowej i starszy kawaler z małej wioski niedaleko Wrocławia? Z pozoru wydawałoby się, że zupełnie nic. A jednak niespodziewanie ich losy splatają się ze sobą przez pewien tajemniczy Manuskrypt. 

Wojciech Uszok przedstawia nam wydarzenia rozgrywające się na przestrzeni czterystu lat i zabiera w podróż do mrocznego świata okultyzmu, magicznych rytuałów i makabry, czyli wszystkich rzeczy, które kocham najbardziej! 

Niestety pierwszym, co rzuca się w oczy podczas czytania, nie są mroczne, krwawe obrzędy, tylko... powtórzenia. Początek książki aż się od nich roi, a autor raczy nas kwiatkami typu: "W załomach rowów śnieżne zaspy łagodziły krawędzie głębokich, dobrze utrzymanych rowów". Na szczęście im dalej, tym lepiej i po pewnym czasie powtórzenia znikają, albo przynajmniej przestają tak przeszkadzać.

Jednak to nie koniec zgrzytów. Czeka nas jeszcze większe rozczarowanie - otóż książka nie jest ani trochę straszna. Nawet odrobinę. A historia miała potencjał i mogła być naprawdę niepokojąca. Zamiast tego za każdym razem, gdy zbliżał się potencjalnie mrożący krew w żyłach moment, wszystko rozwiązywało się za szybko i tak byle jak. Jeśli zaś chodzi o główny "straszny" motyw, to wydaje mi się, że komuś, kto przeczytał choć kilka książek lub zobaczył parę seriali z gatunku grozy, potrzeba jednak czegoś więcej. 

Akcja powieści toczy się na trzech płaszczyznach czasowych: w roku 1621, 1945 i 2013. Zdecydowanie najciekawsze były wydarzenia z czasów wojny. Przy okazji te fragmenty zostały też najlepiej opisane, dzięki czemu czyta się je niesamowicie przyjemnie! Autor może się pochwalić naprawdę dobrym warsztatem, jego styl jest ciekawy, a język bogaty. W rozdziałach nawiązujących do wydarzeń rozgrywających się w 1945 roku znajdziemy plastyczne opisy, barwne postaci i wszystko, co najlepsze. Do tej środkowej części Uszok przyłożył się bez porównania bardziej niż do pozostałych.

To mój kolejny zarzut wobec jego książki - jest okropnie nierówna. Podczas gdy wydarzenia z czasów drugiej wojny światowej zostały naprawdę porządnie rozwinięte i dobrze przedstawione (i nawet oddają trochę grozy!), te z 1621 roku były całkowicie nijakie, mimo że miały ogromny potencjał. Natomiast w 2013 w ogóle zniknęła cała tajemnica, akcja stała się przewidywalna i całkowicie brakowało w tym wszystkim jakichkolwiek emocji.

Autor pokusił się też o nieco dziwne rozwiązanie - wyjątkową uwagę przywiązuje do postaci i wydarzeń, które nie mają żadnego znaczenia dla fabuły. W opiniach, na które się natknęłam, często pojawiał się również zarzut, że zbyt dużo czasu poświęca opisom zachowania koni, siodłania koni, karmienia koni i... rozumiecie, w czym rzecz. Z jednej strony zupełnie mi to nie przeszkadzało, bo akurat wszystkie te momenty były bardzo dobrze napisane - zdecydowanie lepiej niż te istotne dla fabuły. Jednak z drugiej, były tak dopieszczone, obrazowe i barwne, że pierwszoplanowe wątki wypadały przy nich po prostu blado. 

Oczywiście należy wspomnieć o tym, że Manuskrypt jest debiutem i potraktować go trochę z przymrużeniem oka. Sam pomysł można uznać za całkiem dobry (choć niekoniecznie niezwykle odkrywczy), natomiast styl pisania autora jest zdecydowanie bardzo ciekawy i zachęcający. Niestety kontrast między momentami, które zostały tak starannie wykreowane, a tymi opisanymi po łebkach aż boli. Nie mogę pozbyć się wrażenia, że w którymś momencie w Manuskrypcie coś poszło bardzo nie tak i dobrze zapowiadająca się historia mocno na tym ucierpiała.

Tom Corley - Bogate dzieci. Poradnik dla mądrych rodziców

Tom Corley wyrusza ze swoim synem w podróż przez pół Stanów i przez całą drogę opowiada mu o wakacjach, które spędził u dziadka w wieku dwunastu lat, kiedy to nauczył się wszystkiego, co trzeba wiedzieć, by stać się bogatym człowiekiem. Rzeczony dziadek, J.C., autor książki Nawyki bogatych, przyjaciel prezydenta, bogacz i trener kolejnych ludzi sukcesu, z tego, co zrozumiałam, jest fikcyjną postacią stworzoną przez Corley'a. 

Bogate dzieci jest poradnikiem raczej nietypowym, ponieważ wszystkie rady, prawdy i nawyki, przekazane Tomowi przez dziadka kilkadziesiąt lat temu, poznajemy w formie fabularnej opowieści, którą autor roztacza przed nami i swoim synem. Lekcje przeplatają się w niej ze wspomnieniami niesamowitych wakacyjnych wyjazdów, zafundowanych Tomowi przez J.C.

W blurbie przeczytamy, że "poradnik, który trzymasz w rękach, pokazuje, jak nauczyć dziecko podejmowania słusznych decyzji i pokonywania trudności". Teoretycznie "pokazuje ludziom jak wychować dziecko". Tylko, że zupełnie niczego takiego tutaj nie ma! Chyba, że faktycznie powinno się prowadzić dzieciakowi tygodniowe wykłady, a w międzyczasie jeździć na wycieczki po całych Stanach... W skrócie - nie znajdziecie tu zupełnie żadnych faktycznych porad, w jaki sposób sprawnie przekazywać dziecku wiedzę, umiejętności i nawyki, które mogą mu się przydać w przyszłości. Zapisywanie wykładów w kajeciku uskutecznia się w szkole. Myślałam, że autor pochwali się jednak czymś lepszym...

Nie mówię, że książka jest całkowicie bezużyteczna, bo faktycznie można w niej znaleźć kilka ciekawych i pomocnych wskazówek, na przykład na temat oszczędzania i rozporządzania swoimi pieniędzmi. Mówi też o zdrowym trybie życia, który jest dobry dla każdego człowieka, nieważne jak bogatego.

A jednak z drugiej strony nie mogę się pozbyć wrażenia, że większość przedstawionych w niej "mądrości" jest po prostu sztuczna i wynika z bardzo ograniczonego, zero-jedynkowego, niesamowicie egoistycznego myślenia, a życie w zgodzie ze wszystkimi tymi wskazówkami musi być bardzo smutne. 

Zdecydowanie najbardziej nie podoba mi się rada, żeby słuchać ludzi tylko po to, by nas polubili i żebyśmy mogli potem wykorzystać ich do swoich celów. Nie wiem, może przemawia przeze mnie moje pochodzenie z klasy średniej, ale wydaje mi się, że uczenie dwunastolatka manipulowania ludźmi nie jest najlepszym pomysłem. Ale w sumie już wiem, dlaczego zazwyczaj mamy takie, a nie inne wyobrażenie o "bogatych" dzieciakach.

W książce znajdziemy też między innymi rozdział o wolontariacie, a w nim rewelacje tego typu: "Zamożni spełnieni ludzie mają nawyk udzielania się w charakterze wolontariuszy. Gdy funkcjonujesz w swojej społeczności jako wolontariusz, twoje nazwisko staje się znane. (...) Zyskujesz uznanie otoczenia (...)". Nawet robienie czegoś, co ma być w zamyśle dobre i bezinteresowne, jest tylko kolejnym przejawem wyrachowania. Oczywiście w rozdziale tym przeczytamy także, że wolontariat daje poczucie celu w życiu i fajnie zrobić coś dobrego, ale z drugiej strony pozwala również zwiększyć sieć kontaktów, czytaj: ludzi, których będzie można potem wykorzystać.

Wszystkie te przejawy interesowności i ograniczającego sposobu myślenia niesamowicie zniechęciły mnie do autora i jego książki. Wydaje mi się, że jej celem wcale nie jest uczenie dzieci jak być bogatym i odnoszącym sukcesy, tylko jak stać się snobem i wyrachowanym człowiekiem, który nie może czerpać z życia żadnych przyjemności. No dobrze, poza sportem, sport jest okej. Ale czytanie czegokolwiek poza książkami o samorozwoju? Pff, po co marnować na to swój cenny czas... W dodatku, tak jak już wspomniałam, pozycja ta nie przedstawia żadnych przystępnych metod uczenia dzieci czegokolwiek. A wstawki fabularne zupełnie niczego nie wnoszą, jedynie w sztuczny sposób zwiększają objętość książki. 

Rebecca F. Kuang - Wojna makowa

Rin, przybłęda, sierota wojenna, jest skazana na życie na prowincji, bez żadnych perspektyw, zewsząd otoczona zniszczonymi skorupami ludzi uzależnionych od opium. Najlepsza rzecz, jaka może ją spotkać w tym świecie, to ślub z dużo starszym mężczyzną i spędzenie życia na rodzeniu kolejnych dzieci. Jej jedyną szansą na wyrwanie się z szarej codzienności jest zdanie egzaminów i dostanie się do prestiżowej Akademii wojskowej w Sinegardzie. Jednak do szkoły przyjmuje się tylko najlepszych z najlepszych, dzieci, które zaczynają naukę w wieku kilku lat i poświęcają na nią całe swoje życie. Czy Rin uda się nadrobić zaległości, pokonać biurokratyczny mechanizm i udowodnić swoją wartość? 

Pierwsze, na co warto zwrócić uwagę podczas czytania, to świetna kreacja świata, która jest na naprawdę wysokim poziomie, tym bardziej biorąc pod uwagę fakt, że to debiut autorki. Wszystkie aspekty historyczne, religijne i polityczne zostały dobrze przemyślane, rozpracowane i przedstawione, płynnie łączą się ze sobą, tworząc spójną i ciekawą całość.

Umiejscowienie akcji w świecie nawiązującym do kultury chińskiej jest super przyjemną odmianą, nowym, świeżym i niezwykle ciekawym pomysłem. W dodatku, podobnie jak w przypadku kreacji świata, autorka naprawdę stanęła na wysokości zadania. Nie rzuca nam jedynie kilku ochłapów, tylko cały czas raczy kolejnymi faktami, tradycjami, architekturą, ideologią, dzięki czemu azjatycki klimat towarzyszy nam na każdym kroku. A legendy i stare opowieści dodatkowo nadają książce bardzo przyjemny, eteryczny i tajemniczy nastrój.

System magiczny daje autorce wiele możliwości, które ona skrupulatnie wykorzystuje, chociaż wprowadza nas w arkana magii frustrująco powoli. Brakowało mi tutaj też trochę bardziej klarownego uporządkowania i usystematyzowania tego systemu, ale to w końcu pierwsza część, więc zakładam, że dowiemy się na ten temat jeszcze zdecydowanie więcej!

W książce pojawia się także mocny wątek feministyczny. Oto Rin postanawia zerwać z wyobrażeniem o typowej roli kobiety i zrobi wszystko by osiągnąć swój cel. Niektóre rozwiązania, do których postanawia się posunąć, są wręcz ekstremalne i naprawdę mnie zaskoczyły!

A jednak, mimo wszystkich tych pozytywnych aspektów, muszę przyznać, że po tylu zachwytach nad  Wojną makową spodziewałam się czegoś znacznie lepszego...

Zacznijmy od tego, że przez większość czasu w ogóle nie rozumiałam, jaka jest motywacja Rin. Na początku wydaje się ona całkiem oczywista - dziewczyna chce uciec od smutnej przyszłości, która czeka ją na prowincji. Ale potem? Jeśli jej jedyną dewizą jest "być silniejszą", to niestety niekoniecznie to do mnie przemawia.

W dodatku znalazłam w tej książce chyba tylko jedną postać, którą udało mi się polubić. I jest to postać drugoplanowa. Niestety wszyscy bohaterowie, którzy początkowo zyskali moją sympatię, w miarę rozwoju akcji przeszli jakąś dziwną metamorfozę i stali się po prostu niezdolni do wzbudzania w czytelniku ciepłych uczuć. Sama główna bohaterka jest przez większość czasu po prostu nijaka, a potem staje się jeszcze irytująca i antypatyczna. W pewnym momencie autorka wprowadziła nawet kilka nowych postaci, które w zamyśle miały być barwne, zabawne i prawdopodobnie ogrzać nasze serduszka, ale ostatecznie wyszło to jakoś płasko i miałko, ponieważ Kuang nie dała im wystarczająco dużo czasu, by się rozwinąć czy zaskarbić sobie naszą przyjaźń. 

Niestety czasami książka jest wręcz do bólu przewidywalna. Oczywiście sam główny wątek z bezimienną sierotką, która postanawia odmienić swój los i... różne takie, nad którymi nie będę się rozwodzić, żeby nie spojlerować Wam za bardzo historii, został już raczej dostatecznie wyeksploatowany w literaturze fantasy. Ale pomijając ten fakt, w książce znalazło się wiele oklepanych mechanizmów i sytuacji. Chociaż z drugiej strony w pewnych momentach autorka postanowiła podążyć w kierunku, którego zupełnie się nie spodziewałam! I który niekoniecznie zawsze mi się podobał. 

Akcja jest bardzo nierówna, momentami gna na łeb na szyję, żeby w następnej chwili wlec się niemiłosiernie. Wydaje się także odrobinę chaotyczna, a przeskoki pomiędzy wydarzeniami mogą być dezorientujące, gdy nagle w mgnieniu oka mija cały rok albo coś się dzieje, po czym następuje urwanie akcji, żeby bez płynnego przejścia znaleźć się w zupełnie innym miejscu (nie mówię tutaj o historiach pobocznych, w przypadku których takie "przeskoki" są nieuniknione, tylko o głównej linii fabularnej).

W dodatku niektóre rozwiązania fabularne nieszczególnie rozumiem, są niezbyt dobrze przemyślane albo po prostu irracjonalne. A pod koniec książki akcja jest już tak rozdmuchana, że zupełnie nie mam pojęcia, czego się spodziewać po kolejnych częściach... Kuang dała się ponieść takiej fantazji pod względem fabularnym, że nie wiem, co jej jeszcze pozostało. Chociaż objętość części drugiej ewidentnie wskazuje na to, że coś na pewno. 

Przyznaję, że Wojna makowa to pozycja zdecydowanie warta uwagi i bardzo dobra - jak na debiut. Nie rozumiem natomiast tego zachwytu, który wokół niej narósł. Wydaje mi się on odrobinę przesadzony. Oczywiście każdy z nas ma prawo lubić coś innego i czym innym się zachwycać! Nie próbuję też nikogo zniechęcić do tej książki, bo faktycznie ma sporo do zaoferowania i pod pewnymi względami tchnie orzeźwiającą świeżością, jednak wyjadaczom gatunku doradzam, żeby podeszli do niej z przymrużeniem oka. 

Wendy Mitchell - Ja, którą kiedyś znałam. Moje życie z chorobą alzheimera

Choroba alzheimera kojarzy nam się zazwyczaj ze starszymi, zniedołężniałymi ludźmi, którzy spędzają dni, wpatrując się w przestrzeń albo nieskładnie opowiadając swoje wspomnienia z zamierzchłej przeszłości. U Wendy Mitchell rozpoczęła się jednak zdecydowanie wcześniej, bo w wieku 58 lat, kiedy kobieta żyła pełnią życia, zajmowała wysokie stanowisko w szpitalu i była niesamowicie aktywna. Chorobę atakującą w tak młodym wieku nazywa się demencją o wczesnym początku i dotyczy ona osób poniżej 65. roku życia. 

Alzheimer to jedna z przypadłości, które od zawsze najbardziej mnie przerażały. Tym bardziej niesamowite wrażenie zrobił na mnie fakt, że autorką książki, którą trzymałam w dłoni, jest właśnie osoba dotknięta demencją. Teksty Mitchell są błyskotliwe, wciągające, pełne urzekających poetyckich wstawek i metafor, nasycone treścią, jej pióro - lekkie i wprawne. Ta książka została naprawdę przepięknie napisana i nie wiem, czy ktokolwiek mógłby z samego sposobu pisania wywnioskować, że autorka ma demencję!

W Ja, którą kiedyś znałam Mitchell mówi nie tylko o swoim codziennym życiu, ale także o "walce" z wyobrażeniem na temat osób z chorobą alzheimera, które funkcjonuje w społeczeństwie i z traktowaniem, z którym się spotkała. Przerażające jest to, że ludzie z góry zakładają, że nie jest w stanie sama podejmować decyzji, że nic nie rozumie, zaczynają traktować ją jak warzywo, za które ktoś inny musi zabierać głos... 

Jednak Mitchell pokazuje nam zupełnie inny obraz takich ludzi - silnych, walczących o to, by pozostać niezależnymi. Wendy mieszka całkowicie sama, sama też podróżuje po świecie, prowadzi wykłady, jest zapraszana w roli mówcy na różnego rodzaju uroczystości, udziela się w organizacjach medycznych i robi wszystko to, czego społeczeństwo próbuje jej odmówić.

Oczywiście, zdarzają się gorsze dni, te straszne momenty, gdy nie potrafi się odnaleźć we własnym domu albo gdy idzie ulicą i nagle nie ma pojęcia, gdzie jest. Gdy cały świat atakuje ją milionem bodźców, które zapierają jej dech w piersi i pozostawiają całkowicie zdezorientowaną. 

Najbardziej jednak przerażające jest to, że powoli traci świadomość samej siebie. Brakuje jej wszystkich tych umiejętności, które dotąd ją definiowały. Zaczyna widzieć w sobie obcą osobę, tak niepodobną do tej, którą znała całe życie. Może dlatego w swojej książce zwraca się do "starej" siebie jak do osobnej, niezależnej osoby. Prowadzi przejmujące rozmowy ze sobą z przeszłości, z tą aktywną, wysportowaną, zdrową, ambitną i pracowitą, samodzielną kobietą, którą wszyscy podziwiali za niesamowitą pamięć i zdolności organizacyjne. 

Ja, którą kiedyś znałam przedstawia inspirującą walkę o każdy dzień, o każdą drobną rzecz, która pozwala zachować przynajmniej pozory normalnego funkcjonowania. Autorka zwraca uwagę chociażby na fakt, że sam sposób wypowiadania się na temat choroby ma ogromne znaczenie. Często powtarza zdanie "Ja nie cierpię na demencję, tylko żyję z demencją", które chyba najlepiej wyraża jej stosunek do choroby, jej niezłomną wolę i ogromną siłę.

Ile ja się na tej książce napłakałam! A po skończeniu lektury weszłam również na bloga Mitchell (tak!), a potem oglądałam jeszcze filmiki z jej wystąpień i płakałam dalej. Jaka ta kobieta jest niesamowita! Niektórzy wątpią nawet, czy jest naprawdę chora, bo całkiem dobrze sobie radzi wśród ludzi, a oni oczekują od niej, że będzie bezmyślną, zdemenciałą staruszką i czują się oszukani, że tak nie jest. Co to w ogóle za abstrakcja... Powinni ją podziwiać! 

To jedna z najbardziej wartościowych i pięknych, a równocześnie najmocniej rozdzierających serduszko książek, jakie dotąd przeczytałam. Wendy Mitchell jest cudowną, inspirującą osobą, dla której nie ma rzeczy niemożliwych i zdecydowanie możemy się od niej niesamowicie wiele nauczyć. Z całego serduszka polecam Wam jej książkę, tym bardziej, jeśli w Waszej rodzinie jest ktoś, kto również "żyje z demencją". 

Holly Black - Dlaczego król elfów nie znosił baśni

Dawno, dawno temu był sobie chłopiec, który miał bardzo ostry język...

Chłopiec zapomniany, niekochany i zaniedbany. Odsuwany na bok, zjadający resztki spod bankietowych stołów i śpiący na sianie w stajni. Tak się złożyło, że chłopiec ten był wzgardzonym królewskim synem, a teraz nadszedł czas, by poznać jego historię.

Nowa książka Holly Black to swojego rodzaju uzupełnienie trylogii - niby podano, że jest to tom 3,5, ale tak naprawdę przedstawiona w niej historia rozgrywa się na wielu płaszczyznach czasowych. Poznamy tu dalsze losy Jude i Cardana po wydarzeniach z Królowej niczego, ale przede wszystkim pewne wydarzenia z przeszłości, tyle że tym razem przedstawione z perspektywy Cardana!

Nasz mały, okrutny książę przez długi czas był dla czytelników fascynującą zagadką, więc oglądanie historii z jego punktu widzenia jest bardzo ciekawą i przyjemną odmianą (chociaż nigdy nie narzekałam na Jude, która w roli głównej bohaterki sprawdziła się świetnie!). Muszę wręcz przyznać, że wątek życia Cardana, jego dzieciństwo i wszystkie momenty, które doprowadziły do tego, że stał się chłopcem, którego znamy, interesowały mnie dużo bardziej niż akcja rozgrywająca się w teraźniejszości. 

Historię Cardana poznajemy w formie krótkich opowiadań. Niektóre nawiązują do znanych nam wydarzeń, ale są też takie, które znacznie poszerzają naszą dotychczasową wiedzę o Cardanie. Tekstu jest stosunkowo niewiele, a jednak opowiada spójną i interesującą historię. Bardzo ciekawa jest też sama kompozycja - klamrowa z wariacją jednego powtarzającego się elementu. Tak trochę muzycznie! 

Książka została naprawdę przepięknie wydana. Ilustracje Roviny Cai są takie mroczne, trochę surowe, a momentami nawet niedbałe i wprost cudownie oddają klimat magicznego świata, który jest zdecydowanie moim ulubionym aspektem powieści Black. Zazwyczaj podczas czytania historii z elfiego królestwa towarzyszy nam ta przyjemna, choć nieco niepokojąca baśniowa aura, ale tutaj będziecie ją odczuwać w każdym zdaniu i widzieć w każdej linii.

Dlaczego król elfów nie znosił baśni to oczywiście pozycja obowiązkowa dla wszystkich fanów trylogii Okrutnego księcia. Powrót do tego świata na pewno sprawi Wam wiele radości, a spojrzenie na niego oczami Cardana będzie fascynującym doświadczeniem. Muszę jednak przyznać, że czuję pewien niedosyt i cała książka podobałaby mi się jeszcze bardziej, gdyby... Black dała nam więcej niż 200 stron! 

Karrie Fransman, Jonathan Plackett - Królewna w lśniącej zbroi, czyli trochę inne bajki dla dziewczynek i chłopców

Śnieżek zostaje otruty zaczarowanym jabłkiem przez swojego złego ojczyma, Janka wspina się po łodydze fasoli i odnajduje zamek, w którym mieszka straszna olbrzymka, a Roszpunek zrzuca z okna wieży swą długą, złotą... brodę... Czy nie możecie oprzeć się wrażeniu, że coś tu jest nie tak?

Zapewniam Was jednak, że wszystko jest w jak najlepszym porządku! Po prostu Królewna w lśniącej zbroi serwuje nam historie, które niby wszyscy już doskonale znamy, ale za to w nowej, świeżej i niesamowicie ciekawej odsłonie!  

Jakże dziwnie tak czytać opowieści, w których to królewny wyjeżdżają w niebezpieczne podróże, a królewicze pozostają z dziećmi w domu! W których dziewczyny biorą los w swoje ręce, są zaradne, dzielne i samowystarczalne, a chłopcy wzdychają ze smutkiem, siedząc w oknie i przejmują się tym, jakie fatałaszki założyć na bal. Złe macochy i czarownice zmieniają się nagle w okrutnych ojczymów i zgrzybiałych czarodziei, a wróżki chrzestne we... wróży! 

Pomysł Karrie Fransman i Jonathana Placketta jest naprawdę cudowny! Plackett opracował algorytm, który zamienia wszystkie słowa określające płeć na... wyrazy określające płeć przeciwną. Autorzy postanowili wykorzystać go do "podrasowania" znanych baśni, do których potem Fransman stworzyła przepiękne ilustracje (oczywiście biorąc pod uwagę nieco odmienny charakter tych historii). 

Ogólny efekt jest łatwy do przewidzenia - oto bohaterowie stają się kobietami, a bohaterki zamieniają się w panów. Jednak to nie wszystko! W przedmowie autorzy zwracają uwagę czytelnika nawet na tak drobne, "chirurgiczne" zmiany, jak to, że imiona kobiet czy dziewczynek zaczynają się pojawiać przed imionami chłopców. Mam nadzieję, że również dostrzegacie, jak ogromna jest różnica między Jasiem i Małgosią a Małgosią i Jasiem

Jestem absolutnie zachwycona tym pomysłem! Dzięki inwencji autorów baśniowe dziewczynki w końcu miały okazję decydować o swoim losie, być silne i niezależne. Równie cudowny jest fakt, że chłopcy otrzymali szansę na ukazanie swojej wrażliwości, delikatności, że mogli być tacy... prawdziwi! Zauważcie, że większość bajek jest tak naprawdę o dziewczynach - główne bohaterki to zazwyczaj królewny Śnieżki, Piękne, Śpiące snem stuletnim lub na ziarnkach wszelakich roślin strączkowych. A panowie pojawiają się tylko w ostatniej chwili i oczywiście ratują damę z opresji, ale oprócz tego... zazwyczaj nic więcej o nich nie wiemy. 

Podczas czytania zaskoczyły mnie dwie rzeczy, które nie mają jednak nic wspólnego z pracą Fransman i Placketta, a raczej z użytymi przez nich wersjami baśni (spisanymi w latach 1889-1913 przez Leonorę Blanche i jej męża, Andrew Langa - chociaż jedynie jego nazwisko znalazło się na okładkach). Otóż po pierwsze - w żadnej z historii ani jednej wzmianki o pocałunku prawdziwej miłości! A po drugie bohaterowie zazwyczaj zakochują się w sobie po pięciu sekundach znajomości, a po dziesięciu już są zaręczeni... Nie wiem, czy to najlepszy przekaz dla młodych czytelników.

Królewna w lśniącej zbroi to niesamowicie ciekawy projekt i jeden z kolejnych drobnych, ale jakże istotnych, kroczków w stronę nauczania społeczeństwa myślenia nieskażonego krzywdzącymi, przestarzałymi stereotypami. Uważam, że jest to książka niezwykle potrzebna i ważna, a czytające ją dzieci już od najmłodszych lat będą patrzeć na świat zupełnie inaczej.

A w dodatku wydana w tak pięknej odsłonie, że aż żal nie mieć jej na półce!

Zastanawia mnie tylko jedno - wszystkie te baśnie są ważną częścią naszej kultury, a dziecko, które wychowa się na ich zmienionych wersjach będzie miało potem duże zdziwko, kiedy okaże się, że w oryginalnej wersji Roszpunka wcale nie miała brody!