Nam-Joo Cho - Kim Jiyoung. Urodzona w 1982

"Jiyoung dorastała, słysząc, że musi uważać, ubierać się skromnie, postępować 'jak dama'. Że to ona ma obowiązek unikać niebezpiecznych miejsc, pór dnia i osób. Że jeśli nie jest uważna i czujna, to jest winna".

Jeżeli już te kilka zdań podnosi Wam ciśnienie, to ostrzegam - w książce Nam-Joo Cho znajdziecie takich dużo, dużo więcej. Kim Jiyoung. Urodzona w 1982 przedstawia życie młodej Koreanki, już od najmłodszych lat spotykającej się z najróżniejszymi przejawami seksizmu, nierówności płci i molestowania, które w społeczeństwie koreańskim są... jak najbardziej normalne. Panuje na nie wręcz jawne przyzwolenie.

W końcu tak to już jest. Żadna kobieta nie powinna mieć złudzeń - zawsze będzie gorsza od swojego brata, bo urodziła się dziewczynką, gorsza od uczniów-chłopaków, studentów-chłopaków i pracowników-chłopaków. Nieważne, co w swoim życiu zrobi, do czego dojdzie i co osiągnie, jej nadrzędną rolą pozostanie rodzenie synów, wychowywanie dzieci i opiekowanie się domem oraz mężem. A nie daj Boże, żeby okazała się mądra - wiadomo w końcu, że mądre kobiety są roszczeniowe i tylko same kłopoty z nimi!

Kim Jiyoung... nie jest literaturą najwyższych lotów, nie odnajdziemy w niej poetyckiego języka, przepięknej formy czy obrazowych metafor. Książka została napisana prosto, konkretnie, między fragmenty fabularne autorka często wplata również dane statystyczne, porównujące warunki, w jakich żyją i funkcjonują w Korei Południowej przedstawiciele obu płci (np. średnie płace). A mimo to, albo właśnie dzięki temu, pozycja ta jest niesamowicie mocna, dosadna, otwierająca oczy, rozdzierająca i pełna zdań, które wywołują w czytelniku ogrom emocji!

Śledząc losy Jiyoung, patrząc, jak powoli wchodzi w dorosłość i próbuje odnaleźć swoje miejsce w niesprzyjającym kobietom świecie, obserwując wszystko, co musi znosić i z czego musi zrezygnować będziecie odczuwać niepokój, jawną niesprawiedliwość, niedowierzanie, zniechęcenie, frustrację, ale przede wszystkim złość. Co drugi akapit wzbudzi w Was słuszny gniew, a równocześnie ogromny smutek.

Z tej historii wyłania się obraz Korei Południowej jako miejsca, w którym rodzice zrobią wszystko, by mieć syna, a kobiety są traktowane jak obywatele drugiej kategorii. Może nie wygląda to aż tak drastycznie jak w Chinach, gdzie jeszcze do niedawna panowała polityka jednego dziecka, ale wciąż kojarzy nam się z czymś ekstremalnym, co u nas nigdy by się nie zdarzyło, z aspektem kulturowym, który w Europie nie ma miejsca bytu. Nic bardziej mylnego! Prawda, którą Nam-Joo Cho przedstawia w swojej książce, jest uniwersalna i to chyba najbardziej mnie w niej poruszyło - uświadomiłam sobie, że realia w Polsce wcale nie są tak bardzo odległe od przedstawionego przez nią obrazu. Może nie na aż tak dużą skalę, może poszczególne aspekty różnią się o kilka punktów procentowych, ale faktem jest, że nierówność płci jest obecna na całym świecie. 

Na pewno w większości opinii przeczytacie, że to ważna książka i porusza temat, o którym mówić trzeba. Oczywiście jak najbardziej się z tym zgadzam, jednak nie mogę przestać zadawać sobie pytania: jak długo i jak często trzeba będzie jeszcze poruszać ten temat, jak gęsto okraszać go danymi statystycznymi, jak usilnie walczyć o oddanie głosu kobietom, które mogą same opowiedzieć o swoich doświadczeniach (zamiast pozwalać panom, którym wydaje się, że wiedzą lepiej, odpowiadać za nie), zanim w końcu te głosy zaczną coś znaczyć i faktycznie na cokolwiek wpływać?

W blurbie możemy przeczytać, że Kim Jiyoung... "wywołała międzynarodową dyskusję o prawach kobiet na całym świecie". A także wielkie poruszenie w Korei Południowej. Najsmutniejsze w tym wszystkim jest to, że książka w oryginale miała premierę rok temu. Nie pięćdziesiąt lat temu. Wydawałoby się, że obecnie wszyscy powinni już zdawać sobie sprawę z tego, jak wygląda życie kobiet w społeczeństwie i z jakimi nierównościami WCIĄŻ musimy się mierzyć... Natomiast niektórzy ze zdziwieniem twierdzą, że czasy dyskryminacji płciowej już dawno minęły. Książka Nam-Joo Cho dobitnie pokazuje, że przed nami jeszcze daleka droga, nim dotrzemy do momentu, w którym to stwierdzenie stanie się prawdziwe.

Tomasz Szymon Markiewka - Zmienić świat raz jeszcze. Jak wygrać walkę o klimat

Globalne ocieplenie to fakt, nawet jeśli wciąż znajdują się naukowcy, czy "ociepleniosceptycy", którzy próbują je negować lub umniejszać jego wagę. Prawda jest taka, że stoimy jedną stopą na samej krawędzi równi pochyłej, a gdy się za nią przechylimy, będzie za późno na jakiekolwiek działanie.

Już w 1979 roku wiadomo było, że ogromne ilości gazów cieplarnianych emitowane do atmosfery mają wpływ na klimat Ziemi. A jednak od tego czasu niewiele udało nam się w tej sprawie zmienić. Wręcz przeciwnie - proces ocieplania globu ciągle przyspiesza, kolejne lodowce przestają istnieć, nękają nas coraz bardziej ekstremalne anomalie pogodowe, grozi głód i wielkie fale migracji. 

Zazwyczaj podczas rozmowy na temat globalnego ocieplenia duży nacisk kładzie się na to, co Ty jako jednostka możesz zrobić, by mu zapobiec - to Ty powinieneś przestać jeść mięso, Ty powinieneś ograniczyć korzystanie z samochodu, zmniejszyć zużycie wody, pozbyć się plastiku. A tu nagle przychodzi Markiewka i zwraca uwagę na pewien ważny aspekt - jednostka nie jest w stanie sama uratować świata. Próby zapobiegania kolejnym katastrofalnym skutkom globalnego ocieplenia trzeba podjąć na poziomie wyższym, społecznym, światowym i uwaga... politycznym! Szokujące? Nie bardzo, a jednak...

Zmienić świat raz jeszcze otwiera nasze oczy na fakty, argumenty i przemyślenia, które wydają się oczywiste, gdy już o nich przeczytamy, ale nie mówi się o nich zbyt często. Przedstawia ciekawe spojrzenie zarówno na zmiany klimatyczne, jak i stan współczesnego społeczeństwa, a także wnikliwy obraz tego, jak popkultura i konsumpcjonizm wpływają na nasze działania i pojmowanie świata. Markiewka porównuje czekającą nas walkę o Ziemię do wielu istotnych wydarzeń z historii ludzkości, w tym tego najbardziej aktualnego - jedną z wykorzystanych przez autora analogii jest pandemia koronawirusa, która zamroziła gospodarkę i funkcjonowanie państw na całym świecie, bo wszyscy bagatelizowali taką możliwość i nikt nie był na nią przygotowany. 

Książka została napisana lekko, ale równocześnie konkretnie. Nie ukrywam, że jest to lektura, przy której trzeba się skupić, choć na szczęście autor dzieli się swoimi spostrzeżeniami w klarowny i zrozumiały sposób. A przy okazji często i bardzo naturalnie korzysta z feminatywów (polityczki, ekolożki), co jest dużym plusem.

Jeśli spodziewasz się niekończących się ciągów danych albo listy skutków pogłębiającego się globalnego ocieplenia, to w tej pozycji ich nie znajdziesz. Natomiast jeżeli zastanawiasz się, czy mamy przed sobą jeszcze jakąś niekatastroficzną przyszłość i jak można do niej dążyć, to słowa Markiewki mogą dać Ci nadzieję oraz pomóc wytyczyć kierunek. Oczywiście nie musisz zgadzać się całkowicie z każdym jego stwierdzeniem i zdaniem! Zmienić świat raz jeszcze zmusza do przemyśleń, dyskusji, zwiększania świadomości (swojej i swojego otoczenia) - i do tego Was zachęcam. 

Marah Woolf - Siostra gwiazd

Niedługo wygaśnie traktat, który Merlin podpisał z demonami tysiąc pięćset lat temu. Jedynie on przez te wszystkie lata trzymał potwory w ryzach i uniemożliwiał im zaatakowanie naszego świata. Jeśli Loży, organizacji magów, spuściźnie króla Artura, nie uda się przedłużyć paktu, skutki dla ludzi i magicznych będą katastrofalne, ale nowy król demonów nie jest skory do pertraktacji.

Vianne stała się jedną z ofiar demonów - cztery lata temu została ugryziona przez sylfidę i nabawiła się demonicznej gorączki. Niewielu chorym udaje się przeżyć, jednak czarodzieje Kongregacji (innej magicznej organizacji) pomogli jej wyzdrowieć. Teraz powraca wraz z siostrami do rodzinnej wioski we Francji, by przekonać nowego Wielkiego Mistrza Loży do współpracy z Kongregacją. Został nim Ezra, największa miłość jej życia. Niestety ich ostatnie spotkanie nie należało do najbardziej udanych. 

Zacznę może od tego, że naprawdę chciałam pokochać tę historię. W końcu jest oparta na legendach arturiańskich, a Merlin i celtyckie wierzenia to temat, który prawdopodobnie nigdy mi się nie znudzi. Świat został ciekawie skonstruowany, można tu znaleźć mnóstwo świetnych pomysłów i fantastycznych motywów - dom czarownic, duchy przodków, boginie, demony, smoki, magiczne ziółka, czytanie z kuli - po prostu przecudowne combo, które tworzy niesamowicie przyjemny klimacik.

W dodatku pomysł na fabułę jest naprawdę ciekawy i mogłaby z tego powstać świetna historia... gdyby nie to, że wszystko przesłania irytujący wątek romantyczny. Nie dość, że jest autentycznie trudny do zniesienia, to jeszcze w całej książce nie ma strony, na której nie byłoby do niego przynajmniej jednego odniesienia. Po prostu wylewa się na nas z kartek tej książki, pochłania wszystkie inne, zdecydowanie ciekawsze sprawy, mieli je na papkę i wypluwa jakieś ubogie resztki.

Kolejnym trudnym do zniesienia aspektem jest kreacja głównych bohaterów, szczególnie Vi. Ta postać jest tak płaska i bez wyrazu, że aż robi się smutno - dziewczyna ma zero osobowości, ani jednej cechy szczególnej, a jedyne, co ją definiuje, to fakt, że jest zakochana (później oczywiście dowiadujemy się o niej więcej, ale żadna z tych rzeczy nijak nie wpływa na jej charakter, a raczej jego brak). Jej relacje z niektórymi bohaterami są tak abstrakcyjne, a pewne myśli i reakcje tak nielogiczne, że momentami miałam ochotę krzyczeć z bezsilności i przez większość czasu myślałam tylko "weź ty się ogarnij, dziewczyno"... Sprawę pogarsza fakt, że Vi jest równocześnie narratorką, bo jedyne, co robi przez większość czasu, to rozwodzenie się w kółko nad tą samą rzeczą - Ezrą.

Na szczęście nie jest tak źle, jak mogłoby się wydawać. Woolf udało się stworzyć naprawdę interesujące postaci drugoplanowe. Prawdopodobnie cały charakter, którego nie otrzymała główna bohaterka, spłynął na jej urocze, zabawne siostry oraz na Caleba. Caleb to cudo i przewrotnie (dlaczego - dowiecie się podczas czytania) najprzyjemniejszy bohater w całej powieści. Ale z drugiej strony są tu też postaci, które autorka pozbawiła charakteru w jeszcze większym stopniu niż Vianne (chociaż wydaje się to niemożliwe). 

Niestety nie porywa także akcja powieści, czy po raz kolejny - jej brak. Przez pierwsze 150 stron bohaterowie przez większość czasu tylko jedzą, sprzątają i rozmawiają. W sumie rozmawiają tak przez całe 450 stron. Ta książka jest po prostu okrutnie przegadana i aż prosi się o trochę więcej czegokolwiek poza gadaniem (lub wzdychaniem do Ezry).

A jednak Woolf miała swoje dobre momenty. Czasami budowała napięcie i wciągała czytelnika tak, że aż nie mógł odłożyć książki, ale był to raczej efekt długofalowy (kiedy nie wiecie, jak coś się rozwiąże i po prostu MUSICIE się dowiedzieć). Na krótką metę, sceny, które w zamyśle miały kipieć akcją, raczej jej nie wychodziły i nie angażowały czytelnika. A zakończenie, które powinno być najbardziej spektakularnym momentem książki... zostało przerwane zanim miało jakąkolwiek szansę się rozwinąć. 

Oczywiście przy takim finale po prostu muszę sięgnąć po kolejną część! Liczę na to, że okaże się znacznie lepsza, a główna bohaterka jeszcze pozytywnie mnie zaskoczy. Pomimo swoich frustrujących cech, Siostra gwiazd oferuje nam też wiele dobrych momentów, czyta się ją niesamowicie szybko, a magiczny klimat i połączenie nowoczesności ze średniowiecznymi, arturiańskimi motywami daje bardzo ciekawy efekt. No i jest tu Caleb - dla Caleba mogłabym przeżyć to wszystko jeszcze raz!

Naomi Novik - Mroczna wiedza. Scholomance. Lekcja pierwsza

Witaj w szkole magii innej niż wszystkie. Jeśli spodziewasz się kolejnego Hogwartu, muszę szybko wyprowadzić Cię z błędu - w Scholomance nie ma miejsca na sentymenty, przyjaźnie, czy jakiekolwiek przejawy słabości. Nie ma w niej też nauczycieli ani wakacji, jest za to mnóstwo potworów, czających się w każdym zakamarku, które prawdopodobnie będą próbowały zabić Cię przynajmniej raz w tygodniu. To szkoła, z której można wydostać się tylko na dwa sposoby - zakończyć ostatnią klasę i przedrzeć się na wolność albo umrzeć, próbując to osiągnąć.

Nowa powieść Novik pod pewnymi względami jest po prostu niesamowita! Z innych, równie adekwatnych określeń, mogę pokusić się o użycie słów takich jak klimatyczna, świeża czy pomysłowa. Zapadłam się w niej już od pierwszych stron i nie byłam w stanie się oderwać, dopóki nie dotarłam do końca. Cały świat przestał istnieć, gdy znalazłam się w murach Scholomance i czułam się prawie tak, jak jej uczniowie - po prostu nie mogłam opuścić tej szkoły (tylko, w przeciwieństwie do nich, mnie nic nie próbowało zabić, uff)!

Mroczny klimat to rzecz, którą uwielbiam, nic więc dziwnego, że książka oczarowała mnie bez reszty. Jestem zachwycona pomysłem na kreację magicznej szkoły, nieszablonowe zasady jej funkcjonowania, na to, jak w każdym momencie jej uczniom grozi niebezpieczeństwo i jak fikuśne formy przybiera. Podczas czytania towarzyszy nam mnóstwo emocji (zwłaszcza pod koniec), ale tak naprawdę przez większość czasu odczuwamy niepokój, który nie opuszcza też głównej bohaterki, bo w końcu z każdego ciemnego kąta, nawet z własnej szafy, w każdej chwili może wyskoczyć złowróg i zakończyć jej życie. 

Wiem, że niektórym początek książki wydawał się nieco chaotyczny, jednak ja zupełnie tego nie odczułam! Narracja pierwszoosobowa poprowadzona została tak, by naśladować sposób myślenia głównej bohaterki, jej myśli płynnie przechodzące z jednego tematu w drugi, i uważam, że ten efekt został dobrze odwzorowany. Dzięki temu poznajemy zarys historii świata, szkoły oraz jej samej.

El, nasza główna bohaterka, zdobyła moje serduszko - jej postać idealnie wpasowuje się w ten mroczny klimat, a nad jej głową wisi wizja nieszczęścia, któremu nie chce się podporządkować. Jest też charyzmatyczna i błyskotliwa, co przekłada się na świetne dialogi, cięte riposty i w końcu - na całą narrację.

Ale powiedziałam, że Mroczna wiedza jest niesamowita pod pewnymi względami, prawda? W takim razie, co mnie nie zachwyciło? 

Akcja pierwszych stu stron (pi razy drzwi) opiera się w dużej mierze na utarczkach między uczniami, które są na poziomie liceum z amerykańskiego filmu i dotyczą głównie tego, kto z kim siedzi podczas lunchu i jak fajny się dzięki temu staje. Jasne, że tutaj podszyte jest to bardziej mrocznymi i okrutnymi motywami, co nie zmienia faktu, że to po prostu roszady na stołówce. Na szczęście fabuła poprzetykana jest również dużo ciekawszymi elementami, a dalsza część książki zmierza w zdecydowanie lepszym kierunku. 

Warto też pamiętać, że to jednak młodzieżówka i, mimo że jest całkiem mroczna i brutalna, główni bohaterowie mają jakieś szesnaście lat, więc ich relacje są czasem trochę... nieporadne. W dodatku, w porównaniu do El, która została świetnie wykreowana, pozostałe postaci nie dostały zbyt dużo czasu antenowego i są zdecydowanie mniej rozwinięte. Ale też w tej części dopiero poznajemy większość bohaterów, więc może ich czas nadejdzie w kolejnych książkach, na które już niecierpliwie czekam! 

Scholomance na pewno jest (i mam nadzieję, że pozostanie) cyklem wartym uwagi. Mroczną wiedzę czyta się w mgnieniu oka, jej ciężka atmosfera otacza nas już od pierwszych stron, ale odnajdziemy tu również wiele humorystycznych akcentów. Świetny klimat oraz ciekawe pomysły autorki rekompensują mi pewne niedociągnięcia i śmiało mogę powiedzieć, że, pod względem fantastycznym, to jedna z lepszych młodzieżówek, jakie miałam okazję czytać!  

Mariana Leky - Sen o okapi

Ostatnio jestem raczej sceptycznie nastawiona do książek, którymi zachwyca się cały internet, ale Sen o okapi wpadł mi w oko już dawno temu i od razu wiedziałam, że po prostu muszę przeczytać tę książkę! Dlaczego? Czy to przez przepiękną okładkę? Oczywiście, że tak, ale to nie wszystko - tak naprawdę przekonały mnie te słowa:

"Za każdym razem gdy Selmie śni się okapi, na mieszkańców jej wioski pada blady strach. Sen ten oznacza bowiem, że w ciągu 24 godzin ktoś z nich umrze."

Eliza ma dziesięć lat, gdy jej babci znów śni się okapi. Wieść rozprzestrzenia się po wiosce w mgnieniu oka i wzbudza wielkie poruszenie wśród jej mieszkańców. Niektórzy twierdzą, że nie wierzą w prorocze właściwości snu Selmy, ale w obliczu możliwej śmierci nawet największy sceptyk zaczyna odczuwać niepokój i każdy zachowuje się tak, jakby to na niego miało paść tym razem. Jakby to miał być jego ostatni dzień.  

A to dopiero wstęp do historii! Przyznaję, że zupełnie nie się spodziewałam tego, w którą stronę potoczy się fabuła książki. Nie spodziewałam się również, że tak łatwo uda mi się zżyć z jej bohaterami i pokochać ten ich mały, uroczy zakątek świata. W niewielkiej wiosce mnóstwo jest indywiduów, każda postać ma swoje znaki szczególne, typowe zachowania, dziwactwa, tutaj nawet pies jest wyjątkowy i inny niż wszystkie. A my powoli zagłębiamy się w niepowtarzalny klimat tej społeczności, w której każdy zna każdego i... każdy się o każdego troszczy. Naprawdę, relacje między bohaterami (a przynajmniej większością z nich) są tak ciepłe i pełne miłości, że samo ich obserwowanie grzeje nasze serduszka.

Powieść usiana jest mnóstwem drobnych, pięknych elementów, zdań, określeń i obrazów, które tworzą wyjątkową całość. Mimo że język Leky jest prosty, pozbawiony przesadnych ozdobników i patetyzmu,  autorka za pomocą tych niewyszukanych słów przedstawia ogrom emocji, tworzy wyrazisty, barwny świat i przejmujące dialogi.  

To historia pod wieloma względami smutna i pełna równie smutnych ludzi. A jednak można w niej co chwila dostrzec kolejny promyk szczęścia, który przebija się przez chmury przygnębienia i zwykłego, szarego życia. Koniec końców, mimo że Sen o okapi ma momentami baśniowy charakter, mimo że dostrzegamy w nim ten subtelny realizm magiczny, który nadaje mu tak przyjemny klimat, to jednak przedstawione przez Leky wydarzenia mogą przydarzyć się każdemu. 

Uzbrójcie się w paczkę chusteczek i przygotujcie na niezwykłą historię o zwykłych ludziach, która momentami będzie rozdzierająco smutna, ale równocześnie ukoi Was, przytuli i pochłonie bez reszty. Prawdopodobnie każdą i każdego z Was inne zdanie urzeknie najbardziej, inne wydarzenie najmocniej przejmie i najdłużej zapadnie w pamięć, inna postać najszybciej zdobędzie Wasze serduszko, ale ostatecznie Sen o okapi na pewno na każdym z Was zrobi wrażenie. 

Arkady Saulski - Czerwony Lotos


Kentaro nauczył się wielu umiejętności podczas swojego szkolenia na Ducha. Potrafi walczyć lepiej, niż jakikolwiek samuraj, może mierzyć się z wieloma przeciwnikami na raz, poruszać niezauważenie jak cień, słyszeć najcichsze nawet odgłosy. Jednak najważniejsza lekcja, jaką wyniósł, brzmi następująco: Duchy nie są ludźmi. Są beznamiętnymi, bezwzględnymi narzędziami, od najmłodszych lat szkolonymi w jednym tylko celu - by chronić swego Pana... lub Panią. A on zawiódł. Nagle stracił sens życia, swoje jedynie powołanie i pozostało mu już tylko jedno. Zemsta.

Tym, co oczarowało mnie w tej powieści już od pierwszych stron, jest jej cudowny klimat. Nie będę wnikać w to, które motywy i pomysły Saulski zaczerpnął z kultury japońskiej, a które dodał od siebie, natomiast końcowy efekt jest zdecydowanie fantastyczny! 

Autorowi udało się stworzyć bardzo obrazowy i wyrazisty świat, w którym raczy nas wszystkimi najważniejszymi aspektami: mitologią, bogami i legendami, świetnymi motywami (powiem tylko jedno: ludzie-kruki) i dobrze wykreowanymi postaciami. A we wszystkich miastach czy wioskach, w każdym przedmiocie, zachowaniu bohaterów, w ich zwyczajach i rozmowach czuć ten wyjątkowy, orientalny klimat i widać, z jaką uwagą zostały stworzone tak, by w pełni oddać wizję Saulskiego. 

W powieści wykorzystany został raczej nieczęsto stosowany schemat, w którym bohater nie kieruje się dobrem całego świata, tylko działa z własnych pobudek (niekoniecznie właściwych). I muszę przyznać, że to bardzo miła i ciekawa odmiana! W końcu ile można czytać o bezinteresownych herosach, którzy pragną uratować świat od wszelkiego zła? Kentaro bywa co prawda irytujący i egoistyczny, a jego zachowanie czasami wydawać się może nieco nielogiczne, jednak ja tam chłopaka rozumiem. Uważam wręcz, że świetnie pasuje ono do tego, w jaki sposób Duch został wychowany i jak toczy się historia. 

Nie ma w tej powieści za dużo polityki czy strategii - są za to świetne sceny walki! Jeśli jeszcze nie wiecie, to wspomnę tylko, że uwielbiam dobrze opisane bijatyki - to jedna z rzeczy, na które zwracam uwagę w pierwszej kolejności. Nie znaczy to oczywiście, że w każdej powieści muszą się znaleźć sceny walki, ale jeśli już autor/ka się na nie decyduje, to powinny być dobre! A w Czerwonym lotosie zdecydowanie takich uświadczymy - będzie obrazowo i brutalnie, w powietrzu zaświszczą katany, krew popłynie potokami, a pod ścianami piętrzyć się będą stosy obciętych głów - wiecie, tego typu atrakcje. Z drugiej strony czeka nas też niejedno wzruszonko i łezka w oku. W końcu bohaterowie powieści są tak przyjemni i wyraziści, że bardzo szybko się do nich przywiązujemy i chcemy dla nich jak najlepiej.

Moim jedynym zarzutem wobec tej książki jest jej finał. Uważam, że wydarzenia rozegrały się za szybko, a jeden z najważniejszych momentów mógł być jednak trochę bardziej rozbudowany. Po pierwsze dlatego, że nie narzekałabym na kilkadziesiąt stron więcej (to naprawdę przyjemna książka jest!), a po drugie - wydaje mi się, że cała historia byłaby wtedy po prostu jeszcze lepsza.

Książka Saulskiego jest kolejną pozycją, która utwierdza mnie w przekonaniu, że polskie fantasy ma się bardzo dobrze. Czerwony lotos to niesamowicie klimatyczna powieść, która wciąga i dostarcza mnóstwa emocji, a obrazy, jakie rysuje przed nami autor, są idealną pożywką dla naszej wyobraźni. Właśnie dla takich książek zaczęłam czytać fantastykę i właśnie dzięki takim ją pokochałam! 

J.C. Cervantes - Wędrowiec Cienia

Przed Wami recenzja trzeciej części przygód Zane'a Obispo. Jeśli nie mieliście jeszcze okazji czytać dwóch poprzednich - nie zaglądajcie niżej. Zamiast tego mogę skierować Was odpowiednio do opinii o części pierwszej (Posłaniec burzy), jeśli chcecie dopiero poznać świat majańskich bogów, lub drugiej (Strażnik ognia), jeśli już mieliście okazję spędzić z Zanem trochę czasu. I w każdym przypadku usilnie namawiam do sięgnięcia po kolejne części - naprawdę warto! 


Ostatnie trzy miesiące Zane spędził w towarzystwie Iktan, demona o niezbyt przyjemnym usposobieniu (i jeszcze gorszym oddechu). Wspólnie poszukiwali pozostałych bogurodzonych, żeby chłopak mógł przedstawić im niewiarygodną historię ich majańskiego dziedzictwa. Gdy tylko Obispo odnajdzie i przekabaci ostatnie boskie dziecko, rozpoczną się zajęcia w Szamańskim Instytucie Wyższej Magii (w skrócie SZIWM), których chłopak nie może się już doczekać!

Jednak nie wszystko idzie po jego myśli. Po pierwsze okazuje się, że ostatni bogurodzony tak naprawdę jest... bliźniakami (ale nie, nie tymi złymi Bliźniakami), które nie są zbyt skore do współpracy, a w dodatku ukrywają pewien tajemniczy artefakt. Po drugie Zane zostaje zdradzony w najmniej oczekiwanym momencie. A po trzecie Kamazotz i Krwawy Księżyc nie zamierzają ułatwiać naszym bohaterom życia i uroczyście knują coś bardzo niedobrego.

Nawet nie wiecie, jak przyjemnie było znów wrócić do magicznego świata majańskich mitów! Nie miałam pojęcia, że tak bardzo zdążyłam się już stęsknić za Zanem, jego rodziną, przyjaciółmi, Rosie, wszystkimi bogami i sobrenaturales (kocham to słowo)! I równocześnie jest mi niesamowicie przykro, że to już ostatnia część z cyklu Posłaniec burzy...

Wędrowiec Cienia (w tym miejscu muszę wspomnieć, że książki Cervantes mają cudowne tytuły, a Marta Duda-Gryc, która zajmowała się tłumaczeniem, wykonała świetną robotę) już od pierwszych stron porywa nas lekkim, zabawnym tonem, którym Zane zwykł prowadzić swoją opowieść. Spostrzeżenia chłopaka są niezmiennie przezabawne i od razu poprawiają nam humor. Znowu możemy spędzić też czas w towarzystwie naszych ulubionych, barwnych bohaterów, pośmiać się z ich żartów, posłuchać, jak Ixtab grozi komuś, że wyprawi go w niezapomnianą podróż na dno Rzeki Ropnej Wydzieliny albo jak Ah-Puch... po prostu jest Ah-Puchem! 

Akcja rozpoczyna się natychmiast, bo, nie ukrywajmy, kłopoty nie potrafią się trzymać z daleka od Zane'a (nawet jeśli on stara się trzymać jak najdalej od nich!). Książkę czyta się w mgnieniu oka - Cervantes przeszła samą siebie, jeśli chodzi o tempo, w jakim bohaterowie przenoszą się w kolejne miejsca i mierzą z coraz poważniejszymi problemami. 

Mam jednak wrażenie, że przez tak ogromne natężenie akcji niektóre postaci zostały zepchnięte na dalszy tor i nie miały okazji być naprawdę sobą. Ze względów fabularnych zabrakło też moich ulubionych bogów, co bardzo mnie boli. Ale najgorszy ze wszystkich jest fakt, że w tej części pojawiło się zdecydowanie za mało Xibalby (Xibalba jest super, serio, to moje najulubieńsze miejsce ze wszystkich w całej majańskiej historii)! 

Dalej nie mogę wyjść z zachwytu nad sposobem, w jaki autorka łączy stare, zakurzone i całkiem mroczne podania z realiami dzisiejszego nowoczesnego świata. Udało jej się stworzyć tak cudowne i przezabawne combo, że to po prostu mistrzostwo! W Wędrowcu Cervantes wprowadza kolejne niezmiernie ciekawe (i trochę podrasowane) elementy majańskich wierzeń, chociaż przyznaję, że odczuwam pewien niedosyt - mogłoby być ich jeszcze więcej (w końcu dobrej mitologii nigdy za wiele)! 

Wędrowiec cienia jest świetnym zakończeniem trylogii i po raz kolejny - cudowną rozrywką. Mimo że ta seria jest teoretycznie skierowana do młodszych odbiorców, bez wahania mogę stwierdzić, że sprawi ogromną przyjemność czytelnikom w każdym wieku. A kolejne książki (tym razem nie z perspektywy Zane'a) są już zaplanowane, co ogromnie mnie cieszy! 

Holly Black - Serce trolla

Kiedy Val dowiaduje się, że została zdradzona przez najbliższe osoby, cały jej świat lega w gruzach. Nastolatka ucieka z domu i po raz pierwszy wyrusza w samotną podróż do Nowego Jorku, gdzie dotychczas zawsze udawała się jedynie w towarzystwie mamy, która nie spuszczała z niej oka. Na swojej drodze dziewczyna spotyka dwójkę niecodziennych nastolatków, przy których czuje się, jakby trafiła do zupełnie nowej, nieznanej sobie wcześniej rzeczywistości. I ma rację, bo ogromne miasto skrywa wiele... nadnaturalnych tajemnic. 

Na szczęście Val jest dużo ciekawszą i przyjemniejszą główną bohaterką od Kaye ze Złej królowej, czyli pierwszej części cyklu Elfy ziemi i powietrza (link do recenzji tutaj). Nie jest taką okropną egoistką, ma charakter, bardziej złożoną osobowość i, w przeciwieństwie do Kaye, naprawdę można ją polubić, dzięki czemu całą książkę czyta się dużo przyjemniej!

Zresztą to nie jedyny aspekt, który odróżnia tę powieść od pierwszej części. Widać progres autorki - Serce trolla zostało pod pewnymi względami dużo lepiej napisane i skonstruowane, jest pozycją zdecydowanie bardziej dopracowaną, przejrzystą i zrozumiałą. A przy okazji dalej pożera się ją w mgnieniu oka! 

Mimo że nie jestem fanką urban fantasy, przyznaję, że świat, który Black kreuje w swojej powieści, zrobił na mnie duże wrażenie. Połączenie mrocznych zakamarków Nowego Jorku z brutalnymi realiami życia magicznego Ludku nadaje powieści ten niesamowity, tajemniczy klimacik, który tak u niej kocham.

W tym miejscu muszę zwrócić uwagę na fakt, że nie mam pojęcia, czemu autorkę tak bardzo fascynuje wszystko, co brudne, brzydkie i śmierdzące. Zauważyłam to już podczas czytania Złej królowej. Główna bohaterka była obszarpanym brudaskiem i rzadko kiedy korzystała z prysznica, a jej utrzymywanie higieny opierało się głównie na zmianie ubrania na któryś z walających się po podłodze, w miarę czystych t-shirtów (czy tylko ja zwróciłam na to uwagę?). Ale tutaj Black przeszła samą siebie, a jej opisy sprawiały, że momentami czułam się wręcz niekomfortowo! Czy to plus, czy minus tej historii - będziecie musieli ocenić już sami.

Jedną z rzeczy, za które najbardziej lubię ten cykl jest fakt, że bohaterowie, między którymi nawiązuje się romantyczna relacja, są tacy inni - zdecydowanie nie wpasowują się w kanony piękna, nie oczarowują nas swoim niesamowitym wyglądem, czasami mają naprawdę okropne cechy i swoje za uszami. Zgódźmy się - to niecodzienny zabieg, a sprawia, że historia jakoś tak mocniej do nas przemawia.

Bardzo podoba mi się też motyw krachu - ciekawe, czemu autorka nie wspomniała o nim nigdy w swoich późniejszych książkach?

A ostatnie trzy zdania tej powieści - KOCHAM!

Dalej są tu jednak pewne niedociągnięcia. Mam wobec Serca trolla podobny zarzut, co w przypadku Złej królowej - ciągle czegoś mi brakuje! Niektóre fragmenty są opisane zbyt szybko, zbyt pobieżnie i tak jakoś "po łebkach", przez co książka dużo traci. Nie zawsze czuć emocje, które prawdopodobnie powinny nam w danym momencie towarzyszyć, napięcie gdzieś się gubi, relacje między bohaterami wydają się czasem bezosobowe. A wątek miłosny rozwija się zdecydowanie zbyt szybko. Nie jest on zupełnie niespodziewany, a jednak sprawia mało przekonujące wrażenie. 

Niemniej jednak zauważam tendencję wzrostową, jeśli chodzi o poziom książek w cyklu Elfy ziemi i powietrza i mój stosunek do nich. Dalej nie dorastają do Okrutnego księcia (w końcu zostały napisane dużo wcześniej), ale całość idzie w dobrym kierunku. W związku z tym mam nadzieję, że ostatnia część, Żelazna kraina, będzie jeszcze lepsza i już nie mogę się jej doczekać - choć trochę boli mnie, że znów wracamy do historii Kaye...