Tomi Adeyemi - Children of Blood and Bone (Dzieci krwi i kości)


Stwierdziłam, że, jako że Dzieci krwi i kości zostały już wydane po polsku, to może w końcu wypadałoby jednak machnąć jakąś recenzję, bo zabieram się tak do niej już z pół roku... Także oto ona, zapraszam!

Zelie mieszka w Orishy, państwie, w którym bogowie odwrócili się od swoich wyznawców i pewnego dnia odebrali im magię. Król Saran wykorzystał ten moment i zorganizował wielki Najazd, podczas którego wymordował wszystkich maji (czyli władających magią), osieracając tysiące dzieci i rozbijając setki rodzin, w tym rodzinę Zelie.

Zelie nie ma łatwo. Jest diviner, czyli magicznym dzieckiem, które w pewnym momencie obudziłoby w sobie magię i stało się maji (gdyby magia dalej istniała). W obecnym reżimie jest szykanowana, traktowana przez urzędników i żołnierzy króla jak podczłowiek, żyje w nieustannym strachu o swoje życie i ciągle na nowo przeżywa noc, podczas której widziała morderstwo swojej matki (która była potężną maji). A jej długie białe włosy, których nawet nie da się zafarbować, zawsze będą zdradzać jej haniebne pochodzenie i dziedzictwo.

Pewnego dnia Zelie i jej brat, Tzain, zostają zaplątani w super ważnego questa, który ma na celu przywrócenie magii i nadziei wszystkim diviners, kiedy to Zelie pomaga córce króla uciec ze stolicy. Okazuje się, że księżniczka Amari wykradła magiczny zwój. Kiedy dotyka go diviner, jego magia powraca i staje się maji.

Jednak, żeby nie było zbyt łatwo, przez całą podróż depcze im po piętach królewski syn, Inan, który z całego serca wyznaje zasady ojca: maji to potwory, które powinny zniknąć z powierzchni ziemi, plaga, którą trzeba wyplenić. Inan zrobi wszystko, żeby powstrzymać Zelie i odzyskać zwój. Ale ma też swoją mroczną tajemnicę, którą musi utrzymać w sekrecie za wszelką cenę. Inaczej czeka go śmierć.

Akcja zaczyna się na poważnie tak gdzieś mniej więcej w połowie drugiej strony i od tego czasu nie zwalnia ani na chwilę. Serio. Ciężko jest w ogóle nabrać powietrze, Tomi Adeyemi nie daje nawet sekundy wytchnienia ani nam, ani swoim bohaterom. No dobra. Może raz. Ale tylko po to, żeby potem znów uderzyć ciągiem wydarzeń tak strasznych, poplątanych i wciągających, że naprawdę nie można się oderwać od książki.

Świat magiczny, bogowie i wszystkie te moce są naprawdę przecudowne. I jeszcze bazują na afrykańskich wierzeniach, co jest zdecydowanie niespotykanym motywem! Każdy klan ma swoją moc, swój symbol i swoje bóstwo, do którego modli się o siłę i wsparcie. Żałuję co prawda, że ten wątek nie był bardziej rozwinięty, a cały system nie był lepiej opisany i liczę na zdecydowanie więcej w kolejnych częściach. Ale ale, na oficjalnej stronie książki można sobie zrobić quiz, który przyporządkuje nas do odpowiedniego klanu!

Wątek romantyczny z drugiej strony, zupełnie mnie nie urzeka. Wszystko to wychodzi jakoś tak koślawo i nieładnie. Nie jestem w stanie zrozumieć motywacji bohaterów (głównie męskiego przedstawiciela, który zachowuje się jak skończony idiota i nie można na niego liczyć, i zawsze robi zupełne przeciwieństwo tego, co powinien). Jakoś tak nie wierzę w tę miłość. Jest brzydka, niedojrzała i wyniszczająca.

Tomi Adeyemi ładnie kreuje w swojej książce dwa kobiece charaktery, które są od siebie zupełnie różne. Nie mamy tu wcale oklepanego schematu super silnej bohaterki, która pokona wszystkie przeciwności. Zelie jest przepełniona strachem, smutkiem, goryczą i mrokiem, z którym sama nie potrafi sobie poradzić. Ale dalej stara się być silna i chronić swoich bliskich. Z drugiej strony mamy Amari , która jest zbyt słaba, żeby się postawić, zupełnie nie wierzy w siebie i straszna z niej ciućma, ale jednak, kiedy sytuacja tego wymaga, mamy nadzieję, że będzie mogła stanąć na wysokości zadania.

Co do męskich charakterów, to tutaj Adeyemi się nie popisała. Tzaina jest bardzo niewiele, natomiast Inan toczy wewnętrzną walkę, która przez większość czasu jest po prostu irytująca, a przy okazji robi dużo dziwnych rzeczy. Nie przepadam za gościem.

A do tego wszystkiego Zelie odziedziczyła moc po swojej matce, co znaczy, że jest Reaperem (Kosiarzem? Żniwiarzem? Nie wiem, jak to przetłumaczyli) i potrafi władać życiem i śmiercią, i przywoływać zmarłych! How cool is that?! Uuu, pisanie tej recenzji przypomniało mi, że Dzieci krwi i kości w sumie całkiem mi się podobały i bardzo chętnie położyłabym łapki na drugiej części (a to już w marcu! <3 to znaczy, amerykańska premiera będzie w marcu).

Jarosław Grzędowicz - Pan lodowego ogrodu


Powiadali, że wyszedł wprost z fal Północnego Morza i że spłodził go ich lodowaty, wściekły bezmiar, a powiła zapłodniona przez morze topielica.
Powiadali, że wyszedł z Pustkowi Trwogi, gdzie powstał jako płód czyichś nieczystych myśli, inny niż pozostałe Cienie. Inny, bo we wszystkim podobny do człowieka.
Mówili, że był synem Hinda, boga wojów, spłodzonym ze śmiertelną kobietą, podczas jednej z jego wędrówek po świecie pod postacią włóczęgi.
Mówili, że zrodził go piorun, który zabił stojącą na wydmach Sikranę Słony Wiatr, córkę wielkiego żeglarza Stiginga Krzyczącego Topora. Stała samotnie w burzy na klifie, wypatrując na horyzoncie żagla statku swojego ukochanego. Martwa, powiła płomienie i wojownika.
Mówili, że pojawił się wprost z nocy. Jadąc na wielkim jak smok koniu, z jastrzębiem siedzącym na ramieniu i wilkiem biegnącym obok.
Mówili różne bzdury.
Było całkiem inaczej.
Prawda jest taka, że wypluły go gwiazdy.

Już sam ten fragment sprawiłby, że pokochałabym Pana Lodowego Ogrodu z całego mojego serduszka. A do tego dochodzą jeszcze cztery książki, pełne przepięknych opisów, barwnych postaci i wszystkiego, czego pragnie dusza małego fana fantastyki. Czy tam sci-fi, bo jest tu też troszkę sci-fi.

W końcu cała historia zaczyna się od tego, że Vuko Drakkainen zostaje wysłany na tajną misję na inną planetę - Midgaard. Tak więc mamy tu rakietę, trochę nowoczesnej technologii (w tym super przekokszony miecz) i cyfral, czyli takiego grzyba-pasożyta, który jest bazą danych/komputerem sterującym organizmem i boostującym zmysły, zaimplementowanym w mózgu głównego bohatera. Ale ale, na planecie, na której ląduje Vuko, mają średniowiecze i prawdopodobnie magię. I bum. Przepiękne połączenie. To się podobno nazywa science fantasy

Vuko ma za zadanie odnaleźć członków misji badawczej, z którymi dwa lata temu urwał się kontakt, zniszczyć wszystkie ślady ich obecności na Midgaardzie i zabrać naukowców do domu (jeśli jest jeszcze co zabierać...). Nie trafia jednak na dobry moment. Nad Midgaardem wisi groźba wojny bogów i Martwego Śniegu, po jednej stronie kontynentu tajemnicza kapłanka Nahel Ifrija przywraca okrutny kult Podziemnej Matki, po drugiej stronie Ludzie Węże dopuszczają się bestialskich mordów na całych osadach, porywają dzieci i wszyscy używają zdecydowanie zbyt dużo tajemniczego czynnika M, który zaburza ład i porządek świata. 

O i jest jeszcze drugi główny bohater, Filar, niedoszły cesarz i spadkobierca Tygrysiego Tronu, który musi podążać za przeznaczeniem (tylko tak naprawdę nie wie, gdzie), żeby uratować swój kraj ze szponów Nahel Ifriji i Podziemnej Matki. Filar nie jest może tak zabawny jak Vuko, ale jego fragmenty też są super ciekawe.

Dlatego lektura tych książek wyglądała mniej więcej tak, że za każdym razem, gdy rozdział Vuka się kończył (w najmniej odpowiednim momencie), a zaczynał rozdział Filara, było mi przykro, bo chciałam wiedzieć, co będzie dalej! Ale z kolei, kiedy kończył się wspomniany wyżej fragment o małym cesarzu i wracałam do Vuka, wcale nie byłam szczęśliwa, bo zdążyłam się już wciągnąć w historię chłopaka. I tak w kółko...

Mogłabym pisać i pisać o Panu lodowego ogrodu bez końca (co też czyniłam, a potem musiałam większość usunąć), ale trochę mija się to z celem. Lepiej zobaczcie to na własne oczy i poczujcie na własnej skórze, i we własnych serduszkach. Naprawdę warto.

Z mojej strony mogę powiedzieć, że Midgaard jest bardzo ładnie wykreowany, istnieje tam nawet nowa człekopodobna rasa, ze swoimi własnymi państwami, tradycjami, zwyczajami i religiami. Funkcjonowanie czynnika M jest nowatorskie i ciekawe, opisy walki przyspieszają bicie serduszka, komentarze Vuka bawią do łez, emocje sięgają zenitu, książka wciąga tak, że pochłaniacie wszystkie cztery części niemal od razu, a zwroty akcji wstrzymują Wam oddech. A przy okazji sam mroczno-magiczny pomysł, demony we mgle, sunące po rzece w środku nocy, przepiękne i inspirujące opisy, stworzenia rodem z horrorów i słowa takie jak "uroczysko", wszystko to nadaje tym książkom tak niesamowity klimat, że aż ciareczka przechodzi po pleckach. 

Jestem kupiona. Nie wiem, jak mogłam przeczytać to dopiero niedawno i żyć tyle lat, nawet nie wiedząc, co mnie omija...

Dlatego, jeśli niestraszny Wam mroczny klimacik ani momentami obleśne, smutne i chore opisy obleśnych, smutnych i chorych rzeczy, a do tego lubicie dobry żart, super bohatera, który wywija mieczem (trochę jak Geralt) i połączenie nowoczesnej technologii ze średniowiecznym zacofaniem, to zdecydowanie zaprzyjaźnicie się z Panem lodowego ogrodu.

Recenzja
Pan lodowego ogrodu
Jarosław Grzędowicz

Holly Black - The Wicked King (Zły król)


Uwaga! Jeśli nie czytaliście jeszcze Okrutnego księcia, czyli pierwszej części cyklu, zdecydowanie odradzam czytanie tej recenzji. Zamiast tego, proszę tapnąć >>tu<< po moją opinię na temat Księcia.

Może zacznę trochę dziwnie, bo od końca, ale wowow, Holly Black zdecydowanie wie, jak budować napięcie i zakończyć cliffhangerem, który wprowadza czytelnika w czarną rozpacz i depresję, bo kiedy ciąg dalszy? Co się podzieje? Dlaczego stało się to, co się stało?
(Właśnie sprawdziłam i trzecia część ma mieć premierę w przyszłym roku... To strasznie dużo czasu...)

A teraz, co się tak właściwie działo w książce przed zakończeniem?


Jude zamieniła się z małej, prześladowanej nastolatki w Szarą Eminencję i Cieniową Królową, która z ukrycia pociąga za sznurki i rządzi całym królestwem. To znaczy dalej jest małą prześladowaną nastolatką, bo nikt nie wie, jaką władzę posiada nad Cardanem, a tym samym nad całą krainą. Elfy, wróżki i duszki wciąż widzą w niej jedynie marną śmiertelniczkę, dziecko ziemi i brudu, nikt jej nie szanuje, nie bierze na poważnie i wszyscy tylko w kółko zastanawiają się, jakim cudem udało jej się zostać królewskim seneszalem (to taki najwyższy urzędnik), i czy sypia z królem.

A ja zastanawiam się, jakim cudem mała nastolatka, która jeszcze pół roku temu uczyła się w szkole o ułożeniu gwiazd, teraz ogarnia w jaki sposób funkcjonuje państwo. Ale zostawmy to.

Jeśli Cardan wcześniej nienawidził Jude z mniej lub bardziej niesprecyzowanych powodów (jak wszyscy dobrze wiemy, głównie dlatego, że miał na nią ochotę, a to fuj fuj, bo przecież Jude jest tylko brudną człeczyną), to teraz ma całkiem legitne wytłumaczenie, po tym jak podstępem zmusiła go, żeby został królem i jeszcze był posłuszny każdemu jej rozkazowi przez rok i jeden dzień.

Taryn dalej jest głupia i zakochana w Locke'u, który, jak wiadomo, okazał się być najgorszym gnojem w książce. Nie lubię jej. Strasznie paskudna z niej siostra.

Madoc jest zły na Jude, trochę ją podziwia, trochę jej grozi i dalej próbuje za wszelką cenę wprowadzić w życie swój plan przejęcia tronu dla Oaka (Dębu). Do tego królowa mórz i oceanów zaczyna prowadzić jakieś machlojki z Balekinem (to ten brat, który wybił całą rodzinę, żeby zasiąść na tronie, ale nie udało mu się zasiąść na tronie i teraz siedzi zamknięty w Wieży Zapomnienia zamiast na tronie), bo zachciało jej się troszkę lądowego królestwa. Rządy Cardana polegają głównie na tym, że pije wino, a w wolnych chwilach pije więcej wina. Władcy niższych Dworów przypominają, że za poparcie młodego króla należą im się perki i spełnienie obietnic. I Jude musi zająć się tym wszystkim, przy okazji nie wiedząc jeszcze, co w końcu czuje do Locke'a, swojej siostry, swojego przybranego-ojca-który-zabił-jej-prawdziwego-ojca i oczywiście do Cardana.

Także aspekt polityczny jest całkiem porządnie rozbudowany, ale zrozumiały i do przeżycia, nawet jeśli nie jest to Wasz ulubiony punkt fabuły. Dodatkowo mamy dalsze rozwinięcie wątku miłosno-nienawistnego między głównymi bohaterami (wiem, że wszyscy na to czekają) i nawet nie jest taki do końca oczywisty. Holly Black zagwarantowała nam też parę nieprzyjemnych zwrotów akcji i niespodzianek, kiedy to znowu nie możemy uwierzyć, że ktoś, po kim najmniej się tego spodziewaliśmy, zrobił coś tak niefajnego. Dalej się nie przyzwyczaiłam, że właśnie tak działa wróżkolandia. Czy tam Elysium.

Bohaterowie też nie zawodzą, możemy obserwować dynamiczne zmiany w ich zachowaniach, jak dorastają, kształtują charaktery i przystosowują się do nowych sytuacji. Poznajemy historie z przeszłości niektórych osób. Do jednych przywiązujemy się jeszcze bardziej, innych zaczynamy jeszcze mocniej nie szanować.

A do tego wciąż możemy poczytać o pięknych stworzeniach, pięknych sukniach z morskiej bryzy, pięknych naszyjnikach z łez, pięknych lutniach z włosów śmiertelników, które grają głosami umarłych, kłach, kozich różkach, ogonach, skrzydłach, syrenach i wróżkach. Jestem zakochana w tym świecie i każdym jednym opisie królewskiego balu, na którym wszyscy są piękni do bólu i magiczni.

Także, podsumowując to wszystko, jeśli zastanawiacie się, czy Zły król jest równie dobry, co Okrutny książę, to już Wam mówię. Nie. Jest lepszy.

Recenzja
The Wicked King
Zły król
Holly Black

Marisha Pessl - Neverworld Wake


Beatrice przez rok nie odezwała się do żadnego z czwórki swoich szkolnych przyjaciół. Dlaczego? Rok temu w tajemniczych okolicznościach umarł jej chłopak, Jim, cud-miód malina, geniusz muzyczny i geniusz w ogóle, którego wszyscy kochali i wielbili. Policja niby ogłosiła, że to samobójstwo, ale nikt do końca nie wierzy, że Jim zrobiłby coś takiego. Bee na pewno nie wierzy. A do tego pozostaje jeszcze parę dziwnych rzeczy, które wymagają wyjaśnienia. Tak jak na przykład to, że w noc zaginięcia Jima, nikt z przyjaciół Bee nie był tam, gdzie twierdził, że był.

Skąd nasza główna bohaterka to wie? Otóż, jest strasznym creepem, który lubi śledzić innych ludzi. Ale o tym potem.

Po roku Bee postanawia pojawić się na urodzinach swojej (byłej) przyjaciółki Whitley i skonfrontować się z całą paczką, bo ma nadzieję w końcu dowiedzieć się czegoś o śmierci Jima. Okazuje się, że jest niezręcznie i dziwnie, że trudno skierować rozmowę na śmierć swojego byłego, a w drodze powrotnej z klubu podenerwowana i pijana Whitley, która oczywiście prowadzi auto, prawie wpakowuje ich wszystkich pod tira.

Po otarciu się o śmierć i powrocie do wielkiej posiadłości Whitley, naszych bohaterów czeka niespodzianka. Do drzwi dzwoni starszy jegomość w garniaku i informuje przyjaciół, że tak naprawdę nie udało im się uniknąć wypadku i w tym momencie leżą w rowie na skraju śmierci, a wszechświat rozszczepił się na ten ułamek sekundy i przeniósł ich do jakiejś fałdy w czasoprzestrzeni (tytułowego Nieświata), w którym nie są martwi, ale nie są też żywi. I będą przeżywać w kółko ten sam dzień, dopóki nie zagłosują jednomyślnie na jedną osobę. Ta osoba przeżyje, a wszyscy pozostali zginą w wypadku i świat wróci do normy. Tak w skrócie.

Pierwsze, co muszę powiedzieć, to, że byłam naprawdę przyjemnie zaskoczona. Bałam się, że pomysł będzie zbyt oklepany, że sposób pisania będzie nie do zniesienia (moje ostatnie doświadczenia z książką tego typu nie były zbyt dobre). W dodatku nie czytałam "Nocnego filmu" - powieści tej autorki, o której było u nas całkiem głośno, także nie wiedziałam, czego się spodziewać.

A tu okazało się, że książka naprawdę wciąga i trzyma w napięciu. Czyta się ją przyjemnie i szybko. Każda postać jest wykreowana w ciekawy, barwny sposób, ma swoją przeszłość, plany na przyszłość, charakterek, coś, co nią kieruje i tajemnice, które wcześniej czy później muszą wyjść na światło dzienne.

Funkcjonowanie tego alternatywnego świata nie jest do końca wyjaśnione, ale opisane bardzo sugestywnie i barwnie. Netflix wykupił prawa do ekranizacji i bardzo chętnie obejrzę ten serial, bo może wyglądać naprawdę świetnie, jeśli dobrze oddadzą w nim wygląd i atmosferę Nieświata. Bo dzieje się tam zdecydowanie dużo zdecydowanie dziwnych, zdecydowanie tajemniczych i zdecydowanie chorych rzeczy.

Jedynym minusem jest w moim odczuciu główna bohaterka. Dziewczyna przez większość czasu po prostu denerwuje mnie swoim zachowaniem. Jest taka niby słodka, urocza i świętoszkowata, biedna i skrzywdzona, bo jej chłopiec umarł, ma depresję i nie wie, co ze sobą zrobić, więc zazwyczaj w Nieświecie po prostu śledzi i podgląda pozostałych, i jeszcze jest jej przykro, że po roku nieobecności nikt się jej nie zwierza.

Natomiast, jeśli przymkniemy oko na zachowanie Bee, otrzymamy ciekawą lekturę z wątkiem fantasy, thrilleru, powieści detektywistycznej, tajemnicy i grozy. Zobaczymy, jak ludzie potrafią się zachowywać, jeśli nie mogą ich za to spotkać żadne konsekwencje.

I może w końcu dowiemy się, co tak naprawdę stało się z Jimem.
I może całkiem nas to zaskoczy.

Recenzja
Neverworld wake
Marisha Pessl

Renata Kosin - Złodziejka dusz


Opis książki jest troszkę enigmatyczny i nie zdradza w sumie zupełnie nic związanego z faktyczną fabułą, dlatego uchylę Wam rąbka tajemnicy. Tak odrobinkę. Troszeczkę.

Anastazja Niebieska, chaotyczna bibliotekarka (kochająca porządek), pod nieobecność właścicieli ma się zaopiekować starym domostwem, zamieszkiwanym niegdyś przez jej przodkinię, z którą łączy Anastazję jakieś niesamowicie skomplikowane pokrewieństwo (nie, wcale nie) i o której w rodzinie za bardzo się nie mówi, a jeśli mówi, to niezbyt przychylnie. O samym domu też krążą różne szemrane historie - podobno jest nawiedzony i każdemu poprzedniemu właścicielowi przydarzył się jakiś przykry wypadek.

Początkowo Anastazja ma teoretycznie żyć sobie sielsko i katalogować biblioteczkę, plany te zostają jednak szybko przerwane, gdy zaczyna się dowiadywać coraz więcej o swojej rodzinie i dostaje... tam tam tam tam... tajemniczy list. Od tego momentu kolejne zagadki pojawiają się z każdej strony, a każda odpowiedź rodzi dwa kolejne pytania.

Pierwsze bardzo ważne spostrzeżenie - gdybym to ja mieszkała całkiem sama w wielkim pustym domu, o którym od lat krążą pogłoski, że jest nawiedzony, a potem jeszcze w nocy coś nagle zaczęłoby po nim chodzić i wydawać jakiekolwiek dźwięki (tak było!), uciekałabym od razu. W piżamie i bez dobytku. Zresztą, uciekałabym już pierwszego dnia, zaraz po zauważeniu drzwi, które otworzyły się "same", po tym, jak na sto procent zostawiłam je zamknięte.


A gdyby jeszcze ktoś powiedział mi, że moja przodkini, poprzednia właścicielka wielkiego pustego nawiedzonego domu, urządzała sobie seanse spirytystyczne i zapraszała w swoje progi duchy, żeby potem znaleźć im nowe ciepłe mieszkanka w naszym świecie, to najprawdopodobniej podłożyłabym ogień pod ten dom na odchodnym.


Także szacunek dla Anastazji, która nie tylko pozostaje w domu, ale jeszcze coraz bardziej zagłębia się w życie małego miasteczka, w którym wszyscy wiedzą wszystko o wszystkich i w zagmatwaną sieć tajemnic. Czy ktokolwiek jest z nią całkowicie szczery? Czy ktoś może być jej sprzymierzeńcem? Kto ile przemilcza i dlaczego?

Książka wciąga niemal od razu (po jakichś pierwszych pięćdziesięciu stronach, z których większość jest moim zdaniem zupełnie zbędna). Akcja toczy się szybko (oprócz momentów, w których Anastazja podlewa bratki na tasie), historia jest ciekawa i staje się jeszcze ciekawsza z sekundy na sekundę, gdy poznajemy nowych bohaterów, nowe wątki, a nowe tajemnice z przeszłości wypływają na światło dzienne.

Tytuł urzekł mnie od samego początku, gdy nie miałam w ogóle pojęcia, o czym będzie powieść. Potem doszła do tego jeszcze mieszanka tajemnicy, ghost story i odkrywania przeszłości własnego rodu i zrobiło się tylko lepiej. Bo w końcu kto z nas nie chciałby, żeby historia jego rodziny nadawała się na książkę? Kto z nas nie chciałby, żeby jego przodkowie zostawili mu zagadki i poszlaki godne Indiana Jonesa albo Lary Croft?

Tak naprawdę do ostatniej chwili nie mogłam rozgryźć, jak skończy się historia, do czego w końcu dotrze Anastazja w trakcie swoich poszukiwań, czy dom naprawdę jest nawiedzony, a duch prababki daje jej znaki z zaświatów, czy może jednak chodzi tutaj o coś całkowicie przyziemnego.

Na szczęście nie zawiodłam się zakończeniem (chociaż przez moment się tego obawiałam). Pani Kosin sprawnie rozwiązuje fabułę, ale dalej pozostawia nas z małym znakiem zapytania. Bardzo przyjemna i szybka lektura - jeśli już po nią sięgniecie, nie będziecie chcieli się oderwać, dopóki razem z bohaterami nie rozwiążecie wszystkich zagadek.

Recenzja
Złodziejka dusz
Renata Kosin

Holly Black - The Cruel Prince (Okrutny książę)


Siedmioletnia Jude miło spędza niedzielne popołudnie, siedząc ze swoimi siostrami przed telewizorem, podczas gdy ich mama przygotowuje w kuchni hamburgery, a tato pracuje w małej kuźni w ogródku. Czas płynie leniwie, jej bliźniaczka (Taryn) przysypia na kanapie i nic nie zwiastuje, że zaraz w drzwiach stanie wysoki elf/wróżek (faerie), rodzice zginą w ułamku sekundy, a potem dziewczynki zostaną zabrane do elfiej krainy.


I tak rozpoczyna się historia. Pierwszy rozdział uderza w nas śmiercią i zwrotem akcji już na samym początku, zanim jeszcze jakakolwiek akcja faktycznie miała szansę się rozpocząć.


Kolejne wydarzenia mają miejsce już dziesięć lat później we Wróżkolandii (żartuję, pewnie nie będzie się to tak nazywało w polskim tłumaczeniu), gdzie Jude i Taryn próbują wpasować się w magiczne społeczeństwo. Co nie jest zbyt łatwe, bo są tylko marnymi śmiertelniczkami, które zazwyczaj wykorzystuje się w krainie elfów jako służące. A dodatkowo najmłodszy książę Wróżkolandii wydaje się pałać do Jude czystą, niczym nieuzasadnioną nienawiścią. I znęcać się nad nią na każdym kroku.

Jude od samego początku pokazuje, że nie jest słodką, niewinną postacią, wokół której jakimś cudem zaczyna się kręcić cały świat (jak to się dzieje w wielu powieściach). Potrafi się postawić, potrafi być zła, wyszczekana, niekiedy okrutna, a wszystko po to, by utorować sobie drogę poprzez jeszcze bardziej okrutny świat, w którym przyszło jej żyć.

Bo świat elfów i innych magicznych stworzeń wcale nie jest tak piękny i magiczny, jak mogłoby się wydawać. To znaczy, jest jak najbardziej magiczny, ale jest to też świat intryg, brutalności i zdecydowanie nieprzyjazny dla człowieka - elfie owoce omamią go i sprawią, że nie będzie w stanie myśleć o niczym oprócz kolejnego kęsa, jeśli zacznie tańczyć, nie będzie potrafił przestać, dopóki nie zatańczy się na śmierć i jest zupełnie nieodporny na magiczne uroki, co sprawia, że nawet pięcioletnie elfiątko może go zmusić do zrobienia... wszystkiego.

Dużym plusem są stworzeni przez Black bohaterowie, pełni życia, tacy prawdziwi, niepapierowi, nie na siłę. Krzyczysz w myślach, jak mogli zrobić to, co zrobili, gdy zrobią coś do szpiku kości złego. Zbijasz z nimi wyimaginowaną piątkę w powietrznej przestrzeni międzyświatowej, kiedy zrobią coś, co aprobujesz. Nabierasz wielkie hausty powietrza pełnego niedowierzania, kiedy na światło dzienne (czy też przytłumione światło lampki nad łóżkiem) wychodzą od dawna zatajone sekrety i spiski, i zdrady. Zagryzasz wargi w napięciu, gdy ktoś ginie/ma zginąć/być może kiedyś już zaraz, za moment zginie, ale nie wiesz, bo akcja toczy się tak szybko i niespodziewanie, że nawet nie rejestrujesz faktu, że od dość długiej chwili już nie oddychasz, nie wspominając w ogóle o tym, że zapomniałeś notować w swoim specjalnym angielskim zeszyciku słowa, których nie rozumiesz, wraz z tłumaczeniem i stosownym komentarzem. Uffff.

Książka jest bardzo ładnie napisana, z przepięknie wykreowanym magicznym światem wróżek, elfów, goblinów i innych mitycznych stworzonek. Boli mnie odrobinę, że nie byłam w stanie w pełni docenić tych cudownych miejsc i postaci, ponieważ mój angielski język literacki nie jest na poziomie C2, native speaker, więc opisy kaskad bluszczu oplatających krużganki i strzeliste wieże wypadały w moim rozumieniu dosyć blado. Natomiast, jeśli ta książka zostanie dobrze przetłumaczona na polski, to na pewno będą to piękne fragmenty, które warto sobie przyswoić, żeby poruszyły wyobraźnię. Albo przyswoić w oryginale, jeśli Wasz angielski jest lepszy od mojego.

A wszystko to jest opakowane w ładną okładkę, na którą miło popatrzeć. W środku zresztą książka też jest bardzo ładnie zaprojektowana. W moim odczuciu to mocna pozycja w literaturze młodzieżowej. Czy tam young adult. Czekam na część drugą - The Wicked King (okładka też wygląda super), która ma się pojawić na początku przyszłego roku <3

Recenzja
The Cruel Prince 
(Okrutny książę)
Holly Black

Jak dobrze marnować czas II



W czym, jak w czym, ale w marnowaniu czasu jestem mistrzem. Serio. Powinnam dostać za to medal. Kto przyznaje takie medale?
W każdym razie, jeśli już zdarza Wam się marnować czas, bo podążanie za karierą jest trudne i żmudne, a pierwsze mrozy nie pomagają w robieniu... czegokolwiek, to marnujcie go z głową. I książką na przykład. A jeśli już bardzo nie chcecie czytać (co boli moje serduszko), to otwórzcie komputer i ogarnijcie jakiś dobry serial. O kilku już kiedyś pisałam tutaj. A teraz podrzucam Wam kilka nowych.



Znalezione obrazy dla zapytania stranger thingsStranger things
Zaczynam od czegoś, co pokochał i czym zachwycił się cały Boży świat, i pewnie większość z Was pomyśli sobie, że w ogóle nie ma po co o tym wspominać, bo widział to już każdy. Ale nie. Dlatego, do wszystkich, którzy jeszcze nie wpadli na to, żeby zabrać się za ten serial: zróbcie to. Ale serio. Po pierwsze, klimat lat 80. jest w nim oddany naprawdę przecudownie. Po drugie, robi z mózgu sieczkę i nie masz pojęcia, co się dzieje. Po trzecie, to takie amerykańskie coś o niby kosmitach, jakimś UFO, jakichś tajnych naukowych eksperymentach i oczywiście wszystko dzieje się w zabitej dechami mieścinie, która powinna być ostatnim miejscem, w którym coś się dzieje. Jest tu wątek paranormalny, wątek detektywistyczny, cudowne real-life RPG, humor na poziomie i bohaterzy, których można pokochać od pierwszego wejrzenia.







Preacher
Znalezione obrazy dla zapytania preacherKaznodzieja, który w sumie średnio wierzy w Boga, a do tego ma bardzo wątpliwie świętobliwą przeszłość (jakieś gangi, jakieś strzelanie z broni różnej maści i pijackie bijatyki) nagle otrzymuje niesamowitą moc, która sprawia, że może zmusić ludzi do spełniania swojej woli. I stwierdza, że to Dar Boży. I zaczyna się odpierdalać naprawdę chore gówno. Tak w skrócie. (Bardzo legitny opis serialu, wiem, ale właśnie tak się dzieje.)
Jest tu super wampir z irlandzkim akcentem, który lubi dziwki i koks. Są tu wysłannicy niebios w kowbojskich kapeluszach. Są stare chevrolety i zapyziałe miasto na końcu świata, i przerażający właściciel ubojni, który relaksuje się przy dźwiękach zarzynanych krów. I przez większość czasu zastanawiasz się wtf i kto ma aż tak zryty mózg. Serio, super serial. Polecam. A w drugim sezonie jest kowboj przywrócony z piekła. Fajna sprawa.


Znalezione obrazy dla zapytania black mirrorBlack mirror
Każdy odcinek to nowa historia i każda kolejna jest smutniejsza od poprzedniej. Serial pokazuje nasz świat w dalszej lub bliższej przyszłości, gdy technologia jest już dużo bardziej rozwinięta. I jak ta technologia wpływa na ludzi. Jak potrafi niszczyć kariery, rozbijać związki, dotrzeć do najbardziej skrytych sekretów, zmieniać ludzi w nieczułe maszyny. Z reguły z ciekawym zwrotem akcji i smutnym zakończeniem.


Ania, nie Anna
Znalezione obrazy dla zapytania anne with an eKażdy słyszał kiedyś o Ani, która została przypadkiem adoptowana przez podstarzałe rodzeństwo z Zielonego Wzgórza. Przypadkiem, bo miała być chłopcem, który  pomógłby przy pracy na farmie, a zamiast tego jest brzydką i dziwną dziewczynką, która opowiada niestworzone historie i powinna częściej gryźć się w język.
Na pewno nie jest to serial dla dzieci, bo faktycznie jest dużo bardziej dramatyczny od książki i często pokazuje traumatyczne przeżycia dziewczynki z pierwszych kilkunastu lat życia (czego w oryginale w ogóle nie ma). Ale w dalszym ciągu jest taki... miły. I bardzo dobrze nakręcony. A postać Ani jest oddana tak niesamowicie wspaniale. Wiem, bo wychowałam się na tych książkach. I robi mi się ciepło na serduszku za każdym razem, gdy rozpoznaję w serialu dialogi z oryginału.



Znalezione obrazy dla zapytania scorpion  seriesScorpion
Banda upośledzonych społecznie geniuszy pomaga Departamentowi Bezpieczeństwa w przechwytywaniu bomb atomowych, neutralizowaniu satelitów, które mogą zniszczyć pół Stanów Zjednoczonych, walce z terrorystami i reszcie takich rzeczy. Dowodzi nimi Walter O'Brian, który ma czwarte najwyższe IQ w historii, a jako dzieciak zhakował NASA, bo chciał ściągnąć sobie zdjęcie nieba na tapetę. I wmawia wszystkim, że nie ma uczuć. Fajny gość. I jest jeszcze Paige (nie-geniusz), która pomaga całej tej grupie funkcjonować między normalnymi ludźmi, podczas gdy oni pomagają jej zrozumieć jej syna (to też geniusz). Aha, a Walter i Paige oczywiście się w sobie zakochują i pewnie będą potrzebowali pięciu sezonów, żeby to przyznać. Mówię "pewnie", bo jeszcze nie dotarłam do tego momentu.


Znalezione obrazy dla zapytania the get downGet Down
Z jednej strony jest przekomiczny, na przykład w momentach, gdy dzieciaki na Bronxie opowiadają sobie legendy o niesamowitym kung-fu, przekokszonym wojowniku, który jest jak cień i nigdy nie można zobaczyć nic więcej, oprócz jego znaku rozpoznawczego - najaczy. Z drugiej strony jest brutalny i przesmutny, gdy pokazuje życie ludzi na Bronxie w latach 70., które może skończyć się bardzo szybko, jeśli tylko wejdzie się przypadkiem w złą uliczkę. Albo wplącze w wojny gangów. Pokazuje, jak trudno dzieciakom z tamtych okolic osiągnąć cokolwiek w swoim życiu i jak dużo są w stanie zrobić, żeby spełnić swoje marzenia. A to wszystko przy akompaniamencie cudownego soundtracku i rapowych bitew w sekretnych klubach.







Znalezione obrazy dla zapytania narcos
Narcos
Kolejny serial, który niby wszyscy znają, ale jednak...
Przedstawia historię Pablo Escobara, czyli jednego z najbardziej znanych handlarzy narkotykowych. Ale oprócz tego pokazuje też historie ludzi, którzy poświęcili wiele lat, żeby go powstrzymać. I jak bardzo zmieniło ich to, że musieli dostosować swoje metody do metod okrutnego świata kokainy. Przeczytałam gdzieś, że producenci chcieli dać ludziom postać, którą będą lubić, ale równocześnie się nią brzydzić. Nie wiem, ewidentnie jestem dziwną osobą, bo nie brzydziłam się Escobarem zupełnie. Było mi strasznie żal jego rodziny i miałam nadzieję, że jednak historia skończy się inaczej, niż w rzeczywistości. (Jeśli jakimś cudem nie wiesz, jak się skończyła w rzeczywistości, to nie wchodź na Wikipedię. Serio. Serial super buduje napięcie. Do samego końca.) O, a trzeci sezon jest o kartelu z Cali. Nie lubię kartelu z Cali.


Znalezione obrazy dla zapytania bonesBones
Genialna antropolog sądowa, Temperance Brennan, i jej zespół z Jeffersonian Institute zaczynają współpracować z agentem FBI, Seeley Boothem. I razem rozwiązują zagadkowe morderstwa, i walczą ze złem. Przy okazji Brennan jest tak przekokszona, że czasem do odkrycia tożsamości ofiary, przyczyny śmierci, narzędzia zbrodni i winowajcy wystarcza jej jedna maleńka kość. Aha, a Temperance i Booth też się w sobie zakochają. To nie spojler. To taka zasada w tego typu produkcjach.
Zapomniałam o tym serialu, a swojego czasu oglądałam go wręcz nałogowo. I kochałam. I chciałam zostać polską Brennan. Co prawda, procesy membranowe jednak ostatecznie wygrały z antropologią, a po dziewięciu sezonach serial w końcu troszkę mi się... znudził, ale sentyment pozostał.

W poszukiwaniu księcia z bajki


Dziewczyny marzą o książętach z bajki. Nie wszystkie. W końcu żyjemy w czasach, w których otwarcie mówi się o homoseksualizmie, więc stwierdzenie, że wszystkie dziewczyny o takim księciu marzą, byłoby po prostu niepoprawne politycznie. Na potrzeby tego tekstu skupimy się jednak na tej części kobiet, dla których uosobieniem szczęścia i spełnieniem snów jest książę. A nie księżniczka.

Wiecie, napakowany, przystojny, z burzą blond loków i pokaźnym spadkiem po tacie-królu, i w lśniącej zbroi, i z białym rumakiem (ekhem, mercedesem). Taki, co to uratuje piękną niewiastę (tu wyobraź sobie siebie w zwiewnej sukni, wyglądającą z utęsknieniem z okna) z najwyższej wieży, oczywiście zaraz po tym, jak zabije wielkiego, strasznego smoka i otrzepie pył ze swych pięknych loków, a na końcu odjadą w stronę zachodzącego słońca. I przez całą drogę będzie deklamował wiersze miłosne.

Tylko tutaj zaczynają się problemy.

Niby czemu rzeczony mężny rycerz ma zabić smoka, a potem odjechać ze mną w siną dal na białym rumaku? Ja na przykład wolałabym, żeby przyleciał po mnie na smoku. Nie rozumiem, skąd ten hejt na biedne smoki. Co z tego, że czasem palą całe wioski pełne ludzi i bydła? Każdemu może się zdarzyć. Wielkie mi halo.

Chciałabym się załapać na taką jazdę na smoku. Ewidentnie. Widoki na pewno są lepsze. I jest szybciej. To jak takie smocze pendolino (ale bez godzinnego opóźnienia) w porównaniu do zwykłego TLK. Tylko może bez darmowej kawy.

A skąd niby będę wiedziała, że książę naprawdę jest taki mężny i dzielny? Mam to stwierdzić na podstawie zacnego sześciopaku i liczby kilogramów, które bierze na nogi, kiedy już sobie przypomni, że to ten dzień? Niech taki jeden z drugim spędzi całą noc w opuszczonym zamczysku ze strzygą. A potem pogadamy.

A zaradny na pewno będzie bardziej nie wtedy, kiedy dokręci uszczelkę, żeby przestało kapać z kranu (ale jak takiego znajdziecie, to lepiej bierzcie, żebyście potem nie musiały robić tego same), tylko, gdy przedstawi mi legitymacyjny plan działania i przetrwania na wypadek apokalipsy.

W repertuarze znajdzie się też pewnie oglądanie spadających gwiazd, trzymając się za ręce. Nie zrozumcie mnie źle, ja lubię oglądać spadające gwiazdy. Tylko po to, żeby po raz kolejny pomyśleć te same życzenia, które i tak potem nigdy się nie spełniają. Ale kiedyś w końcu trzeba przestać marzyć o tym cudownie romantycznym chłopcu, który spakuje do auta koc, tacę serów i wino i zabierze mnie na koniec świata, żeby oglądać gwiazdy. Trzeba zacząć myśleć bardziej przyziemnie. Na przykład wyobrażać sobie, że meteoryty jednak nie spalą się w atmosferze i zaczną bombardować ziemię. I skończymy jak dinozaury. Albo że to zmasowany atak kosmitów. I pewnie i tak skończymy jak dinozaury.

Nie ukrywam, mam słabość do facetów, którzy proponują, że na pierwszej randce wywiozą mnie do lasu, zamordują i zakopią. Ale dopiero po kawie. Za bardzo lubię kawę, żeby odmówić sobie tej przyjemności. Jeżeli to jakaś choroba, to możecie mnie oświecić. W końcu wiem przecież, że kawa jest niezdrowa i wypłukuje magnez z organizmu. A i tak dalej ją piję.

Ale nie, nie, to nie tak, że zupełnie niczego romantycznego nie wymagam. Dalej chcę słuchać komplementów, jak to pięknie wyglądam z rana, kiedy budzę się bez grama makijażu. Chociaż to chyba nie jest romantyzm. To jest przyzwoitość. Albo kłamstwo dla większego dobra. I tak je przyjmę. Byleby brzmiało w miarę przekonująco i zostało wypowiedziane bez zbyt widocznego obrzydzenia na twarzy.

I tak, moi drodzy, powinien, moim zdaniem, wyglądać prawdziwy książę z bajki. Takiej trochę dziwnej bajki. I chorej. Takiej pseudo-bajki nie dla dzieci, zmieszanej z horrorem i postapo, w której książę, bardziej niż księciem, jest cyborgiem z karabinem maszynowym zamiast ramienia, albo ze srebrnym mieczem do zabijania upiorów.

@booksoverhoes