Kacper Pitala - Jak to wyjaśnić? W poszukiwaniu odpowiedzi na pytania, które pozornie nie mają odpowiedzi.

Od razu na wstępie przyznam, że o Kacprze Pitali nie słyszałam ani razu, zanim nie natrafiłam na jego debiutancką książkę, natomiast ze względu na wdzięczne tematy, które w niej poruszał, stwierdziłam, że to idealna lektura dla mnie!

Jak to wyjaśnić? to na pewno niesamowicie wszechstronna pozycja, choć można w niej wyróżnić kilka głównych tematów - kosmos i czas, prawa fizyki, rządzące naszym światem czy funkcjonowanie ludzkiego mózgu. Znacie to uczucie, gdy wchodzicie na niedziałające schody ruchome i Wasze ciało nagle nie wie, co się dzieje? O tym też tutaj jest! 

W dodatku Pitala pisze lekko, bezpośrednio i ma świetne poczucie humoru - potrafi rozśmieszyć czytelnika i kreatywnie bawić się językiem, więc niektóre fragmenty jego książki czyta się naprawdę przyjemnie. 

Nie do końca przekonała mnie natomiast jej forma. Autor przedstawia kolejne tematy, zadając różne wnikliwe pytania, które, jak informuje nas podtytuł, "pozornie nie mają odpowiedzi". Znajdziemy tu więc rozważania typu "dlaczego pojęcie jest zielone", "jak duże jest wszystko?" albo "kiedy jest teraz?". I w samym tym pomyśle nie byłoby zupełnie nic złego, gdyby nie to, że Pitala postawił sobie chyba za punkt honoru zadawanie jak najgłupszych pytań i odpowiadanie na nie w jak najbardziej okrężny i bezsensowny sposób, aż do momentu, gdy samo pytanie dawno już przestaje mieć znaczenie.

Niestety czasem jego dowcip przeradza się w czystą abstrakcję. I nie zrozumcie mnie źle - zazwyczaj nie mam zupełnie nic przeciwko abstrakcji, ja ją wręcz uwielbiam! Ale w tym przypadku nie mogę pozbyć się wrażenia, że duża część książki (szczególnie na początku) to najzwyklejsze w świecie, zupełnie nic niewnoszące do naszego życia lanie wody...

Na szczęście kolejne rozdziały są już bardziej przekonujące, jednak ten niesmak i rozczarowanko z początku pozostały w mojej podświadomości aż do końca lektury.

Nie chcę, żebyście odnieśli wrażenie, że to całkowicie krytyczna opinia. W debiucie Pitali można znaleźć mnóstwo ciekawych informacji i zajmujących faktów, opisanych bardzo interesująco, obrazowo i z humorem. Pytanie tylko, czy chcecie w ich poszukiwaniu przedzierać się przez fragmenty brzmiące jak słowotok początkującego filozofa, po raz pierwszy próbującego swoich sił w tworzeniu górnolotnych wywodów? Dodam jeszcze, że po przeczytaniu tej książki obejrzałam kilka filmików Pitali na YT i stwierdzam, że w nich brzmi zdecydowanie bardziej konkretnie i sensownie (a do tego dalej równie przyjemnie i zabawnie!).

Grzegorz Kopiec - Eksperyment

Trójka uczestników krakowskiego konwentu horrorów znika bez śladu. Gdy policyjne poszukiwania nie przynoszą żadnych efektów, rodzice zaginionych zatrudniają prywatnego detektywa, który wkrótce dowiaduje się, że do podobnych tajemniczych zaginięć doszło również na spotkaniach fanów horrorów we Francji. Gdy detektyw Majer wraz z francuską policjantką ruszają tropem pewnego przerażającego nagrania, nie wiedzą, że może ich on doprowadzić do miejsca rodem z najbardziej makabrycznych opowieści.

Początek Eksperymentu wygląda naprawdę obiecująco - pierwsza scena jest mocna, brutalna i krwawa, ale widać w niej też zalążek skomplikowanej i intrygującej tajemnicy. Motyw konwentów horrorów i nawiązania do literatury oraz autorów z naszego rodzimego podwórka też brzmi interesująco i daje nadzieję na bardzo klimatyczną powieść, a każde kolejne znane nazwisko sprawia, że historia staje się coraz bardziej realistyczna.

Niestety, im dalej w las, tym więcej drzew, a w tym wypadku: denerwujących postaci i ich niezrozumiałego zachowania, bezsensownych scen ociekających brutalnością, która na nic innego się nie przekłada i coraz bardziej rozczarowujących rozwiązań. 

Wszyscy bohaterowie powieści są bezosobowi, antypatyczni i stereotypowi. Prym w irracjonalnej kreacji bezapelacyjnie wiedzie dziennikarka Magda, ale pozostałe postaci zdecydowanie starają się dotrzymać jej kroku. Niektóre ich zachowania wydają się po prostu absurdalnie głupie (dopóki nie czytamy ich wyjaśnień, które są jeszcze głupsze), relacje są nieprzekonujące, a dialogi brzmią sztucznie i żenująco, podobnie zresztą jak opisy seksu.

W dodatku każdą nową postać kobiecą ocenia się na podstawie tego, jak wygląda jej tyłek. Oczywiście nie mogło tu zabraknąć również takich stereotypowych farmazonów, jak to, że większość kobiet nie ma orientacji w terenie, przed wyjściem muszą pindrzyć się przez 5 godzin i jeszcze nie wiedzą, co na siebie ubrać (w przeciwieństwie do bohaterki, której akurat dotyczy ten fragment). Naprawdę myślę, że każdy z nas słyszał tego typu denerwujące i krzywdzące opinie wystarczająco dużo razy, żeby zupełnie nic nie wnosiły do jego życia (tak samo, jak nie wniosły do tej historii).

Autor postawił na dziwną narrację - czasem wydaje nam się, że jest prowadzona z punktu widzenia poszczególnych postaci, między którymi Kopiec przeskakuje w oszałamiającym tempie (niekiedy nawet wewnątrz jednego podrozdziału), ale potem nagle narrator staje się wszechwiedzący i raczy nas informacjami, o których bohaterowie zdecydowanie nie mogą wiedzieć, co ostatecznie tworzy raczej chaotyczną całość.

Najgorsze jest jednak zdecydowanie to, że w powieści nie ma nic szczególnie wciągającego... Po intrygującym początku i wstępnym nakreśleniu tajemnicy wszystko niemiłosiernie się rozwleka. Wątek detektywistyczny jest nijaki, a budowanie napięcia wypada koślawo, tym bardziej, że czasem jakiś fragment mógłby być nawet całkiem emocjonujący, gdyby nie to, że znamy już jego zakończenie z poprzednich stron. Kolejne rozdziały do znudzenia zaczynają się w dokładnie ten sam sposób (zmienia się tylko ich główny bohater), natomiast w przemyśleniach postaci w kółko powtarzają się te same zdania, określenia i motywy, przez co większość z nich można wręcz z czystym sercem pominąć. 

A potem nadchodzi zakończenie książki - w większości oczywiste i przewidywalne (nie mogę się pozbyć wrażenia, że skądś już znam taką historię). Natomiast w pewnej kwestii zdecydowanie można je nazwać niespodzianką, której przez większą część Eksperymentu zupełnie nic nie zapowiadało. Niestety wcale nie mówię tego w pozytywnym znaczeniu. Co prawda z całego serduszka uwielbiam motyw, do którego odwołuje się Kopiec, ale uważam, że pojawił on całkowicie z czapy (nawet nie potrafię znaleźć lepszego określenia!) i był boleśnie niewykorzystany.

W moim odczuciu to jedna z książek wymęczonych, czyli tych, które czyta się tylko po to, by dobrnąć do końca, odłożyć i zapomnieć. Zupełnie nie czułam ani tej historii, ani żadnego napięcia czy większego zainteresowania fabułą, ani więzi z bohaterami, których losy były mi całkowicie obojętne, a zakończenie uważam za mocno rozczarowujące.

Jack Hartnell - Jeździec bez głowy. Co o ciele wiedzieli ludzie średniowiecza?

Jeździec bez głowy to już druga w ostatnim czasie książka Wydawnictwa Poznańskiego, której autor próbuje udowodnić nam, że średniowiecze było niesamowicie barwną epoką, zupełnie inną od zwyczajowych smutnych, czy wręcz pogardliwych wyobrażeń o ciemnych wiekach i ogólnym zacofaniu ówczesnego społeczeństwa (pierwszą była Świnia na sądzie ostatecznym Mai Iwaszkiewicz - link do recenzji tutaj). Jak to się udało w Jeźdźcu?

Od razu widać, że Hartnell miał na swoją książkę bardzo ciekawy pomysł. Postawił na konstrukcję tożsamą z tą, jaką w średniowieczu wykorzystywali lekarze przy pisaniu dzieł medycznych, czyli w oparciu o budowę ciała człowieka - a capite ad calcem oznaczające "od głowy do pięty". Swoją średniowieczną przygodę zaczynamy więc od głowy, później przechodzimy do zmysłów, następnie do skóry, kości, serca, krwi, dłoni, brzucha i genitaliów, kończąc na stopach.

Jeśli jednak myśleli_łyście (tak jak ja), że autor faktycznie będzie się skupiał głównie na aspektach medycznych, to czeka Was spora niespodzianka! Ta konstrukcja jest tylko wstępem do dużo głębszej analizy epoki, a na jej podstawie w każdym rozdziale Hartnell prezentuje nam kolejne fakty i ciekawe informacje, powiązane z daną częścią ciała i przedstawiające cały przekrój tamtych czasów: zabobony, religie, medycynę, technikę, naukę, kulturę, codzienne życie biednych i bogatych w różnych zakątkach świata, czy miejsce kobiet w społeczeństwie.

Już od pierwszych stron zostajemy zarzuceni mnóstwem dziwacznych, z naszego punktu widzenia wręcz abstrakcyjnych, średniowiecznych smaczków. Oczywiście poruszane zostają tutaj również przyziemne kwestie - na przykład całkowicie niewinny opis procesu sporządzania pergaminu ze skór zwierzęcych. Jednak zdecydowanie ciekawsze (przynajmniej z mojego punktu widzenia) są prawdziwe średniowieczne perełki absurdu, takie jak trzymanie na królewskich dworach flatulistów, czyli artystów wydających dźwięki odbytem (o przepięknych imionach, takich jak Roland Prukacz - nie żartuję!), albo medyczne kurioza w stylu przeświadczenia, że macica może wędrować po ciele i trzeba odprawiać nad nią egzorcyzmy, żeby grzecznie powróciła na swoje miejsce!

Wszystkie te niesamowite informacje uzupełnione są interesującymi schematami z ksiąg medycznych, zdjęciami narzędzi, grafik, rzeźb, obrazów i budynków. Cała książka została przepięknie ilustrowana, a Hartnell w ciekawy sposób analizuje i wyjaśnia znaczenie przedstawionych w niej przedmiotów. 

W tekście możemy znaleźć trochę rzucających się w oczy powtórzeń, jednak całość czyta się z wielką przyjemnością. Jeździec bez głowy napisany został bardzo przystępnie, w raczej luźnym stylu (niestety nie równie dowcipnie, co prześwietne książki Jennifer Wright z tej serii), choć w niektórych miejscach uderza w bardziej patetyczne tony. Przyznaję, że momentami lektura trochę mi się dłużyła, ale za to inne fragmenty wynagradzały to z nawiązką! 

Hartnell zabiera nas w ekscytującą podróż, podczas której każdy znajdzie coś, co go szczególnie zainteresuje, zachwyci, obrzydzi lub zszokuje. Dzięki tej książce poznamy zupełnie inny wymiar wiedzy, niż ten, który wkładano nam do głów w szkole - po pierwsze dużo przyjemniej podany, a po drugie niesamowicie rozległy i ciekawy! Odpowiadając więc na pytanie z pierwszego akapitu - autorowi zdecydowanie udało się zaprezentować te tysiąc lat naszej historii jako barwne i fascynujące czasy, w których ludzie niewiedzę nadrabiali ogromną kreatywnością. A jeśli wciąż mi nie wierzycie, to nie pozostaje Wam nic innego, jak tylko sięgnąć po tę książkę!

Emily Henry - Beach Read

January uważała się kiedyś za niepoprawną optymistkę i stuprocentową romantyczkę. Jej życie było idealne w każdym calu: kochający rodzice, idealny facet, rozwijająca się kariera pisarska. Ale potem nagle wszystko zaczęło się rozpadać jak domek z kart. Dziewczyna jest w rozsypce, musi zamieszkać w domu, na samą myśl o którym się wzdryga, wydawnictwo domaga się nowej książki, a ona nie wie, jak ma napisać kolejny romans, skoro przestała wierzyć w miłość!

W dodatku okazuje się, że jej sąsiadem jest Augustus, rywal z czasów studenckich, znany i poczytny pisarz, który zajmuje się "poważną" literaturą, a do twórczości January zawsze podchodził z lekceważeniem. Wkrótce zawierają zakład, który każdemu z nich może pomóc w przełamaniu blokady pisarskiej.

Sam pomysł na fabułę i motyw hate to love nie są zbyt oryginalne i widzieliśmy je tysiące razy, prawda? W takim razie jakim cudem Beach Read zbiera tak dobre opinie i zachwyca całe rzesze czytelników i czytelniczek?

Otóż, jest ku temu kilka istotnych powodów.

Po pierwsze, Henry wykreowała niesamowicie przyjemnych głównych bohaterów - January i Gus są stworzeni z pomysłem, mają charakter, swoją przeszłość, przemyślenia i nawyki, które składają się na przekonującą kreację. January jest urocza, inteligentna i przesympatyczna, jej narracja absorbuje i ani przez moment się nie nudzi, a błyskotliwe, zabawne dialogi z Gusem sprawiają, że co chwila śmiejecie się na głos i ściągacie na siebie zdziwione spojrzenia.

Po drugie, tej książki się nie czyta, przez nią się płynie - szybko i lekko, niektóre fragmenty pochłania się z wypiekami na twarzy, a fabuła ani na moment nie staje się nużąca. Bardzo cieszy mnie też fakt, że wszystkie sceny zbliżeń bohaterów zostały napisane nie tylko ładnie (bez jakichś dziwnych, cringe'owych określeń), ale też realistycznie, co od razu łączy się z punktem trzecim:

Ta powieść jest tak uroczo przyziemna! Czasem wydaje się trochę przesłodzona (jak to na komedię romantyczną przystało), a jednak każdy moment rodem ze stuprocentowego, stereotypowego romansu, który mógłby stać się nieznośnie ckliwy, zostaje zbalansowany jakimś zabawnym tekstem albo drobną wpadką, tworząc taką prawdziwą, życiową historię, nad którą zdecydowanie nie mamy ochoty przewracać oczami!

Jedyna rzecz, której nie mogę w tej książce przeboleć, to słowo "tiszert" napisane dokładnie w ten sposób. Ała. No dobrze, wydaje mi się też, że tytuł nie jest do końca adekwatny, bo ani bohaterowie nie spędzają zbyt dużo czasu na plaży, ani historia nie ma zbyt plażowego klimatu (jest w niej zdecydowanie zbyt chłodno i za często pada!). 

Beach Read jest przyjemną, zabawną i niewymagającą lekturą, grzeje nasze serduszka i wzbudza ogrom emocji. To jedna z tych książek, które chcecie zacząć czytać od początku zaraz po skończeniu, które dają książkowego kaca, nie chcą wyjść z głowy i aż proszą się o reread przynajmniej raz na pół roku! 

Kazuo Ishiguro - Klara i słońce

Kazuo Ishiguro w 2017 roku otrzymał Nagrodę Nobla w dziedzinie literatury za całokształt twórczości. Jako że zazwyczaj jestem w tych kwestiach ignorantką, nigdy wcześniej nie czytałam żadnej jego powieści (ani nie widziałam filmów na ich podstawie!), natomiast Klara i słońce, pierwsza książka napisana po otrzymaniu nagrody, wpadła mi w oko ze względu na piękną okładkę i niesamowicie intrygujący opis.

Klara jest Sztuczną Przyjaciółką, robotem ze sztuczną inteligencją, który ma zostać dziecięcym towarzyszem. Z witryny sklepu obserwuje świat, którego do końca jeszcze nie rozumie, uczy się, wyciąga wnioski i czeka na odpowiednie dziecko. Jest wyjątkową przedstawicielką swojego rodzaju, szczególnie dociekliwą, dużo bardziej uważną i spostrzegawczą od innych SP, a kiedy w końcu otrzymuje szansę, zrobi wszystko, by jak najlepiej przysłużyć się nowej właścicielce i rodzinie.

Uczynienie przedstawicielki sztucznej inteligencji główną bohaterką historii jest zdecydowanie ciekawym zabiegiem i ogromnym atutem tej powieści. Cały otaczający nas świat poznajemy właśnie dzięki Klarze, na wszystkie wydarzenia patrzymy jedynie jej oczami. SP wielu rzeczy nie rozumie albo postrzega je w zupełnie inny sposób, dlatego to do czytelnika należy zauważenie subtelnych wskazówek i samodzielne zrozumienie lub połączenie wielu faktów, które nigdzie nie zostają powiedziane wprost.

Ishiguro stworzył postać niezwykle przekonującą - w pewnych aspektach ludzką, pełną empatii, a jednak niedającą pomylić się z człowiekiem. Klara wzbudza w czytelniku same ciepłe uczucia, momentami jest rozkoszna i naiwna niczym dziecko, które dopiero uczy się życia. Założenia, stworzone przez nią na postawie pewnych schematów i informacji, których często sama nie rozumie, są naprawdę zaskakujące, urocze i rozczulające. Z drugiej strony niekiedy udaje jej się trafić bezbłędnie w samo sedno problemu.

Nie ukrywam, że początkowo brakowało mi tutaj lepszego zarysowania świata oraz wizji przyszłości, którą wykreował autor. Jestem fanką sci-fi i nowych technologii, dlatego temat ten niezwykle mnie zajmował i był jednym z głównych powodów, dla których sięgnęłam po powieść. Oczywiście nie wzięłam pod uwagę faktu, że to literatura piękna, a świat przyszłości jest tutaj jedynie dodatkiem, tłem dla historii, w której autor skupia się na zupełnie innych kwestiach! W końcu wątek sci-fi jest często wykorzystywany jako punkt odniesienia dla rozważań o ludzkiej moralności i definicji człowieczeństwa - i tak jest także w tym przypadku. Czy mi to przeszkadzało? Ostatecznie - zupełnie nie. Mimo że Ishiguro nie poświęcił wiele czasu na skomplikowaną kreację świata, wycisnął z tej wizji przyszłości wszystkie elementy potrzebne do zbudowania spójnego obrazu, a także, przede wszystkim, do klarownego przedstawienia przesłania powieści.

Spotkałam się z opiniami, że Klara i słońce jest lekturą rozczarowującą i najzwyczajniej w świecie nudną. Zupełnie nie mogę się z tym zgodzić! Akcja powieści faktycznie toczy się powoli, ale to pozwala nam skupić się na jej prawdziwym, głębszym przesłaniu. Gdy sięgałam po tę książkę, nie miałam pojęcia, czego się po niej spodziewać, natomiast jej fabuła i wydźwięk okazały się zaskakujące i bardzo absorbujące.

Powieść Ishiguro jest niezwykle przyjemna, pełna ciepła, grzejąca serduszko i urocza. Kiedy indziej smuci, zmusza do zastanowienia i otwiera oczy na prawdy, o których zazwyczaj nie myślimy. To historia o miłości, ale też o stracie i próbach poradzenia sobie z nią, o empatii i jej braku, o poczuciu wyższości, które charakteryzuje nasz gatunek i o tym, co tak naprawdę sprawia, że jesteśmy tym, kim jesteśmy. A spojrzenie na to wszystko oczami Klary robi naprawdę duże wrażenie i pozostaje w naszej pamięci.

Jarosław Grzędowicz - Pan Lodowego Ogrodu. Księga I

Z okazji premiery nowego wydania Pana Lodowego Ogrodu (które, swoją drogą, jest naprawdę przepiękne!), postanowiłam, że nadszedł najlepszy moment na reread tej serii. I po pierwszym tomie mogę stwierdzić, że stało się dokładnie tak, jak przewidywałam: ta książka dalej sprawia równie niesamowite wrażenie, co za pierwszym razem!

Vuko Drakkainen zostaje wysłany na tajną misję na planetę Midgaard, gdzie odkryto pierwszą we wszechświecie obcą antropoidalną kulturę. Vuko ma przed sobą konkretne zadanie: odnaleźć członków misji badawczej, z którymi dwa lata temu urwał się kontakt, i w żaden sposób nie ingerować w kulturę mieszkańców planety. Nie trafia jednak na dobry moment - nad Midgaardem wisi groźba wojny bogów, po jednej stronie kontynentu tajemnicza kapłanka chce przywrócić okrutny kult Podziemnej Matki, a po drugiej Ludzie Węże dopuszczają się coraz bardziej bestialskich czynów.

Grzędowicz raczy nas barwnym miksem gatunkowym - oto bohater z wysoko rozwiniętej ziemskiej przyszłości wyrusza w podróż na obcą planetę, na której panują warunki rodem z klasycznego fantasy w średniowiecznym anturażu. Mamy tu więc nowoczesną technologię i mnóstwo interesujących bajerów, którymi posługuje się Vuko, połączone z ciemnotą, wierzeniami i zabobonami midgraadziej ludności. 

Sam świat w PLO został przepięknie wykreowany, a jego państwa, polityka, historia, odrębne kultury i religie składają się na niezwykle złożoną i spójną całość. Po przeciwnych stronach kontynentu rozgrywają się dwie odrębne historie, które pozwalają nam poznać mnóstwo fascynujących miejsc i stworzeń, przy czym obydwie są równie absorbujące i wciągają tak bardzo, że nie będziecie mogli oderwać się od żadnej z nich.

Vuko może spokojnie walczyć o tytuł najlepszego głównego bohatera na świecie - po prostu nie da się go nie lubić, jest przezabawny, a jego teksty i przemyślenia sprawiają, że płaczecie ze śmiechu. Albo może to tylko ja, bo przyznaję, że humor w Panie Lodowego Ogrodu wpasowuje się w moje gusta w 120%!

Autor oferuje nam też ogrom świetnych fantastycznych motywów, a jego kolejne pomysły sprawiają, że tylko coraz bardziej zakochujemy się w tej historii. Opisy dziwnych magicznych postaci i tajemniczych zjawisk są barwne, sugestywne i cudownie działają na wyobraźnię, a mroczny świat, zimna mgła, stworzenia rodem z horrorów i słowa takie jak "uroczysko" nadają książce tak niesamowity klimat, że aż ciareczka przechodzi po pleckach.

No i jest jeszcze to zakończenie, które spada na nas znienacka i wbija w fotel. Pamiętam, że gdy czytałam PLO po raz pierwszy, ostatnie strony tego tomu pozostawiły mnie z całkowicie zniszczonym mózgiem i nieodpartą potrzebą, by od razu zabrać się za kolejny!

Gwarantuję Wam, że Pan Lodowego Ogrodu zasługuje na wszystkie zachwyty i peany, które na jego cześć tworzę, chociażby tylko z dwóch powodów: po pierwsze, to nasz rodzimy twór, a wiadomo - cudze chwalicie, swego nie znacie, a po drugie, seria Grzędowicza jest literaturą fantastyczną na najwyższym poziomie, obok której po prostu nie może przejść obojętnie żaden fan gatunku!

Will Hunt - Podziemie. Świat pod naszymi stopami


Od zawsze ciągnie nas do nieznanego. Z utęsknieniem spoglądamy w niebo, wypatrując tam obcych cywilizacji, w głębinach oceanów poszukujemy wież zatopionych Atlantyd, a w mrocznych tunelach staramy się znaleźć ukryte przejścia do podziemnego królestwa (albo skrzynie ze skarbami). I właśnie ciekawość tego zupełnie odmiennego świata pod naszymi stopami, do którego nigdy nie dociera światło słoneczne i w którym mogą dziać się najróżniejsze cuda, nakłoniła Willa Hunta do napisania Podziemia.

Lektura tej książki jest podróżą przez czas i przestrzeń, od pełnych czaszek katakumb XIX-wiecznego Paryża, przez majańskie jaskinie na Jukatanie, w których składano ofiary władcom Xibalby, po australijskie święte kopalnie ochry. Każde miejsce, które autor zwiedza i odkrywa, staje się zarzewiem nowej historii i punktem wyjścia dla kolejnych rozważań.

W swoich opowieściach Hunt sprawnie łączy ze sobą aspekty kulturowe, społeczne i psychologiczne, doprawiając je mitologią, wierzeniami, szczyptą literatury i nauki. Zupełnie nie spodziewałam się tego, jak bardzo wszechstronna okaże się ta książka (szczególnie zaskoczyła mnie szalenie ciekawa teoria naukowa, o której dotąd nie słyszałam!) i jak wiele niesamowitych faktów oraz ciekawych przemyśleń można powiązać z tym tematem.

Podziemie ma w sobie tajemnicę, której rąbka autor chce nam odrobinę uchylić, ma w sobie również odrobinę magii i poezji (ciarki zachwytu przechodzą po pleckach podczas czytania o Victorze Hugo, nazywającym kanały pod Paryżem "Trzewiami Lewiatana"), ale najwięcej ma tego klimatu rodem z powieści Verne'a, który sprawia, że w serduszkach odkrywców odzywa się zew przygody.

Ukryty pod naszymi stopami świat, który kreuje przed czytelnikami Hunt, jest barwny, trochę niepokojący, ale równocześnie nęcący. Staje się miejscem, w którym ludzie mogą oddać się niczym nieskrępowanej pasji, sztuce, albo rozmyślaniom, gdzie mogą uciec od zgiełku miasta i przez wiele godzin pozostawać w ciszy i samotności. Miejscem, które i owszem, niektórym może wydawać się przerażające lub przytłaczające (tym bardziej gdy uświadomią sobie, ile ton ziemi znajduje się ponad ich głowami), innych jednak kojąco otuli swoją ciemnością, pozwoli odnaleźć samych siebie albo będzie wabić mgiełką tajemnicy, zapowiedzią niesamowitych przygód i odkryć.

Zachwyca również sama okładka książki, a wewnętrzna szata jest staranna, przemyślana i bogato ilustrowana. Jedyne, czego mi brakuje, to podpisy pod zdjęciami! Co prawda do wszystkich obrazków znajdziemy odniesienia w tekście, jednak zostałam wychowana we wierze, że zdjęcia należy podpisywać, dlatego te braki bardzo rzucały mi się w oczy!

Panicznie boję się ciemności, mroczne kanały i opuszczone tunele byłyby więc idealną pożywką dla wszystkich moich najgorszych koszmarów (przemierzałabym je w przekonaniu, że zaraz z ciemności wyłoni się zombie, mutant albo jakiś przerośnięty aligator). Ale czytanie o nich w wygodnym fotelu w bezpiecznym, suchym i (przede wszystkim) dobrze oświetlonym mieszkaniu, pozwoliło mi odczuć namiastkę tych niesamowitych przygód, zanurzyć się w intrygującym i różnorodnym podziemnym świecie, a także zdobyć wiele nowych ciekawych informacji.

James Islington - Cień utraconego świata

Davian wciąż nie nauczył się posługiwać Esencją, a próby zbliżają się nieubłaganie. Jeśli nie przejdzie ich pomyślnie, będzie czekała go najgorsza przyszłość, jaka może spotkać Obdarzonego. Gdy więc znajduje się sposób na wyjście z niebezpiecznej sytuacji, chłopak nie zastanawia się długo, chociaż może wpakować się w jeszcze większe kłopoty.

Magiczna Bariera, która dawno temu ochroniła świat przed niebezpieczeństwem z Północy, zaczyna się kruszyć, pojawiają się plotki o zapomnianych wrogach i nagle okazuje się, że od powodzenia misji Daviana może zależeć przyszłość całej Andarry.

Na wstępie zaznaczę, że jeśli przeraziła Was zawrotna liczba 870 stron, to absolutnie nie macie czego się obawiać! Objętości tej książki zupełnie nie czuć, czyta się ją naprawdę przyjemnie, aż nie chce się kończyć i w ogóle nie zauważa się upływu czasu!

Już od pierwszych stron zostajemy wciągnięci w wir akcji, poznajemy ciekawe magiczne aspekty stworzonego świata, a pytania, na które na razie nie dostajemy żadnej odpowiedzi, piętrzą się coraz szybciej. Islington stworzył niezwykle rozbudowaną fabułę, w której znajdziemy większość typowych fantastycznych motywów - daleką wyprawę, magię i miecz, zakazane czary, echo wojny sprzed lat, naukę posługiwania się swoimi mocami, tajemnicze miasta, stare przepowiednie, legendy z przeszłości. Razem tworzą one naprawdę ciekawą i zaskakującą historię, chociaż nie ukrywam, że niektóre fakty i "niespodzianki" były łatwe do przewidzenia.

Czytałam w kilku opiniach, że problem może sprawić zapamiętanie całego grona postaci - że trzeba zachować w pamięci wiele imion z początku książki, żeby potem rozumieć, co się dzieje. Powiem tak, mnie rozpoznawanie bohaterów i powiązywanie ich ze sobą nie sprawiło żadnego problemu. Gorzej było z miejscami i różnymi określeniami wymyślonymi przez autora - czasem trudno było je wszystkie ogarnąć i naprawdę nie obraziłabym się, gdyby z tyłu był jakiś słowniczek!

Cień utraconego świata jest co prawda debiutem, ale widać, że autor od razu skoczył na głęboką wodę - nie tylko jeśli chodzi o objętość, ale również poziom złożoności fabuły, powiązań, które powoli nam się ukazują i historii, które z pojedynczych elementów łączą się w ogromną całość. 

Islingtonowi na pewno należy się uznanie za wykreowanie tak ładnego, spójnego świata z całą ponad tysiącletnią historią, który ma nam jeszcze wiele do zaoferowania w kolejnych tomach trylogii. Na niektóre jego aspekty czekam z niecierpliwością!

Istotni bohaterowie otrzymuje swoją własną narrację, dzięki czemu możemy lepiej ich poznać, ale też śledzić rozwój wypadków z wielu różnych perspektyw i miejsc. Każda postać ma nam coś innego do zaoferowania, a autor pilnuje, by wszystkie miały zawsze pełne ręce roboty. Większość bohaterów od razu wzbudza naszą sympatię, od samego początku martwimy się ich problemami i im kibicujemy. Ciekawie obserwuje się także ich przemianę - widać, że wydarzenia faktycznie na nich wpływają.

Książka oferuje nam również interesujący wątek magiczny, chociaż trzeba dać mu chwilkę, bo dopiero z czasem poznajemy coraz więcej jego aspektów i dowiadujemy się najciekawszych rzeczy. Jest w nim jednak sporo niedociągnięć - na przykład Obdarzeni mogliby popisać się umiejętnościami ciekawszymi niż strzelanie snopami światła... Ale największym rozczarowaniem był dla mnie wątek Cieni - spodziewałam się po nim czegoś znacznie bardziej rozbudowanego i takiego faktycznie innego.

Akcja powieści jest prowadzona raczej statycznie - co prawda ciągle coś się dzieje, ale nawet momenty pełne napięcia nie przyspieszają nam jakoś szczególnie tętna i w takich miejscach książce zdecydowanie przydałaby się bardziej dynamiczna narracja. 

W dodatku niektóre wątki wydają się urwane, jakby autor wprowadzał postaci albo poruszał pewne aspekty tylko dlatego, że były mu potrzebne w danym momencie, a potem zupełnie o nich zapominał. Ale kto wie - może jeszcze pojawią się w kolejnych częściach trylogii - plany na nie wyglądają w końcu całkiem ambitnie! 

Cień utraconego świata to ciekawa, wielowątkowa opowieść, w którą można zapaść się na długie godziny, próbując rozwikłać kolejne zagadki, rozwiązać tajemnice lub po prostu cieszyć się tą fantastyczną przygodą. Niestety z żalem muszę przyznać, że nic mnie tu szczególnie nie zachwyciło, nic nie sprawiło, że moje serce waliło jak szalone, albo że bez reszty zakochałam się w tej historii. Uważam, że to bardzo przyjemna powieść z potencjałem i pomysłem, a w kolejnych częściach czekam na rozwój zarówno fabuły, jak i samego autora, i na pojawienie się tego czegoś, co pozwoli mi ostatecznie pokochać Trylogię Licaniusa!