Anna Benning - Vortex. Dzień, w którym rozpadł się świat.

2020 był rokiem, w którym wszystko się zmieniło, a znany dotąd świat przestał istnieć. Dziwna anomalia, nazwana później Pravortexem, rozdarła strukturę wszechświata i doprowadziła do Wielkiej Mutacji, trwale dzieląc ludzkość na zwykłych ludzi i... mutantów.

Elaine chce zostać łowcą, członkiem elitarnej grupy, której zadaniem jest wyłapywanie zbuntowanych splitów. Jednak, żeby to osiągnąć, musi pokazać, że ma predyspozycje do tak odpowiedzialnego zadania. Od dzisiejszego dnia zależy całe jej życie - właśnie rozpoczyna się wyścig vortexami, który dziewczyna musi ukończyć na jednym z najwyższych miejsc, jeśli chce mieć szansę na karierę jako łowca.

Pierwsze słowa, którymi można opisać powieść Benning, to na pewno "postapokaliptyczna dystopia" i już samo to wyrażenie sprawia, że dostaję ciarek z zachwytu! Zresztą podtytuł książki "Dzień, w którym rozpadł się świat" też brzmi świetnie, prawda? A teraz dodajmy do tego mutantów, którzy dzięki pravortexowi otrzymali wyjątkowe zdolności (i wygląd!). Już tyle wystarczyłoby mi do szczęścia, a to wciąż nie koniec! Zostaje jeszcze kwestia samych vortexów - dziwnych anomalii, energetycznych tuneli czasoprzestrzennych - i całego niezwykle ciekawego aspektu podróżowania nimi oraz narosłej wokół tego "biurokracji". Benning zafundowała nam naprawdę niesamowitą fantastyczną mieszankę, która po prostu nie mogła się nie udać!

Według bohaterów Vortexu Wielka Mutacja była największą katastrofą, jaka spotkała ludzkość. Ale ja nie do końca mogę się z tym zgodzić... Świat po mutacji zachwycił mnie bez reszty! Pewne miejsca, które kreuje w swojej książce autorka, wręcz zapierają dech w piersiach i podczas czytania cały czas myślałam o tym, jak bardzo chciałabym móc się w nich znaleźć. Vortex wywołuje we mnie skojarzenie z dzieciństwem, z czasem, gdy pierwszy raz zanurzałam się w fantastyce i czytałam na przykład Opowieści z Narnii - magiczny świat w powieści Benning jest równie przyjemny, przepięknie wykreowany i pełen cudownych miejsc!

Muszę natomiast przyznać, że mojej relacji z główną bohaterką zdecydowanie nie można zaliczyć do najłatwiejszych. Elaine bywa irytująca i nie uznaje czegoś takiego, jak zastanowienie się (przynajmniej przez sekundę!) przed podjęciem działania, więc jej zachowanie czasami jest naprawdę irracjonalne i staje się przyczyną kłopotów. Na szczęście dziewczyna ma też swoje dobre momenty, które sprawiają, że możemy ją polubić. Za to bohater męski jest dokładnie taki, jaki powinien być - tajemniczy, zamknięty w sobie i całkiem uroczy, a dodatkowo Benning stworzyła jeszcze cudowne, barwne i zabawne postaci drugoplanowe, które od razu zdobywają nasze serduszka!

Sama historia jest również bardzo ciekawa, fabuła absorbuje już od pierwszych stron, kolejne wydarzenia coraz bardziej intrygują, a każdy zwrot akcji tylko wbija nas jeszcze głębiej w fotel. A przy tym Vortex czyta się tak niesamowicie przyjemnie i szybko, że nawet nie zauważycie, kiedy dotrzecie do końca (serio, nie miałam pojęcia, że ta książka ma ponad 500 stron - wydawało mi się, że pochłonęłam ją w sekundę!).

Pozwolę sobie podsumować tę opinię moim blurbem, który znajdziecie również w książce: Razem z Elaine przeżyjemy fascynującą przygodę w świetnie wykreowanym świecie, mrocznym, ale równocześnie przepięknym. Historia wciągnie nas niczym vortex i zabierze w podróż po alternatywnej, dystopijnej przyszłości. Ta książka czyta się sama i naprawdę nie można się od niej oderwać!

I zdecydowanie nie będziecie też mogli doczekać się kolejnej części! 

Rebecca F. Kuang - Republika smoka

Przed Wami recenzja drugiej części Wojny makowej - jeśli nie znacie jeszcze pierwszej, odradzam czytanie kolejnych akapitów. Zamiast tego zapraszam na moją opinię o poprzednim tomie tutaj

Po wojnie z Federacją Rin nie pozostało już nic oprócz zemsty. Jej jedynym celem i obsesyjnym pragnieniem jest zgładzenie zdradzieckiej Cesarzowej Su Daji - i zamierza to zrobić za wszelką cenę. Jednak cike są wyrzutkami, poszukiwanymi zbiegami i mają zdecydowanie zbyt małą siłę przebicia, dlatego Rin będzie musiała nawiązać sojusz, by osiągnąć swój cel. Dziewczyna, która sama jedna była przyczyną masakry całej wyspy Mugen, może stać się najpotężniejszą bronią, jaka istnieje. Pytanie tylko, w czyich rękach się znajdzie. I komu może zaufać.

W dodatku Feniks, gdy już raz oddała mu pełnię władzy, cały czas domaga się kolejnych ofiar. W szamańskim zamroczeniu Rin nie jest w stanie odróżnić przyjaciół od wrogów, a zachowanie resztek kontroli przychodzi jej z coraz większym trudem. 

Kuang gwarantuje nam w swojej nowej książce kolejną ogromną dawkę przepięknie wykreowanego świata i jeszcze więcej wojaczki. Rozwija rys historyczny i polityczny, uzupełnia naszą wiedzę o nowe smaczki na temat kultury i religii (nie tylko Cesarstwa!), zabiera w podróż do zachwycających miast. Klimat jej powieści jest niezmiennie brutalny, ale wciąż można w nim też dostrzec nutę orientu, posłuchać baśni i starych legend, czy zapaść się w eteryczność boskiego świata.

Ale tymi faktami zachwycałam się już w pierwszej części i nic się nie zmieniło w tej kwestii - Kuang konsekwentnie wykorzystuje świetną kreację swojego świata, a także dodaje do niego nowe elementy, które tworzą spójną i robiącą wrażenie całość.

W takim razie, co z aspektami, które w Wojnie makowej zdecydowanie mi się nie podobały? 

Po pierwsze - Rin. Niestety główna bohaterka pozostaje równie irytująca, co w pierwszej części, a jej teksty, gdy chce być przerażająca lub próbuje komuś grozić, są tak żałosne, że nie mogłam się powstrzymać przed przewracaniem nad nimi oczami. W dodatku ta dziewczyna to chodząca tykająca bomba, która uwielbia zachowywać się skrajnie irracjonalnie i podejmować głupie, pochopne decyzje - nie wiem, jak ktokolwiek przy zdrowych zmysłach mógłby powierzyć jej władzę - tym bardziej nad cike! (Choć Altan nie był dużo lepszy, więc ma to jakiś sens.)

Ale z czystym serduszkiem muszę przyznać, że... jest lepiej. Na początku Rin faktycznie była nieznośna (mój brat zdążył dobrnąć do 80 strony, zanim się poddał i stwierdził, że nie da rady z nią wytrzymać), ale z czasem zaczęła irytować coraz mniej. Może stało się tak dzięki temu, że została przytłumiona przez inne ciekawe, mocne postaci, a może dlatego, że wartka akcja nie pozwalała jej na zdominowanie tej historii swoją osobą. Tak czy inaczej, Republikę czytało się dzięki temu dużo przyjemniej, a Rin w końcu miała też motywację, która była jak najbardziej zrozumiała, czego dotąd okropnie mi brakowało! Jej emocje i zachowanie zostały dobrze wytłumaczone, stały się przekonujące i takie... prawdziwe.

Kolejne zarzuty w Wojnie kierowałam w stronę chaotycznej i męcząco nierównej fabuły. No cóż - tutaj tego nie uświadczymy! Wydarzenia były opisane dużo lepiej i przejrzyściej, a akcja została umiejętnie wyważona, tak by nie nużyć nas zbyt długimi momentami stagnacji, ale też nie pędzić na złamanie karku. Po zakończeniu pierwszej części byłam do kontynuacji nastawiona trochę sceptycznie ze względu na to, że zupełnie nie miałam pojęcia, jaki jest na nią plan. Na szczęście fabuła okazała się niesamowicie ciekawa i absorbująca - wygląda na to, że autorka jeszcze nie raz zachwyci nas fascynującymi pomysłami i motywami!

A co do fascynujących pomysłów - czeka nas też jeszcze więcej magii! Co prawda boli mnie fakt, że temat cike nie został odpowiednio wyeksploatowany, ale zamiast tego otrzymamy dużo innych ciekawych i zaskakujących motywów, więc nie zamierzam za bardzo narzekać. 

Jak już pewnie zauważyliście, Republika zrobiła na mnie dużo lepsze wrażenie niż Wojna. Autentycznie obchodziły mnie losy bohaterów, akcja wciągała i nie pozwalała oderwać się od książki (chociaż pewne wydarzenia aż łamały serduszko), a kolejne pomysły Kuang tylko coraz bardziej zachwycały. Tym razem widać też, w jakim kierunku zmierza akcja i ostatnia część zapowiada się naprawdę dobrze. Nie pozostaje już nic innego jak czekać na Płonącego boga

Elise Kova - Przebudzenie Powietrza

Od ponad stu pięćdziesięciu lat na świecie nie pojawił się żaden czarodziej władający powietrzem. Kroczący z Wiatrem stali się tylko mitem z odległej przeszłości... przynajmniej dopóki moc nie objawiła się u zwyczajnej siedemnastolatki, pracującej w Cesarskiej Bibliotece w stolicy Cesarstwa Solaris.

Vhalla prowadzi spokojne życie, spędzając całe dnie wśród książek (brzmi dobrze!), do czasu, gdy przypadkiem udaje jej się uratować przed śmiercią następcę tronu, mrocznego księcia Aldrika - jednego z najpotężniejszych czarodziejów, przed którym drżą wszyscy poddani. Vhalla osiąga to, nieświadomie używając magii, a między nią i księciem powstaje silna magiczna więź.

Elise Kova zabiera nas do świata, w którym zwykli ludzie boją się czarów, a uosobieniem ich lęków jest Wieża - tajna organizacja czarodziejów. Autorka już na początku serwuje nam kilka ciekawych magicznych motywów i jeszcze więcej pięknych nazw, powiązanie z żywiołami nazywa ładnie Powinowactwem, a każdy rodzaj czarodziejów otrzymuje swój poetycki tytuł, jak Kroczący z Wiatrem czy Niosący Ogień.

Niestety sam system magiczny jest nawet bardziej niż oklepany - w końcu jak często można odgrzewać motyw magii żywiołów? Co prawda autorka nie przedstawiła nam jeszcze całego swojego pomysłu, a Kroczący z Wiatrem na pewno będą mogli pochwalić się jakimiś szczególnymi zdolnościami, o których do tej pory Kova jedynie mgliście wspomina, ale na ten moment nie jestem zachwycona.

A to jeszcze nie koniec rozczarowań. 

Największy problem mam z główną bohaterką. Z jakiegoś powodu wszystkie postaci twierdzą, że Vhalla jest niesamowicie wręcz błyskotliwa, jednak zupełnie nic na to nie wskazuje, a ciągłe powtarzanie tego faktu nie wystarczy, by nagle stał się prawdą. Nazwałabym ją raczej skrajnie naiwną i trochę nieogarniętą. Cały czas staram się pamiętać, że dziewczyna ma siedemnaście lat (niech pierwszy rzuci kamieniem ten, kto w tym wieku był całkowicie ogarnięty i zawsze wiedział, czego chce) a Przebudzenie powietrza to młodzieżówka, więc teoretycznie można przymknąć oko na niektóre dziecinne zachowania Vhalli. Naprawdę całkowicie zrozumiałabym, że cicha, niepozorna dziewczyna miota się w nowej sytuacji, podejmuje pochopne decyzje i pozwala innym sterować swoim losem, gdyby nie fakt, że autorka stara się ją kreować na silną, niezależną postać, co ma się zupełnie nijak do rzeczywistości!

Kolejnym mankamentem książki są relacje między bohaterami. Zachowanie Vhalli w stosunku do jej przyjaciół (i na odwrót) jest tak drętwe, jakby poznali się wczoraj, a nie spędzili ze sobą kilka ostatnich lat. Wątek miłosny, który, nie ukrywajmy, odgrywa w książce jedną z kluczowych ról, też jest niezbyt przekonujący, a gdy Vhalla zwraca się do księcia w poddańczy sposób (w liczbie mnogiej!), po prostu nie jestem w stanie uwierzyć w rodzące się między nimi uczucie. Mamy tutaj też oczywiście drugiego księcia, Baldaira Pożeracza Serc - pięknego, zabawnego i zupełnie innego od swojego brata, więc historia może potencjalnie skręcić w stronę trójkąta rodem z Pamiętników wampirów. I prawdopodobnie nie byłby to najgorszy obrót wydarzeń, bo Baldair jest zdecydowanie najlepiej rokującą i najbardziej przekonującą postacią!

Jednak nawet on nie ustrzegł się przed kolejnym minusem powieści - niezrozumiałym zachowaniem bohaterów (nie tylko Vhalli!). Szczególnie ostatnie rozdziały wydawały mi się całkowicie abstrakcyjne, a wytłumaczenie tej części historii zupełnie pozbawione sensu. Zakładam, że autorka potrzebowała takiego a nie innego rozwoju wypadków, szkoda tylko, że postanowiła doprowadzić do niego na siłę. Natomiast pomijając te niezrozumiałe wydarzenia z końcówki książki, historia jest raczej przewidywalna, a gdy pojawiają się nowe postaci, od razu wiadomo, jaki będą miały wkład w fabułę - na pewno zrozumiecie, o co mi chodzi, gdy już dojdziecie do tego momentu. 

Mogłabym przyczepić się jeszcze do nieszczególnie dobrej kreacji świata, ale akurat w tej kwestii raczej na pewno możemy spodziewać się rozwoju w kolejnych częściach. Cykl Przebudzenie powietrza składa się z pięciu tomów, dlatego zakładam, że Kova będzie miała jeszcze dużo czasu, by wyłowić ze swojej opowieści i świata dużo więcej smakowitych kąsków.

Jednak na ten moment historia nie robi niesamowitego wrażenia, ma wiele niedociągnięć i uplasowałabym ją raczej na średniej półce powieści młodzieżowych. Natomiast prawdopodobnie sięgnę po kolejną część, żeby sprawdzić, czy akcja i pomysły Kovy faktycznie rozwiną się tak ciekawie, jak to sobie wyobrażam. 

Marko Kloos - Uderzenie

Uderzenie to druga część cyklu sci-fi Wojny Palladowe - jeśli nie czytaliście jeszcze pierwszego tomu (Wstrząsy wtórne), nie zaglądajcie dalej - zamiast tego zapraszam Was na recenzję Wstrząsów tutaj.

Nowa powieść Kloosa podejmuje akcję w miejscu, w którym pożegnaliśmy się z bohaterami w poprzedniej części. Aden podróżuje w roli tłumacza na pokładzie statku kurierskiego "Zefir", wciąż ukrywając swoją prawdziwą tożsamość i przeszłość przed resztą załogi. Solveig wdraża się w przyszłą rolę prezesa firmy, dostaje coraz poważniejsze zadania i próbuje wydostać się spod silnego wpływu ojca, Idina musi sobie poradzić z niespokojnymi nastrojami, jakie panują na Gretii po ostatnich atakach, a Dunstan chce tylko odbyć ostatni patrol na wysłużonym "Minotaurze" i udać się na wyczekiwaną przepustkę.

Jednak żadne z tych zadań nie będzie takie proste. Ktoś zdecydowanie nie pogodził się z faktem, że wojna się zakończyła i próbuje zrobić wszystko, by zburzyć ustalony porządek. "Zefir" przyjmuje podejrzane zlecenie na transport tajemniczego ładunku. A "Minotaur" otrzymuje niepokojący awaryjny sygnał z innego rhodyjskiego krążownika. 

Kloos niespiesznie prowadzi akcję swojej powieści, nie porywa nas w wir wydarzeń, które pędzą z zawrotną prędkością. Zamiast tego możemy obserwować, jak tajemnicza intryga powoli się zagęszcza, spędzić trochę czasu na kolejnych ciekawych planetach systemu Gaja i coraz bardziej polubić naszych bohaterów.

Nie można jednak powiedzieć, że w Uderzeniu nic się nie dzieje - znajduje się tu mnóstwo momentów, które sprawiają, że nasze serduszka biją szybciej! A przy okazji cały czas wypatrujemy miejsc, w których zupełnie niepowiązane ze sobą postaci jednak będą miały jakąś styczność, próbujemy odnaleźć punkty wspólne i czekamy aż wszystkie wątki i pojedyncze fragmenty informacji, które otrzymuje każdy bohater, połączą się w spójną całość!

Wciąż podtrzymuję swój zarzut z opinii Wstrząsów wtórnych - zdecydowanie brakuje mi tutaj lepszej kreacji świata pod względem naukowym i technologicznym. Niestety Wojny palladowe to jedna z tych historii, w których motyw sci-fi jest jedynie tłem dla fabuły, co nieco mnie smuci.

Jednak Uderzenie wciąż pozostaje bardzo przyjemną powieścią, którą czyta się błyskawicznie i równie szybko wciąga się w przedstawioną w niej historię. Obserwowanie wydarzeń z czerech różnych punktów widzenia pozwala na ciekawe prowadzenie akcji, a Kloos po raz kolejny wykorzystuje swój niesamowity talent do pisania w taki sposób, że po skończeniu każdej książki czytelnik odczuwa przemożną wręcz potrzebę, by od razu rozpocząć kolejną! 

Tamora Pierce - Alanna. Pierwsza przygoda. Świat Tortallu. Pieśń lwicy.

Dziesięcioletnia Alanna ma wyruszyć do klasztoru, by przygotować się do roli damy, a jej brat bliźniak, Thom, powinien udać się do zamku króla i rozpocząć szkolenie pazia. Jest tylko jeden problem... a raczej dwa. Dziewczyna nie ma zamiaru uczyć się szycia i tańców - najbardziej na świecie pragnie zostać rycerzem! Natomiast jej brata w ogóle nie ciągnie do wojenki - zamiast tego marzy o przyszłości w roli maga.

W przeddzień wyjazdu dzieci wpadają na szalony plan - Thom, zamiast Alanny, wyruszy do klasztoru, by uczyć się magii, natomiast dziewczyna przyjmie imię Alan i zajmie miejsce brata w królewskim zamku!

Za swoje dwie tetralogie - Pieśń lwicy i Protector of the Small - Tamora Pierce otrzymała Margaret A. Edwards Award za "znaczący i trwały wkład w literaturę young adult", a na jej książkach wychowały się nowe pokolenia pisarzy i fanów fantastyki. Mając to na uwadze, aż głupio przyznać, że nigdy wcześniej nie miałam żadnej jej powieści w rękach! (Dlatego postanowiłam to jak najszybciej zmienić!)

Alanna jest nieustraszona, zaradna, a przede wszystkim pełna determinacji. W końcu musi dać sobie radę w świecie zdominowanym przez mężczyzn, do którego żadna kobieta, a już tym bardziej taka mała dziewczynka jak ona, nigdy nie miała wstępu. Życie pazia nie jest łatwe, a Alanna od razu startuje z gorszej pozycji - jest przecież najmniejsza ze wszystkich! Nie przeszkadza jej to jednak w pozostaniu butną, wygadaną i pewną siebie, przez co szybko naraża się jednemu ze starszych chłopaków. Jednak dziewczyna ma również dar zjednywania sobie ludzi i... kilka istotnych asów w rękawie.

Powieść Pierce czyta się przyjemnie i niesamowicie szybko - zarówno ze względu na styl pisania autorki, jak i niewielką objętość lektury (nieco ponad dwieście pięćdziesiąt stron). Znajdziemy tu wiele ciekawych motywów, wyruszymy w niejedną podróż po fantastycznych terenach Tortallu, a fabuła zaskoczy nas i pokieruje w stronę, której zupełnie byśmy się nie spodziewali!

W dodatku, dzięki temu, że w swoim zamyśle Alanna podobna jest trochę do książki Ożogowskiej, Dziewczyna i chłopak, czyli heca na 14 fajerek, czułam się, jakbym wróciła z powrotem do dzieciństwa! No i oczywiście, przez cały czas nie mogłam przestać zastanawiać się, co się stanie, gdy bohaterka podrośnie i jej ciało zacznie się zmieniać - jak ona zamierza to ukrywać?!

Trzeba jednak przyznać, że to zdecydowanie książka dla młodszych czytelników - została napisana bardzo prostym językiem, nie ma w niej wielu opisów świata przedstawionego, kreacja bohaterów pozostaje na niezbyt wyszukanym poziomie, całość jest taka... niewymagająca, a przy okazji motyw dziewczyny, która na przekór wszystkim nie podąża z góry narzuconą jej drogą, jest już w naszych czasach mocno wyeksploatowany. Na pewno w 1983 roku, kiedy Alanna ukazała się po raz pierwszy, historia małej rycerki mogła wywołać dużo większe poruszenie, jednak teraz, kiedy co miesiąc pojawiają się nowe propozycje naprawdę świetnych powieści fantasy, wypada raczej blado.

Niemniej jednak, jeśli macie ochotę na przyjemną, niewymagającą lekturę albo chcecie poznać klasykę gatunku, zdecydowanie powinniście sięgnąć po powieść Tamory Pierce, a także zachęcić do niej swoje pociechy. Sama chętnie poznam dalsze losy naszej odważnej rycerki i domyślam się, że autorka jeszcze nie raz nas zaskoczy!

Holly Black - Żelazna kraina

Kaye stara się pogodzić ludzkie życie ze swoją magiczną naturą, jednak spokoju nie daje jej myśl, że tak naprawdę jest tylko podrzutkiem, który zajął miejsce prawdziwej Kaye. W dodatku jej relacja z Roibenem zostaje wystawiona na ciężką próbę, gdy Elf zasiada na tronie Dworu Termitów, a dziewczyna, pod wpływem grzybowego wina, podejmuje pewną nieprzemyślaną i opłakaną w skutkach decyzję. 

Stosunki między Dworem Termitów i Cnymi Elfami stają się coraz bardziej napięte, nad głową nowego króla wisi groźba wojny, a wszystko komplikuje fakt, że królowa Silarial była kiedyś nie tylko władczynią, ale także ukochaną Roibena.

Jak dotąd ani Zła królowa, ani Serce trolla (czyli pierwsza i druga część trylogii Elfy ziemi i powietrza) nie zrobiły na mnie niesamowicie dobrego wrażenia. Chaotyczny styl pisania, płaskie postaci, bezosobowe relacje i niewyraźne emocje, które Black zaserwowała nam w swoich pierwszych książkach, zdecydowanie nie oddawały pełni jej potencjału. Ale wtedy nadeszła Żelazna kraina i nagle poczułam się, jakbym czytała zupełnie inną historię! Przeskok między poziomem tej książki, w porównaniu do dwóch poprzednich, był tak niesamowity, że większość czytania spędziłam na zachwyceniu się tym, jak dużo lepsza okazała się ostatnia część!

Wszystkie postaci nabrały wyraźnych kształtów, stały się bardziej rzeczywiste i ciekawsze, zaczęły mieć charakter, głębsze przemyślenia. Wreszcie mogę z czystym serduszkiem stwierdzić, że poczułam emocje i relacje między bohaterami, a ich problemy zaczęły mnie obchodzić. Widać tu też w końcu prawdziwą Black, jej przepięknie wykreowany świat i zachwycające opisy magicznych stworzeń oraz miejsc, które tak kocham!

Całość została dużo lepiej napisana, nie uświadczymy tu chaosu, który cechuje poprzednie części, dzięki czemu książkę czyta się bardzo przyjemnie, a przy okazji dalej niesamowicie szybko - to akurat umiejętność, którą Black może się pochwalić od samego początku swojej kariery - z jakiegoś powodu jej historie po prostu się połyka (nawet te, które pod innymi względami pozostawiają wiele do życzenia). 

Przyznaję, że bałam się powrotu do Kaye w roli głównej bohaterki, bo po Złej królowej nie miałam o niej zbyt dobrego zdania i nie darzyłam żadnym ciepłym uczuciem. Ale tutaj też czekała mnie miła niespodzianka! Dziewczyna staje się w tej części dużo przyjemniejszą i o wiele bardziej złożoną postacią - wreszcie widać w niej jakąś głębię, emocje, rozdarcie i naprawdę, naprawdę można zacząć ją lubić. Co prawda Roiben dalej nie do końca mnie przekonuje, ale i tak jest o niebo lepszy i wyraźniejszy niż wcześniej, a cały wątek miłosny nabiera rumieńców. W dodatku nadanie dużej roli Corny'emu okazało się świetnym rozwiązaniem, a jego losy bardzo mnie zaciekawiły. 

Sama fabuła ma swoje lepsze i gorsze momenty - w niektórych emocje biorą nad nami górę, w innych akcja znacznie spowalnia i nieszczególnie absorbuje czytelnika. Główna intryga może nas kilka razy zaskoczyć, nawet jeśli znamy jej zakończenie z Okrutnego księcia. Równie ciekawe okazują się poboczne historie, chociaż muszę przyznać, że rozwiązanie niektórych z nich pozostawia pewien niedosyt. W Żelaznej krainie wszystkie wątki trylogii łączą się ze sobą, fundując nam satysfakcjonujące zakończenie (a przy okazji możemy dowiedzieć się o dalszych losach całej rzeszy bohaterów!). Natomiast niekwestionowaną wisienką na torcie jest opowiadanie na końcu książki, które nawiązuje do naszego ukochanego Okrutnego księcia

Jeśli czekaliście na prawdziwą Black, którą wszyscy znamy i uwielbiamy - oto nadszedł ten moment. Czytanie Żelaznej krainy sprawia ogromną przyjemność - nie tylko w porównaniu do poprzednich części Elfów ziemi i powietrza. Nie jest to historia idealna i wciąż trochę brakuje jej do opowieści o Jude i Cardanie, ale na pewno nie zawiedzie nikogo, kto czekał na emocjonujące zakończenie trylogii.

Andy Weir - Projekt Hail Mary

Jeśli zachwycił Was Marsjanin (nieważne, czy w wersji książkowej, czy filmowej - obydwie są naprawdę świetne!), nie możecie przejść obojętnie obok nowej książki Weira, Projekt Hail Mary. Mówię Wam, to cudeńko jest warte każdej poświęconej mu sekundy!

Kiedy Ryland Grace budzi się na statku kosmicznym, okazuje się, że z całej załogi przeżył tylko on. Teraz losy świata spoczywają jedynie na jego barkach. Szkoda tylko, że Grace stracił pamięć i nie zdaje sobie z tego sprawy... Nie ma nawet pojęcia, jak się nazywa, a co dopiero, jak znalazł się w kosmosie ani tym bardziej, że jego misją jest uratowanie Ziemi przed dramatycznym końcem istnienia całej ludzkości!

Stwierdzenie, że nie spodziewałam się rozwoju wydarzeń, który nastąpił w Projekcie, byłoby niedopowiedzeniem roku! Fabuła książki jest niezwykle zaskakująca, Weir wbił mnie w fotel już na samym początku, a każde kolejne wydarzenie tylko potęgowało moje zdumienie i uwielbienie dla jego historii. Nie chcę Wam psuć niespodzianki, więc nie zamierzam w żaden sposób uchylać rąbka tajemnicy, ale dla fanów kosmosu będzie to zdecydowanie fascynująca przygoda!

Powieść ma bardzo ciekawą budowę - kiedy Rylandowi powoli powracają wspomnienia, za każdym razem łączą się one bezpośrednio z tym, co akurat dzieje się w jego teraźniejszości. Dzięki temu na bieżąco odkrywamy razem z naszym bohaterem kolejne elementy układanki, które wypływają z odmętów jego pamięci i coraz bardziej przybliżają nas do poznania całej historii.

Jednym z najbardziej zachwycających aspektów powieści Weira jest niekwestionowanie jego cudowny humor. Nie zliczę nawet, ile razy śmiałam się sama do siebie podczas czytania tej książki - na szczęście żarty autora bawią równie mocno, co w Marsjaninie. Kolejnym ogromnym plusem jest kreacja głównego bohatera. Grace jest niezwykle charyzmatycznym i błyskotliwym gościem, który sypie z rękawa zabawnymi spostrzeżeniami, a jego komentarze zawsze trafiają idealnie w punkt. 

Książka pełna jest naukowych pojęć z zakresu biologii, chemii, astrofizyki i inżynierii, a także zjawisk, które koniecznie muszą być rozpatrzone w przypadku podróży kosmicznych, takich jak na przykład dylatacja czasu. Każde z nich zostało dokładnie i bardzo przystępnie wytłumaczone, a autor w wielu kwestiach zasięgał opinii specjalistów, żeby stworzyć jak najbardziej realną wizję. Moim zdaniem to kolejny cudowny aspekt książek Weira, ale jeśli do kogoś nie przemawiają tego typu motywy, może się okazać, że powieść będzie dla niego nieco męcząca.

Projekt Hail Mary oferuje nam wszystko, co najlepsze - świetną rozrywkę, wciągającą przygodę, zapierającą dech w piersiach wizję kosmicznych podróży, ogromną dawkę dobrego humoru, dramatyczne momenty wstrzymujące akcję serca i takie, które wzruszą nas do łez. Główny motyw powieści początkowo wydaje się podobny do tego z Marsjanina (oto samotny człowiek musi przeżyć w najbardziej niegościnnym dla człowieka środowisku, jakim jest odległy kosmos), ale Weir przechodzi samego siebie, tworząc nową, niesamowicie ciekawą i zachwycającą historię!

Dan Simmons - Pieśń bogini Kali

Nie mogę się niestety nazwać pełnoprawną fanką Simmonsa, ponieważ większość jego twórczości jeszcze przede mną, natomiast Hyperion i jego kontynuacja szturmem zdobyły moje serduszko i awansowały na listę najlepszych książek, jakie zdarzyło mi się czytać. Dlatego, gdy tylko dowiedziałam się o nowym wydaniu debiutanckiej powieści autora, wiedziałam, że jest to pozycja, obok której nie będę w stanie przejść obojętnie!

Kilka lat temu Das, jeden z najznamienitszych indyjskich poetów, zaginął bez wieści i wkrótce został uznany za zmarłego. Jednak nagle pojawia się informacja o poemacie, który... prawdopodobnie jest pisany jego ręką. Robert Luczak wyrusza wraz z rodziną do Kalkuty, by zdobyć prawa do publikacji utworu w amerykańskim czasopiśmie. Przy okazji zamierza również napisać artykuł o swojej podróży i "śledztwie", które ma na celu odkryć, czy sławny poeta naprawdę powstał z martwych, czy może ktoś się za niego podszywa. Luczak nie wie jeszcze, że zadanie okaże się dużo trudniejsze, niż się spodziewał, ani że Kalkuta lat 70. jest nieprzyjaznym miejscem, w którym wciąż sprawują władzę starzy bogowie.

Pierwszym, co przyciąga naszą uwagę w Pieśni bogini Kali, są niesamowicie obrazowe opisy miasta - Simmons wie, jak odpowiednio przedstawić miejsce akcji, by oddać jego niepokojący klimat. Pióro autora kreśli przed nami obrazy ludzi brodzących w śmieciach, wszechobecnego brudu, agresji, biedy, rozpadających się budynków i baraków, w których na porządku dziennym zdarzają się przerwy w dostawach prądu (w miejscach, gdzie w ogóle czasem jest prąd), wiecznego zgiełku i chaosu. Wszystko to doprawione zostało dawką wierzeń, przesądów i innych ciekawych aspektów indyjskiej kultury oraz historii, które tylko zachęcają do tego, żeby dowiedzieć się więcej na własną rękę.

Równie intrygująco prezentują się w powieści elementy horroru. Czy można w ogóle wybrać w tym celu postać lepszą od "Najgroźniejszej z Wcieleń, Pożeraczki Dusz, Straszliwej Żony Śiwy"? Przecież już sam opis bogini Kali brzmi zachwycająco (jeśli cieszą Was mroczne, makabryczne motywy - a zakładam, że tak właśnie jest)! A jakby nie wystarczył sam fakt, że wizje Simmonsa są niesamowicie sugestywne i mrożące krew w żyłach, to autor uderzył jeszcze w tony, które szczególnie do mnie przemawiają i najbardziej przerażają - do tego stopnia, że gdy skończyłam czytać książkę w nocy, bałam się, że w każdym ciemnym kącie zaraz pojawi się makabryczna postać Kali! Nawet teraz, kiedy na nowo widzę jej obraz przed oczami, znowu zaczynam czuć ten sam niepokój!

W Pieśni widoczny jest również motyw, który bardzo u Simmonsa lubię - mianowicie opowieść w opowieści. Autor potrafi snuć historie tak wciągające, że czytelnik czuje się, jakby to on sam siedział przed opowiadającym je bohaterem i słuchał relacji z jego ust. I tak jest także tutaj! Gdy jedna z postaci zaczęła swoją historię, po prostu nie mogłam się od niej oderwać!

Jeśli chodzi o samych bohaterów, to autor niestety nie poświęca zbyt wiele czasu na ich kreację, natomiast uważam, że Amrita, żona Luczaka, jest bardzo ciekawą postacią, a jej uwagi i rozmowy z głównym bohaterem są niesamowicie błyskotliwe i przyjemne.

Mimo że Pieśń bogini Kali jest debiutem Simmonsa, już tutaj czuć charakterystyczną dla niego manierę pisania, widać smykałkę, z jaką buduje duszną, ciasno oplatającą czytelnika atmosferę, i wyjątkowy sposób, w który prowadzi zarówno główną historię, jak i opowieść w opowieści. Co prawda nie mogę się pozbyć wrażenia, że czasami brakowało tu czegoś... więcej, a historia wydaje się trochę niedokończona, ale wciąż jest to powieść, którą mogę z czystym serduszkiem polecić zarówno w pełni ukształtowanym, jak i przyszłym fanom Simmonsa (zakładam, że nie będzie to jedyna jego książka, po którą sięgniecie!).