Hafsah Faizal - Łowcy płomienia

Dobra i czysta jak łza Łowczyni, która codziennie naraża życie, by wykarmić mieszkańców swojej wioski. I przerażający asasyn, morderca niewinnych, Książę Śmierci, którego dłonie są tak splamione krwią, jak jego serce przepełnione jest mrokiem. Ich losy splotą się ze sobą podczas niebezpiecznej podróży przez wyspę Sharr, pustynne serce wszelkiego zła, zepsucia i klątwy, która odebrała ludziom magię i pogrążyła ich świat w chaosie.

Uuuu, jak to ładnie brzmi, prawda? Dodajcie do tego jeszcze magiczny klimat starożytnej Arabii, mistyczne stwory ze starych arabskich baśni, słodki wątek miłosny, przyjemne postaci i ciekawą historię, a Łowcy płomienia brzmią jak książka idealna. Niestety, mam względem niej mieszane odczucia. Z jednej strony podobało mi się to wszystko, o czym napisałam wyżej. Ale z drugiej... wykonanie jakoś tak siadło.

Mamy tu cudowny świat, oryginalny, bo nieczęsto zdarza się, żeby ktoś nawiązywał do mitologii arabskiej (dobra, była Buntowniczka z pustyni, ale to tylko jedna taka książka). Jest to świat ze swoją własną historią, geografią i tajemnicą, która od dziesięcioleci nie została rozwikłana. A klimatu dodaje mu jeszcze las Arz, który jest pogrążony we wiecznym mroku i ciągle się rozrasta, pochłaniając przylegające do niego wioski.

System magiczny jest... bez szału, ale całkiem okej. To znaczy, nie ma w nim nic oryginalnego, ale daje duże pole do popisu. Faizal udało się wykreować przemiłe i zabawne postaci, które grzeją serduszko (niestety nie wszystkie, bo są tu też postaci nijakie i mdłe, których imion nawet już nie pamiętam, a skończyłam to czytać wczoraj).

Do tego dostajemy jeszcze uroczy wątek miłosny, który co prawda niczym nie zaskakuje, ale... zresztą wiecie, jak to jest z tymi historiami miłosnymi w literaturze ya - niby wszystkie są takie same i od początku wiemy, jak to się potoczy, ale dalej czekamy z zapartym tchem na każdą jedną sytuację, kiedy nasza główna para zostaje sama i udaje, że nic między nimi nie ma, a jednak jest, ale może nie, a co jeśli tak.

W takim razie, co mi się tu nie podoba?

Najbardziej w książkach nienawidzę tych nierealnych sytuacji, kiedy wokół dzieje się wartka akcja, ale bohaterowie zawsze mogą w międzyczasie swobodnie porozmawiać o pogodzie, albo spojrzeć sobie głęboko w oczy. Na przykład w momencie, w którym są atakowani, mają czas, żeby przeprowadzić rozmowę, rzucić kilka zabawnych uwag i dopiero wtedy nagle przypomina im się, że "halko, tak w ogóle to jesteśmy atakowani", a wróg najwyraźniej czeka grzecznie aż do tego momentu i uprzejmie przysłuchuje się wymianie zdań.

Dodam do tego jeszcze irracjonalne i drażniące zachowanie bohaterów (szczególnie głównej bohaterki, której odpowiedzią na wszystko jest "hmm to może teraz ucieknę. Ale potem jednak wrócę"). A przy okazji, jest takim niby przekoksem, Łowcą, który chronił wszystkich ludzi w wiosce przed śmiercią i tak dalej, a na samym początku autentycznie co chwilę trzeba ją ratować z opresji.

Ale tak naprawdę to, co raziło mnie najbardziej, to niedoróbki i niedociągnięcia. Nieładna składnia zdań tak strasznie działała mi na nerwy. Zakładam, że to wina tłumaczenia, bo niektóre zdania brzmiały, jakby je żywcem przepisano z angielskiego na polski.

Dobra. Może Was zaskoczę, ale pomimo tych wszystkich niefajnych rzeczy, które raziły moje oczy i raniły serduszko, Łowcy tak naprawdę całkiem mi się podobali. Wpadłam po uszy w ten mroczno-fantastyczny klimat. Na tyle, że dalej myślę o tej książce i najchętniej od razu przeczytałabym drugą część.

Jenny Blackhurst - Noc, kiedy umarła

Cała historia zaczyna się w dzień ślubu Evie. Dziewczyna dopiero co powiedziała "tak" zakochanemu w niej po uszy Richardowi, ma na sobie przepiękną, koronkową suknię ślubną, goście bawią się kilka metrów dalej, wprost wymarzona sceneria... żeby skoczyć z klifu i się zabić. 

Nikt nie jest w stanie zrozumieć, dlaczego Evie postanowiła popełnić samobójstwo. Przecież była szczęśliwa, piękna i pełna życia, miała wszystko, czego dusza zapragnie, a ludzie wprost ją uwielbiali. Tylko Rebecca, jej najwierniejsza przyjaciółka, wie, czemu Evie skoczyła. Ale jeśli myślicie, że podzieli się tą wiedzą z kimkolwiek (w tym z czytelnikiem), to grubo się mylicie. Nikt nigdy nie może odkryć ich tajemnicy.

Tak więc Rebecca jako jedyna wie, czemu doszło do samobójstwa. Jest też całkowicie pewna, że Evie nie żyje (w przeciwieństwie do Richarda, który postanowił za wszelką cenę odnaleźć swoją żonę, albo przynajmniej odkryć, co doprowadziło ją do tak drastycznego kroku). Jednak pewnego dnia niespodziewanie Rebecca dostaje wiadomość od... Evie. 

Blackhurst nie zdradza zbyt wiele na raz, stopniowo rozbudowuje swoją historię, pozwalając nam powoli odkrywać nowe fakty, które coraz bardziej komplikują sytuację, a najlepsze kąski zostawia na sam koniec. Co prawda, w miarę szybko domyśliłam się niektórych "składowych" tej wielkiej tajemnicy. Na szczęście w książce było jeszcze tak dużo innych wątków, wydarzeń i zwrotów akcji, których zupełnie się nie spodziewałam, że nie odebrało mi to radości z czytania. 

Historia jest przedstawiona na dwóch płaszczyznach - teraźniejszości i przeszłości. W teraźniejszości za sprawą Rebecci oglądamy zmagania Richarda, który próbuje rozwiązać zagadkę śmierci  Evie i odkrywa coraz to nowe poszlaki, które każą mu zastanowić się, czy faktycznie ją znał. Oraz zmagania samej Rebecci, która nagle została całkiem sama bez swojej najlepszej przyjaciółki, lepszej połówki, wokół której dotychczas kręciło się jej życie. 

W retrospekcjach natomiast poznajemy głównie przeszłość Evie, o której nie chcę nic mówić, bo wszystko to ma wpływ na historię i Wasze spojrzenie na główne bohaterki, które będzie się zmieniało za każdym razem, gdy poznacie nowe fakty i mroczne tajemnice. A przynajmniej tak było w moim przypadku.

Noc, kiedy umarła była moją pierwszą książką Blackhurst i zdecydowanie zachęciła mnie do dalszej znajomości z autorką. To porządna dawka emocji z dobrą tajemnicą (a raczej kilkoma tajemnicami), zawiła, skomplikowana, wciągająca i taka... niebanalna. A zakończenie było po prostu cudowne!

To jak, chcecie się dowiedzieć, co tak naprawdę wydarzyło się tej nocy, kiedy Evie umarła?

Alex North - Szeptacz

Gdy Rebecca niespodziewanie umiera, ani jej mąż, Tom, ani mały synek, Jake, nie mogą poradzić sobie ze stratą. Ojciec i syn nigdy tak naprawdę nie potrafili odnaleźć wspólnego języka, a teraz zostali na świecie całkiem sami i zdani tylko na siebie nawzajem. 

Tom postanawia wyprowadzić się z dotychczasowego domu, który jest pełen wspomnień i śladów obecności Rebecci, do małego miasteczka Featherbank, w nadziei, że w nowym miejscu uda im się wrócić do normalnego życia. Niestety okazuje się, że gorzej nie mogli trafić, bo miasteczko ma swoją upiorną historię, która właśnie zatacza koło.

Dwadzieścia lat wcześniej w Featherbank zaginęło pięciu małych chłopców. Zanim zostali porwani, skarżyli się, że w nocy pod ich okna zakradał się potwór, który do nich szeptał. Ciała czterech z nich zostały odnalezione, jednak piątego już nigdy nikt nie widział. Ostatecznie porywacz i morderca został zatrzymany i zamknięty w więzieniu. Jednak teraz, dwadzieścia lat po makabrycznych wydarzeniach, znika kolejny chłopiec, który również przed porwaniem słyszał szepczącego przy jego oknie potwora. Czy Szeptacz powrócił? 

Z początku trudno było mi się przekonać do tej powieści, ale potem w pewnym momencie zaskoczyłam i dałam głębokiego nura w historię. Książkę czyta się szybko, jest napisana ładnie i lekko. Autor umiejętnie zbudował napięcie, powoli wprowadzając przyprawiające o ciareczki wydarzenia i postaci, a przed samym punktem kulminacyjnym emocji miałam tyle, że musiałam na chwilkę ją odłożyć, odetchnąć i powtórzyć parę razy "OMG OMG OMG", bo już nie dawałam rady.

Na klimat tej książki składa się tyle strasznych elementów - chłopcy, mieszkający w podłodze, wyimaginowane (czy aby na pewno?) dziewczynki, upiorne głosy i skrzypiące deski, czyli wszystkie rzeczy, które przerażają mnie najbardziej na świecie i które sprawiłyby, że wyprowadziłabym się z nowego domu już po pierwszej nocy. To nie tak, że ta książka to horror (tak naprawdę nie jest nawet straszna i możecie ją spokojnie czytać wieczorem), ale potrafi być naprawdę niepokojąca.

Choć główną postacią jest Tom (który jest też pierwszoosobowym narratorem), moim zdaniem dużo ciekawszy okazał się jego synek. Mały Jake, zamknięty w swoim świecie, otoczony przez wymyślonych przyjaciół, trudny w komunikacji, inny niż "zwykłe" dzieci, nad wiek dojrzały. A przy okazji odrobinę przerażający. Żadna inna postać nie jest tak barwna i ciekawa jak on, chłopiec, który jest niejako osią historii i większości dziwnych, niedających się wyjaśnić wydarzeń. 

Jeśli chodzi o wątek kryminalistyczny, to było go bardzo mało. Dostajemy niewiele informacji odnośnie śledztwa, które przez większość czasu polega głównie na przeczesywaniu okolicy i rozmawianiu z sąsiadami. A potem nagle wszystko zaczyna dziać się błyskawicznie, zagadka rozwiązuje się sama, a końcówka to już po prostu bieg w linii prostej bez żadnych przeszkód, co zupełnie mi się nie podobało. 

Szeptacz jest miłą i przyjemną książką z dawką emocji i adrenalinki, ale niczym więcej. Zdecydowanie nie jest to jakaś super hiper, extra, najlepsza rzecz, jaką w życiu czytałam. Nie jest też wcale tak straszna i przerażająca, jak się spodziewałam. Nie zrozumcie mnie źle, ta książka naprawdę mi się podobała, historia była ciekawa, a do tego autor umiejętnie grał na emocjach czytelnika, ale to tylko niezobowiązująca chwila rozrywki, która nie wywołała u mnie żadnych szczególnych zachwytów. 

Adam Kay - Świąteczny dyżur

Niby do świąt zostało jeszcze półtora miesiąca, ale ja już miałam okazję poczuć ich klimat dzięki nowej książce Adama Kay'a - Świąteczny dyżur. Na początku powiem tylko, że nie czytałam jego pierwszej książki (czemu? nie mam pojęcia, ale muszę to jak najszybciej zmienić!), niemniej jednak zupełnie nie przeszkadzało mi to w delektowaniu się drugą.

Już sam wstęp mnie rozbawił i miałam nadzieję, że dalej będzie tylko lepiej - na szczęście się nie zawiodłam. Kay zręcznie wprowadza nas w okołoświąteczne szpitalne zamieszanie, przedstawiając anegdotki ze swojego siedmioletniego doświadczenia w zawodzie lekarskim (podczas gdy KAŻDE święta spędził na dyżurze), okraszone lekarskimi świątecznymi żarcikami (nic więcej nie powiem, żeby nie psuć Wam zabawy).

Są tu historie zabawne, obrzydliwe (a jednak dalej zabawne!), ale też smutne i głębokie. Ta książka wywołuje całą gamę emocji - będziecie się śmiać, czasem złapie Was wzruszonko, a innym razem ogarnie niepohamowana chęć, żeby palnąć się w czoło i kręcić głową nad ludzką głupotą. Kay pracował na oddziałach ginekologiczno-położniczych, także możecie mieć pewne wyobrażenie o tym, jakiego typu anegdotki mógł zamieścić w swojej książce. Ale nie ograniczał się tylko do swojej specjalizacji, niektóre historie dotyczą ogólnie pracy i warunków w szpitalach, wpływu zawodu lekarskiego na życie osobiste, albo są luźnymi przemyśleniami na temat ludzkości, polityki i życia. A wszystko to zostało przedstawione w formie krótkich, błyskotliwych historyjek, które w głównej mierze będą wywoływać w Was niekontrolowane wybuchy śmiechu (powtarzam, że w głównej mierze, bo było tu też parę mocnych, głębokich i niekoniecznie zabawnych momentów).

Dodatkowo, podczas czytania Świątecznego dyżuru naprawdę ogarnął mnie ten bożonarodzeniowy nastrój (chyba nie do końca taki był zamiar autora, ale jednak!). Świąteczne książki powinno się czytać tylko w święta, bo teraz czeka mnie półtora miesiąca smutnego i niecierpliwego oczekiwania (chyba, że zdążę położyć rączki na poprzedniej książce Kay'a, może wtedy nie aż tak smutnego).

To cudownie zabawna, miła i przyjemna książka, ogromna dawka rozrywki w niewielkiej objętości. Aż żałowałam, że skończyła się tak szybko. Z drugiej strony, jest tam trochę poważnych tematów, ale nie na tyle, żebyście popadli w głęboką zadumę, depresję i nie mogli cieszyć się z zabawnych historii. A szata graficzna jest cudowna, pomysłowa i... również zabawna. Jeśli szukacie szybkiej lektury z dawką dobrego humoru, to Świąteczny dyżur na pewno Was nie rozczaruje. I wcale nie musicie znać się na medycynie, Kay wszystkie nawet najtrudniejsze lekarskie terminy wyjaśnia w jasny (i przezabawny) sposób.

Daria Górka - Aż do śmierci

Opis na tyle okładki mówi, że ta książka "to głos oddany kobietom, które głosu nigdy nie miały".

Które cierpiały w milczeniu. Bo bały się, że nikt im nie uwierzy. Że zostaną uznane za złe żony. Że Bóg odwróci się od nich, gdy postanowią wyrwać się z koszmaru i złamać przysięgę małżeńską. Że odbiorą im dzieci. Bo strasznie wstydziły się swojej bezsilności i "słabości". Bo nie zdawały sobie sprawy z tego, jak niesamowicie naprawdę są silne. 

Powiedzmy sobie szczerze, jak długo bylibyśmy w stanie wytrzymać poniżanie, upokarzanie, pranie mózgu, słuchanie, że jest się nic niewartym śmieciem, bicie, gwałty? I to wszystko w swoim własnym domu, miejscu, które powinno być bezpieczną przystanią pełną spokoju i miłości. A niektóre z tych kobiet znosiły to przez ponad trzydzieści lat!

Ta krótka książka niesie ze sobą tak ogromne pokłady emocji, złości, bezsilności, strachu, bólu, wstydu. Osiem kobiet przedstawia w niej swoje potworne historie, opowiada o tym, jak przez lata były traktowane gorzej od rzeczy, jak były bite, zmuszane do prostytucji, cięte nożami(!). Pokazuje rany na ich ciałach, ale też dużo gorsze - rany na duszy, które być może już nigdy do końca się nie zagoją. W końcu lata spędzone w cierpieniu doprowadziły bohaterki tej książki do ostateczności, do finałowego aktu zrodzonego z desperacji, kiedy postanowiły się obronić i zabiły swoich oprawców. 

Teraz odsiadują wyroki za morderstwo. Daria Górka nie próbuje umniejszać ich roli jako morderczyń. Zresztą, żadna z nich też nie. Wszystkie zgodnie twierdzą, że zasłużyły na karę. Że zabójstwo nie było rozwiązaniem ich problemów. 

Racjonalni ludzie będą zadawać pytania "Czemu wcześniej czegoś z tym nie zrobiły?", "Czemu nie odeszły, zanim było za późno?". W końcu są infolinie, są placówki, które pomagają ofiarom przemocy domowej. I właśnie na te pytania Górka szuka odpowiedzi w swojej książce. Próbuje zrozumieć, co kierowało tymi kobietami, odnaleźć ich perspektywę.

Łatwo nam mówić, że "na ich miejscu zachowalibyśmy się inaczej". Ja sama chciałabym myśleć, że gdybym kiedykolwiek spotkała się z przemocą ze strony mojego partnera/męża, zareagowałabym od razu, rzuciła to wszystko i odeszła. Ale tak naprawdę nikt, kto nie był w takiej sytuacji, nie wie, jak by się zachował. Mam nadzieję, że nigdy się w niej nie znajdę i Wam również życzę, żebyście nie musieli na własnej skórze doświadczać takiego horroru. Ale z tego powodu prawdopodobnie nigdy nie będziemy mogli na prawdę odpowiedzieć sobie na te pytania.

To bardzo mocna i przejmująca pozycja, wzbudzająca w czytelniku wiele emocji. Niektóre zdania autentycznie sprawiały, że krew mnie zalewała. Inne doprowadzały mnie do łez. Oprócz wywiadów ze skazanymi kobietami, Górka umieściła w książce również wypowiedzi psychologów, pracujących z ofiarami przemocy domowej, strażników w więzieniach dla kobiet, prawnika, który zajmuje się między innymi ich obroną w sądzie. 

Moje główne przemyślenia po lekturze Aż do śmierci? Takie sytuacje zdarzają się zdecydowanie zbyt często. Być może nawet w naszym najbliższym otoczeniu. Może po prostu nie zdajemy sobie z tego sprawy. Ale jeśli kiedykolwiek zauważycie takie przesłanki u kogoś z Waszych najbliższych, Waszych sąsiadów, albo nawet przypadkowych ludzi na ulicy, nie stójcie bezczynnie. Reagujcie. Nie ma wymówek, że "to ich życie", że "nieładnie się wtrącać". Nieładnie jest prać swoją żonę po mordzie. Nieładnie jest pozostawać obojętnym.

Chciałabym, żeby jak najwięcej osób przeczytało tę książkę, bo w naszym społeczeństwie istnieje niestety takie przeświadczenie, że o brzydkich rzeczach nie powinno się mówić otwarcie. Że coś, co dzieje się za zamkniętymi drzwiami, to nie nasza sprawa. A Aż do śmierci otwiera nam oczy na wielkie dramaty, które nie mają prawa bytu. I które mogłyby się zakończyć dużo mniej dramatycznie, gdyby ich ofiary (tak, te morderczynie to dalej ofiary) w porę otrzymały pomoc. 

Aleksandra Stanisławska, Piotr Stanisławski - Fakt, nie mit

Z całego serduszka kocham książki, które w przystępny sposób tłumaczą zawiłe i często niezrozumiałe dla zwykłego śmiertelnika naukowe niuanse. Uwielbiam też książki, które uczą mnie nowych rzeczy i otwierają oczy na sprawy, o których nigdy wcześniej nie słyszałam, a które są naprawdę ciekawe (jak na przykład chemtrails - wygooglujcie to sobie).

I to wszystko jest w tej książce! Po pierwsze, jest napisana tak lekko i zabawnie, że autentycznie, śmiałam się co drugi akapit i czytałam ulubione fragmenty na głos mojemu bratu, aż w którymś momencie zaczęłam mu po prostu czytać całą książkę jak leci. Po drugie, wszystkie te naukowe aspekty są bardzo ładnie przedstawione, tak by zrozumiało je szerokie grono odbiorców.

A po trzecie, książka nie porusza jakichś dziwnych tematów z kosmosu, które zupełnie nas nie dotyczą (chociaż nie mam nic do kosmosu, to też bardzo ciekawe miejsce), tylko bieżących, bardzo kontrowersyjnych i wzbudzających wiele sprzecznych emocji spraw. Czy szczepionki to faktycznie zło, które zabija dzieci? Czy pomidory GMO zaszczepią w naszym DNA zmutowane komórki? I czy mikrofalówka może nas napromieniować i zmienić w kolejnych zielonych, napakowanych Hulków? Nie jesteście do końca pewni? W takim razie lećcie do księgarni!

Ale tak naprawdę nie chodzi tutaj tylko o interesujące ciekawostki i bzdurne pseudonaukowe teorie, które bawią do łez. Bardzo chciałabym, żeby ta książka otworzyła ludziom oczy na to, że niektóre rzeczy, które robimy są naprawdę złe, szkodliwe i niezdrowe, ale nie chcemy słuchać o ich negatywnym wpływie. A z drugiej strony, jak na ironię, panicznie boimy się rzeczy, które nie są w stanie nas skrzywdzić.

Oczywiście, książka ta podobała mi się tak niesamowicie, ponieważ w każdej jednej kwestii zgadzam się z jej autorami. Natomiast wielcy fani teorii spiskowych, antyszczepionkowcy, antyGMOwcy i płaskoziemcy na pewno okrzykną ją herezją i kłamstwem. Teorie spiskowe i różnej maści pseudonauki to dla mnie w ogóle tak przezabawna sprawa. Robiłam na studia prezentację o płaskoziemcach i byłam autentycznie oczarowana tym, jak głupie rzeczy mogą przyjść ludziom do głowy i jak jeszcze głupszymi rzeczami mogą je tłumaczyć.

Przepraszam, jeśli właśnie uraziłam czyjeś przekonania, ale w tym temacie będę akurat bardzo stronnicza. Tym bardziej, że trochę już słyszałam o rzeczach, o których traktuje ta książka (kłaniają się moje cudowne studia) i mogę Wam potwierdzić, że państwo Stanisławcy nie kłamią. A jeśli nie ufacie moim naukowym kompetencjom (nie winię Was), to może przekona Was fakt, że podczas pisania autorzy konsultowali się z legitnymi naukowcami z różnych polskich uczelni, którzy znają się bardziej niż pan z facebooka.

Zdecydowanie jest to pozycja, którą wcisnę wszystkim znajomym (bo jest super śmieszna i ciekawa!) i mojej mamie, bo nasze batalie na temat jajek bez GMO (które ona każe mi kupować, a których ja nie czuję potrzeby kupować, bo to tylko chwyt marketingowy) na razie nie zostały rozstrzygnięte.

Polecam ją wszystkim, którzy chcą pozbyć się bezpodstawnych obaw, rozsiewanych przez podejrzane stronki internetowe, wszystkim, którzy chcą utwierdzić się w przekonaniu, że dobrze zrobili, szczepiąc swoje pociechy, a także tym, którzy chcą po prostu pośmiać się, czytając, jak to światowy rząd kontroluje nasze umysły.

Soren Sveistrup - Kasztanowy ludzik

Kasztanowy ludzik wciągnął mnie od pierwszej strony. To nie jedna z tych historii, gdzie akcja rozwija się powoli i momentami może być trochę nużąca. Już od samego początku dostajemy ogromną dawkę napięcia, makabrycznych scen i emocji. 

Kiedy pierwsza kobieta zostaje zamordowana w swoim własnym ogródku, a śledczy znajdują przy jej zwłokach figurkę z kasztanów, nikt jeszcze nie wie, jak poważna okaże się ta sprawa. Ciało jest zmasakrowane, widać, że ofiarę torturowano przed śmiercią, jednak nie to sprawia, że morderstwo staje się nagle tak sensacyjne. Okazuje się bowiem, że ma powiązania z głośną sprawą porwanej rok wcześniej dwunastoletniej córki pani minister, której ciała (to znaczy dziewczynki, nie pani minister) nigdy nie odnaleziono. I że nie będzie to jedyne morderstwo, podczas którego pojawi się kasztanowy ludzik.

Do sprawy zostają przydzieleni Naia Thulin i Mark Hess. Ona nudzi się w zacofanym wydziale zabójstw i stara o przeniesienie do walki z cyber-przestępczością. On zostaje za bliżej nieokreślone uchybienia oddelegowany z Europolu z powrotem do Kopenhagi, która kojarzy mu się jedynie ze smutną przeszłością. Ta sprawa będzie dla nich i dla całej policji ogromnym wyzwaniem. Wydaje się, że morderca cały czas jest o krok przed śledczymi, manewruje nimi, podrzuca im fałszywe tropy i doskonale bawi się ich kosztem. 

Przyznaję bez bicia, że nie jestem największym znawcą kryminałów, więc moja opinia może być zawyżona, ale nie mogłam doszukać się w tej książce żadnych negatywów. Napięcie było umiejętnie budowane, komplikująca się coraz bardziej intryga nie pozwalała oderwać się od historii. Zakończenie jest tak emocjonujące, że ostatnie rozdziały pochłaniałam w środku nocy, żeby już w końcu dowiedzieć się wszystkiego! Rozwiązanie, którego nie spodziewałam się tak naprawdę do ostatniej chwili, spójnie połączyło ze sobą wszystkie wątki. A przy okazji ten klimat smutnej, szarej, jesiennej Kopenhagi, ciągle zalanej strugami deszczu, tak idealnie pasował do historii, która też jest zdecydowanie ponura. 

Co do bohaterów, to nie zapałałam do nich jakąś szczególnie wielką miłością, ale wydaje mi się, że to specjalny zabieg Sveistrupa. Nie mówi zbyt wiele o ich życiu, czy przeszłości, chociaż drobne hinty mają nas nakierować na to, że raczej nie było im łatwo. Zarówno Thulin, jak i Hess są indywidualistami, zamkniętymi w sobie, bez przyjaciół, trochę odpychającymi i ekscentrycznymi, ale równocześnie bardzo oddanymi pracy i dobrymi w tym, co robią. Wcale nie przeszkadzał mi fakt, że ich prywatne życie nie było jakoś szczególnie rozkładane na czynniki pierwsze, bo dzięki temu mogłam bardziej skupić się na głównej historii, ale z drugiej strony autor naprawdę umiejętnie wykreował swoich głównych bohaterów, operując jedynie niewielką dawką informacji na ich temat.

Przeczytałam wiele opinii, że to idealna książka na jesienny wieczór. Moim zdaniem, to idealna książka na każdy wieczór, popołudnie czy poranek, niesamowicie wciągająca, klimatyczna, bardzo dobrze napisana. Na pewno zafunduje Wam dużą dawkę emocji i doskonałą rozrywkę. 

Guillaume Bailly - Nekrosytuacje. Perełki z życia grabarza

Na początku muszę przyznać, że po prostu kocham czarny humor. Dlatego, kiedy zobaczyłam zapowiedź Nekrosytuacji, pomyślałam, że oto powstała lektura wprost idealna - bo i okładka piękna, i środek zapowiada się tak kusząco, a w dodatku została napisana przez autentycznego, prawdziwego grabarza! Już wyobrażałam sobie, jak to będę się śmiała w głos z tych wszystkich czarnych żartów, bo nie ukrywajmy, ale cmentarze to temat rzeka, jeśli o takie żarty chodzi (mam nadzieję, że nie zabrzmiałam strasznie źle).

Niestety, przez większość czasu między mną a książką panowała martwa (hehe) cisza. Znalazło się w niej co prawda parę śmiesznych historii (na przykład wzmianki o zombie, czy mówiłam już, że kocham zombie?), ale zdecydowana większość wcale nie poprawiała humoru. Wręcz przeciwnie. Znalazły się tam historie naprawdę smutne. A jeśli nie smutne, to przynajmniej skłaniające do refleksji. 

Jak to w ogóle wygląda? Bailly serwuje nam koło kilkanastu historii i anegdotek z własnego życia lub zaczerpniętych z opowieści kolegów po fachu. Niektóre mają kilka stron, inne kilka zdań, czasem to jakiś grabarski "żarcik", albo zdanie, które grabarze słyszą zdecydowanie za często. Tak jak powiedziałam, faktycznie pojawiło się w książce parę "perełek", przy których parskałam śmiechem, ale były też historie zupełnie nieśmieszne i takie, których w ogóle nie zrozumiałam. Wiecie, parę zdań bez żadnej puenty, bez których książka nic by nie straciła.

Nekrosytuacje czyta się bardzo szybko i to duży plus! Nie były co prawda aż taka potworne, żebym modliła się, żeby jak najszybciej skończyć, ale też na szczęście nie poświęciłam na nie zbyt dużo czasu. Możecie machnąć całą książkę w dwie godzinki, albo czytać sobie po dwie-trzy anegdotki na raz, bo nie są ze sobą w żaden sposób powiązane. Książka jest napisana w bardzo przystępnej formie, prosto, ale ładnie. Bez zbędnego rozkładania wszystkiego na czynniki pierwsze. Bailly w sumie zazwyczaj nawet nie komentuje swoich historii, pozostawiając nas sam na sam ze swoimi wnioskami i przemyśleniami.

Można się z niej dowiedzieć na pewno wielu ciekawych rzeczy o tym, jak wygląda praca grabarza (na przykład, że to niekoniecznie zgarbiony staruszek z trzema włosami na krzyż, który śpi na cmentarzu, a groby kopie pod osłoną nocy przy upiornym pohukiwaniu sowy). Okazuje się, że to zawód jak każdy inny. Chociaż niekoniecznie, bo jest przecież tak poważnie obciążający psychicznie. Grabarze codziennie muszą obcować ze śmiercią, stratą, rozpaczą. I właśnie to ostatecznie uświadomiła mi ta książka - że zawód grabarza jest potwornie trudny i niedoceniany. A przecież nikt z nas nie chciałby być na ich miejscu.

Podsumowując - jeśli chcecie śmiać się do łez przez całe 250 stron książki, to... wybierzcie inną książkę. Natomiast, jeśli taki temat choć trochę Was interesuje i chcecie się dowiedzieć nowych rzeczy, to to zdecydowanie jedna z nielicznych pozycji w tej tematyce, więc powinniście po nią sięgnąć. Przy okazji, to też swojego rodzaju portret psychologiczny. Naprawdę dobrze pokazuje, jak ludzie radzą sobie (albo właśnie nie radzą) ze stratą bliskich.

@booksoverhoes