C.L. Taylor - Teraz zaśniesz

"Siedmiu gości. Siedem sekretów. Jeden zabójca." 

Te sześć słów na okładce sprawiło, że byłam sprzedana. Autentycznie. Już od samego początku. A w dodatku miałam skojarzenie z "The Hateful Eight" Tarantina, a ja naprawdę kocham Tarantina! Z każdą kolejną stroną było tylko lepiej. Przeczytałam całą książkę w trzy godziny. Serio. Wciągnęłam się od razu i nie byłam w stanie oderwać się od niej, dopóki nie poznałam już jej sekretu.

Anna musi żyć z poczuciem winy tak ogromnym, że nawet nie jest w stanie spać. Jeden moment, jedna pomyłka sprawiała, że jej idealne, stabilne życie rozpadło się na milion kawałeczków. To samo stało się zresztą z jej psychiką, nie potrafi sobie poradzić z traumą, zamyka się na najbliższych. A potem zaczyna jej się wydawać, że ktoś ją śledzi, obserwuje i prześladuje. 

Dlatego postanawia zmienić swoje życie o 180 stopni, porzuca ambitną karierę i wyjeżdża na szkocką wyspę Rum, malusieńką, odciętą od reszty świata, na której jest tylko trzydziestu jeden mieszkańców, jedna szkoła, licząca czterech uczniów i jeden hotel, w którym to Anna zaczyna pracować. 

Okazuje się jednak, że jej złe fatum podąża za nią nawet na ten zapomniany koniec świata. W hotelu zatrzymuje się siedmiu gości i Anna jest pewna, że jeden z nich nie przyjechał tam, żeby beztrosko wędrować po górzystych terenach Rumu. Przybył tylko i wyłącznie z jednego powodu - żeby zakończyć jej życie. 

Ta atmosfera strachu, tajemnicy i ciągłej potrzeby oglądania się przez ramię, wprawia czytelnika w tak mroczny nastrój. Wszyscy goście są podejrzanymi w tej łamigłówce, a raczej grze o życie. Nikomu nie można ufać. Będziecie razem z Anną analizować każde najbardziej niewinne słowo, każdy mniej lub bardziej podejrzany gest. Z czasem okaże się, że goście hotelu mają swoje problemy i mroczne lub smutne tajemnice, które po kolei zaczną wypływać na światło dzienne, zmieniając Wasze zdanie o bohaterach, rzucając na nich nowe podejrzenia. 

Przyznaję, że do samego końca nie mogłam zdecydować, kto wydaje mi się najbardziej prawdopodobnym podejrzanym. Momentami miałam takie "aha! to na pewno on/ona!", a potem w kolejnej chwili nie byłam już tego taka pewna. Dodatkowo, różne wydarzenia na wyspie bardzo komplikują życie mieszkańców hotelu i narażają ich na dużo ekstremalnych sytuacji, w których zachowują się bardzo... niepokojąco. 

Książkę czyta się na jednym wdechu, wydarzenia rozgrywają się na naszych oczach w niesamowitym tempie, a do tego cały czas towarzyszy nam uczucie niepokoju, powoli zaciskające się na naszych serduszkach. Potrzebuję więcej książek takich jak Teraz zaśniesz! Zdecydowanie nie zawiodła moich oczekiwań, dostarczyła mi ogromnej dawki emocji, dreszczyku na pleckach i wszystkiego tego, co powinny fundować nam thrillery!

Aha, no i ostatnie strony sprawiły, że ten niepokoik, który towarzyszył mi podczas czytania, wcale nie zniknął...

***
Recenzja
Teraz zaśniesz
C.L. Taylor

Lucinda Riley - Sekret Heleny



Helena odziedzicza po swoim ojcu chrzestnym domek na Cyprze o wdzięcznej nazwie Pandora i postanawia spędzić tam wakacje ze swoją rodziną. Powraca więc w miejsce, w którym była ostatnio jako nastolatka, ponad dwadzieścia lat temu, i w którym przeżyła swoją pierwszą wielką miłość. Na Cypr zamierza przyjechać też całkiem spora grupa mniej lub bardziej lubianych przyjaciół, znajomych i członków rodziny, co będzie stanowiło wybuchową mieszankę. 

Sytuacja życiowa Heleny jest troszkę zagmatwana. Od dziesięciu lat ma idealnego, kochającego męża, któremu urodziła dwójkę słodkich dzieciaczków. Ale ma też starszego syna, Alexa, i nigdy nie zdradziła nikomu, kto jest jego ojcem. Dodatkowo, jej mąż ma córkę z poprzedniego małżeństwa, z którą kontakty bardzo utrudnia wredna była żona. 


Po przyjeździe na Cypr w życiu Heleny pojawia się na nowo Alexis, jej wielka miłość. Przez te ponad dwadzieścia lat od ich ostatniego spotkania zdążył się ożenić, spłodzić synów, prowadzić rodzinną winiarnię, potem zostać wdowcem, ale cały czas przechowywał w sercu miłość do Heleny. A to tylko jeden z wielu czynników, które doprowadzają do tego, że po latach puszka Pandory (co już zwiastowała nazwa domku) w końcu się otwiera i nagle okazuje się, że tytuł książki, to niedomówienie, bo na światło dzienne wychodzi zdecydowanie więcej niż jeden sekret, a na wszystkich spada lawina katastrof, nieszczęść, smutków, kłótni i ciężaru odkrytych prawd. 

Sekret Heleny porusza tak wiele ponadczasowych problemów, że długo by wymieniać. Jest tu małżeństwo bez miłości, dziecko, które nie czuje się kochane, zapatrzony w siebie, znęcający się nad innymi gnojek, dojrzały ponad wiek chłopiec, który nie zna swojego ojca, alkoholik. Problemy wielu ludzi splatają się ze sobą pod dachem Pandory. A te sekrety - nie będziecie mogli się doczekać, żeby w końcu je odkryć. I mogę Wam zagwarantować, że zupełnie nie będziecie się spodziewać tego, co odkryjecie. 

Helena jest odmalowana jako olśniewająca kobieta, piękna, pełna życia, utalentowana, najlepsza na świecie matka, która jest spoiwem całej rodziny. Jej nieobecność jest dotkliwie odczuwalna, brak jej ciepłego głosu natychmiast wydobywa z ukrycia wszystkie zgrzyty. Wiecie, kolejne nawiązanie do greckiej mitologii - piękna Helena, wokół której robi się niezła awantura. 

Ale muszę przyznać, że... nie do końca ją polubiłam. Jej zachowanie było momentami groteskowe, czasami bardzo denerwujące. Najbardziej zapadła mi w pamięć scena z początku książki, gdy okazało się, że Alex się odwodnił, a ona, po wysłuchaniu porad lekarza, poszła sobie beztrosko zobaczyć, czy uda się napełnić basen wodą. Wtf? Najlepsza matka na świecie. 

Zdecydowanie dużo przyjemniejszą postacią był dla mnie Alex, który jest narratorem w książce. Riley bardzo fajnie przedstawiła trzynastolatka z jego trzynastoletnimi dylematami, pierwszymi miłostkami, wizją nowej szkoły, ale także z tymi mało dziecięcymi problemami (jak fakt, że nie wie, kim jest jego ojciec i będzie musiał stawić czoło sekretom Heleny).

Gdybym miała opisać każdą z postaci, które odgrywają w tej książce ważną rolę, to wyszłaby z tego taka mała książka sama w sobie. Po pierwsze, jest ich naprawdę całkiem sporo, ale tak naprawdę chodzi mi nie tyle o ilość, co o jakość. Są to postaci cudownie wykreowane, wręcz namacalne i prawie prawdziwe. Począwszy od przeuroczych brzdąców, przez Alexa i pozostałe starsze dzieciaki, kończąc na dorosłych, zamieszkujących Pandorę - Riley każdego z nich potraktowała z należytą uwagą, zapewniła mu przeszłość, stworzyła przekonujący charakter, żywe dialogi.

Dzięki temu Pandora zyskała też realnie uroczy i przyjemny klimat wakacyjnego domku, tak, że faktycznie chciałoby się wskoczyć do chłodnej wody w basenie i zwiedzić urocze zakątki Cypru. Wykreowany przez Riley świat jest magiczny i barwny, nawet pomimo zbierających się nad nim chmur i cieni.

W końcu książka opowiada też na parę istotnych pytań: czy można uciec przed przeszłością i nawet ważniejsze - czy można uciec przed prawdą? Czy ostatecznie dopadnie bohaterów i każe im się zmierzyć oko w oko z konsekwencjami? I czy dadzą sobie z tym radę?

***
Recenzja
Sekret Heleny
Lucinda Riley

Michael Miller, Adrianne Strickland - Cień

 
Qole ma tylko 17 lat, ale już została okrzyknięta najlepszym pilotem w galaktyce. Jednak zamiast zdobywać sławę i uznanie, dziewczyna mieszka na biednej planecie Alaxak na końcu świata, gdzie na starym rodzinnym statku zajmuje się poławianiem cienia. Cień to taka dziwna, tajemnicza substancja, która mogłaby być najlepszym źródłem energii, ale jest zbyt niestabilna i zagraża życiu. Ludzie, którzy byli wystawieni na jej działanie od setek lat (tak jak Qole i jej przodkowie), w młodym wieku wpadają w obłęd i umierają. Są oni jednak jedyną nadzieją na opanowanie cienia, bo ich ciała w jakiś sposób się z nim łączą, więc nie umierają od razu po ekspozycji. Z tego powodu tajemniczy Nev werbuje się na statek Qole i próbuje zdobyć jej zaufanie.

To nie jest wielka odyseja kosmiczna. Zdecydowanie. Sprawa z tą książką wygląda tak, że była naprawdę ciekawa, czytało się ją szybko i przyjemnie, tylko, że... gdzie się podział klimat sci-fi?!


Przecież w literaturze sci-fi można wymyślić naprawdę wszystko. Nowe rasy? Proszę bardzo. Kosmici? Oczywiście. Niesamowite planety z nieznaną wcześniej fauną i florą? Jasne. Super-ultra-nowoczesna technologia? Raczej, że tak. A tutaj... prawie nic z tego się nie pojawiło. Wszyscy bohaterowie są ludźmi. Autorzy pokazali nam trzy planety, ale tak pobieżnie, że nie było w nich niczego wyjątkowego, a super technologia ograniczyła się do pistoletu i miecza magnetycznego. Rozumiem, że rys historyczny jest taki, że po Wielkim Upadku ludzkość musiała powrócić do starej technologii, ale halko, to jest dalej technologia, dzięki której zdobyli gwiazdy i planety, więc mogłaby być chociaż trochę... niesamowita.


Dodatkowo, jak na kosmiczną sagę, której akcja rozgrywa się w dużej mierze w kosmosie i na statkach kosmicznych, to było w niej rozczarowująco mało kosmicznych walk (czytaj - zero). A skoro już mówimy o walkach, to naprawdę bardzo lubię, kiedy są porywające i pełne akcji, a w Cieniu było z tym bardzo średnio. Większość opisów walki wygląda mniej więcej tak (to nie jest cytat): "Wow, ale oni się bili! Ile emocji! Tak się bardzo bili i wirowali, i się bili". Albo tak (to akurat jest cytat): "grad kopniaków, bloków, ciosów i uników zakończony odskokiem". I to jest mniej więcej tyle. Tak serio, to był chyba jeden bardziej emocjonujący opis, a ja (już o tym kiedyś wspominałam) wychodzę z założenia, że jeśli tworzy się przygodowe fantasy albo sci-fi, w którym ludzie mają się bić, to trzeba potrafić dobrze napisać o tym, jak się biją.

Dobra, trochę sobie pomarudziłam, więc teraz jestem już gotowa, żeby porozmawiać o plusach tej książki. A wbrew pozorom, parę się ich znalazło!


Pierwsza rzecz to bohaterowie. Nev jest ostentacyjnie pewny siebie i ma słabość do teatralnego zachowania, ale w ten taki nienachalny sposób, gdzie możemy mu to wybaczyć, bo ogólnie to uroczy chłopiec z dobrym serduszkiem. Qole musi codziennie mierzyć się z brzemieniem przodków i niezbyt optymistyczną wizją przyszłości, a dodatkowo czuje się odpowiedzialna za resztę załogi (mimo, że wszyscy jej załoganci są tak naprawdę starsi od niej). Postaci drugoplanowe też są bardzo fajnie wykreowane, ciekawe, mają swoje tajemnice, charakter, znaki szczególne. Podbijają serduszka, albo wręcz przeciwnie - od pierwszej chwili ich nie lubimy. Ale znajdą się też takie, co do których nie możemy być do końca pewni...


Bardzo podobał mi się też motyw cienia - i jako super źródła energii, i jako tajemniczej substancji, która daje ludziom dziwne zdolności i umiejętności. Nie chcę pisać o tym zbyt dużo, żeby nie psuć Wam zabawy.

Pojawia się tu też tajemnicza katastrofa z przeszłości (zwana Wielkim Upadkiem), która pozostawiła świat bez portali transportacyjnych i zmusiła ludzkość do cofnięcia się w rozwoju technologicznym. A do tego to niby młodzieżówka i przez większość czasu jest taka urocza, miła, troszkę naiwna. Ale czasami robi się całkiem niebezpiecznie, mrocznie i brutalnie. I to naprawdę robi swoje! A przynajmniej w moim odczuciu, bo ja lubię jak jest trochę mrocznie. 

Wszystko miało ręce i nogi. Zdania były ładne i składne, język przyjemny. Mogłabym się przyczepić jedynie do paru momentów, w których jest opisane działanie cienia - były chaotyczne i nie do końca można było sobie to wszystko zwizualizować. No i te walki...

Nie chcę, żebyście odnieśli mylne wrażenie, bo zaczęłam od wymieniania minusów powieści. Cień naprawdę mi się podobał. Chętnie sięgnę po drugą część i może nawet miło się zaskoczę, jeśli autorzy postanowią chociaż odrobinę rozbudować w niej swój świat.

***
Recenzja
Cień
Michael Miller
Adrianne Strickland

Ałbena Grabowska - Nowy Świat


W postapokaliptycznym świecie po buncie maszyn, trójka dzieciaków ucieka z Kolebki, która w teorii miała być ostoją dla biednych pokońcoświatowych sierot, okazała się jednak ośrodkiem naukowym, w którym dzieciakom usuwano pamięć, mieszano w głowie, a potem przeprowadzano na nich eksperymenty. Dlatego też każde z naszych trzech głównych bohaterów ma wyjątkowe zdolności. Estra potrafi czytać w myślach, Sky ma umysł o ogromnej pojemności, do którego można zgrywać dane jak na wielki dysk wymienny, a Maroon jest hybrydą lwa z człowiekiem. Aha, no i mają też gadającego kota, Freuda.

Pomysł jest dobry, z dużym potencjałem i początkowo z zachwytem myślałam, że oto mam przed sobą kawał naprawdę dobrej książki. Nawet ten bunt maszyn, który, nie ukrywajmy, jest jednym z najbardziej wyeksploatowanych motywów w literaturze, nie przeszkadzał mi jakoś szczególnie. Cyfrowo stworzona Wyżyna dla najbardziej uprzywilejowanych, na których reszta biedaków musi ciułać, to w sumie kolejny powtarzalny motyw, który jednak można było fajnie ograć. Natomiast Kolebka, w której pracują Ojcowie i Matki, brzmiała jak super sprawa (tzn. na tyle, na ile super może być ośrodek, gdzie eksperymentuje się na dzieciach).

Ale potem wszystko zaczęło się psuć...


Pani Grabowska nie wykorzystała w pełni ani nowoczesnej technologii, ani stworzonego przez siebie świata. Wszystkiego było za mało, opisy były bardzo skąpe i nie pomagały w poruszeniu wyobraźni, do tego mam zastrzeżenia do paru spraw natury logistycznej, jak i fizyczno-przestrzennej.

Sky, który jest naszym pierwszoosobowym narratorem, był naprawdę beznadziejny w swojej roli. Nie dość, że nie można o nim zbyt dużo powiedzieć, to jeszcze jest tym typem bohatera, który przesypia albo jest nieprzytomny podczas najważniejszych momentów w akcji, potem trzeba mu na szybko wytłumaczyć, co się działo, kiedy go nie było, a wychodzi to tak, że ani on, ani czytelnik nic nie ogrania.

Wątek miłosny był... nawet nie mdły, tylko zupełnie bezpodstawny, wciśnięty na siłę, nienaturalny, niespójny i porzucony nagle bez żadnego konkretnego wytłumaczenia. W takiej formie, w jakiej został podany, książka zupełnie go nie potrzebowała.

Dodatkowo, znalazłam pełno nieścisłości, które pozostawiły po sobie tylko niesmak, no bo jak tak można... Na przykład Sky otwiera rano oczy z komentarzem, że tak miło mu się spało i dobrze wypoczął, po czym dwa akapity później wspomina o tym, że całą noc budził się co chwila, bo śniło mu się, że torturują jego przyjaciela. Kto mógłby wypocząć podczas czegoś takiego?!

Na końcu zapanował już kompletny chaos, kiedy wszyscy zmieniali strony tysiąc razy i ostatecznie nie wiadomo już było, kto jest z kim, przeciwko komu i dlaczego. Pani Grabowska przegięła trochę ze zwrotami akcji. Zamiast "o nie, jak on/ona/oni mogli to zrobić?!" miałam takie "halo, ale co się tu w ogóle dzieje?!".

Zakończenie był rozczarowujące, w tym sensie, że całą książkę dążymy do czegoś, do tego jednego momentu, do punktu kulminacyjnego i rozwiązania, a ostatecznie jest ono takie... potraktowane po macoszemu, bez sensu i meh. A zachowanie Estry na ostatnich dziesięciu stronach było po prostu dziwne, jakby pani Grabowska nagle wyrzuciła bohaterkę, którą znaliśmy przez całą książkę i wprowadziła zupełnie nową.

Może jestem tak krytyczna, bo ten początek sprawił, że naprawdę miałam nadzieję na coś dużo lepszego, dlatego tak bardzo, bardzo się zawiodłam. Jedyny aspekt, który podobał mi się przez cały czas, to Maroon, bardzo słodki dzieciak. Do niego nie mam żadnych obiekcji.

***
Recenzja
Nowy świat
Ałbena Grabowska

Tana French - Wiedźmie drzewo


Toby ma idealne życie, dobrą pracę, cudowną dziewczynę, mieszkanie, pieniądze, przyjaciół i wszystko zawsze idzie po jego myśli. Do momentu, gdy dwóch gości włamuje się w nocy do jego mieszkania i przy okazji pobija go do nieprzytomności. Chłopak cudem unika śmierci, ale nie jest już równie sprawny (zarówno fizycznie, jak i psychicznie), co dotychczas. Dodatkowo, mierzy się z depresją, strachem przed wychodzeniem z domu i atakami paniki. Przeprowadza się z dziewczyną (Melissą) do rodzinnego domu, w którym za dzieciaka spędzał wakacje ze swoimi kuzynami pod okiem niezamężnego wujka Hugo, który teraz ma guza mózgu i powoli umiera, więc pomysł rodziny jest taki, że Toby będzie doglądał Hugo, Hugo będzie doglądał Toby'ego, a Melissa ich obydwu. I żyją sobie tak w trójkę w przyjemnej atmosferze, dopóki w jednym z drzew w ogródku nie zostaje znaleziony... ludzki szkielet. 

Zauważyłam, że ta książka spotkała się z raczej chłodnym odbiorem i wieloma negatywnymi opiniami. Mój instynkt wytrawnego detektywa (a tak naprawdę goodreads i lubimy czytać) doprowadził mnie do następującej konkluzji: wierni fani Tany są zawiedzeni poziomem Drzewa w porównaniu do jej poprzednich dzieł. Ja (niestety dla mnie, stety dla książki) takiego porównania nie mam, ponieważ było to moje pierwsze spotkanie z tą panią, dlatego też moja opinia nie będzie negatywna. 

Przeczytałam też w tych komentarzach, że akcja naprawdę długo się rozwija i to akurat najprawdziwsza prawda. "Wstęp" do historii "właściwej" (czyli do odkrycia morderstwa i dochodzenia w sprawie morderstwa) miał około 150-200 stron! Ale, jeśli mam być szczera, to ta część podobała mi się dużo bardziej od tej "kryminalnej". Przez ten początek się płynie. Powoli, bo powoli, ale jak przyjemnie! Kunszt pisarski pani French tchnie z każdego jednego zdania. Gdyby nigdy nie znaleźli tego szkieletu, a opowieść snuła się wolno wokół Toby'ego, Melissy i Hugo, mieszkających sobie w starym wiktoriańskim domu, to wcale nie byłabym zawiedziona. 

Jeśli chodzi o kryminały, to jestem przyzwyczajona raczej do rozwiązania, w którym jakiś błyskotliwy, ale nadużywający alkoholu detektyw (Jo Nesbo), ewentualnie ładna policjantka z ekscentrycznym pomocnikiem (Lucyfer, Castle) prowadzą dochodzenie, trafiają na coraz więcej zagadkowych poszlak i ostatecznie rozwiązują morderstwo w wielkim finale, a potem wszyscy biją im brawo. Tutaj jest zupełnie inaczej. Oglądamy całą historię z punktu widzenia Toby'ego, który jest w sumie jednym z podejrzanych, a w dodatku niezbyt błyskotliwym, czy ekscentrycznym, ponieważ po wypadku jego umysł nie pracuje na najwyższych obrotach. Do tego stopnia, że chłopak nawet sam nie wie, czy może przypadkiem to nie on zabił... Dlatego całe "dochodzenie" w jego wydaniu jest raczej koślawe i skupia się bardziej na tym, że Toby dowiaduje się rzeczy o sobie, a nie o biednym nieboszczyku. 


Dlatego, jeśli szukacie trzymającej w napięciu, ociekającej akcją i wybuchami powieści
detektywistycznej, to to nie jest dobra opcja. Ale jeśli kręci Was mocno rozwinięty wątek psychologiczny, głęboka analiza postaci i trudne tematy, to tutaj zdecydowanie znajdziecie coś dla siebie. 

Jedyne, do czego mogę się przyczepić, to końcówka, która bardzo mnie rozczarowała i zostawiła z mieszanymi uczuciami. Nie chodzi mi o to, że to było złe zakończenie, które należy shejtować, ale raczej, że zrobiło mi się przykro, bo miałam nadzieję, że wypadki potoczą się zupełnie inaczej. Aha, no i Toby był naprawdę tak strasznie zadufaną w sobie, samolubną osobą, że to aż nieprawdopodobne.






***
Recenzja
Wiedźmie drzewo
Tana French

Taran Matharu - Wybrany

Na wstępie zaznaczę tylko, że nigdy nie czytałam Summonera, nie mam żadnego sentymentu do pana Matharu i zupełnie nie wiedziałam, czego się spodziewać po tej książce. Oprócz tego, że okładka jest super. Proszę nie oceniać. 

Cade trafia do poprawczaka za kradzież laptopów, w którą wrobił go kolega z pokoju w super dobrej, prywatnej szkole. Nie zyskuje tam zbyt wielu przyjaciół, bo jest takim drobnym chucherkiem, inteligentnym chłopaczkiem z hinduskimi korzeniami, więc stara się po prostu w spokoju odsiedzieć swój "wyrok" i nikomu nie wchodzić w drogę. 

Ale ta część jest tak naprawdę mało istotna, bo prawdziwa akcja zaczyna się w momencie, kiedy Cade w jednej sekundzie leży sobie w łóżku w tym poprawczaku, a w następnej zostaje w magiczny sposób przeniesiony na skałę pośrodku pustyni, pod którą czai się na niego wielki, straszny potwór. 

Okazuje się, że do tego dziwnego świata (piekła? innej planety? obcego wymiaru?) ktoś przeniósł też paru innych chłopaków z poprawczaka (w tym, oczywiście, łobuza sadystę, któremu sprawia przyjemność gnębienie innych i którego Cade strasznie się boi). Chłopcy muszą spróbować przeżyć w nieprzyjaznym świecie i ogarnąć, jak wrócić do domu i co się w ogóle dzieje. A dzieje się całkiem sporo dziwnych rzeczy. Na swojej drodze trafią na martwe ciała rzymskich legionistów z II wieku, dwudziestowieczny jacht, ziggurat i wiele innych ziemskich artefaktów. 

Przy okazji nad ich głowami cały czas unosi się Kodeks, dziwne urządzenie, które wygląda jak z przyszłości, mówi i odlicza im czas do tajemniczej rundy kwalifikacyjnej. Tam tam taaaam...

Mam problem z przypisaniem tej książki do odpowiedniej grupy wiekowej. Bardzo prosty język i niewymagający styl skłania mnie raczej w stronę młodego odbiorcy, ale ilość martwych ciał zdecydowanie mówi coś innego. Z drugiej strony, momentami czułam się ewidentnie za stara na tę książkę - jest napisana tak lekko i... pozytywne, że nawet jeśli dzieją się złe rzeczy, to i tak wiemy, że pewnie wszystko będzie dobrze i miło, i fajnie.

Co nie zmienia faktu, że dobrze się bawiłam! Zawodnika czyta się szybko i przyjemnie, od razu zapada się w ten dziwny świat i spowijające go tajemnice. Zagadka wabi i domaga się rozwiązania. Co chwila pojawiają się też nowe miejsca, stworzenia i osoby, które wprowadzają czytelnika w jeszcze większe zdziwienie. 

Zdecydowanie brakowało mi większej uwagi poświęconej zbudowaniu świata. Albo raczej opisaniu go w bardziej wyczerpujący sposób, bo świat wydaje się super, ale jest go za mało. Z drugiej strony, bohaterowie są charakterystyczni. Może nie wykreowani tak perfekcyjnie, że nie da ich odróżnić od żywych ludzi, ale wystarczająco, żeby zapadali w pamięć. 

Będę się trzymać jednak tego, że to lekka młodzieżówka, na pewno nie dla każdego fana fantastyki. Jeśli szukacie high epic fantasy, to przejedziecie się na całej linii, ale jeśli chcecie po prostu miło spędzić parę godzin nad niewymagającą, przyjemną lekturą, to ta przypadnie Wam do gustu! 

***
Recenzja
Wybrany
Taran Matharu

Beth O'Leary - Współlokatorzy

We wszystkich materiałach promocyjnych można przeczytać, że "tym debiutem zachwycił się cały świat" i wiecie co? Zupełnie się nie dziwię! Ta książka ma tak przyjemny klimat, tak grzeje serduszko, bawi, smuci i złości w odpowiednich momentach, że ja też jestem zachwycona!

Gdy ją czytałam, miałam nadzieję, że nigdy się nie skończy. A gdy już się skończyła, miałam ochotę zacząć od nowa. Autentycznie, nawet w tej chwili patrzę na nią z utęsknieniem, kiedy tak sobie stoi na półce z tą przeuroczą historią skrytą w pięknej okładce. Mam zamiar wcisnąć ją po kolei jak największej grupie moich znajomych, a potem do niej wrócić :D

To o co tyle szumu? Otóż Beth O'Leary rysuje przed nami dosyć nietypową historię. Tiffy, po nieprzyjemnym rozstaniu z chłopakiem, postanawia odzyskać niezależność i wyprowadzić się na swoje. Niestety, jej fundusze nie są zbyt pokaźne, więc okazuje się, że najatrakcyjniejszą ofertą, jaką udaje jej się znaleźć, jest... dzielenie łóżka z nieznajomym. Zasady są absurdalne, ale bardzo proste - ona będzie miała dla siebie całe mieszkanie (w tym łóżko) od 18:00 do 8:00, kiedy jej współlokator pracuje na nocną zmianę, a także w weekendy. W ten sposób nigdy się nie spotkają i będą mogli żyć w miarę normalnie i niezależnie od siebie. 

Okazuje się, że to jednak wcale nie takie proste, kiedy Tiffy wprowadza się do mieszkania (i życia) Leona (to ten właściciel mieszkania) z całym swoim inwentarzem dziwnych ubrań (jest fanką najdziwniejszych ubrań na świecie) i jeszcze dziwniejszych bibelotów, które rozkłada w każdym wolnym miejscu. A potem zaczynają pisać do siebie liściki na karteczkach samoprzylepnych i nagle okazuje się, że można z kim mieszkać, nigdy go nie spotykając i jeszcze się z tym kimś zaprzyjaźnić!

Przy okazji to nie jest po prostu kolejna banalna romantyczna historia. To znaczy jest, do tego momentami całkiem przewidywalna, co wcale nie psuje radości z czytania. W końcu tego chcemy od tej książki - żeby była miła, urocza i żeby można się w niej zakochać po uszy. Ale, ale, to jeszcze nie wszystko! Okazuje się, że były chłopak Tiffy zostawił ją z pokaźnym bagażem złych i nieprzyjemnych emocji, z którymi dziewczyna nie może sobie poradzić. Nie chcę Wam zdradzać za dużo, ale Tiffy jest całkiem mocno popsuta, a O'Leary pokazała to po mistrzowsku. 

Pierwsze, na co zawsze zwracam uwagę, to czy książka jest dobrze napisana. Nie tyle pod względem ordynarnych błędów, bo zawsze mam nadzieję, że takie rzeczy po korekcie nie powinny się już pojawiać, ale czy zdania są składne i ładne, czy język jest atrakcyjny i czy będzie mi się to przyjemnie czytało. I tutaj już po pierwszej stronie wiedziałam, że odpowiedź na te pytania brzmi "tak". 

Bohaterowie są barwni, ciekawi, inteligentni i wcale nie mówię tutaj tylko o głównej dwójce, ale też wszystkich pobocznych postaciach. O każdej z nich mogłabym się długo rozwodzić i znam naprawdę niewiele książek, w których drugoplanowi bohaterowie byliby tak porządnie rozwinięci. Wiecie, to nawet nie są jakieś przydługie dygresje, które zaburzałyby rytm książki, tylko takie małe wstawki, które pokazują, że każdy ma swój charakter. 

Znalazło się jednak parę rzeczy, które nie do końca mi grały. Tiffy więcej niż raz była opisana jako strasznie wysoka i "duża", przez co długo nie umiałam przestać sobie wyobrażać wielkiej baby w dziwnych ubraniach. Natomiast Leon jest małomówny i zamknięty w sobie, więc łatwo można wyobrazić go sobie jako ponurego mruka. Nie róbcie tego! 

Dodatkowo niektóre zachowania i przemyślenia Tiffy sprawiały, że jedyne, co przychodziło mi do głowy to "WTF?!", a kiedy opowiadałam o nich bratu, mówił tylko "ta dziewczyna jest głupia...". Ale trzeba pamiętać, że Tiffy naprawdę przeżyła parę ciężkich rzeczy i tak serio, to wcale jej się nie dziwię. Mimo wszystkich tych złych wspomnień, dalej pozostała uroczą, radosną i barwną osóbką, a jej zabawne liściki i błyskotliwe komentarze nadają magii całej historii.

To idealna książka na miły wieczór, miłe popołudnie, miły poranek przy kawie, miłą ławkę w słonecznym parku. Książka, która nieodwołalnie zdobyła moje serduszko, mimo, że zupełnie się po niej tego nie spodziewałam. I jestem pewna, że zdobędzie też Wasze serca, a potem pozostawi je z uczuciem spełnienia i szczęścia. Koniec. 

***
Recenzja
Współlokatorzy
Beth O'Leary

Sylvain Neuvel - Tylko ludzie


Jeśli nie przeczytaliście jeszcze żadnej książki z Archiwów Temidy albo tylko pierwszą z nich, proszę nie scrollować dalej! Zamiast tego zapraszam do recenzji odpowiednio Śpiących gigantów (część I) albo Przebudzonych bogów (część druga). 

Sprawa wygląda tak, że twórczość Neuvela oczarowała mnie od pierwszej strony Śpiących gigantów i od tego momentu nie zawiodła ani razu. Dlaczego? Bo dostarcza mi dokładnie tego, czego się po niej spodziewam. A przy okazji jest też przecudowna, zapierająca dech w piersiach i kocham ją z całego serduszka.

Ten styl narracji składający się z zapisów rozmów, wpisów z pamiętników, fragmentów artykułów - to jest po prostu mistrzostwo! Wiem, że zachwycam się w nim w każdej recenzji każdej części, ale nie mogłabym o tym nie wspomnieć, bo to właśnie jedna z największych zalet tych książek. Tak niesamowicie buduje napięcie i dostarcza tak ogromnej dawki emocji, a przy tym nadaje wydarzeniom niesamowitego tempa. Nie musimy mozolnie przebijać się przez przydługie opisy scenerii, możemy się skupić tylko i wyłącznie na akcji i to skupić tak dokładnie, że mamy uczucie, jakbyśmy stali obok i brali w niej udział. To naprawdę niesamowite doświadczenie. I mówię to ja, która kocham długie opisy!

Kolejnym niezaprzeczalnym atutem tej książki są jej bohaterowie. Każdy z nich jest barwny, interesujący, a dzięki temu, że czytam ich wypowiedzi niejako z pierwszej ręki, czuję się, jakbym znała ich od lat. I najważniejsza rzecz - dialogi to prawdziwe mistrzostwo. Neuvel musi być całkiem fajnym gościem, skoro udało mu się stworzyć postaci, których rozmowy zawsze są niesamowicie inteligentne i zabawne, a rzucane mimochodem uwagi tak błyskotliwe, że zachwycam się każdym jednym słowem.

Jeśli chodzi o samą fabułę, to byłam nią mocno zaskoczona. Myślałam, że większość z niej skupi się na innej planecie, na którą zostali przeniesieni bohaterowie (pod koniec poprzedniej części). Okazuje się jednak, że wydarzenia na Ziemi, na którą Rose, Vincent i Eva powracają po dziewięciu latach, są dużo bardziej zajmujące niż jakieś tam obce planety w innych galaktykach. Serio. Tutaj akurat odczułam takie małe rozczarowanko, bo ta kosmiczna cywilizacja była taka... zwyczajna. Zupełnie nie powalała na kolana, więc jeśli spodziewaliście się high sci-fi z niesamowitą technologią i latającymi statkami kosmicznymi, to możecie czuć się zawiedzeni. Te wszystkie rzeczy są tam wspomniane, ale mimochodem, autor zupełnie się na nich nie skupia.

Dużo większy nacisk kładzie na obecną sytuację na Ziemi (czego w sumie mogłam się spodziewać po tytule, ale nieee...). A dzieje się na niej dużo niedobrego. Ludzkość źle radzi sobie z faktem, że została zaatakowana przez super rozwiniętą kosmiczną cywilizację, która bez problemu urządziła czystkę i to jeszcze dlatego, że większość ludzi ma w sobie geny kosmitów. Niefajna sprawa. Ta książka to też dobry psychologiczny obraz naszej społeczności, pokazuje, do czego zdolni są ludzie, gdy czują się zagrożeni, wytyka nam ignorancję, okrucieństwo i skrajną głupotę. 

Biorąc pod uwagę wszystkie plusy (ogromne) i minusy (niewielkie) Tylko ludzi (dziwnie wkomponowuje się ten tytuł w zdanie), ogłaszam, że wynik końcowy jest jak najbardziej pozytywny. Czyta się ją tak szybko, że nawet nie dotrze do Was, że to już koniec, dopóki nie przewrócicie ostatniej strony. Zaskoczy Was na pewno więcej niż raz. Bohaterowie nie zdradzają od razu wszystkiego, co działo się z nimi przez dziewięć lat nieobecności i tak naprawdę prawie do samego końca nie znamy całej sytuacji, więc wait for it. 

Moja miłość do Archiwum Temidy płonie mocno i na pewno nie przeminie. Czekam z utęsknieniem na kolejne powieści Neuvela. Mam nadzieję, że zachwycą mnie jeszcze bardziej, chociaż może to niedobrze, bo duże wymagania mogą sprawić, że ostatecznie się zawiodę... Proszę mnie nie zawodzić, Panie Neuvel, liczę na Pana z całego serduszka!

@booksoverhoes