Brian Deer - Wojna o szczepionki. Jak doktor Wakefield oszukał świat

Jak jeden człowiek mógł spowodować tak ogromne zamieszanie i doprowadzić do istnej pandemii, która ogarnęła cały świat - pandemii bezpodstawnego strachu przed szczepieniami? Tego dowiecie się z książki Briana Deera Wojna o szczepionki, która demaskuje jeden z największych medycznych przekrętów w historii. 

Andrew Wakefield, wyraźnie niespełniony i przekonany o własnej wielkości lekarz bez pacjentów, dokonał w latach 90-tych "przełomowego" powiązania między chorobą Crohna (przewlekłym zapaleniem jelit) a wirusem odry, obecnym w skojarzonej szczepionce MMR (przeciwko odrze, śwince i różyczce). Potem sprawy zaszły jeszcze dalej i szczepionkę połączono również z autyzmem, rozwijającym się u dzieci mniej więcej w tym samym czasie, w którym odbywają się szczepienia. 

Mimo że ostatecznie wykazano dobitnie i na tysiąc różnych sposobów, że Wakefield kłamał, oszukiwał, wysysał z palca diagnozy i dobierał objawy tak, by potwierdzały jego hipotezę, jego działania - zdyskredytowane - wciąż zbierają żniwa i pewnie będą jeszcze długo spędzały sen z powiek rodziców, a także lekarzy.

Oczywiście kontrowersje związane ze szczepionkami (nie tylko MMR) obecne były już dziesięciolecia wcześniej, ale artykuł Wakefielda, opublikowany w 1998 roku w brytyjskim czasopiśmie medycznym Lancet, stał się idealnym argumentem dla antyszczepionkowców i niemal znakiem z niebios dla rodziców dzieci z autyzmem. Wyniki "badań", przedstawione w artykule, obiegły cały świat i przyczyniły się do pogłębienia strachu przed szczepieniami, spadku liczby zaszczepionych osób, a tym samym powstania nowych ognisk odry. 

Brian Deer jest dziennikarzem śledczym z wieloletnim stażem i ma na swoim koncie kilka poważnych "afer" medycznych. Jest bezlitosny w swoim dochodzeniu prawdy, momentami może wydawać się wręcz nieczuły. Deer sam wspomina, że ktoś zapił się na śmierć w następstwie opublikowanych przez dziennikarza informacji i kwituje to słowami "dobra historia". Nie cofa się przed niczym, jest całkowicie oddany sprawie - na dochodzenie w związku z MMR poświęcił aż 16 lat! Kiedy zaczął rozgrzebywać śmierdzącą sprawę szczepionki i teorii Wakefielda, musiał borykać się z pozwami o zniesławienie, próbami zdyskredytowania swojej pracy, a także bardzo nieprzyjemnymi groźbami - i żadna z tych rzeczy go nie powstrzymała!

Dawka informacji, którą Deer przedstawia nam w swoim reportażu, jest przeogromna. Nie byłam wręcz w stanie przyswoić wszystkich tych wiadomości na raz, dlatego lektura książki zabrała mi trochę czasu. W żadnym wypadku nie uważam tego natomiast za minus - jest to na pewno rzetelny i szalenie interesujący reportaż, który zawiera w sobie wszystko, co powinniśmy wiedzieć o szczepionkowej aferze. 

Deer prowadzi nas poprzez początki życia Wakefielda i powstawania jego teorii, pierwsze badania, metodę ich przeprowadzania i "agitowania" idealnych pacjentów. Opisuje w jaki sposób (i z czyją pomocą) doktor znalazł "wyznawców" na całym świecie, a także jakie były następstwa jego działań. Następnie możemy prześledzić dochodzenie Deera i sądów, które w końcu musiały zainteresować się sprawą. Powiem Wam tyle - im więcej rzeczy wychodziło na światło dzienne, tym bardziej absurdalna wydawała się ta cała sytuacja. Autentycznie. Ja po prostu nie byłam w stanie uwierzyć w to, co czytam...

Mimo że Wojna o szczepionki jest zdecydowanie wartą przeczytania lekturą, nie należy do najłatwiejszych. Niestety, nie pomaga nam w tym momentami dosyć chaotyczna narracja - sama historia jest już mocno skomplikowana i wielopoziomowa, a skoki w czasie i przestrzeni, które stosuje autor, mogą czasem dezorientować odbiorców. Czytanie tej książki wymaga stuprocentowego skupienia, jeśli chcecie zrozumieć wszystkie powiązania i absurdalne teorie Wakefielda, jego kłamstwa i osobiste pobudki, ale też nie mylić ze sobą bohaterów reportażu.

Na koniec chciałabym jeszcze zaznaczyć, iż rozumiem, że rodzice są w stanie zrobić wszystko dla swojego dziecka, postawić świat na głowie i zaciekle walczyć o jego zdrowie, życie i szczęście. Niestety, to nie jest jeden z tych przypadków, a sianie paniki i dezinformacji doprowadza tylko do powstawania kolejnych zagrożeń i to takich, które były już uważane za skutecznie zażegnane. Prawdopodobnie ta książka nie wpłynie na zdanie zatwardziałych antyszczepionkowców, natomiast jeśli ktoś chciałby uzyskać rzetelne informacje (a może przestać się niepokoić) - zdecydowanie je tu odnajdzie.

Artur Urbanowicz - Paradoks

 

Maks Okrągły, student matematyki na gdańskiej uczelni, jest zdecydowanie najlepszy na roku. To niesamowicie ambitny i inteligentny chłopak, ale jego pedantyczność przechodzi wszelkie granice, a próby osiągnięcia jak najwyższej efektywności powoli przeradzają się już chyba w chorobę. Wszystko musi zawsze zrobić idealnie, każdą najdrobniejszą rzecz sprawdzić tysiąc razy, żeby na pewno nie popełnić błędu. Za błędy chłopak sam dotkliwie się każe. 

Jego perfekcyjnie opanowane życie zaczyna się rozsypywać na kawałeczki, gdy chłopak spotyka... swojego sobowtóra. Oczywiście już wcześniej przydarzały mu się dziwnie rzeczy, trudne do wytłumaczenia sytuacje, paranoiczne myśli i majaki, ale czy to możliwe, by sobowtór był kolejnym urojeniem? Czy naprawdę może go prześladować chłopak wyglądający tak samo jak on?

Maks zdecydowanie nie należy do bohaterów których możemy lubić - jest przemądrzały, zadufany w sobie, na każdym kroku próbuje zademonstrować swoją wyższość nad przeciętnymi ludźmi (czyli w sumie nad wszystkimi oprócz siebie), a gdy rozmawiał z ojcem, nawet ja czułam się nieswojo, czytając jego bezczelne odzywki. Wykorzystanie tak nieprzyjemnej postaci w roli głównego bohatera może być nieco ryzykowne (i uciążliwe dla czytelnika), a jednak w jakiś sposób można się do niego przywiązać, a nawet mu współczuć! 

Ogromny wpływ na życie chłopaka ma matematyka, więc jej motyw niesamowicie często pojawia się w historii i muszę przyznać, że mały nerd w moim serduszku cieszył się na każde jej wspomnienie (mimo że nie znoszę rachunku prawdopodobieństwa!). Ale podczas pisania tej recenzji bardzo bałam się że popełnię błąd, że wrzucę tu przypadkiem jakiegoś stracha na wróble, zastosuję odwróconą implikację, dowód anegdotyczny, fałszywą alternatywę albo krzywdzący kwantyfikator ogólny, które tak bardzo raziły głównego bohatera.  

Objętość książki może wydawać się przytłaczająca, ale nie przestraszcie się tych sześciuset stron - naprawdę czyta się je tak szybko, że nawet nie poczujecie upływającego czasu. Zresztą - jest tu zdecydowanie dużo więcej innych rzeczy, których powinniście się bać! 

Niepokój uderza w nas już podczas czytania pierwszego rozdziału, który idealnie wprowadza czytelników w nieco mroczny i upiorny klimat. Potem na chwilę groza staje się mniej zauważalna (gdy śledzimy w miarę normalne życie Maksa), żeby powoli wracać i coraz bardziej narastać, napędzana jeszcze kolejnymi dziwnymi, trudnymi do zrozumienia wydarzeniami, aż w końcu dochodzi do kulminacyjnego, przerażającego momentu. 

Urbanowicz zdecydowanie potrafi trzymać czytelników w niepewności! Umiejętnie buduje napięcie, utrzymuje naszą ciekawość dzięki wartkiej fabule i ciągłym zwrotom akcji. Każde kolejne wydarzenie sprawiało, że historia komplikowała się coraz bardziej i coraz mniej prawdopodobne było odnalezienie jakiekolwiek racjonalnego wyjaśnienia. Najbardziej nie dawało mi spokoju właśnie to, jak Urbanowicz poradzi sobie z zakończeniem - jak chce rozwiązać tę zagmatwaną i niecodzienną zagadkę.

Zazwyczaj, czytając tego typu historie, boję się, że ostatecznie autor postawi na bardzo zwyczajne i banalne zakończenie, które nijak będzie się miało do budowanego przez całą opowieść klimatu. Ale w przypadku Paradoksu na szczęście się nie zawiodłam! Urbanowicz serwuje nam wybuchową mieszankę  horroru, thrillera psychologicznego, kryminału i sci-fi, z których wybiera najlepsze elementy i umiejętnie łączy je w ekscytującą i nieszablonową całość. 

W historię wplecione zostały także nawiązania do poprzednich książek autora (których ja niestety jeszcze nie czytałam, ale sama zauważyłam jedno odniesienie do Inkuba, który oczywiście jest już na mojej liście). Nie jestem więc w stanie ocenić Paradoksu na tle pozostałych powieści autora, jednak moje pierwsze spotkanie z nim uważam za niesamowicie udane i zdecydowanie nastawiam się na więcej!

Lisa Sanders - Szukając diagnozy

Medyczne zagadki, nieoczywiste przypadki, trudne do postawienia diagnozy - Lisa Sanders spotyka się z nimi na co dzień. Opisuje je w formie krótkich felietonów w swojej kolumnie Diagnosis dla The New York Times Magazine, a teraz część z nich została wydana właśnie w Szukając diagnozy

Książka jest podzielona na osiem rozdziałów ze względu na główne objawy, z którymi zgłaszali się zagadkowi pacjenci. Zaczynamy więc od gorączki, przechodzimy do niewinnego, wydawałoby się, bólu brzucha i głowy, następnie nadchodzą duszności, urojenia i utrata przytomności, wysypka i osłabienie. W każdym z nich autorka przedstawia różne przypadki, z którymi spotkała się ona lub jej przyjaciele po fachu.

Muszę przyznać, że mam bardzo mieszane odczucia co do tej książki. Z jednej strony, większość historii ostatecznie mnie zawodziła, zawsze liczyłam na coś więcej, a wszystko kończyło się tak... mało ekscytująco. 

Z drugiej, nie mogłam się oderwać. To zapewne ze względu na formę książki - króciutkie rozdziały, które pozostawiają po sobie niedosyt i aż proszą, żeby powiedzieć "jeszcze tylko jeden", po którym przychodzi "no dobra, ten był krótki, jeszcze jeden", a potem "to już będzie ostatni" i tak w kółko. 

To duża zaleta - książkę czyta się naprawdę szybko. Jednak zdolności pisarskie Sanders nie zachwycają, a może po prostu sam pomysł nie jest zbyt trafiony. Zdecydowanie brakowało mi tu budowania napięcia, jakiegoś zwrotu akcji, przedstawienia nietypowych przypadków w bardziej intrygujący sposób. 

Najbardziej boli mnie to, że te medyczne zagwozdki mogłyby być naprawdę fascynujące, gdyby odpowiednio je zobrazować. Jednak Sanders postawiła raczej na suche fakty - opisane w przystępny dla czytelnika, ale niezbyt zachęcający sposób. Czasem autorka pokusiła się o jakiś mały suspens, ale to nie uratowało książki. Nie odczułam żadnej niepewności, ekscytacji, czy dreszczyku emocji, które obiecywał blurb na okładce. 

Lisa Sanders była konsultantką przy serialu Dr House i może to sprawiło, że spodziewałam się czegoś więcej. Wiem, że w telewizji zazwyczaj wszystko jest rozdmuchane i nieco naciągane, bo jakoś trzeba przyciągnąć uwagę widza, ale przecież czytelnika też należy zachęcić do czytania! U House'a historie były zdecydowanie bardziej ekscytujące, ktoś prawie umierał, ktoś już tracił nadzieję na wyleczenie, a lekarze biegali w pośpiechu przy dźwięku alarmowo piszczącej aparatury.

Może osoba z wykształceniem medycznym odnajdzie w tej książce naprawdę fascynującą lekturę i doceni przedstawione tu nieoczywiste przypadki. Jednak taki laik jak ja potrzebuje czegoś, co go zainteresuje - jeśli już nie ekscytacji i niepewności, to przynajmniej czarnego humoru jak w książkach Adama Kay'a. 

Beth O'Leary - Zamiana

Z powodu straty, której doświadczyła rok temu, Leena nie daje sobie rady w pracy i w końcu zostaje wysłana na przymusowy dwumiesięczny urlop. Jest przerażona taką ilością wolnego czasu, ponieważ dotychczas rzucanie się w wir obowiązków pozwalało jej zapomnieć o smutku. Eileen, jej babcia, w wieku siedemdziesięciu lat została sama, gdy jej mąż uciekł z młodszą instruktorką tańca, i próbuje odnaleźć się w tej nowej sytuacji.

Kiedy Leena przyjeżdża na weekend w rodzinne strony, nagle rodzi się pomysł, by kobiety na dwa miesiące zamieniły się swoim życiem. Eileen w końcu będzie miała szansę podbić Londyn, o czym marzyła za młodu, i zamieszka z ekscentrycznymi znajomymi wnuczki, podczas gdy Leena przejmie jej obowiązki w miejscowym komitecie, zajmie się domem, ogrodem i wypocznie na wsi.

Muszę przyznać, że w całej tej historii zdecydowanie najbardziej urzekający są bohaterowie - barwni, ciekawi, niemal realni i zapadający w pamięć. Ich rozmowy są niewymuszone i zabawne, a relacje pełne ciepła. Moją faworytką jest Eileen - ta kobieta jest przecudowna! Zachowuje się zupełnie inaczej, niż oczekiwalibyśmy po siedemdziesięciolatce - jest pełna werwy, odrobinkę szalona, pogodna, silna, samowystarczalna, nie boi się wyzwań, a z drugiej strony martwi się i troszczy o wszystkich, ma w sobie ogromne pokłady miłości i zawsze służy dobrą radą - jak na babcię przystało. Jednak O'Leary należą się również gratulacje za świetnie wykreowane postaci drugoplanowe! 

Zamiana nie jest niestety równie pomysłowa i oryginalna, co Współlokatorzy, co odrobinę mnie zawiodło, ponieważ poprzednia książka autorki była taka świeża i zaskakująca. W tej wątek miłosny jest bardzo oklepany i przewidywalny, możemy się również zgodzić, że sam motyw tytułowej zamiany nie jest już pierwszej świeżości.

Na szczęście autorka nadrabia te niedociągnięcia... całą resztą. Jej lekkie pióro sprawia, że powieść czyta się niesamowicie przyjemnie. Dialogi są błyskotliwie poprowadzone, bohaterowie podbijają nasze serduszka, a po drodze czeka nas też kilka niespodzianek i zwrotów akcji!

Warto wspomnieć, że w Zamianie poruszone zostają również poważne tematy. Nasze główne bohaterki to kobiety skrzywdzone, porzucone. Książka mówi o trudnych relacjach rodzinnych, żalu, tłumionym gniewie, poczuciu zaniedbania, radzeniu sobie z bólem i stratą. Czasami musimy wywrócić swój świat do góry nogami, by w końcu odnaleźć siebie. A czasami okazuje się, że to, czego szukamy, jest tuż pod naszym nosem. 

Lektura tej książki sprawiła mi ogromną przyjemność. Zamiana jest bardzo uroczą, grzejącą serduszko, ale momentami również bolesną, smutną i wzruszającą historią. Powieści O'Leary mają w sobie to coś, idealne wyważenie komedii i realnych problemów prawdziwego życia, które przeplatają się ze sobą, tworząc cudowne historie, zdecydowanie warte przeczytania. 

Brigid Kemmerer - A Curse So Dark and Lonely

Przed Wami kolejny retelling Pięknej i Bestii, historii starej jak świat (see what I did there?), którą wykorzystała już cała rzesza pisarzy - między innymi Maas i Sapkowski (tak!). Wydawałoby się, że to opowieść tak często odgrzewana, że nie jest już w stanie niczym nas urzec. A jednak Kemmerer się to udało!

Przedstawiona przez nią historia aż tchnie baśniowością i magią, jest odrobinę mroczna (co uwielbiam), ale ma w sobie też mnóstwo bardzo przyjemnych i grzejących serduszko momentów (co również mnie cieszy!). Ogromnym plusem jest pomysł autorki, by w roli Pięknej obsadzić dziewczynę zdecydowanie odbiegającą od archetypu - ale dopiero z książki dowiecie się, o co chodzi. 

Setki lat temu zła czarownica rzuciła klątwę na Rhena, księcia Emberfall. Żeby ją złamać, chłopak musi oczywiście sprawić, by zakochała się w nim dziewczyna. Ma na to tylko kilka miesięcy, ponieważ po tym czasie zamienia się w przerażającą, opętaną żądzą krwi bestię, co zazwyczaj sprawia, że kandydatka ucieka. Czas zostaje cofnięty i rozpoczyna się kolejny cykl, kolejna szansa na odnalezienie miłości i zerwanie klątwy. 

Jednak, gdy na zamku przypadkiem pojawia się Harper, nadzieje Rhena szybko umierają. Jest zupełnie inna od dziewczyn, które zazwyczaj przybywają do Ironrose. Nie pozwala się omamić pięknymi słówkami, nie wpada w zachwyt na widok koronkowych sukien i lśniącej biżuterii. I w kółko powtarza, że na pewno nie zakocha się w księciu. 

Matka Harper jest umierająca, a nieodpowiedzialny, tonący w długach ojciec ściągnął na głowę dziewczyny i jej brata groźnych bandziorów, dlatego rodzeństwo musiało szybko dorosnąć i nauczyć się walczyć o siebie w tej ponurej rzeczywistości. Dzięki temu nasza Piękna nie jest delikatną i wymuskaną panienką, tylko twardą dziewczyną z krwi i kości, zadziorną, butną, samodzielną i sprawiającą wiele kłopotów. 

Na szczęście Rhen szybko dostosowuje się do sposobu bycia Harper i zamiast oczarowywać ją kwiecistymi komplementami, przez większość czasu prowadzi z nią kłótnie, pełne zaczepek i przekomarzania. I obydwoje są w tym naprawdę uroczy! 

Bohaterowie powieści w ogóle dają się lubić. Są wyraziści, zabawni, uszczypliwi i widać, że autorka poświęciła wiele czasu na stworzenie tak barwnych indywidualności. Narracja została poprowadzona z punktu widzenia Harper i Rhena, ale kolejną istotną (i moją ulubioną) postacią jest Grey, osobisty strażnik księcia, który idealnie pasuje do tej historii. Kemmerer udało się nawet przekonująco oddać fakt, że nasi panowie, zamknięci w pętli, mają już dobre kilkaset lat i czasami są swoim wiekiem bardzo znużeni. 

Było tutaj co prawda kilka nieścisłości i niedomówień. Już na samym początku powieści nieszczególnie przemawiał do mnie fakt, że Harper, zabrana nagle z ulic Waszyngtonu i wrzucona do średniowiecznego zamku, podczas brawurowej ucieczki zdołała zwrócić uwagę na tysiąc małych detali, co skutkowało kilkustronnicowymi opisami okolicy. Jednak to i parę innych małych niedociągnięć nie wpłynęło na mój jak najbardziej pozytywny odbiór książki. 

To naprawdę niesamowicie wciągająca i przyjemna powieść, której wprost nie da się odłożyć na półkę, a zakończenie sprawi, że nie będziecie mogli się doczekać kolejnej części (ja na pewno nie mogę!). W dodatku wydaje mi się, że następne książki będą już tylko luźną wariacją, mocno odbiegającą od motywu Pięknej i Bestii, z czego bardzo się cieszę, bo dzięki temu autorka będzie miała okazję rozwinąć inny wątek, który niesamowicie mnie zaciekawił!

Recenzja
A Curse So Dark and Lonely
Brigid Kemmerer

Morgan Audic - Jaskółki z Czarnobyla

Każdy z nas słyszał o Czarnobylu - owianym złą sławą miejscu katastrofy jądrowej, do której doszło, gdy 26 kwietnia 1986 przegrzał się rdzeń reaktora numer 4 w elektrowni atomowej. Wybuch, który nastąpił w wyniku awarii, pozbawił domu tysiące ludzi i skaził ogromne tereny, ale stał się również jednym z najbardziej sensacyjnych wydarzeń naszych czasów. Nic dziwnego, że dzisiaj turyści z całego świata przybywają tłumnie na Ukrainę w poszukiwaniu mocnych wrażeń. Jednak pewnego dnia znajdują ich zbyt wiele. 

Jedna z wycieczek zauważa w Prypeci, mieście widmie, ewakuowanym po wybuchu, a obecnie udostępnionym do zwiedzania, ludzkie ciało zawieszone na szczycie budynku. Na miejsce zostaje wezwany kapitan Josif Melnyk, poczciwy milicjant starszej daty, dla którego rozwiązanie tej sprawy może być jedyną szansą, by wyrwać się z Czarnobyla. 

Wszystko nieco się komplikuje, gdy okazuje się, że ofiarą morderstwa jest Leonid Sokołow, syn byłego rosyjskiego ministra energetyki i bardzo wpływowego człowieka - Wiktora Sokołowa. Oraz że trzydzieści lat wcześniej (dokładnie w dzień wybuchu w czarnobylskiej elektrowni i również w tej okolicy) w podwójnym morderstwie zginęła Olga Sokołowa - matka Leonida. Wiktor nie zamierza czekać aż ukraińska policja podejmie odpowiednie działania i wysyła na miejsce Aleksandra Rybałko. Mężczyzna idealnie nadaje się do roli prywatnego detektywa - w końcu za dziecka mieszkał w Prypeci, płynnie posługuje się ukraińskim i nie ma zbyt wiele do stracenia, a bardzo dużo do zyskania. 

Narracja została podzielona między dwóch głównych bohaterów, którzy niezależnie od siebie prowadzą śledztwo i chcą osiągnąć... nieco inny efekt końcowy. Zarówno Mielnyk, jak i Rybałko są silnymi, ciekawymi i bardzo dobrze wykreowanymi postaciami. Ponadto, ich złożone życie osobiste i problemy bardzo urozmaicają historię, nadają jej głębi i wprowadzają czytelników w trudne realia i konflikty panujące dzisiaj na terenach Ukrainy i Rosji. 

Dzięki podwójnej narracji możemy też śledzić rozwiązywanie spraw morderstw (teraźniejszego i tego z przeszłości) z dwóch odmiennych punktów widzenia - oficjalnego policyjnego dochodzenia i tajnej akcji pod przykrywką. Każdy z bohaterów zabiera się za śledztwo z innej strony i odkrywa przed nami nieco odmienne informacje, ale równocześnie wszystko zmierza do jednego wielkiego punktu kulminacyjnego, podczas którego nie będziecie mogli usiedzieć na miejscu z emocji.

W książce cudownie został oddany postradziecki klimat, panujący w państwach powstałych po rozpadzie ZSRR. Ludzie jeżdżą w ładach, wakacje spędzają w daczach i palą tanie biełomory. Rosyjskie i ukraińskie nazwy oraz wyrażenia są ładnie przetłumaczone na polski, a wiele nieznanych nam pojęć, historycznych faktów lub przedmiotów zostało krótko opisanych, by czytelnik miał pełny obraz sytuacji. 

Autor idealnie zbudował napięcie - akcja rozwija się powoli, ale bardzo realistycznie, a kolejne elementy na naszych oczach składają się w całość. Książka ma ponad 500 stron, ale czyta się ją w mgnieniu oka i naprawdę nie można się od niej oderwać! Wprowadzonych zostaje tu tyle ciekawych postaci i pobocznych wątków, które urozmaicają naszą przygodę, z drugiej strony nie odwracają uwagi od głównego motywu kryminalnego.

Wybór Czarnobyla i Prypeci jako głównego miejsca akcji uważam za strzał w dziesiątkę. Tło nadaje historii naprawdę niepokojący klimacik, a sama opowieść jest bardzo brutalna i momentami przerażająca. W dodatku podczas lektury zostaniemy uraczeni wieloma informacjami na temat katastrofy w elektrowni (zainteresowanym polecam również serial HBO Czarnobyl, oczywiście, jeśli jakimś cudem jeszcze go nie widzieliście). 

Czy coś jeszcze zostało do dodania? Jaskółki z Czarnobyla to naprawdę niesamowicie dobry kryminał! Oprócz wzorowo poprowadzonej fabuły, która będzie zaskakiwać Was do ostatnich stron, znajdziecie tu też barwne, interesujące postaci, zapadniecie się w ponury, przytłaczający klimat i na pewno będziecie się świetnie bawić. Nic tylko czytać! 

Elizabeth Acevedo - Na ostrym ogniu

Emoni nie może się w pełni cieszyć beztroskim życiem zwyczajnej nastolatki. W końcu już w wieku czternastu lat została samotną matką, a teraz łączy wychowanie dwuletniej córeczki z nauką w liceum i dorywczą pracą w fastfoodzie. Ale kiedy wchodzi do kuchni, nagle wszystko przestaje mieć znaczenie i zaczyna się magia. Spod jej dłoni wychodzą potrawy, które nie tylko cieszą podniebienie, ale też leczą duszę. Jednak czy Emoni w natłoku obowiązków znajdzie wystarczająco dużo czasu, by spełniać swoje kulinarne marzenia?

Piękna, przykuwająca uwagę okładka nie zdradza, że historia przedstawiona w książce wcale nie jest taka prosta i przyjemna. Emoni, oprócz oczywistych dylematów, które są udziałem każdej nastolatki, boryka się także z wieloma innymi poważnymi problemami. W bardzo młodym wieku spadła na nią ogromna odpowiedzialność, przez co dziewczyna musiała szybko dorosnąć i nauczyć się przedkładać szczęście i dobro swojego dziecka ponad własne.

W dodatku matka Emoni nie żyje od wielu lat, a jej ojciec jest niedojrzały, nieodpowiedzialny i więcej czasu poświęca na pomoc obcym ludziom, niż swojej własnej córce. Jej złamane serduszko boi się ponownie komuś zaufać, tym bardziej, że musi chronić już nie tylko siebie, ale także swoją małą córeczkę. Często dochodzi też do nieprzyjemnych konfrontacji między nią a byłym chłopakiem (ojcem Dziecinki).

Pomimo tych wszystkich smutnych, niekomfortowych i poważnych tematów, książkę czyta się bardzo przyjemnie. Jasne, że czasem nas denerwuje albo smuci, momentami żal nam Emoni i tego, że nie może żyć beztrosko, jak powinna dziewczyna w jej wieku. Na szczęście główna bohaterka ma w sobie mnóstwo dobrej energii, a jej przemyślenia i podejście do życia są bardzo dojrzałe i naprawdę mądre.

Jeśli liczycie na porywającą lekturę, Na ostrym ogniu najprawdopodobniej Was zawiedzie. Książka nie oferuje niesamowicie atrakcyjnej linii fabularnej ani oszałamiających zwrotów akcji, jest raczej statyczna. Nie dąży też do żadnego szczególnego punktu kulminacyjnego, co sprawia, że możecie zacząć się zastanawiać, o czym w ogóle jest ta powieść. Sama długo czekałam na... coś, na jakiś moment, w którym nagle okaże się, że historia ma głębszy sens lub drugie dno. Ale nic takiego się nie pojawiło. 

I wiecie co? Ostatecznie wcale mi to nie przeszkadzało. Prawda jest taka, że spokojne tempo ma swój urok, a przy okazji książę czyta się tak szybko, że nawet nie zauważycie, kiedy nadejdzie koniec. Acevedo położyła nacisk na realne aspekty normalnego życia - bez zbędnej dramy, za to jak najbardziej przejmujące i ciekawe. W jej historii utalentowana dziewczyna walczy o swoje marzenia, matka chce zapewnić jak najlepszą przyszłość dziecku, a nastolatka poznaje chłopaka.

Miłym akcentem okazały się przepisy, które znajdziemy w niektórych rozdziałach, i w ogóle opisy jedzenia oraz gotowania w wykonaniu Emoni - są takie barwne, żywe i mają w sobie odrobinę magii. Kocham też wszystkie hiszpańskie wstawki, które pojawiły się w tekście (zazwyczaj padały z ust babci Emoni) i byłam super szczęśliwa za każdym razem, gdy udało mi się coś zrozumieć! Jeśli jednak nie jesteście wystarczająco biegli w tym języku, możecie być spokojni - z tyłu znajdziecie słowniczek!

Niestety, tłumaczenie było momentami naprawdę okropne. Zresztą korekta również. Oprócz niezliczonej liczby literówek, pojawiły się tutaj też przykłady rażąco złej składni albo całe słowa wrzucone bez sensu: "masz chcesz iść na lody?".

Byłam miło zaskoczona tą książką - nie spodziewałam się po niej tak poważnych tematów, nie dostarczyła mi też wielu ekscytujących momentów, a jednak naprawdę bardzo mi się spodobała. To miła lektura na jedno popołudnie, która w przystępny sposób mówi o naprawdę ważnych sprawach, a od Emoni można się wiele nauczyć na temat bycia sobą, dystansu i dążenia do celu. 

Simon King, Clare Nasir - Jak pachnie deszcz?

Czemu huragany mają imiona? Gdzie, kiedy i dlaczego możemy zobaczyć zorze polarne? Czy Słońce próbuje nas zabić i zniszczyć Ziemię? Czy możemy sterować pogodą? Jakim cudem żaby spadają z nieba?

Odpowiedzi na te i wiele innych pytań odnajdziecie właśnie w Jak pachnie deszcz? Nowa pozycja autorstwa dwójki angielskich meteorologów zawiera w sobie przeogromną dawkę fachowej wiedzy, wiele ciekawostek i otwierających oczy informacji. Wiedzieliście na przykład, że opady przelotne to nie to samo, co deszcz?! Tyle lat oglądania prognozy pogody żyłam w błędzie!

Książka jest napisana bardzo przystępnie w formie odpowiedzi na przeróżne pytania. Zostały one tematycznie podzielone na kilka rozdziałów, jednak można je bez problemu czytać w zupełnie przypadkowej kolejności i niezależnie od siebie. Ze względu na ten fakt niektóre informacje lub definicje pojawiają się kilka razy (w różnych odpowiedziach), co jednak nie razi jakoś szczególnie, nawet kiedy czytacie cały tekst po kolei, a na pewno będzie wyjątkowo pomocne dla tych, którzy postanowią zaglądać do niego wyrywkowo.

Niestety wydaje mi się, że pozycja ta była nieco nierówna pod względem przekazywanych tu informacji. Z jednej strony autorzy tłumaczą nam, dlaczego zmieniają się pory roku, co należy raczej do elementarnej wiedzy, którą posiedliśmy już w podstawówce. Ale zdarza im się też zahaczyć o naprawdę wysoki naukowy poziom. Najprawdopodobniej znajdziecie tutaj sporo informacji, o których już wiecie i zjawisk, które sami jesteście w stanie wytłumaczyć, ale na pewno ogromna część Was zaskoczy i zaciekawi.

Cudownym akcentem był między innymi opis klimatu panującego na innych planetach Układu Słonecznego - jako że uwielbiam wszystko związane z kosmosem, daję autorom ogromnego plusa za ten pomysł! Nie można też oczywiście mówić o pogodzie, nie wspominając o zmianach klimatycznych i globalnym ociepleniu. Ostatni rozdział szczególnie zwraca uwagę czytelnika na niebezpieczeństwo, jakie niesie ze sobą pozostanie w obecnym modelu gospodarki, skupiającym się głównie na węglu i paliwach kopalnianych. 

Czy jest to trudna lektura? Na pewno musicie się przygotować na dużo informacji z zakresu geografii i fizyki, jednak są one skrupulatnie tłumaczone. Język, którym posługują się autorzy jest też prosty i przystępny. 

Muszę natomiast przyznać, że przez pierwszą połowę książki bardzo brakowało mi ilustracji, zdjęć i wykresów, które na pewno lepiej zobrazowałyby wszystkie te wznoszące się i opadające strumienie powietrza albo różnice między cumulusami i stratusami. I kiedy tak rozpaczałam nad tym rażącym brakiem i niedopatrzeniem, nagle... pojawiły się ilustracje! Szkoda, że stało się to dopiero w połowie książki, bo na pewno czytałoby się ją jeszcze przyjemniej!

A teraz nadszedł czas, żeby przyczepić do kilku nieścisłości, które pojawiły się w tekście. Wiecie, ja nie jestem jakimś super ekspertem, ale gdy już opisuje się siły, działające na kropę wody, to miło byłoby nie pomijać kilku całkiem istotnych. Z innych "wpadek" - w jednym miejscu znajdziemy informację, że około 68% słodkiej wody na Ziemi jest uwięzione w lodowcach, kilka stron później zmienia się to już na 75%. A takie błędy, mimo że drobne, działają mi na nerwy.

Powiem tak - były w tej książce fragmenty, które niesamowicie mi się podobały, ale znalazły się też takie, przy których moja głowa powoli opadała i niestety nie przyswajała zbyt wiele informacji z czytanego tekstu. Na szczęście jej forma pozwala nam nawet ominąć niektóre momenty i dalej bawić się świetnie (oczywiście nie namawiam do tego)! To przyjemna i ciekawa lektura, a wiedza, którą w niej znajdziecie, może okazać się naprawdę przydatna! Dzięki tej książce spojrzycie na niebo z nowej perspektywy, po raz pierwszy odróżniając od siebie poszczególne typy chmur i możliwe, że uda Wam się nawet stwierdzić bez zaglądania do internetu, czy jutro będzie padać!